Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Eksterminacyjny Przypadek Pana X

Reunion

Autor:Tamaya
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Parodia
Uwagi:Alternatywna rzeczywistość
Dodany:2005-08-17 19:00:23
Aktualizowany:2005-08-17 19:00:23


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Występują:

Pan X alias G - Są spekulacje, że to osobnik nazywany Grisznakiem.

Lekarz psychiatra alias R.V. - Ta sama plotka głosi, że to skrót od Red Vampire'a.

GN. - Znajoma powyższej dwójki przez niektórych utożsamiana z GoNik.

S - Znajomy powyższej trójki kojarzony z Soundwave'em.

Kobieta o wielu twarzach, mistrzyni kamuflażu - Prawdziwa tożsamość nieznana.


Pan X czuł, że nie może się poruszyć. Doznany szok paraliżował jego ciało. Mężczyzna i Pokemon trwali mierząc się wzrokiem niczym lew i myśliwy, przed finałem polowania. Czas zdawał się stać w miejscu. Tylko oni dwaj i nic poza tym. Żaden gest, żaden ruch tylko pełne napięcia wyczekiwanie na to, co się stanie i nagle w tej niezwykłej chwili z oddali dotarł do Pana X głos psychiatry:

- Co jest G? Wyglądasz jak trup. Coś nie tak?

Stan odrętwienia zaczął powoli ustępować, jednak mężczyzna nadal nie spuszczał wzroku ze stwora za oknem wykonującego dziwaczny taniec. Widząc brak reakcji lekarz zbliżył się do kolegi.

- O, ku.....! Co to?! - wyrwało mu się pytanie. Na pozór spokojny lekarz też był w chwili obecnej wyraźnie pobudzony.

- Niektórzy określają to Pokemonem - oznajmił posępnym głosem Pan X nazywany przez znajomych G.

- Do diabła! Ja nie mogę tego widzieć! - wykrzyknął lekarz - Przecież ja jestem psychiatrą! To coś jest sztucznym tworem i nie może chodzić po ulicach!

- Więc mu to powiedz! - odezwał się Pan X z rezygnacją w głosie.

- A żebyś wiedział, że mu powiem. - odpowiedział psychiatra - To jakiś wygłup, ale nie ze mną te numery!

Psychiatra wychylił się przez okno i wykrzyknął:

- Hej, ty! Chodzący akumulatorze! Zaraz do ciebie zejdę i pogadamy w sposób jaki na pewno ci się nie spodoba! Kurde! Co ja robię! Zaczynam gadać do nieistniejącego stwora, będącego wytworem niezdrowego umysłu mojego pacjenta.

Jeszcze raz zmierzył Pikachu wzrokiem. Pokemon zakończył taniec i uniósł łapkę czyniąc gest dobrze znany mieszkańcom całego globu. Gest, na widok, którego psychiatra pobladł straszliwie, a jego oczy zaczęły miotać błyskawice. Zaraz jednak opanował się, aby nie dać poznać po sobie koledze jak bardzo go to dotknęło. Pocieszył się w myślach, że stwór z pewnością adresował to do nich obu, co było wielce prawdopodobne, a głośno oznajmił:

- Ech, to ten upał i przepracowanie i...... muszę się napić.

Skierował się do biurka, gdzie pozostawił niedopitą brandy. G też odwrócił się od okna.

