Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Z mugolem za pan brat!

... Życie...

Autor:Pisces Miles
Korekta:IKa
Tłumacz:Villdeo
Serie:Harry Potter
Gatunki:Akcja, Dramat, Komedia, Romans
Dodany:2006-11-18 11:52:45
Aktualizowany:2008-02-14 14:13:43


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Zrzeczenie: Harry Potter i wszystkie jego części są własnością Jane Katherine Rowling oraz firmy Warner Brothers. Ja tylko pożyczam.

Oryginał: Muggle Year

Zamieszczone za zgodą autorki.


Virginio...

Kto... Ktoś mnie woła?

Virginio...

Powoli otworzyła swoje brązowe oczy. Napotkała tylko czystą, nieskażoną niczym biel. Czuła się taka... czysta... spokojna...

Czy tak wygląda śmierć?

Witaj, Virginio...


***


Ronald Weasley, ogłupiały, wbił wzrok w ziemię. Nie... to się nie zdarzyło, to nieprawda!

Całą czwórka przyglądała się skrawkowi ziemi, gdzie przed chwilą jeszcze była Virginia.

Teraz już jej nie było.

Ginny....jego jedyna siostra, jedyna dziewczynka w rodzinie Weasleyów, w końcu jedyna, której nie poświęcali żadnej uwagi...

Hermiona zaszlochała, nie wiedząc, co powiedzieć.

- Ron, chyba nie myślisz, że ona...

Harry przełknął ślinę, patrząc na zmartwiałego Dracona, który nadal klęczał na ziemi. Po raz pierwszy od sześciu lat życia w Hogwarcie był prawdziwie przerażony. Harry czuł się, jakby stracił kogoś z rodziny. Był tchórzem, całkowitym tchórzem! Nie było w nim ani krztyny odwagi Gryfona, ani odrobiny waleczności takiej, jaka rozpierała go pięć lat temu, gdy uratował Virginię przed śmiercią w Komnacie Tajemnic.

Zawiódł... nie zasługiwał na to, aby być Gryfonem...

- Powiedzcie coś! - krzyknęła piskliwym głosem Hermiona, biorąc go za rękę i potrząsając nią. - Zróbmy coś! Nie możemy pozwolić jej tak po prostu umrzeć! Bo jeśli w najkrótszym czasie nie otworzymy Pętli Czasu, ona naprawdę zginie! Ron!

- Draconie Malfoy - wysapał rudzielec, wwiercając wzrok w Dracona.

- Ron...

Hermiona patrzyła odrętwiała, jak Ron podchodzi do blondyna, chwyta go za kołnierz i potrząsa nim z całej siły.

- Oddawaj mi Ginny! - wrzasnął mu prosto w twarz. - Oddawaj ją! Oddawaj mi ją!!!!!

- Ron, przestań! - krzyknęła ponownie Hermiona, jednak się nie poruszyła. Nie wiedziała czemu.

Ron uderzał raz za razem Ślizgona prosto w twarz, krzycząc z każdym uderzeniem "Oddawaj mi siostrę!".

- Oddaj ją! Oddaj mi moja siostrzyczkę!

Draco był nieprzytomny. Od ciosów spuchła mu trochę twarz, a z ust polała się krew. Najprawdziwsza krew.

- Ron! - Harry chwycił przyjaciela za ramiona, odciągając go jak najdalej od Malfoya.

- To przez niego - szepnął Ron, nawet się nie wyszarpując. Patrzył tylko morderczo na Dracona. - To on! To on wszystko zaczął! Gdyby nie on, to ona... ona by... ona...

Ron opadł na podmokłą ziemię, płacząc bezradnie.

- Ron, to nie czas, żeby się wyżywać na Malfoyu! - powiedziała w końcu Hermiona, chcąc grać surową. Nie wychodziło jej to, bo efekt psuło drżenie głosu i łzy w czach. - Musimy znaleźć sposób, żeby otworzyć Pętlę Czasu i przywrócić Ginny, i...

- Hermiono, to niemożliwe - szepnął Harry, potrząsając głową. - Nie możemy otworzyć Pętli. Nie mamy takiej potęgi.

- Chodźmy po Dumbledore'a! - podsunął Ron.

- Nie. Nie teraz, przecież go nie ma - odrzekł zielonooki. - To i tak by było niemożliwe.

- Dlaczego? - zapytał Ron. - On jest geniuszem, Dumbledore umie wszystko!

- Ale w tej sytuacji nic nie pomoże! - próbowała wytłumaczyć Hermiona. Jej głos był strasznie ponury. - Czytałam o takich przypadkach, Pętle Czasu to działka czarnej magii. Natknęłam się na to, gdy poszukiwałam trzy lata temu wiadomości o Zmieniaczu Czasu. Jeśli nie otworzymy szybko Pętli, Ginny zginie.

Czarna magia?

Draco wypluł krew i, trzymając się za brzuch, wstał na swoich miękkich kolanach.

Ta książka będzie przydatna... Tam musi być jakiś sposób na otworzenie Pętli Czasu...

- No jasne, że tam jest! - odparł ktoś sarkastycznym tonem.

- Co...? - Harry i Ron rozejrzeli się dokoła.

- Tutaj, ćwoki - zawołało coś z dołu.

- Jesteś pewna? - zapytał Draco, wydzierając Tiarę Przydziału Fawkesowi z dzioba.

- Te, to bolało! - krzyknął kapelusz, usiłując się wydostać z uchwytu chłopaka.

- Czy to prawda, że ta książka uratuje Virginię? - powtórzył Draco.

- Jaka książka? – zaciekawił się Harry, patrząc sceptycznie na blondyna.

- Tak, jest pewne.

Dance me to your beauty with a burning violin *

Dance me through the panic 'til I'm gathered safely in

Lift me like an olive branch and be my homeward dove

Dance me to the end of love

Dance me to the end of love

- Co? O co chodzi...? - Hermiona była zdezorientowana.

- Dobrze... - szepnął Draco sam do siebie. - To dobrze....

- Co znowu! - Ron ponownie chwycił Ślizgona za kołnierz. - Co to ma być?

- Zostaw mnie, Weasley - warknął Draco, odpychając wysokiego rudzielca i otrzepując swoją szatę.

Ron zrobił kilka kroków do tyłu, patrząc zaskoczony na blondyna, który jeszcze kilka sekund temu był nieprzytomny i wyglądał, jakby mu wyssali dusze.

- Co chcesz robić? – spytał wprost Harry, nie chcąc się bawić w jakieś domyślanki. On także pragnął uratować Virginię, ale żeby to zrobić, nie mógł obrażać osoby, która wiedziała, jak to uczynić, prawda?

Draco zignorował pytanie bruneta i wyprostował kołnierzyk, po czym schylił się i podniósł swoją różdżkę, która teraz już była różdżką. Wskazał nią na Pansy, odcinając ją od drzewa. Wierzchem dłoni wytarł ostatni krwotok z ust.

- Hej, co to ma znaczyć? - zapytał Ron, gdy Pansy, za pomocą Wingardium Leviosy, wleciała mu prosto w ramiona.

- Zabierz ją do szpitala, bo jeszcze nie umarła - odrzekł Draco władczym tonem, spoglądając na niego.

- Ale... - już nic nie powiedział, widząc jego spojrzenie. Przyznał, że choć raz Draco Malfoy potrafi być śmiertelnie poważny wtedy, gdy trzeba.

- A ty – odwrócił powoli głowę, utkwiewając swoje szare oczy w Harrym, na którego wskazał dodatkowo różdżką. - Ty idziesz ze mną.


***


- Gdzie jestem? W niebie? - wyszeptała Virginia, ponownie przymykając oczy.

A jeśli nawet... Ciekawe, jak przyjął to Draco... Tęskni za mną? Czy on...

Chcesz umrzeć? Chcesz być odseparowana od ludzi, których kochasz? Tak na zawsze?

- Chyba - otworzyła trochę oczy. - Chyba nie.

Nie chcesz umierać, Ginny, jeszcze nie. Poza tym śmierć za Adriana jest niewarta śmierci


***


- Łazienka Jęczącej Mary? - zdziwiła się Hermiona, patrząc na Dracona jak na obłąkanego. - Najpierw każesz Ronowi zabrać Pansy do Skrzydła Szpitalnego, potem zabierasz Harry'ego i każesz mu czekać przed wejściem do Slytherinu, a teraz co? Malfoy, robisz z nas głupków?

- Malfoy... - Harry łypnął na niego okiem. - Co my tu właściwie robimy? Tylko nie mów, że...

- Coś przegapiłem? - krzyknął Ron, wlatując do trochę zalanej łazienki. Rozejrzał się, mając trochę nieciekawą minę. - Łazienka Jęczącej Marty? To nie jest wejście do... - uniósł rękę do ust, aby nie krzyknąć ze zdziwienia.

- Do Komnaty Tajemnic - skończył za niego Draco.

Harry westchnął.

- Skąd ty o tym wiesz?

- Nie jestem idiotą, Potter - wymamrotał. - Jestem Ślizgonem, wiem więcej, niż wy, Gryfoni, myślicie.

- Ach tak? - zadrwił Ron. - I myślisz, że możesz nami pomiatać, przyprowadzając do jakiejś pipidówy…

- Ron, przestań - ostrzegł Harry, kręcąc głową.

- Co my tu robimy? - zapytała Hermiona, spoglądając na Dracona.

- Otwieraj, Potter - szepnął tylko blondyn, patrząc na kran w kształcie węża.

- Co? - zawołała dziewczyna.

- Mam to otworzyć? Jesteś pewien? - zapytał bardzo cicho zielonooki. - Nikt tam nie był od czterech lat, Bóg wie, co...

- Mylisz się - Draco przyjrzał mu się z niechęcią. - Byłem tutaj. Dzisiaj.

Harry wyglądał na zaskoczonego. Bardzo. Bardzo-bardzo.

- Co? Nie mogłeś tego otworzyć, nie jesteś wężousty... jesteś?

