Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

DZIEŃ KTÓRY MUSIAŁ NADEJŚĆ

DZIEŃ KTÓRY MUSIAŁ NADEJŚĆ

Autor:Ysengrinn
Korekta:Teukros
Serie:Slayers
Gatunki:Mistyka, Mroczne, Parodia
Uwagi:Przemoc
Dodany:2005-12-26 13:05:08
Aktualizowany:2007-09-10 11:19:26



DZIEŃ KTÓRY MUSIAŁ NADEJŚĆ

Dymy było widać już wiele mil wcześniej, mimo to Lina nie mogła, a może raczej nie chciała, uwierzyć. Przecież to absurd, pomyślała, coś takiego jest absolutnie niemożliwe. Łudziła się, dopóki można było mieć jakiekolwiek złudzenia. Dopóki nie ujrzała najbardziej przerażającego widoku w swoim życiu. Niestety niemożliwe okazało się prawdą - Seirun, miasto białej magii, płonęło.

- Nie? To niemożliwe? - szeptała nieprzytomnie, nie mogąc oderwać wzroku od konającego miasta. - To? To jakiś koszmar!

Podmuch wiatru zniweczył i tę nadzieję, przynosząc gorąco i zapach popiołu. Poczuła, że nie ma na co czekać i ruszyła w stronę miasta, rzucając po drodze Ray Wing. Nie chciała myśleć, o wszystkich ludziach, którzy tam mieszkali, tych których znała i szarych przechodniach, których mijała na ulicach ilekroć odwiedzała miasto. Poczuła nagłe ściskanie w dołku, gdy przypomniała sobie ilu jej przyjaciół miało na nią czekać w mieście. Gourry, Sylpheel, Amelia, Filia? Błagam, tylko nie oni!

W murze miejskim była potężna wyrwa, nie musiała więc lecieć wysoko, po drugiej stronie jednak gorąco samo ją wypchnęło wyżej. Główną ulicą płynął strumień lawy, od którego zajmowały się okoliczne domy. Zaczęła się dusić od czadu i sadzy, poleciała więc tak wysoko jak tylko mogła. Pobliska dzielnica nie płonęła, wyglądała jednak, jakby miało tam miejsce trzęsienie ziemi. Domy leżały w gruzach, a podłoże wyglądało jak potłuczone, ceramiczne płytki. Wyglądało jednak na to, że da się tam bezpiecznie wylądować. Po zaczerpnięciu oddechu czarodziejka zaczęła biec w stronę centrum, przeskakując uskoki i występy. Dotarła do kolejnej ulicy, którą trawiły płomienie, tutaj jednak ogień już się dopalał. Z większości domów zostały tylko smętne zgliszcza, mimo tego niemal stanęło jej serce, gdy uświadomiła sobie, że poznaje tę ulicę. To tutaj, niecałe dziesięć lat temu, była świadkiem na ślubie Gourriego i Sylpheel. To tutaj podtrzymywała welon panny młodej, a później omal nie pobiła się z Filią i Amelią o rzucony przez zielonooką bukiet. Szermierz i ekskapłanka byli wzorem kochającego się małżeństwa, z tego co słyszała mieli razem dwunastu synów, co w tak krótkim czasie jest nie lada wyczynem. Podobno ani razu się nie pokłócili, od dnia zaręczyn do... Lina nie miała siły spojrzeć w stronę miejsca, gdzie kiedyś był ich dom. Zamknęła oczy i biegła dalej, wstrząsana dreszczami.

Bieg na oślep nie był najszczęśliwszą decyzją, uświadomiła to sobie, gdy w pewnym momencie poczuła, że traci grunt pod nogami. Krzyknęła, gdy zaczęła spadać, po czym z głuchym odgłosem uderzyła w powierzchnię i stoczyła się na samo dno wielkiej dziury, wzniecając chmurę kurzu. Leżała chwilę, klnąc i kaszląc, gdy nagle zerwała się na równe nogi. Z przerażeniem oglądała kształt dziury, prawie idealnie kulisty. Wpadła do olbrzymiego krateru.