- Mnie też nalej, R.V. - powiedział głosem, w którym przebrzmiewało wielkie udręczenie. Psychiatra, nazywany R.V. kiwnął ze zrozumieniem głową i wyciągnął drugą szklaneczkę, którą napełnił w trzech czwartych bursztynowym płynem. G pochwycił ją łapczywie i wychylił jednym haustem dostawiając puste szkło. Podszedł do kozetki i opadł na nią z westchnieniem ulgi. R.V. pił wolno obserwując kolegę-pacjenta. Obaj milczeli. Próbując zebrać myśli G obserwował lekarza, w którego wyglądzie zaczęła zachodzić jakaś dziwna metamorfoza. Było to coś ulotnego, niemal niedostrzegalnego, ale jednak dawało się odczuć. Dla pewności G zamrugał oczami, ale to nie pomagało. R.V. nabrał wyniosłego wyglądu, a w jego oczach zapłonęły rubinowe błyski. Jego ruchy również stały się niezwykle precyzyjne i zwinne jak na przeciętnego śmiertelnika. Odłożył szklaneczkę i zaszedł biurko od strony fotela. G rozpaczliwie próbował zebrać myśli i ustalić, co go tak uderzyło w wyglądzie bądź zachowaniu kolegi, ale nie był w stanie. Nerwowo przesunął ręką po długich blond włosach i dalej obserwował kolegę otwierającego szufladę. Oczy mężczyzny rozszerzyły się ze zdumienia na widok wyciągniętej przez lekarza broni.

- Co robisz, R.V.!? - wykrzyknął. Psychiatra uzbrojony w dziwnie znajomego Desert Eagle'a zbliżył się w milczeniu do okna.

- Co zamierzasz zrobić? - powtórzył pytanie G. Nim zdążył cokolwiek jeszcze dodać lekarz wspiął się na parapet i skoczył. Przerażony świadek tego wydarzenia poderwał się i podbiegł do okna pełen najgorszych przeczuć. Jednak ujrzał niecodzienny widok. R.V. majestatycznie sfrunął na parkingu niczym anioł zagłady.

- Gdzie jesteś popaprańcu! - rozległ się po chwili jego zirytowany głos - Jak cię znajdę oduczę cię pokazywania języka porządnym ludziom! Skończą się te prowokacyjne gesty! Już ja cię urządzę mangowa pokrako! Żeby mi tu jakieś nieistniejące twory pętały się przed oczami i nastawały na moją karierę!

Psychiatra wymachując gunem przez dobrą chwilę snuł się po parkingu zaglądając pod nieliczne samochody i gdzie tylko się dało. G na górze tylko czekał, aż wyskoczy ochrona zwabiona tym hałasem, ale nic takiego nie nastąpiło. Po raz kolejny wokoło działy się dziwne rzeczy i nikt nie reagował. Mężczyzna nie mógł pojąć jak to jest możliwe. Po jakimś czasie amok, który ogarnął R.V. ustąpił. Stał przez chwilę pośrodku parkingu mrugając oczami i wpatrując się w broń jakby widział ją po raz pierwszy. Następnie z zadziwiającą szybkością ukrył ją za pazuchą i w rekordowym czasie zmaterializował się w gabinecie. Od razu przekręcił klucz w zamku i zamknął okno. Następnie rzucił broń na biurko z pytaniem:

- Co to #%&^ jest?

- Twój Desert Eagle - odpowiedział zamyślony G.

- Co mi ty tu #%&^ gadasz, G!? - zdenerwował się R.V. - Jak się ta broń nazywa wiem doskonale, ale po raz pierwszy widzę to w moim gabinecie! Czy ty myślisz, że chodzę do pracy z czymś takim?! Za kogo ty mnie masz? Hę?

- Słuchaj - odezwał się skołowany cała sytuacją G - Nie uwierzysz, ale ja widziałem jak przed chwilą wyskoczyłeś przez to okno i pognałeś za tamtym Pokemonem.

R.V. zmierzył go wzrokiem marszcząc brwi.

- Jesteśmy na trzecim piętrze, G. - oznajmił - Nie mogłem wyskoczyć tak po prostu przez okno. Pomyśl realnie coś takiego jest niemożliwe!

- A te mangowe istoty? Ty też widziałeś to na parkingu. - nie dawał za wygraną G.

- Hm. Rzeczywiście. - zamyślił się R.V. - Zeszedłem na parking, aby to złapać i obejrzeć, ale tam nic nie było. Właściwie chciałem mu skopać ten żółty tyłek. Rety! Co ja wygaduję! Tłuc sztuczny twór będący wytworem chorej wyobraźni?! Nie! Przecież ja nie jestem chory! To nie jest zaraźliwe. To ty jesteś moim pacjentem.