- Nie ja to otwierałem, kretynie - odparł Draco. - Nie ja, tylko Virginia.

Ron zaśmiał się.

- Malfoy, przestać sobie żartować. Ginny nie może być wężousta, jest Gryfonką, nie mogłaby...

- Weasley, chcesz gadać, czy tam wejść i ją ratować? - przerwał mu ostro Draco.

- Otwórz, Harry, rzeczywiście nie mamy czasu - powiedziała Hermiona, kiwając głową.

- No dobra.

Harry stanął przed zlewem i zamknął oczy, próbując się skupić.

- Dalej, Harry, uda ci się - wyszeptał cicho Ron, zaciskając usta.

Hermiona złożyła ręce, błagając wszystkich czarodziejów, jakich tylko znała, o pomoc.

Draco patrzył na Gryfona, nic nie mówiąc i wyglądał na spokojnego, ale... Co, jeśli Harry nie będzie w stanie tego otworzyć? Virginia pewnie by zginęła, a jeśli ona by zginęła, to on...

- Heshasah... - wysyczał Harry, patrząc w odbijające się w lustrze swoje szmaragdowe oczy.

- Oooo... - Hermiona rozdziawiła usta na widok otwierającego się zlewu.

- Witamy w Komnacie Tajemnic - szepnął Harry, cofając się.

Blondyn nic nie powiedział, chwycił tylko miotłę, którą wziął z dormitorium i wszedł na nią.

- HEJ!!! - wrzasnął Ron, gdy Draco zniknął w czarnej dziurze.

- Jak my tam zejdziemy? - powiedziała Hermiona, a jej głos odbił się echem w mrocznej toalecie.

W odpowiedzi usłyszeli tylko cichy skowyt.

- Fawkes! - zawołał Ron, gdy ognistoczerwony feniks podleciał do niego. W dziobie miał Tiarę Przydziału.

- Czas na przygodę! - krzyknął kapelusz. - Wskakujcie!


***


- Dlaczego? Jeśli za Adriana nie warto umierać, za kogo warto w takim razie?

Za kogoś, kogo kochasz...

- ... Dlaczego?

Ponieważ, Ginny, takie jest twoje przeznaczenie...

- Przeznaczenie... chcę zapytać, czemu nie za Adriana? - poczuła, jak wstępuje w nią przekora.

Bo mój syn powinien przybyć do mnie o wiele wcześniej... I nie powinien nikogo ze sobą zabierać... nie powinien niszczyć twego spokojnego życia...

- Mojego spokojnego życia...


***


- Wszystko się tu zaczęło - wyszeptał Draco. - I wszystko się tutaj skończy.

- Ej, Malfoy! - krzyknął Harry. Spod jego stóp wydobywał się chlupot wody.

- Jej, jak tu pięknie... - Hermiona była urzeczona. Rozejrzała się dokoła.

- To jest Komnata Tajemnic? - zapytał z niepewnością Ron. - To w ogóle nie pasuje do tych rur, co tu prowadzą.

- Nie... tu tak nie było cztery lata temu - Harry pokręcił głowa. Spojrzał na Dracona. - Co się tu stało?

- Musisz to wiedzieć akurat teraz, Potter?

Harry otworzył już usta, żeby coś powiedzieć, ale po krótkim namyśle zamknął je, spoglądając niechętnie na Dracona.

Blondyn uklęknął, rozgarniając ubrania Virginii, które nadal nią pachniały. W końcu znalazł tę dziwna, starą księgę. Leżała na posadzce.

- To ubrania Ginny? - zapytała Hermiona, podnosząc jej bieliznę. Fajnie to wyglądało, naprawdę. Tylko jak dla kogo.

- Nie wykręcisz się z tego, Malfoy, przysięgam - wysapał Ron, próbując stłumić gniew.

Draco zignorował ich i chciał sięgnąć po wolumin, lecz gdy tylko dotknął książkę, odbiła ona jego dłoń.

- Co to było? - zaciekawił się Harry, chcąc dotknąć.

- Zostaw! - Draco trzasnął go w rękę, spoglądając nań gniewnie. Zza pazuchy wyjął podobną książkę. Dopiero teraz zauważył, jaka była ciężka.

- Co to? - szepnęła Hermiona, patrząc nieufnie na antyk. Wyczuwała, że emanuje z niego czarna magia, mnóstwo czarnej magii.

- Hermiono! - zawołał Ron, gdy oparła się na jego ramieniu, dotykając ręką czoła. Miała straszne zawroty głowy.

- Co się dzieje? - zapytał zaniepokojony Harry.

- To ciemna magia - parsknął Draco, spoglądając na Hermionę. - Takie Gryfońskie szlamy jak ona nie wytrzymują natężenia.

- Ty jeden...

- O Boże - Harry wstrzymał oddech. Jedna i druga księga zaczęły się świecić i złączyły się. - Złączyły się!

- Nie zauważyłem - zadrwił zimno Draco, zasłaniając oczy od białego dymu, który unosił się znad nowości.

Spojrzał na czarna księgę, w ogóle nie noszącą tytułu. Tak lśniła, że blondyn widział w niej własne odbicie.

- Na Merlina, to złe, złe, złe! - zawołał Ron.

- Tę książkę napisał Tom Riddle - krzyknęła Tiara Przydziału, pochylając się do przodu, jak gdyby chcąc zobaczyć jeszcze lepiej.

- Tom Riddle! - krzyknął Harry. - To może być coś takiego jak pamiętnik, który Ginny znalazła cztery lata temu.

- Wdziałam, jak Riddle pisał to, jak był na piątym roku! - wyjaśniła Tiara Przydziału. - Riddle był prawdziwym geniuszem. Nie tylko interesował się czarną magią, zachwycały go również medycyna i eliksiry. Wszyscy uważali, że fascynuje go tylko czarna magia, ale to nie była prawda, był bardzo zdolnym chłopakiem. Wiedział, że aby zwyciężyć, trzeba poznać swego wroga, dlatego prowadził badania dotyczące jasnej strony magii. Tę książkę napisał przed zakończeniem nauki w Hogwarcie.

- Tę książkę miała Virginia - wymamrotał Draco, wzdychając głęboko.

- Ginny to miała?! - krzyknęła Hermiona. - Skąd? Jak?

- Ze starej mugolskiej księgarni - odpowiedział natychmiast. - Czyli tam, skąd ja mam swoją. Od Borgina i Burkesa.

- Nic dziwnego - zadrwiła Tiara Przydziału. - Słyszałam od Dumbledore'a, że bardzo dużo artefaktów i talizmanów wylądowało u Borgina i Burkesa, tych cholernych dilerów.

- Niedobrze. Przedmioty, które mają zbyt wielką moc, przyciągają ludzi. Ale dlaczego Ginny? - zastanowiła się Hermiona. - To niemożliwe, aby czarna magia wzywała Gryfonkę.

- Po prostu wydało się to, co wy, Gryfoni, uczyniliście Virginii - szepnął Draco, spoglądając na nich z niechęcią.

Sięgnął wolno po księgę, a Mroczny Znak na jego ramieniu palił niemiłosiernie. Dotknął okładki i otworzył ją.

Szeroko otworzył oczy. Na pierwszej stornie, na śnieżnobiałym pergaminie pojawił się Mroczny Znak, identyczny do tego, jaki zobaczył kilka miesięcy temu w Zakazanym Lesie.

Czego pragniesz, Draconie Malfoyu?

Blondyn zapatrzył się w symbol przed sobą. W uszach dzwonił mu wciąż ten sam głos.

Czego pragniesz, mój najważniejszy spadkobierco, synu Lucjusza Malfoya?

- Malfoy! - krzyknął Harry. Draco opadł na kolana, trzymając się za ramię.

Powiedz mi, Draconie Malfoyu, czego najbardziej pragniesz w tym momencie?

- Kim jesteś? - szepnął Draco. Jego jasne włosy opadły ma oczy.

Jestem kimś, kto może spełnić twe życzenie, jeśli tylko obiecasz, że w przyszłości mi pomożesz. Tylko ty możesz mi pomóc. Powiedz, czego pragniesz? Czego potrzebujesz?

- Ja...

Odpowiedz, Draconie Malfoyu!

- Zgoda! - krzyknął nagle Draco, wstając i unosząc gwałtownie głowę. - Potrzebuję Virginii, tylko jej! Pragnę, aby zawsze ze mną była, aby była moja już na zawsze! Powiedz, co mam uczynić!

Harry, Ron i Hermiona spojrzeli zdumieni na Dracona i cofnęli się do tyłu przerażeni, ponieważ otoczyło go coś, czego zidentyfikować nie umieli.

Blondyn ponownie opadł na posadzkę, oddychając ciężko. Zmrużył oczy, bo książka, samoistnie, zaczęła przerzucać swe karty, święcąc się. W końcu zatrzymała się na jakiejś stronie ze znakami zdającymi się niezrozumiałymi dla normalnego człowieka.

- Hej, to runy! - zawołała Hermiona, pochylając się do przodu.

- Nie jesteś jedyna, Granger, która umie odszyfrowywać runy – odrzekł szorstko Draco, uderzając ją w rękę, ponieważ chciała dotknąć książki.

- Nie pozwalaj sobie, Malfoy! - ostrzegł Ron, spoglądając na dziewczynę. - Chciała pomóc. I nie zapominaj, kto wplątało Ginny w tą kabałę!

- Bardziej by pomogła, jakby mi zlazła z drogi - wymamrotał pod nosem Draco, odgarniając z oczu włosy. Uniósł księgę, która okazała się zaskakująco lekka, i dotknął jej.

- Ej, Malfoy, a może żałośni Gryfoni się na coś przydadzą, co? - zadrwił Ron, patrząc na blondyna, który spoglądał w starożytne znaki.

Po chwili odłożył książkę, spojrzał przed siebie i odwrócił wzrok na Tiarę Przydziału, która ciągle na niego patrzyła.

- I co, Malfoy? - zapytał zniecierpliwiony Harry, spoglądając to na Dracona, to na kapelusz.