- RAY WING! - natychmiast wzniosła się na kilkanaście metrów, by móc objąć wzrokiem najbliższą okolicę. Nie myliła się. Okolica wyglądała jak wielkie pole magicznej bitwy, naliczyła w sumie kilkanaście podobnych kraterów, ocalałe resztki domów również nosiły ślady potężnych uderzeń. Tylko jeden dom, dobrze jej znany, wyglądał jakby wcale nie oberwał. Od razu domyśliła się o co chodzi. On tu był, pomyślała, bronił jej. Wbrew swej demoniej naturze, wbrew rozkazom, przybył, by oddać życie w jej obronie. W obronie tej, która darzyła go tylko obrzydzeniem, tak przynajmniej usiłowała udawać. Lina była pewna, że Xellos walczył i zginął. Gdyby żył, nie pozwoliłby przecież na to, na pewno by nie pozwolił, szepnęła do siebie. Zamknęła oczy, nie tylko by powstrzymać łzy, także by nie widzieć wielkich, częściowo nadpalonych, smoczych zwłok, pokrytych wypłowiałą złotą łuską. Niedaleko, w wielkiej kupie popiołu, coś błyszczało na czerwono, rudowłosa jednak nie sprawdziła, czy jest to laska Kapłana. Nie miała czasu, czym prędzej ruszyła do zamku. A raczej tam, gdzie kiedyś był zamek.

Teraz z potężnego, pałacowego kompleksu pozostały tylko zewnętrzne mury, razem z główną bramą. Wylądowała i przekroczyła ją na piechotę. Była już zobojętniała, nie zrobiły na niej wrażenia ciała dziesiątków strażników pałacowych, czerwone od krwi ściany jak i kałuża, przez która musiała przebrodzić. Po drugiej stronie nie ujrzała wiele. Tylko ciemnoszarą ziemię, odartą z wszelkich oznak życia, z wyjątkiem nielicznych kikutów drzew z pałacowego ogrodu. Dopiero daleko przed sobą zobaczyła coś, co wyrastało z ziemi wysoko. W pierwszej chwili myślała, że to jakieś drzewo, ogołocone z gałęzi. Dopiero po chwili zauważyła, ze jest to krzyż. Rzuciła się w jego stronę przejęta najgorszymi przeczuciami.

- NIE!!! Proszę Lon, Ceipheidzie, tylko nie to! Błagam! - płakała, zbliżając się do drewnianej konstrukcji. Rzeczywistość była jednak nieubłagana i w miarę zbliżania coraz wyraźniej widziała to, co przeczuwała od samego początku. - AMELIA!!!

Księżniczka, okryta poszarpaną szatą, wisiała bezwładnie, przywiązana do krzyża drutem kolczastym. Krew, sącząca się z licznych ran, spływała po jej nogach i spadała na ziemię, gdzie utworzyła się już spora kałuża. Nagle czarodziejce serce zamarło - w kałuży leżały ludzkie ciała. Jedno z nich było nieprzeciętnie wielkie i umięśnione jak u goryla. Lina znała tylko jednego mieszkańca Seirun, który mógł tak wyglądać, szybko więc odwróciła wzrok. Wtedy usłyszała cichy, ledwie słyszalny szept z góry.

- Pa? Panienka? Lina?

- Amelia! Ty żyjesz! Nie ruszaj się, czekaj zaraz cię uwolnię!

- Panienko? Proszę go nie winić? To nie jego wina?

- Amelio, nic nie mów! Proszę cię!

- To.. Moja? Wi? - głowa księżniczki opadła, jakby uszło z niej ostatnie tchnienie życia.

- AMELIA!!!