Spojrzał na kolegę, poczym zaczął spacerować po pokoju tam i z powrotem. G siedział dalej na kozetce obserwując jego zmagania w milczeniu. R.V. zbierał myśli. Wszystko to zwaliło się na niego tak nagle. Do jego umysłu zaczęła docierać prawda, że posiadł jakimś cudem nadnaturalne zdolności i rzeczywiście przed paroma minutami polował na parkingu na Pikachu. Jego rozmyślania przerwał w końcu głos znudzonego milczeniem G:

- Wiesz. To zabawne. - powiedział - Gdy tak patrzyłem jak biegasz po parkingu z rządzą mordu w oczach przypomniał mi się mój pierwszy fik z cyklu "Eksterminacja". Czułem się po prostu jakby to wszystko, co napisaliśmy ożyło. Głupie uczucie, prawda?

R.V. zatrzymał się i zadziwiająco szybko znalazł przy mężczyźnie.

- G, teraz to już przeginasz. Nie chcesz chyba powiedzieć, że ofiary naszej Eksterminacji prześladują nas w realu. - oburzył się. - Skończ już z tym! Sprawa jest naprawdę poważna. Czy uważasz, że te mangowe twory mogą tak po prostu chodzić po ulicach?

- Do diabła, R.V.! Oczywiście, że nie! - poderwał się G - Musimy coś z tym zrobić! To mnie doprowadza do szału!

Spojrzał znacząco na leżącą na stole broń. Widząc to R.V. schował ją na powrót do szuflady i wyjął klucz z zamka, kierując się praktyką zawodową.

- Jak myślę o tym, że to może zniszczyć moją lekarską karierę jestem bardziej niż wkurzony! - oznajmił.

- Więc musimy przedsięwziąć kroki. - postanowił G zaraz zdradzając przywódcze aspiracje - Zadzwoń do GN. Chyba masz jej numer telefonu, a ja pogadam z S. Spotkamy się tam, gdzie za dobrych dawnych czasów.

- No, nie! G, ty chyba nie mówisz poważnie! - zaniepokoił się R.V. - Ty nie chcesz reaktywować..... Nie, to przecież realny świat! My nie możemy!

- A te dziwadła mogą tak tu chodzić? - zapytał zimno G - Poczekaj aż ciebie dopadną. Przysiada się taki w autobusie, gały wytrzeszcza, a wszyscy wokoło zdają się tego nie dostrzegać. Wiesz jak mi ulżyło, kiedy ty też zobaczyłeś tego Pokemona? Już się bałem, że jestem czubkiem. Nawet ta twoja asystentka jest jakaś dziwna. Spotkałem ją na schodach, gdy szedłem do ciebie. Widuję ja niemal codziennie, ale nie miałem pojęcia, że tu pracuje.

- Daj spokój. Ona jest tylko trochę ekscentryczna. - odpowiedział R.V. - Ty chyba popadasz w paranoję. Przysłano ją niedawno z dobrymi referencjami, bo potrzebowałem kogoś do rejestracji. I się nie skarżę. A propos tego klubu. To on jeszcze funkcjonuje?

- Tak - odpowiedział G - Często tam wpadam wieczorem, by się zrelaksować.

- Dobra. W takim razie, na którą się umawiamy? - zapytał R.V.

- Proponuję o 21:00-ej. - oznajmił G swobodnie, czując euforię nie tyle z wypitego drinka, co z wrażenia, że zaczyna przejmować kontrolę nad sytuacją, a to go niezmiernie cieszyło.

- No to dobra. - przytaknął R.V. - Załatwię, co do mnie należy. Możesz na mnie liczyć.

Odprowadził mężczyznę do drzwi.

- Będę punktualnie, tylko pozałatwiam swoje sprawy. - obiecał. Kiedy tylko G się oddalił podszedł do szuflady i wyciągnął pistolet. Pogładził go z lubością uśmiechając się do swoich myśli, a następnie wsunął do teczki.