- Żartujesz sobie - wyszeptał blondyn bardzo cicho.

- Pan wiesz, Malfoy, że to nie skarbnica z żartami, ta księga - odparła tiara.

- Ale....

- Jedynym problemem jest, czy jesteś pan zdolny to zrobić.


***


Virginio... Virginio...

Ktoś ją wołał, słyszała. Głos był coraz bliżej. Ktoś po nią szedł?

Virginio, nie bój się, jestem tutaj, nie zostawię cię, już nigdy...

Znała ten głos, umiałaby go rozpoznać zawsze, wszędzie! Tylko jedna osoba tak przeciągała sylaby...

Tak, jestem tutaj... Już zawsze, już zawsze będę twoim "gdzieś"... Tylko mnie nigdy nie opuszczaj, Virginio, bądź moja... Moja na zawsze...

Draco...


***


- Molly, Molly, kochanie, ona się budzi! Nasza Ginny się budzi! - zawołał pan Weasley, powiadamiając o tym fakcie wszystkich, którzy właśnie czuwali nad jego córką.

- Obudziła się? - krzyknęła pani Weasley, podchodząc do łóżka.

- Tak! - odrzekł jej mąż.

Powoli otworzyła oczy, jak gdyby powieki nie chciały się jej słuchać. Zamknęła je.

- Nie, nie, nie! - krzyknął Fred, podbiegając do niej, gdy zamknęła oczy. - Nie śpij już, nie wolno ci! Śpisz już pięć dni, Gin, tak nie wolno!

Pięć dni...? Gdzie jestem...?

- Nareszcie, Ginny, kochanie, nareszcie! Jesteś zdrowa!

Pani Weasley płakała i tego nie ukrywała.

- Ginny, tak się cieszymy, że się obudziłaś...

- Mamo, uspokój się - George położył na ramienicach Molly ręce.

- Nic jej nie będzie - dodał Charlie, uśmiechając się i spoglądając na Billa, który pokiwał głową.

- Gin jest Weasley, nie tak łatwo ją złamać - powiedział. - Idę po Madame Pomfrey.

- A ja po Harry'ego i Hermionę - zawiadomił Ron i już go nie było.

- Zaczekaj na mnie! - krzyknął Charlie, mrugając okiem do swojej siostry. - Ja muszę po profesor McGonagall... Od pięciu dni chodzi jak na szpilkach.

Panowało poruszenie, a Virginia i tak nie bardzo rozumiała, o co chodzi. Rodzice mówili coś do niej, ale nieważne. Ważne było, że patrzyli na nią kochająco, że jednak się o nią troszczyli że ona coś znaczyła. Uwierzyła, że też jest ważna.

I przede wszystkim było tak, jak w Norze, jakby skończył się już rok szkolny, były wakacje... Albo była Gwiazdka.

- Ale nam narobiłaś stracha, Ginny, jak tak mogłaś - zbeształa ją cicho mama, poprawiając poduszkę.

- GINNY! - krzyknęli razem Harry i Hermiona, wpadając do komnaty.

- Panie Potter, niech pan uważa, jakim tonem pan mówi - złajała go Madame Pomfrey, wychodząc z pracowni.

- Przepraszamy - odpowiedziała Hermiona. - Jak się czujesz, Ginny? Przestraszyłaś nas na śmierć! Naprawdę!

- Już mi chyba lepiej - odrzekła słabo. Nie wiedziała, co się stało, że się tu znajdowała.

- Na pewno ci nic nie jest? - zapytał Ron, łapiąc ją za rękę. - Znaczy, nie chcesz, aby Madame Pomfrey cię zbadała? Leżysz tu nieprzytomna pięć dni, no wiesz...

- Nic mi nie jest - powtórzyła, rozpaczliwie powstrzymując się od przewrócenia oczami.

- Jesteśmy dumni z ciebie, rybciu - powiedziała pani Weasley, głaszcząc ją po głowie.

- Dlaczego? - zdziwiła się.

- Musical, głuptasie! - odrzekł Bill.

- Co? - zamrugała oczami. - Wiecie?

- Oczywiście, Ginny, że twoja rodzina wie - odezwał się ktoś u wejścia. Odwrócili głowy. W drzwiach stali Dumbledore, McGonagall i Snape.

- Wszyscy? Ale pan Knot...

- Jebać Knota - mruknął Bill.

- Pan dyrektor by, myślisz Weasley, nie zadbał, aby twoja rodzina nie wiedziała? - zadrwił Snape, parząc w swoją ulubioną uczennicę, którą udawał, że nie lubi.

- Co ja tak tu właściwie robię? - zapytała w końcu, spoglądając na Harry'ego.

- Eee... - spojrzał na okno.

- Słoneczko, nic nie pamiętasz? - zapytała pan Weasley, uśmiechając się. - Spadłaś ze schodów od razu, gdy wróciłaś! Pan Filch przyniósł cię tutaj!

Virginia uniosła brew. Nie... nic takiego nie pamiętała...

- Eee... tak, Ginny właśnie... byłaś bardzo nieostrożna - wydukał Ron, patrząc bezradnie na Harry’ego i Hermionie.

- Tak! - potwierdził Harry, przejmując pałeczkę od przyjaciela. - Zasypiałaś na stojąco, chyba ze zmęczenia. I to wszystko przez Panią Norris, potknęłaś się o nią i zleciałaś ze schodów. Miałaś wstrząs mózgu i byłaś nieświadoma przez pięć dni!

- Dobrze, że się ocknęłaś! - dodała z lekka kulawo Hermiona.

Virginia zauważyła, że profesor McGonagall i Snape wymienili spojrzenia.

Westchnęła i zamknęła oczy.

- Coś nie tak, kochanie? - zapytała pani Weasley.

- Tylko jedno - szepnęła, patrząc na Dumbledore'a.

- Słucham cię, Ginny - spojrzał na nią.

- Gdzie jest Draco?


***


- Pytała, gdzie byłeś, Draco - powiedział Severus Snape, wchodząc do pokoju wspólnego Ślizgonów i ignorując ciekawskie spojrzenia utkwione w niego.

- Kto pytał o Dracona, profesorze? - zainteresował się Pucey, spoglądając na swojego szukającego.

- Ginny Weasley - odrzekł, patrząc na Dracona, który leżał na fotelu w kącie komnaty.

- Weasleyówna? - Millicenta Bulstrode wyglądała na wstrząśniętą. - Żartuje pan, profesorze?

- Weasleyówna się zakochała w naszym "panie i władcy" - Hase zaśmiał się. - Tylko ciekawe czy urok Malfoya nadal działa, czy nie...

Wszyscy się nagle tym zainteresowali, lecz Draco Malfoy, główny temat rozmowy, siedział spokojnie na tym samym miejscu, wpatrując się w kamienny sufit.

Pytała, gdzie jestem... szukała mnie...

Spuścił głowę.

O Boże, co on wy-ra-biał?!!! Powinien tam być teraz, przy niej! Przecież tylko tego pragnął po tym, jak ją uratował! Chciał ją trzymać w ramionach i nie wypuścić już nigdy, chciał scałować cały strach, ból, samotność wewnątrz niej, pragnął jej, bardziej, niż czegokolwiek innego w swoim życiu.

Ale z drugiej strony był pewien, że kolejny raz ją rozczaruje. Wiedział... Bał się, że ona nie chciała go widzieć, nie chciała go słyszeć. Co on sobie myślał? Pewnie go wyzywała od najgorszych, to przez niego cierpiała, umierała wewnętrznie.

Nie miał odwagi, by przed nią stanąć.

Oczywiście, wszystko jasne... nie brak ci odwagi, by poświęcać życie i ratować ją od śmierci, ale żeby powiedzieć jej, powtórzyć prosto w twarz, patrząc w oczy, że ją kochasz i że jest najważniejsza dla ciebie na świecie, to się boisz.... Wiesz, Malfoy, jesteś patetyczny... Pa-te-tycz-ny...

- No bo jestem - szepnął, wyglądając przez okno. Słońce świeciło ma na ramię. Spod cienkiej białej koszuli prześwitywał Mroczny Znak.


Flashback


- Co to znacznym, czy będzie zdolny? - krzyknął Ron, chwytając Tiarę Przydziału.

Ignorując rudzielca, kapelusz zwrócił się do Dracona.

- Tylko prawdziwy Ślizgon może wyciągnąć łuk Salazara Slytherina, tak jak Harry cztery lata temu wyciągnął ze mnie Miecz Godryka Gryffindora. Chcesz to zrobić, Malfoy?

Hermiona przewrócił oczami, patrząc na tiarę.

- A co sobie myślisz? Oczywiste, że Malfoy jest czystym Ślizgonem, inaczej byś go chyba nie umieściła w tym cholernym domu! - spojrzała na blondyna. - Czemu stoisz jak ta lala?! Rób coś!

- Nie jest powiedziane, panno Granger, że za każdym razem dokonuję poprawnego wyboru - mruknął z powagą kapelusz. - Czasami podejmuję także zły. Ale, choć potem żałuję, nie mogę zmienić decyzji... A pan Malfoy...

- Co to znaczy?! - krzyknął Ron. - Draco Malfoy jest Ślizgonem! Przydzieliłaś go do tego domu, kiedy tylko dotknęłaś czubka jego głowy! Musi być ze Slytherinu!

- Przyporządkowałam go do Slytherinu, bo wtedy podświadomie akceptował swoje przeznaczenie! Chciał być Śmierciożercą - proszę bardzo, Slytherin mógł mu to zapewnić! A teraz, owszem, nie brakuje mu talentów, jakie tam cenią, ale... - nakrycie głowy spojrzało na chłopaka.

- Nie mam... nie potrafię dłużej być Ślizgonem - zakończył Draco, mrużąc oczy.

- No właśnie - Tiara Przydziału kiwnęła głową. - Wątpisz pan w to, że jesteś Ślizgonem. Nie chcesz być w Slytherinie, to jest już ukierunkowane przez nienawiść, jaką pan czujesz do Mrocznego Znaku no i oczywiście do...