Rudowłosa podleciała do niej i porozcinała więzy swym nożem. Ciało Amelii runęło jak kłoda w jej ramiona, ściągając je obie na ziemię, w zbiornik zastygającej krwi. Była dużo wyższa od czarodziejki, bardzo urosła od czasu gdy się nie widziały. Lina natychmiast rzuciła Recovery, łudząc się, że jeszcze nie jest za późno. Przeklinała się w duchu, że zamiast czegoś pożytecznego, czym mogłaby uratować komuś życie, uczyła się samych zaklęć niszczących, jakby jedyne co potrafiła robić to niszczyć. Rzuciła kolejne Recovery, wyraz twarz Amelii się jednak nie zmienił, dalej był posągowo spokojny. Wreszcie Lina nie wytrzymała, przytuliła mocno dziewczynę i wybuchła płaczem, nie zważając na krew. Płakała długo, jakby wyrzucała z siebie cały stres wstrzymywany przez lata. Długie lata, odkąd uciekła z domu i postanowiła już nigdy więcej nie płakać i nie okazywać słabości. Teraz jednak, gdy klęczała w morzu krwi wstrząsana szlochem, ściskając nieruchome ciało Amelii, postanowienia nie miały znaczenia.

***

Siedział pod jedyną ocalałą kolumną dawniej wspaniałego portyku. Patrzył w nieokreślony punkt krajobrazu, jakby zatopiony był we własnych myślach. Pamiętała, że tu właśnie zwykł dawniej siadać, gdy odwiedzał miasto, z dala od zgiełku komnat gościnnych. Wyglądał teraz, jakby przesiedział tu w zamyśleniu całą katastrofę, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co się wokół niego działo. Wiedziała jednak, że to tylko złudzenie. Mogła być pewna, że nikt nie orientuje się lepiej w otoczeniu od cichego, stoickiego szamana, który choć patrzył z dystansu to nieraz dostrzegał o wiele więcej od tych, którzy brali udział w wydarzeniach. Usiadła więc po prostu koło niego, nie mogąc ustać na nogach i po prostu czekała, aż zacznie mówić. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo, jakby w ogóle nie zauważył jej istnienia. Wreszcie jednak odezwał się. Bez żadnego wstępu, opowiedział wszystko od samego początku.

***

Seirun było pięknym miastem, być może najpiękniejszym z tych, jakie zdarzyło mu się odwiedzić. Teraz zaś wydawało mu się wspanialsze niż kiedykolwiek. Mieszkańcy jak zwykle radośni, ulice czyste, otoczone kolorowymi kramami i udekorowanymi ze smakiem budynkami. Aż przyjemnie mu było oddychać, gdy szedł w stronę pałacu. Może zresztą to nie samo miasto było piękniejsze, ale wydawało mu się takie, dzięki lekkości, jaką czuł na duszy? Teraz czuł, jakby mógł wznieść się w powietrze sam z siebie, bez pomocy czarów i mimo swego kamiennego ciała. Wszystko dzięki temu, że wreszcie, ostatecznie i nieodwołalnie, dał sobie spokój z poszukiwaniem lekarstwa na swą klątwę. Początkowo nie mógł się pozbierać, później jednak poczuł, jakby spadł mu z barków okropny ciężar. Wreszcie był wolny, mógł robić to co naprawdę chciał i po prostu cieszyć się życiem, jakie by ono nie było. Oczywiście pierwszym, co zrobił, była wędrówka do Seirun.

Strażnicy już go znali, wpuścili go bez przeszkód, mimo iż nie widzieli go całe? Ile to już lat? Osiem, dziewięć? Nie był nawet pewien. Od razu ruszył w stronę kwater mieszkalnych. Pierwszą znajomą twarzą, jaką napotkał, była Martina, która dorabiała jako dama dworu Amelii. Na jego widok najpierw krzyknęła krótko, upuszczając tacę z filiżankami, potem zbladła i zaczęła go nieskładnie witać, z jakiegoś powodu nie mogąc przestać się jąkać i pocić. Ponieważ jednak nie zdołał się dowiedzieć nic konkretnego ruszył dalej do pokoju, gdzie spodziewał się spotkać Amelię. Zawsze tam go przyjmowała, gdy wpadał w odwiedziny, był to niejako ich wspólny pokój. Z niepokojem pomyślał, co mogło tak zdenerwować Martinę. Złośliwe myśli podsuwały mu tylko jedną odpowiedź, która go wcale nie uspokoiła, sprawiła zaś, że przyśpieszył kroku. Nie, to przecież absurdalne, pomyślał, kogóż by tam mogła przyjmować? A cóż za różnica kogo, odpowiedziała zaraz podła część osobowości, grunt, że przyjmuje go w waszym pokoju i pod twoją nieobecność. To chyba o czymś świadczy. Mimo iż nie miał żadnych sensownych przesłanek przyspieszył kroku, nakładając na twarz kamienną maskę wypranego z uczuć golema.