- Ech, chciałbym mieć resztę mojego ekwipunku, a wtedy drżyjcie wszyscy. - powiedział z westchnieniem i opuścił gabinet, kierując się na parking jako całkiem normalny lekarz. Do spotkania pozostały zaledwie trzy godziny.

***

Klub o posępnej nazwie "Abyss" był całkiem przytulną gotycką knajpką, chętnie odwiedzaną przez miłośników mrocznych klimatów. Demoniczne malowidła na ścianach, czerwone oświetlenie i przebrana za wampiry obsługa robiło wrażenie. W tle rozbrzmiewała metalowa muzyka w różnych odmianach. Grupka przybyszów zajęła stolik w odległym końcu sali, skąd nie niepokojeni przez nikogo mogli obserwować wszystko, co działo się wokoło.

- Jak miło znów być razem. - powiedziała GN. Posyłając mężczyzną wymowne spojrzenie.

- Tak - zgodził się S - To zaskakujące spotkanie. Rosnę z ciekawości o co chodzi, bo chyba nie tylko o wypicie drinka w gronie starych znajomych.

Zarówno G jak i R.V. mieli szczęście złapać pozostałą dwójkę przez telefon i skłonić do tego jak określili "tajnego spotkania" po latach. Naturalnie nieświadomi niczego starzy znajomi rośli z niecierpliwości, która niebawem miała zostać zaspokojona.

- Tu się z tobą zgadzam - poparł R.V. słowa kolegi - Nie chodzi tylko o drinka. Mów, G.

Wszyscy skierowali wzrok na Pana X, który czekał, aż kelnerka realizująca zamówienie się oddali. R.V. również zerknął kontem oka na dziewczynę i odniósł wrażenie, że gdzieś ją już widział w zupełnie innym miejscu, ale zganił się za to w myślach:

- Udziela mi się paranoja G.

Wreszcie Pan X przemówił:

- Panowie i panie - tu zerknął w stronę GN., która odsłoniła w uśmiechu imponujące uzębienie, uświadamiając tym samym obecnym, że tajemnicza transformacja dotknęła wszystkich czworo.

- Możecie mi wierzyć lub nie, ale nasze spokojne życie dobiega końca - ciągnął przemowę Pan X czyli G - Coraz więcej nie-ludzi grasuje po ulicach naszych miast i w dodatku kpią z nas w żywe oczy.

- Jak to. - poderwał się S - Chcesz powiedzieć, że nasz monopol został przerwany?

- Tak - odpowiedział ponuro R.V. - Nasz styl życia może na tym poważnie ucierpieć.

- Nie pozwolimy! - oburzyła się GN. i huknęła pięścią w stół. Jej okrzyk sprawił, że kilku bywalców klubu obejrzało się w ich stronę.

- Ciszej! - odezwał się G - To ma być tajna narada.

- Dobra. Co robimy? - zapytał S.

- Jak to co? - obruszyła się GN. - Bierzemy i........

Przesunęła zakończonym długim paznokciem palcem po gardle. Wszyscy zarechotali śmiechem.

- Pokemony! Kill'em all! - podchwycił S.

- Eksterminować intruzów to nasza misja! - powiedział G. Wszyscy na chwilę zamilkli oddając w ten sposób hołd stworzonemu niegdyś przez siebie dziełu, a następnie rozległ się głos R.V.:

- Eksterminacja! Eksterminacja sztucznych tworów! - westchnął, a w jego oczach po raz wtóry zapaliły się ogniste błyski.

- Jak kocham brzmienie tego słowa! - ciągnął R.V. - Nie chcę być psychiatrą wmawiającym ludziom, że wampiry są wytworem ich chorej wyobraźni! Chcę być Eksterminatorem!

- Wszyscy chcemy. - odpowiedział G - Chcemy oczyścić nasze miasto z intruzów.