- Zamknij się! - Draco wstał gwałtownie, wyrywając tiarę z rąk Rona. - Pokażę ci, że zrobię wszystko, WSZYSTKO, żeby ją uratować!


***


- Zrobisz to, nawet jeśli miałoby to umożliwić Śmierciożercom i Lordowi Voldemortowi odkrycie miejsca twego pobytu? - szepnął kapelusz, wyrywając się trochę z rąk Dracona.

- Tak - odrzekł, spoglądając na fragment ziemi, gdzie niedawno zniknęła Virginia. Byli w Zakazanym Lesie.

- Dlaczego?- zapytała nagle tiara. - Dlaczego pokochałeś Gryfonkę, Weasleyównę w dodatku?

- Zmieniła moje życie - odpowiedział natychmiast Draco. - Zmieniła mój sposób myślenia moją wizję życia, miłości. Zanim ją naprawdę poznałem, byłem kukiełką sterowaną przez Lucjusza Malfoya, przez mojego ojca, zupełnie tak samo, jak Adrian Bradley. Nigdy nie oczekiwałem nic od siebie, od życia, nigdy nie spodziewałem się, że będzie mi dane kochać, ponieważ nawet nie wiedziałam, co oznacza to słowo. Nie ufałem temu. Virginia... Dała mi życie, zaufała mi, zawsze wierzyła we mnie, choć tego nie okazywała, a ja... Zawiodłem ją. Byłem strasznym egoistą, chciałem uchronić siebie od cierpienia i zlekceważyłem jej cierpienie, jej ból, uczucia...

- A jednak chcesz spróbować? - spytała Tiara Przydziału.

- Znałem swoje przeznaczenie od urodzenia, zgadzałem się z nim... ale teraz chcę nad tym panować, i zrobię to, choćbym miał stracić życie.

- Aż tak jest dla ciebie ważna? - zapytał ponownie kapelusz.

- Tak - potwierdził Draco. - To ja wygram. Nie pozwolę, aby ktoś taki, jak Adrian Bradley zabrał mi ją, nigdy nie pozwolę. To wszystko skończy się tak, jak miało. Nikt mi jej nie odbierze, nigdy.

- Malfoy!

Na miejsce dotarli nareszcie Harry, Ron i Hermiona. Draco oczywiście szybciej poruszał się na miotle.

- Pomogę ci, panie Malfoy - westchnęła Tiara Przydziału.

- Co?

Blondyn spojrzał na stary, zniszczony łach.

Kapelusz parsknął.

- Nie patrz tak na mnie, głupku, mogę więcej, niż ci się wydaje.

- W to nie wątpię - odpyskował mu Draco.

- No dalej, wyciągaj ze mnie to, czego potrzebujesz, a resztę pozostaw przeznaczeniu - wyjaśniła tiara.

Draco spojrzał na nią, obrócił dnem do góry i włożył rękę do środka, ignorując ból emanujący z ramienia.

Błagam, pomóż mi...

Zamknął oczy, głębiej wsadzając dłoń, rozpaczliwie chcąc wyciągnąć cokolwiek, co mogłoby mu być potrzebne, aby uratować Virginię. Stare nakrycie głowy zaczęło nagle migotać. Draco poczuł, jak coś materializuje mu się w dłoni.

- Tak... - szepnął, wyciągając z kapelusza łuk, ten sam, którym wcześniej posługiwał się Adrian Bradley. Mógł uratować Virginię, mógł, mógł, MOGŁ!!! Wystarczyło jeszcze tylko raz wystrzelić strzałę, a ona by wróciła i była z nim.

Już zawsze

- Malfoy! - wrzasnął Ron.

Coś było nie tak, bardzo nie tak. Dracona otoczył jakiś szary cień.

Blondyn przełknął ślinę i wypuścił z dłoni Tiarę Przydziału. Próbując walczyć z mrokiem, który w nim wzbierał, oparł łuk jednym końcem o ziemię i naciągnął srebrna cięciwę, wkładając strzałę. Zmarszczył brwi z bólu. Z palców pociekła mu krew.

Nagle uniósł łuk i wystrzelił w niebo. W górze rozbłysło światło.

- O ja...

- Ginny! - krzyknął Ron.

I owszem. Bezwładne ciało Virginii wypłynęło z tamtej przestrzeni, spadając powoli, bardzo powoli. Nadal była brudna, cała we własnej krwi, twarz miała wybrudzoną rozmieszanymi łzami, ziemią i krwią, ale BYŁA!!!

Wydawało się, że upłynęła wieczność, zanim wylądowała w ramionach Dracona.

- Draco? - szepnęła, otwierając lekko swoje brązowe oczy. Napotkała spojrzenie ciemnoszarych, które drżały od niepowstrzymywanych emocji.

- Virginio... Virginio... - wyszeptał, ukrywając twarz w jej szyi i przygarniając ją mocno do siebie.

- To naprawę ty? - mruknęła, opierając głowę na jego ramieniu. Zamknęła oczy. Była tak zmęczona, że chyba zasypiała.

Gdzie ona się znajdowała?

- Nie zostawiaj mnie, Draco - zabłagała, unosząc ręce, aby go objąć, ale zamiast tego poczęła tracić świadomość.

- Virginio, nie bój się, jestem tutaj, nie zostawię cię, już nigdy...

- Naprawdę?

- Tak, jestem tutaj... Już zawsze, już zawsze będę twoim "gdzieś"... Tylko mnie nigdy nie opuszczaj, Virginio, bądź moja... Moja na zawsze...

- Draco, ja...

End of flashback

- Draco? Ej, Dracze! - krzyknął Pucey, zwracając uwagę wszystkich Ślizgonów w komnacie.

Otworzył powoli oczy i spojrzał zniecierpliwiony na swojego kapitana.

- Co?

- W dupie szkło - zadrwiła Dolores, przewracając oczami.

- Nie mów, że ty też się zabujałeś w tej nędznej Weasleyównie.

- Adrian! - westchnęła Faith, spoglądając na Puceya. Zapanowała cisza.

- Kolo, to chyba nieprawda, co? - zapytał Montague, spoglądając na niego z powaga. - Wiesz, że ona...

- A byś się zamknął, Montague - warknął Draco, wstając nagle. - Co ty sobie myślisz, że ja jestem jakimś rozmamłanym świrem? Mam lepsze rzeczy do roboty!

Nigel parsknął.

- Jasne, jak dawanie wycisku głupkom i rozbijanie zębów każdemu, kto ci wlezie w trasę. Wiesz, Draco, wcześniej to się darłeś tylko na Pottera i tamtych fagasów. Oczywiście, wiem, że ta ruda mała siksa jest tylko... HEJ!!!

Prawie znikąd obok głowy Nigela przeleciał nożyk do papieru, musnął mu ucho i wbił się w zasłonę.

- Pilnuj własnych interesów, Montague - powiedział Draco niebezpiecznie cichym głosem. - A ja przypilnuje swoich.

- Draco, gdzie idziesz?- zapytał Snape, gdy Draco otworzył wejście do pokoju wspólnego.

Cóż, Montague powiedział prawdę, że Draco maltretuje innych. Draco Malfoy miał mieć reputację najzimniejszego i najbardziej odpornego na wzruszenia drania. Draco Malfoy miał być najpoważniejszy z nich wszystkich.

Tylko że Draco Malfoy taki nie był. I Snape bardzo dobrze o tym wiedział.

- Gdzieś, gdzie nikt mnie będzie zadręczał o szczegóły pożycia miłosnego - mruknął.

Kamienne wrota zamknęły się za nim.

Ach tak? Snape uśmiechnął się zajadliwie. Nie powiem, Draco, abyś znał się tak mało.

- Profesorze, miał pan coś ogłosić? - zapytała sensownie Faith. Jako Prefekt Naczelny szkoły była bardzo miła dla nauczycieli, leciała na najwyższych ocenach od początku nauki i skuteczne rozwiązywała sytuacje problemowe. Chyba tylko przez przypadek została przydzielona do Slytherinu.

- Owszem - odparł gburliwie, wyciągając z kieszeni szaty pergamin.- W tym roku ceremonia ukończenia roku szkolnego jest w piątek, czyli pojutrze.

Z komnaty dało się słyszeć serię "łał", "Super" i "co?"

Po raz pierwszy od dwudziestu lat zorganizowano z tej okazji bal. Od dwudziestu lat.

- To dlatego, że w tym roku mamy krótsze wakacje - wytłumaczył sobie Goyle.

Hase przewrócił oczami i spojrzał na niego.

- I dlatego nam to wykręcili?

- A kogo to obchodzi - mruknął Bruce, wzruszając ramionami. – Wiesz, że on musi mieć własne rozumkowanie.

- Wiem, wiem.

- W każdym razie - mówił dalej Snape, zdenerwowany przerywaniem. - Na uroczystości będą obecni wszyscy, którzy przyczynili się do sukcesu Roku Mugola i przedstawienia. Faith, masz się zobaczyć z profesor McGonagall i profesorem Dumbledorem w sprawie tego wszystkiego. No i Bradem Dolerite.

Dziewczyna pokiwała głową, a Pucey pochyli swoją, warcząc na dźwięk imienia Brada Dolerite.

- Panie profesorze - zawołała Millicenta gdy Snape już się obrócił do wyjścia. - Czy Pansy nic nie grozi?

- Nie - odpowiedział ledwo słyszalnym głosem. - Dwa dni temu pojechała do domu.

- Fiuuu... - westchnęła Blaise. - Naprawdę musiała nieźle się wkręcić, jak leżała dwa dni. Musical okazuje się zagrożeniem.

- No – zgodził się Hase. - Dziwne, że nikt z nas jej nie mógł znaleźć po przedstawieniu, po tym, jak wykonała taką świetną robotę.

Rozmówki trwały. Severus wyszedł z domu Slytherina, idąc przed siebie korytarzem i znikając w ciemności.