Z rozmachem otworzył drzwi, wparowując do pokoju. Rzeczywiście, dziewczyna siedziała przy stoliku na herbatę i w pierwszej chwili była zaskoczona. Po chwili jednak przybrała uradowaną minę i skoczyła w jego stronę

- Pan Zelgadis! Wrócił pan nareszcie! - zaszczebiotała, opierając się rękoma na jego piersi. - Proszę poczekać, zaraz będą ciastka z kawą, usiądziemy i będzie pan mógł opowiedzieć wszystko po kolei!

Przyjrzał jej się uważnie. Zdążyła nieźle urosnąć. Była już od niego wyższa niemal o pół głowy i zupełnie już rozwinięta fizycznie, w głębi pozostała jednak dawną, małą Amelią. Odetchnął z ulgą, wyśmiewając w duchu swoje idiotyczne domysły. Poddał się strumieniowi jej głosu, jakby to był oczyszczający prysznic. Następnie dał się zaciągnąć do fotela i usadowić, ona tymczasem zaczęła się śmiesznie krzątać wokoło, sama do końca nie wiedząc, co ma robić. Nie zdołał powstrzymać lekkiego uśmiechu, poczuł się, jakby wrócił do domu. Nie zdążył jednak dobrze oprzeć się na fotelu, gdy drzwi się otworzyły i wszedł?

Wyglądał jak Zelgadis. Miał identyczna sylwetkę, idealnie podobną twarz, nawet nosił jego typowy wyraz twarzy. Czymś jednak się różnił. O ile oryginalny Zelgadis miał powierzchnię z granitu, tak ten miał twarz z piernika, a zamiast kamyków usiana była bakaliami i kawałkami czekolady. Widział tylko jedno oko, z miętowej galaretki, drugie zasłaniał kosmyk włosów z waty cukrowej. Ubrany był w przeraźliwie słodki, niebiesko-pomponiasty strój, jakiego Zelgadis by w życiu na siebie nie założył.

Zelgadis na jego widok zaniemówił. Milczał przez dłuższą chwilę, wreszcie zaczął krzyczeć. Tak głośno, że na ścianach pokoju pojawiły się rysy.


***

- Amelia musiała czuć się trochę samotna, gdy wyjechałem - opowiadał bez cienia uczuć, w dalszym ciągu patrząc przed siebie. - Zapewne znalazła jakąś dziwną książkę magiczną, z tych, co mówią o ożywianiu piernikowych ludzików i?

- A? Ale co się stało? C? Co?

- Nie panowałem nad sobą. Kontrolę przejęła moja demoniczna cząstka. Pierwsza zginęła Martina, która przybiegła zaalarmowana hałasem, a potem?

- Poszło z górki? - podsunęła Lina niezbyt mądrze.

- Potem już nic nie pamiętałem. W życiu bym nie pomyślał, że ten demon we mnie jest tak silny.

- I? I co teraz zamierzasz robić? - sytuacja ją po prostu przerastała. Nie była w stanie zdobyć się na nic lepszego.

- A cóż mogę niby robić - westchnął, wstając i otrzepując spodnie. - Wracam do szukania tego cholernego lekarstwa.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • ISKIERKA : 2011-02-28 21:49:52

    Mroczne, nawet bardzo mroczne zdecydowanie odbiega od większości fanowskich opowiadań ale ma w sobie coś co każe przeczytać do końca.

  • Serika : 2006-11-01 18:06:41
    Oj, Lunar, Lunar...

    Zapewne dlatego, że to nie było pisane na serio - to przede wszystkim parodia takich mrocznych, angstowych fików :P

    Bardzo pozytywna zresztą, moim zdaniem :)

  • Zegarmistrz : 2005-12-26 19:04:56
    Mówiłem to już, ale...

    Ysen! Jesteś chory! Tylko pogratulować pomysłów!

  • Skomentuj