Atmosfera zaczęła się rozgrzewać od nadmiaru spożycia. Wszyscy byli zgodni, co do reaktywacji swojej fanfikowej działalności w realu. G znalazł w domu pod poduszką Demon Guna i cieszył się nim teraz jak dziecko po wizycie Św. Mikołaja. R.V. ułożył na poczekaniu jakąś okolicznościową pieśń i wraz z GN. zaczęli ją śpiewać na głosy. Widząc coraz więcej zaciekawionych spojrzeń pozostała dwójka zaczęła ich uciszać. Wreszcie zapadło grobowe milczenie mącone jedynie płynącą akurat z głośników nastrojową piosenką "Battle Hymn" zespołu Manowar.

Kill, kill, Oh!

Kill, kill, Oh!

Słuchali chwilę poczym Pan X dla przyjaciół G przemówił znowu wzniosłym tonem: - Nadchodzi era prawdziwej Eksterminacji.

Inni przytaknęli mu uśmiechając się złowrogo.

***

Epilog

Dochodziła niemal północ. Kelnerka, która wcześniej odsługiwała czwórkę, a później obserwowała ich ukradkiem weszła na zaplecze. Zdjęła perukę i mruknęła coś, zmywając w łazience makijaż. W lustrze ukazała się uśmiechnięta twarz asystentki psychiatry z prywatnej kliniki. Na dźwięk kroków odwróciła się. W drzwiach stał jeden z barmanów.

- Już idziesz? - zapytał.

- Tak - odpowiedziała - Dochodzi już północ, muszę lecieć. Od jutra znów będzie koleżanka. Miała tylko chwilową niedyspozycję.

- Może kiedyś jeszcze nas odwiedzisz. - zagadnął barman.

- Nie wiem. Wyjeżdżam do Japonii. - oznajmiła.

- To powodzenia. - powiedział barman.

- Dzięki. Tobie również. - odpowiedziała z uśmiechem. Wzięła torebkę i wyszła na ulicę, gdzie czekał zaparkowany czerwony land rover. Kierując się ku niemu niedbałym ruchem rozpuściła upięte w kok włosy, które zdawały się teraz mieć kobaltowy odcień. Drzwiczki od samochodu otwarły się, gdy tylko podeszła. Nie widać było by wykonała najmniejszy gest, zupełnie jakby samochód reagował na jej obecność. Wsiadła i zajęła miejsce kierowcy.

- Wszystko już załatwione. Czas w drogę. - powiedziała do siebie. Nie wykonywała, żadnej czynności. Pojazd sam ruszył. Tajemnicza dziewczyna znów się uśmiechnęła, a jej zielonkawe oczy zapłonęły niezwykłym blaskiem. Wyciągnęła rękę i dotknęła breloczka z żółtym Pokemonem mówiąc do niego wesołym tonem:

- Cóż, chyba trochę narobiłeś zamieszania, Pikachu. Miałeś zebrać kumpli z mangowego świata i wkroczyć w życie Pana R.V., a ty dobrałeś się do Pana G. Naprawdę tak bardzo nie mogłeś mu podarować tej Eksterminacji? Ale ostatecznie rozruszaliśmy naszego R.V. Ta jego mina jak pokazałeś im język i ta pogoń na parkingu za sztucznym tworem. He, he, he. Nawet nie przyszło mu do głowy, że ukryłeś się w moim samochodzie.

Sięgnęła po wizerunek czerwonookiego bruneta i uśmiechnęła się do niego figlarnie.

- Mówiłam ci, że mangowe istoty, kiedyś wkroczą w twoje uporządkowane życie. Myślałeś, że to jest niemożliwe, R.V.? Oj, chyba byłeś w błędzie. Hi, hi, hi! Ale nie martw się. Nie jesteś sam. Fantastic Four znowu razem. Chętnie bym zobaczyła, co się będzie działo, ale muszę już lecieć. Obowiązki. Ale baw się dobrze, tylko nie rozwalcie miasta. Adios, amigos! A może sayonara!

Samochód wjechał na autostradę i pomknął szybko w nieznanym kierunku. Nagle na pustym odcinku, pośrodku ulicy rozbłysło błękitne światło portalu. Gdy znikło po pojeździe i jego pasażerce nie było śladu.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.