***


Nie wierzyła w te bajki, jakimi nakarmili ją jej rodziców, ponieważ pamiętała, co przeżyła. Bardzo dobrze pamiętała.

Wróciła do Hogwartu, choć już nawet Korneliusz Knot chciał ją przekonać, aby została. Potem rozmawiała z Tiarą Przydziału i nagle jakiś sokół zapukał w okno. Goniła tego ptaka, bo ukradł tiarę. Pamiętała, że weszła do Zakazanego Lasu i zobaczyła wiszącą na drzewie Pansy Parkinson.

To wszystko, te wszystkie wspomnienia... ciągle do niej powracały, to było takie nieznośne! Pamiętała, jak ten sokół przekształcił się w Adriana, jak wyciągnął łuk Salazara Slytherina. Jak strzelał w niego.

Strzelał w Dracona.

- Ginny, nie powinnaś wstawać, bo się zaziębisz. Wracaj do łóżka, migiem! - zawołała Madame Pomfrey, wchodząc do skrzydła szpitalnego z naręczem leków. - I w dodatku stoisz w oknie, kto to widział! Wieje tak przeraźliwie...

- Madame Pomfrey, to tylko lekki wiatr, nic mi nie będzie - odrzekła, uśmiechając się do pielęgniarki.

- Nie, wcale - kobieta pokręciła głową, po czym odciągnęła ją od okna i zamknęła je. - Masz odpoczywać. Wiesz, w jakim stanie przyniósł cię tu Draco? To było jeszcze gorsze, niż wtedy, jak wpadłaś do jeziora kilka miesięcy temu, jak cię Adrian przytargał. Ostatnią rzeczą, której teraz pragnę, Ginny, to twój brat trzaskający drzwiami co pięć minut.

Virginia zachichotała i dała się opatulić kocem aż pod brodę.

- I jeszcze czegoś pani nie chce, Madame Pomfrey? - zapytała z odrobiną złośliwości, kiedy pielęgniarka usiadła przy niej na łóżku.

- Owszem - odparła. - Nie chcę tego, abyś przebywała w skrzydle szpitalnym jako pacjentka, Ginny.

Dziewczyna przygryzła wargę. Czuła się winna. Miała pomagać, a ostatnio niezbyt pozwalał jej na to albo stan fizyczny, albo psychiczny.

- Madame Pomfrey... Przepraszam, rzeczywiście sprawiałam same kłopoty - powiedziała, odwracając głowę.

- Nie chodzi o to, kochanie - kobieta potrzasnęła głową. - Ale o ciebie. Wiesz, że jesteś moją ulubienicą, co tu dużo mówić. Nie... nie lubię widzieć, jak ci coś dolega, a tym bardziej jak tu leżysz. Źle się czuję, gdy uczniowie tu muszą przebywać.

Virginia uśmiechnęła się lekko.

- Tak, Madame Pomfrey, ja czuję podobnie.

Pielęgniarka pogłaskała ją po głowie i uśmiechnęła się także.

- A teraz śpij. Jak się ładnie będziesz zachowywała, to cię jutro stąd wypuszczę.

- Dziękuję, że się mną pani opiekuje - powiedziała Virginia, zanim kobieta znowu wstała.

- Nie ma za co, naprawdę - odrzekła, puszczając do niej oko, po czym wstała i wyszła.

Rudowłosa odwróciła głowę, mrużąc oczy, bo świeciło jej słońce. Tak dobrze rozumiała pielęgniarkę... kto by chciała pracować z kimś, kto jest nieszczęśliwy, coś mu jest, jest ranny, chory? Virginia, pracując tu już od dwóch lat, czuła to samo.

Dwa razy już spałam na tym łóżku w tym roku, chyba jestem na nie skazana... Pierwszy raz, jak wpadłam do jeziora... a drugi, jak wpadłam w Pętlę Czasu…

- Pętla Czasu - szepnęła.

Pętla Czasu...

Flashback


Virginio...

Kto... Ktoś mnie woła?

Virginio...

Powoli otworzyła swoje brązowe oczy. Napotkała tylko czystą, nieskażoną niczym biel. Czuła się taka... Czysta... Spokojna...

Czy tak wygląda śmierć?

Witaj, Virginio...

- Kim jesteś? - szepnęła, zamykając oczy. Jeśli to było niebo, to dobrze, bo nie chciała nigdy stąd odchodzić. Było jej tak dobrze, tak wspaniale...

Znalazłaś się w niewłaściwym miejscu... nie powinno cię tutaj być...

Ponownie otworzył oczy. Przed sobą ujrzała jakąś niewyraźną postać. Zmrużyła oczy, ale nie mogła niczego od siebie odróżnić, było za jasno.

- Kim jesteś?- powtórzyła, spoglądając na tę postać podejrzliwie.

Jestem kimś, kto cię uświadomi, czemu nie należysz do "tutaj" i dlaczego powinnaś być "tam"


***


- Gdzie jestem? - zapytała, rozglądając się. W komnacie, gdzie była, gdzie paliło się tylko kilka świec na żyrandolu. Było tak ciemno, że nie dojrzała drzwi. - Co się dzieje?

Uklękła, uderzając kolanami o zimny kamień. Przecież dobrze pamiętała, że kilka sekund temu jeszcze znajdowała się w tamtym pięknym, ciepłym miejscu. Co robiła tutaj?

- Panie, kim jest ta kobieta? - usłyszała skądś. Wstała i odbiegła do najbliższej ściany, która okazała się być na szczęście drzwiami. Sięgnęła do kieszeni i westchnęła z ulgą. Różdżka była na swoim miejscu.

- Lumos - szepnęła, otwierając drzwi. Skrzypiały, jak diabli. Przełknęła ciężko ślinę, ale człowiek, który wypowiedział tamto zdanie, nawet się nie obrócił. Zaciekawiona, próbowała go kopnąć, ale... ale przeleciała przez niego!

- O Boże... - głośno wciągnęła powietrze. - To czyjeś wspomnienia!

Tak Virginio, owszem... Oto moje wspomnienia...

To był ten sam głos, była pewna.

Zanim mogłaby otworzyć usta, ktoś wyłonił się z kąta i wkroczył do światła. Był to młody człowieka, z bardzo czarnymi włosami i ciemną karnacją. Nosił szatę, uszytą z jakiejś grubej tkaniny, która na piersi miała wyszyty emblemat, węża, albo żmiję, nie wiedziała, co to jest. Oczy mężczyzny były brązowe, prawie czerwone. Emanowała z nich moc. Na rękach miał młodą kobietę, nieświadomą. Miała ona jasne, krótkie włosy. Ubrana była tylko w bieliznę, czerwoną wystawną bieliznę. Na nogach nosiła tylko czerwone kabaretki.

- Nie przypuszczam, aby była to twoja sprawa, Ackers – odrzekł cicho mężczyzna, spoglądając na człowieka, którego kopnęła Virginia.

- Tak, panie - Ackers skłonił się nisko i zniknął.

Brunet, patrząc, jak jego służący znika, odwrócił głowę i wyszeptał zaklęcie.

Kamienna ściana otworzyła się, ukazując pięknie urządzoną komnatę. W kominku palił się ogień. Virginia, chcąc się dowiedzieć, co jest grane, weszła za nim, zanim przejście się zamknęło.

Stanęła w kacie, patrząc, jak mężczyzna kładzie kobietę na wielkim, pięknym, godnym króla łożu. Dotknął swoją dłonią w rękawiczce policzka kobiety i pogładził go delikatnie. Usiadł przy niej i odgarnął z twarzy włosy. Pocałował głęboko jej blade usta, czekając, aż otworzy oczy. Otworzyła. Widząc, że ktoś ją całuje, odepchnęła mężczyznę i wytarła wargi.

- Co ty tu robisz? Co ja robię tu? - zapytała, rozglądając się.

- Jesteś w moim zamku - odrzekł z powaga, uśmiechając się chytrze. Pochylił się do przodu i położył rękę po obu stronach jej głowy, aby nie mogła wstać.

- Kim.... - kobieta przyjrzała mu się. - To z tobą spałam dwa tygodnie temu!

Twarz Virginii nieco się wydłużyła. Spała? Dwa tygodnie temu? To jakaś… kobieta niemoralna?

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Jestem zaszczycony, że mnie nadal pamiętasz, Germain Bradley.

Szczeka rudowłosej zjechała do samej podłogi. Jeżeli nie usłyszała czegoś źle i jeśli ta kobieta nazywała się "Bradley", to musiała być matką Adriana. A jeśli ona była jego matką, to w takim razie ten mężczyzna musiałby być...

- Nazywasz się Tom Riddle, pamiętam - odezwała się Germain Bradley, patrząc na niego.

- Ooo… Łał... - szepnęła Virginia, zakrywając sobie ręką usta.

Ta kobieta mała zielononiebieskie oczy, zupełne takie samej, jak Adrian!

Germain spojrzała sceptycznie na Riddle'a.

- Skąd znasz moje imię? I co ja robię w tym twoim zamku?

Wzruszył ramionami, podnosząc się.

- To proste.

Germain wstrzymała oddech.

- O, wiec ty także już wiesz? - jego oczy zwęziły się niebezpiecznie. - To dobrze, to ułatwi tylko sprawę.

Kobieta była zszokowana.

- Wiesz? Skąd wiesz, że jestem w ciąży?

Riddle uśmiechnął się złośliwie i chwycił ją za rękę, zmuszając, aby mu spojrzała w oczy.

- Nie musisz wiedzieć, skąd ja wiem. Musisz tylko urodzić to dziecko, moje dziecko.

- Ty jesteś wariat - szepnęła Germain.

- Tak, to możliwe - odparł, puszczając ją.

Wstał i otworzył ponownie kamienną ścianę, wychodząc.

- Dlaczego ja? - wyszeptała kobieta, kiedy odwrócił się, aby wybyć z komnaty.

- Dlaczego? - powtórzył, po czym zaśmiał się i spojrzał na nią. W jego czach pojawił się błysk. - Bo jesteś moją dziwką.


***


Virginia zamknęła oczy, lecz gdy je otworzyła, ukazała się przed nią jakaś inna, nowa komnata. A raczej korytarz. Oświetlały go tylko świece wiszące na ścianach.

Nadal nie rozumiała, co tu robi.

- Gdzie ja jestem? Nie żyję? - szepnęła, przymykając oczy.

A jeśli nawet... Ciekawe, jak przyjął to Draco... Tęskni za mną? Czy on...

Chcesz umrzeć? Chcesz być odseparowana od ludzi, których kochasz? Tak na zawsze?

Przygryzła wargę.

Kim była ta osoba?

W każdym razie, ktokolwiek to był, to w jej pamięci się teraz znajdowała.

Czy chcę umierać? pomyślała gorzko Jasne, że nie!

- Panie... - rozległ się głos. Otworzyła oczy ale i bez tego zapamiętała, że to sługa Toma Riddle'a, Ackers. Usłyszała także głos kobiety.

Idąc za głosami, znalazła się za innymi drzwiami. Sprzeciwiając się czemuś, co podpowiadało jej, żeby nic nie robiła, nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.

To było jakieś laboratorium.

Przy ścianie na przeciwko stał ogromny regał z książkami.

Miejsce aż zionęło czarną magią.

- Ta księga - wyszeptał Riddle bardzo cicho.

- Tak, panie - odrzekł Ackers.

Nagle czarnowłosy mężczyzna odwrócił się i podszedł do okna. Wyglądało na to, że będzie burza. Błyskawice, które co kilka sekund rozjaśniały niebo, oświetlały także jego twarz.

- Co we nie widzisz, Ackers?- zapytał nagle Riddle.

- Ciemność, mój panie - odpowiedział natychmiast sługa. Kobieta skłoniła tylko głowę. - Ciemność i mrok.

- Mylisz się, Ackers - odrzekł Riddle, zamykając oczy. Jego Śmierciożerca był zdziwiony. Nikt, nigdy nikt nie ośmielił się jeszcze pomyśleć, że Tom Marvolo Riddle posiada nie tylko mroczną potęgę.

Biała magia? No, bo co jeszcze? pomyślała Virginia, spoglądając na Ackersa.

- Wszystko ma swoje przeciwieństwo - powiedział pan i władca tego zamku, odwracając się.- Wszystko.

Przeciwieństwo?

Rzeczywiście, dla Virginii brzmiało to nader znajomo.

- Mężczyzna i kobieta... światłość i ciemność... dobro i zło - mówił dalej Riddle. Spojrzał w dół, a jego dłoń spoczęła na dużej czarnej księdze. Virginia próbowała się jej przyjrzeć - nie miała tytułu, a jej okładka była tak lśniąca, że dziewczyna widziała w niej siebie.

Mężczyzna uniósł rękę, szepcząc zaklęcie. Księga zaczęła się świecić i otworzyła się. Kartki same się przerzucały, jakby w komnacie wiał huragan.

Nagły błysk światła sprawił, że Ackers, kobieta i Virginia musieli zakryć oczy i odwrócić głowy. Po chwili wszystko się kończyło.

Na stoliku leżały teraz dwie księgi, w skórzanej oprawie. Obydwie miały podobne tytułu. Virginia rozpoznała, że jeden z tych woluminów był w jej posiadaniu.

- Panie? - Ackers uniósł brwi.

- Poznaj swego przeciwnika - odrzekł po prostu Riddle, patrząc na swoje dzieło. - Te księgi to moje życie, Ackers. Tak jak pamiętnik, który odziedziczył ode mnie jeden z Śmierciożerców. Jeśli kiedykolwiek zejdę z tego świata, te dwie księgi pomogą mi znów powstać.

- Powstać? - szepnął Virginia, zakrywając usta ręką. Pamiętała, w jaki sposób otrzymała ten artefakt. - Niemożliwe... Ja? Ja mam pomóc, aby Lord Voldemort odrodził się na nowo?

Cóż, w każdym razie było to możliwe... Tom Riddle użył przecież raz pamiętnika...

Bezgłośnie zaklaskał w dłonie - pojawiło się dwóch innych Śmierciożerców. Byli w maskach. Riddle wskazał na księgi. Jego słudzy zabrali je i zniknęli.

Mężczyzna uśmiechnął się chytrze, siadając w fotelu przed kominkiem. Oparł brodę o dłoń.

- Będą bezpieczne w świecie mugoli... Kiedy przyjdzie czas, powrócą do mnie. Ze swoimi wybrańcami.

Virginia poczuła, że słabną jej olana. Opadła na podłogę, niezdolna do pojęcia tego wszystkiego.

- Czegoś chciałeś, Ackers? - głos Toma Riddle’a ponownie potoczył się echem po pokoju. Spojrzał na kobietę, która ani razu się nie odezwała. - Lady Osberg?

- Pani urodziła - odrzekła.

- I?

Riddle przypatrzył się jej. Lady Osberg przymknęła oczy i ponownie je otworzyła.

- Dziecko jest niemagiczne.

Uśmiechnął się, prostując.

- Powinienem to wiedzieć.

- Panie, co mamy zrobić z tą dwójką? - zapytał Ackers.

Mężczyzna wstał znowu i obrócił się do nich plecami. Błyskawica rozświetliła niebo. Zamknął oczy.

- Wiesz, co masz zrobić, Ackers. Wiesz dobrze, co robić.


***


Znowu była w tym pierwszym pokoju. Zrobiła krok do przodu, ciekawie zaglądając do łóżka.

Leżała tam Germain Bradley, z małym dzieckiem na ręku.

- Dziękuję, Lady Osberg - szepnęła, gładząc dziecko po główce i wpatrując się w świecę.

- Musicie uciekać, pani - odrzekła gorączkowo kobieta. Z jej twarzy spadła ta zimna maska, jaką przywdziała przy Tomie Riddle'u. Wzięła Germain za rękę, wpychając jej coś w dłoń.

Germain spojrzała ciekawie na czerwony opal, po czym zwróciła wzrok na Lady Osberg.

- Dlaczego?

- Jego pan rozkazał już Ackersowi zabić was - odrzekał zaniepokojona, rozglądając się dokoła.- Pan pragnie, abyście była martwa, pani. Panicz także.

Germain spojrzała na dziecko. Na jego malutką, bezbronną twarzyczkę spłynęła łza. Był taki maleńki...

Tylko Voldemort może być taki bezwzględny... Zabić małe dziecko... w dodatku swojego syna...

Virginia zacisnęła pięści.

- Czy myślałabyś... - zaczęła Germain, zamykając oczy. - Czy pomyślałabyś, że mógłby się zmienić?

- Pani - Lady Osberg spojrzała na nią. - Kochacie Mistrza.

Germain nie odpowiedziała. Virginia zauważyła, że mocno zacisnęła usta, jakby chcąc powstrzymać łzy.

- Jestem tylko dla niego eksperymentem, Osberg, tylko próbą. Czego ja się spodziewałam? Że jeśli będzie mnie tu więził, to będzie także chciał mnie widzieć? Osberg, powiedz, że jestem głupia, no powiedz. Jak ja mogłam się w nim zakochać? A teraz mój syn, moje maleństwo jest w niebezpieczeństwie. Dziecko, które mam z mężczyzną, dla którego jestem obojętna.

- Musicie uciekać, pani - Lady Osberg westchnęła, siadając na łóżku. - Obserwowałam was, pani, przez ostatnie dziesięć miesięcy. Zachowywaliście się bardzo dzielnie. Wiem, że Mistrz pragnie waszej śmierci. Nie macie wyboru, trzeba uciekać. Wiecie, co by się wydarzyło, gdyby Pan dowiedział się, że dziecko jest magiczne? To byłoby straszne maltretowanie maluszka. Musicie uciekać, pani. Dla dobra waszego i dziecka.

Germain mocno przytuliła chłopczyka. Był teraz jej wszystkim. Rzeczywiście musiała uciekać, nieważne było, jak bardzo kochała Toma Riddle'a, musiała stąd odejść, musiała zapewnić dziecku bezpieczeństwo.

Lady Osberg westchnęła i pogłaskała chłopczyka po czarnych włoskach.

- Jak się nazywa?

Germain uniosła lekko głowę, uśmiechając się kochająco w stronę synka. Strasznie, lecz jednak kochająco.

- Adrian. Będzie się nazywał Adrian Bradley.


***


Virginia ponownie zamknęła oczy i gdy je otworzyła, znowu była w zupełnie innym miejscu. Dokładnie na nieoświetlonej ulicy. Była bardzo gęsta mgła, mleko. Środkiem drogi szło kilkanaście osób ubranych w grube płaszcze. Tuzin osób w czarnych szatach minął ją. Virginia poszła za nimi.

Jeden z nich, ten, który szedł na przedzie, wyciągnął różdżkę, gdy zatrzymali się przed jakimś domem. Wypowiedział zaklęcie i po chwili drzwi rozsypały się w drzazgi. W środku było ciemno i chyba zimno. Kobieta z ciemnoblond włosami spojrzała w górę. Wyglądała na wstrząśniętą. Za nią stał chłopiec z czarnymi włosami do ramion. On nie okazywał żadnych uczuć. Przynajmniej zewnętrznie.

- Adrian - szepnęła Virginia. Wyglądał podobnie jak przed rokiem na okładce Proroka Codziennego. Tyle, że wtedy był starszy i nieogolony.

- Znaleźliśmy - powiedział mężczyzna, który wcześniej zepsuł drzwi. Machnął tylko różdżką, a otoczenie zmieniło się. Byli teraz w jakichś lochach albo czymś takim. Virginia słyszała kapanie wody i zauważyła szczury, które kłębiły się w sianie w kacie.

- Oj, Germain, myślałaś, że tak łatwo mi uciekniesz...

Germain przełknęła nerwowo ślinę i objęła Adriana, zaciskając usta. Z cienia wyłonił się Tom Riddle.

W ciągu tych trzynastu lat obydwoje dorośli w jakiś dziwny sposób. Tom, na przykład, wyzbył się całkowicie współczucia i żalu. Stał się jeszcze bardziej bezwzględny.

- Myślałaś, że ukryjesz przede mną dziecko z magicznymi zdolnościami? - szepnął niebezpiecznie cicho, patrząc na nią jak na pluskwę.

- Czego chcesz, Tomie Riddle? - wycedziła, mocniej ściskając Adriana za ramiona.

- Mój syn ma do mnie wrócić - odrzekł natychmiast.

- Ty chcesz, żeby ci wróciła moc, a nie syn. Nie obchodzi mnie, co zrobisz, powiesz, nic. Adrian jest mój, nie pozwolę go sobie odebrać, nikomu, ani teraz, ani nigdy.

Riddle spojrzał na szyję Germain, a dokładnie na czerwony opal.

- Rozumiem, już... Lady Osberg dała ci to, abyś mogła uciec z zamku ze swoim synem... z naszym synem?

- No i co?

Virginia wyczuła, że kobieta się bała. Bardzo się bała. Nie chciała jednak tego po sobie okazywać.

Riddle uśmiechnął się przebiegle. Pstryknął palcami. W powietrzu ukazała się zakrwawiona, martwa osoba.

- O Boże...

Germain zasłoniła Adrianowi oczy. Jakoś nie protestował.

W powietrzu lewitowała Lady Osberg. Nie żyła, miała szeroko otwarte matowe oczy i... brakowało jej lewej ręki. Z rany spływała świeża krew.

Virginia zacisnęła powieki. Zrobiło jej się niedobrze.

- Czemu to zrobiłeś? - szepnęła Germain.

- Tak kończą ci, którzy mnie nie słuchają - odrzekł, podchodząc do niej. Uniósł jej podbródek jednym palcem, zmuszając, aby spojrzała mu w oczy. - Czy ty także mnie nie usłuchasz, Germain?

Kobieta zamknęła oczy.

- Czego chcesz?

- Potęgi mojego dziecka - szepnął, po czym pocałował ją, tak po prostu.

Germain upadła na ziemię.

Riddle spojrzał na trzynastoletniego chłopca, patrzącego na niego swoimi zimnymi morskimi oczami. Jakoś nie przejawiał magicznych mocy.

Riddle odwrócił się i pstryknął palcami. Jeden ze Śmierciożerców podał mu długi bicz. Uderzył nim w Germain. Trysnęła krew.

- Nadal nie reaguje.

Chlasnął jeszcze raz.

Adrian zaczął okazywać uczucia. Jego niebieskie oczy zadrżały.

Widząc, że nadal niczego nie okazuje w taki sposób, w jaki pragnął, Riddle zmrużył oczy. Widział ogień w oczach chłopaka, w tych zielononiebieskich oczach.

Mężczyzna odrzucił broń i ponownie pstryknął palcami. Z szeregu jego sług wystąpił jeden Śmierciożerca, który podszedł od razu do Germain.

- Wiesz, Sullivan, co masz robić.

Sullivan uśmiechnął się o i uklęknął obok ciała kobiety. Spojrzał na nią tak dziwnie... lubieżnie, po czym....

- Nie - szepnęła Virginia, potrząsając gwałtownie głowa. - NIE....!

Riddle zamknął oczy, ale na jego ustach ciągle tkwił ten przebiegły uśmieszek. Jego sługa zaczął hańbić Germain...

Virginia zacisnęła powieki i zakryła uszy dłońmi, odwracając głowę, ale i tak po pewnym czasie usłyszała jedne i drugi krzyk kobiety. Dziewczyna opadła na kolana. Chciała zniknąć, chciała uciec, ale nie mogła... to było straszne, nie chciała słyszeć tego, co tu się działo... ale musiała...

Chcesz umrzeć? Chcesz być odseparowana od ludzi, których kochasz? Tak na zawsze?

Uniosła głowę i na sekundę otworzyła oczy, ale to wystarczało, żeby zamknąć je ponownie. Zalały ją bolesne wspomnienia...

- Chyba - mruknęła. - Chyba nie.

Nie chcesz umierać, Ginny, jeszcze nie. Poza tym śmierć za Adriana jest niewarta śmierci

Virginia odwróciła głowę i spojrzała na Adriana, któremu z oczu ciskały błyskawice. Riddle uśmiechał się chytrze w jego syna.

Chłopiec wrzasnął donośnie. Komnatę ogarnęła jakaś błękitna łuna. Riddle zakrył twarz rękami i szatą, czego, niestety, nie zrobili pozostali.

W tym matka Adriana.

Potem światło zniknęło. Adrian stał tam, gdzie stał. Oczy mu się dosłownie świeciły.

Riddle rozejrzał się. Jego wzrok przyciągnął opal na spalonej szyi Germain. Przywołał klejnot za pomocą zaklęcia, po czym zawiesił go przed oczami Adriana.

- Jesteś potężny... bardzo potężny... - szepnął. - Potężniejszy niż ja... Nie, nie stanie się to... nikt mnie nie pokona, nawet mój własny syn.

Zaczął szeptać coś, co sprawiło, że z ust Adriana zaczęło się wydobywać jakieś dziwne światło, które zostało zamknięte w palu.

Po tym wszystkim, ciało chłopca opadło na posadzkę.

Riddle zacisnął zęby.

- Ackers.

- Tak, panie.

- Zabierz to do Borgina i Burkesa. Nigdy już nie chcę tego widzieć. Nigdy.


***


- Dlaczego? Jeśli za Adriana nie warto umierać, za kogo warto w takim razie?

Za kogoś, kogo kochasz...

- ... Dlaczego?

Ponieważ, Ginny, takie jest twoje przeznaczenie...

- Przeznaczenie... chcę zapytać, czemu nie za Adriana?

Bo mój syn powinien przybyć do mnie po wiele wcześniej... I nie powinien nikogo ze sobą zabierać... nie powinien niszczyć twego spokojnego życia...

- Twój syn? - powtórzyła Virginia. - Jesteś Germain Bradley?

Tak, to ja...

Jasna postać podpłynęła do niej. Ciepła dłoń uniosła jej twarz do góry.

Nie pozwól, aby mój syn zniszczył twoje spokojne życie...

- Moje spokojne życie...

Virginio... Virginio...

Ktoś ja wołała, słyszała. Głos był coraz bliżej. Ktoś po nią szedł?

Virginio, nie bój się, jestem tutaj, nie zostawię cię, już nigdy...

Znała ten głos, umiałaby go rozpoznać zawsze, wszędzie! Tylko jedna osoba tak przeciągała sylaby....

No idź... Czeka na Ciebie... Twój los i jego los są ze sobą związane... On kocha ciebie, a ty kochasz jego...

Tak, jestem tutaj... Już zawsze, już zawsze będę twoim "gdzieś"... Tylko już mnie nigdy nie opuszczaj, Virginio, bądź moja... Moja na zawsze...

- Tak? - szepnęła, zamykając oczy.

Zaufaj mi... ja nie kłamię...

Draco....

End of flashback

Oh let me see your beauty when the witnesses are gone

Let me feel you moving like they do in Babylon

Show me slowly what I only know the limits of

Dance me to the end of love

Dance me to the end of love


***


Draco stał w drzwiach Skrzydła Szpitalnego i bezgłośnie obserwował Madame Pomfrey, która zaganiała Virginię do łóżka. Spuścił głowę i cofnął się za drzwi gdy dziewczyna położyła się i zamknęła oczy.

Wyszedł.

Co ja sobie myślę... Nie mogę jej widzieć, nie wolno mi nawet spoglądać na nią...

Nie mógł... Nie miał odwagi stanąć przed nią, patrzeć jej w oczy... Strasznie się czuł, bo gdy ją widział, przypominało mu się, że gdyby nie on, nigdy by nie przeżyła tego koszmaru.

- Jestem głupcem... - mruknął i poszedł przed siebie, zupełnie ignorując ludzi, którzy szli na lekcje. Śmiali się, być może dlatego, że skończył się rok.

On... On nigdy nie zaznał szczęścia... Do czasu, aż nie poznał kogoś o imieniu Weasley. A dokładnie Virginii Weasley.

- Hej, Malfoy!

Tłumiąc pragnienie przeklęcia, Draco obrócił się i stanął twarzą w twarz z trójką najbardziej irytujących ludzi na świcie.

- Czego? - spytał chłodno. Harry, Ron i Hermiona podeszli bliżej. Uczniowie dokoła zatrzymali się, aby im się przyjrzeć.

- Pójdziesz do niej w końcu? - powiedział bardzo cicho Ron.

- A co cię to? - odrzekł blondyn, wkładając ręce do kieszeni. - Co się stało, Weasley, najpierw każesz mi się odwalić od swojej maluśkiej siostrzyczki, a teraz rozkazujesz mi ją odwiedzać?

- Nie rozkazuje - przerwała kłótnie Hermiona. - Chodzi o Ginny... To ona chce cię widzieć...

- Była bardzo rozczarowana, że cię tam nie było - dodał cichym głosem Harry.

- Nie.

I tyle. Odwrócił się.

- Powtórz to - Ron złapał go za ramię.

Draco spojrzał na dużą dłoń rudego na swoim ramieniu, po czym strzepnął ją zniesmaczony.

Ron, niewiele się zastanawiając, chwycił go za ramię, gwałtownie odwrócił i przyłożył pięścią w szczękę. Draco uderzył o ścianę.

Kilka dziewczyn krzyknęło, a chłopaki zaklaskali.

Blondyn zaśmiał się gorzko.

- Oko za oko, Weasley?

Ron mu poprawił, uderzając go w brzuch.

- Nie. Odwdzięczam ci się tylko za zeszły rok.

- Ja zaraz ci się też odwdzięczę za Zakazany Las.

- Malfoy, po prostu idź i się z nią zobacz - powiedziała Hermiona.

- Nie - powtórzył, odwracając się.

- Ale dlaczego?

Draco poszedł przed siebie, nic nie mówiąc. Na korytarzu rozległo się poszeptywanie.

- Dlaczego? - zapytał, gdy stanął na zakręcie. - Bo to koniec.


***


- No, no, kogo my tu mamy, gwiazda tysiąclecia - zadrwiła sobie Lesley, gdy Draco wszedł do studia.

Uśmiechnął się do niej lekko i usiadł obok.

- Co robisz?

- Nie, kochany, co ty robisz? - odrzekła, patrząc na niego. - Cóż... Po co przyszedłeś? Jakoś cię tu nie widywałam poza próbami.

Draco milczał przez pewien czas, zanim w końcu otworzył buzię.

- W przyszłym roku też będzie Rok Mugola?

- Nie mam pojęcia - odpowiedziała. - Ale ten odniósł sukces, prawda? To może w przyszłym roku będą kontynuowali. - uśmiechnęła się do niego ciepło i zarzuciła mu rękę za szyję. - Ale ja nie będę nauczycielką, w każdym razie.

- Dlaczego? - zapytał, wpatrując się w podłogę swoimi szarymi oczami.

- Bo wychodzę za mąż - uśmiechnęła się.

- Jasne - parsknął. Spojrzał na nią. - Kiedy, jeśli mogę spytać?

- Koniec sierpnia.

- Tylko jeden Weasley się hajta, tak? - zapytał.

Zaśmiała się.

- I owszem. Na razie jeden, ale nic przecież nie wiadomo.

Draco spuścił głowę, włosy zakrył mu oczy.

Lesley potrzasnęła jasnymi włosami i oparła się o ścianę.

- Zobaczysz się z nią w końcu, czy nie? - zapytała.

Blondyn wstał i podszedł do szafek, otwierając je i zamykając. Żeby tylko coś robić.

- Draco, nie unikaj tego pytania - wstała i poszła do niego.

- Którego?- szepnął.

- Tego: co z tobą i Ginny? Ten problem jest może i zrozumiały, ale dla mnie jest oczywisty - powiedziała. - Z nami nie ma nic, więc problem tez nie istnieje - odrzekł rozgniewany, trzaskając drzwiczkami.

- Słuchaj, Draco - mówiła dalej.- Jeśli teraz do niej nie pójdziesz i się z nią nie zobaczysz, będziesz żałował już zawsze. Zobaczysz.

- Co ty nie powiesz.

- Będziesz żałował.

Przełknął bryłkę lodu, którą miał w gardle i otworzył następną szafkę, ale ta nie była pusta. W środku były baletki i zielony kostium. Sięgnął po niego drżącą dłonią.

- Mój pierwszy prezent dla Ginny - wyjaśniał tylko Lesley.

Draco opadł na kolana, patrząc w podłogę.

Ten kostium nią pachniał i...

- Zmieniła się przy tobie, Draco - szepnęła dziewczyna, siadając obok niego. - Bardzo. Oboje się zmieniliście.

- A ty skąd wiesz? - spytał cicho. - Nawet mnie nie znasz.

- Akurat w tym się mylisz - powiedziała, przewracając oczami. - Widziałam, jak się zmieniasz, jak wpływa na ciebie. Słuchaj, Draco... Jesteś dzięki Ginny szczęśliwy, prawda?

Spojrzał na nią, ogłuszony jej słowami.

Uśmiechnęła się.

- Nie wiem, co się działo między wami, ale dobrze wam ze sobą. Zanim Ginny cię spotkała była małą, nieśmiałą, nieatrakcyjną i zamkniętą w sobie dziewczyna. Chowała się gdzieś w sobie. Ale jednak przyszedłeś ty i wydawało się, że ona znalazła "dom", fizycznie i psychicznie. Nawet profesor McGonagall mówiła, że Ginny się otworzyła. Dobrze wiesz, że to dzięki tobie, tylko dzięki tobie.

A Mroczny Znak...

Uśmiechnął się lekko. Pamiętał, jaka była spięta i nerwowa, gdy zobaczyła symbol na jego ramieniu. Ale, jednocześnie, była kimś, kto patrzył na NIEGO, nie na syna Lucjusza Malfoya, nie na ozdóbkę domu Slytherina. Patrzyła na Dracona.

- Odnajdź ją – powiedziała Lesley, wstając. Spojrzał na jej uśmiechniętą twarz. - Zanim będziesz żałował.

Dance me to the wedding now, dance me on and on

Dance me very tenderly and dance me very long

We're both of us beneath our love, we're both of us above

Dance me to the end of love

Dance me to the end of love


***


- A ciebie gdzie posiało? - syknął Montague, gdy Draco usiadł na swoim miejscu. McGonagall cały czas miała go na oku.

- Faith o mało nie oszalała! - dodał Pucey. - Zaraz się zaczyna.

Blondyn przewrócił oczami.

- Uspokój się, jak widzisz żyję, więc twoja nałożna nie musi się wkurzać.

- Ożeż ty mały... - Pucey uniósł rękę, żeby mu przyłożyć.

- Cicho! - syknął Bruce, kopiąc krzesło Adriana Pe. - Uspokójta się, są tu chyba wszystkie gazety, włącznie z Ritą Skeeter. Chcecie jej dać temat na nagłówek, tumany?

- Nagłówek? - Dolores uniosła brew.

- No dobra, nie nagłówek... Dodatek specjalny "Czarownicy" - odrzekł.

Draco odwrócił głowę i rozejrzał się.

Siedziała przy stole, otoczona koleżankami, kolegami i braćmi. Wyglądała na zdrową, ale widział w jej oczach, że jest zmęczona i zaniepokojona.

Zaniepokojona zakończeniem tej przygłupiej uroczystości.

Draco uśmiechnął się sam do siebie i odwrócił do domowników. Ulżyło mu, nawet bardzo.

- Eee, nasz Dracze się uśmiecha - Montague pochylił się ku Dolores. - A może mam zwidy?

Odepchnęła go.

- Poczekaj, tylko się skończy.

Nigel zmarszczył brwi i rozsiadł się na krześle.

Wstał Dumbledore.

- Po pierwsze, wraz z Ministerstwem Magii, Beauxbatons i Durmstrangiem, Hogwart chciałby podziękować swoim uczniom ich wspaniałego tegorocznego osiągnięcia. Wysokie Loty odniosły prawdziwy sukces. Pragnąłbym uhonorować wszystkich, którzy brali udział w przedstawieniu.

Odchrząknął i kiwnął głową na McGonagall, która wstała i podała mu kredowobiały pergamin. Nieopodal, Korneliusz Knot kiwnął głową z uznaniem i uśmiechnął się do Prefekta Naczelnego, Brada Dolerite, który wciągnął na środek podwyższenie.

- Idioci - mruknął Draco, krzyżując ręce i wpatrując się w ministra magii. Odwrócił głowę i spojrzał na Virginię. Chciał zobaczyć jej minę, jednak rozczarował się, ponieważ jej twarz zakrywały włosy.

- Ciekawe jak się wytłumaczą z Pansy - szepnął jakiś Ślizgon.

Blondyn uniósł brew.

- Skąd mam wiedzieć. Może powiedzą, że doznała kontuzji? Podobno wysłali ją do domu, coś jej się musiało stać - odrzekł ktoś.

Wysłali ją do domu... Tylko, że nie doznała kontuzji, ale złapał i torturował ją ten... Adrian Bradley...

- Podziękujmy czarodziejom, którzy stworzyli te magię - dyrektor wskazał na scenę. - Lawrence'owi Tombane'owi, reżyserowi Wysokich Lotów, Lesley Chestwood, choreografce, oraz Spencerowi Solomanowi, dyrektorowi przedstawienia.

Wybuchł aplauz, prawie taki sam, jak tydzień temu na Magicznym Stadionie. Uśmiechając się i kiwając do uczniów, trójka weszła na podwyższenie. Lesley była ubrana w białą wieczorową suknię, a panowie w garnitury.

- A teraz... - Dumbledore rozwinął pergamin. - Naszym młodym scenarzystom i wszystkim, którzy przyczynili się do oprawy technicznej. Dzięki należą się tu przede wszystkim projektantce kostiumów, Felicity Notting, dyrektorowi dekoracji, Nikki Winjnands, dyrektorowi efektów specjalnych...

Draco wpatrywał się w mugoli, którzy wchodzili na podwyższenie, wyczytywani przez dyrektora. Wszystkim osobiście gratulował Korneliusz Knot. Niektórzy, zauważył, byli w stosunku do niego oziębli. Nic dziwnego, mugole nie bardzo go lubili.

- Muzykom - ciągnął Dumbledore. - Ann Walters, Marcusowi Beatty, Londyńskiej Orkiestrze Filharmonicznej oraz Fatalnym Jędzom.

Ci ostatni byli najpopularniejszym zespołem wśród czarodziejów, dzięki czemu otrzymali jeszcze więcej oklasków od pozostałych. Ośmioro członków zespołu, jak zwykle zresztą, było ubranych bardzo dziwne - tym razem po hipisowsku. Kilku uczniów zaśmiało się, gdy Sapphire chwycił rękę Knota i zaczął nią dziko potrząsać.

- A teraz nasi bogowie sceny, czyli aktorzy.

Dumbledore ogarnął uczniów wzrokiem i sięgnął po złoty pergamin, który także trzymała McGonagall. Dyrektor ponownie odchrząknął i rozwinął go.

- Dziękujemy Alainowi Juppe, Beau Remondowi i Edonardowi Balladurowi za to, że wnieśli w nasze przedstawienie tyle śmiechu i radości.

Trójka Beauxbatończyków, którzy oprócz radości przez ostatnie pół roku wnosili do szkoły także frustrację, wstała, ukłoniła się przesadnie i pobiegła do podwyższenia, całując po drodze każdego, kto się nawinął.

- Seamusowi Finniganowi, Lavender Brown oraz Parvati Patil za doskonałe osiągnięcia w musicalu - mówił dalej dyrektor.

Seamus zaczerwienił się, gdy Lavender wepchnęła go na scenkę. Gryfoni zaśmiali się, a Seamus zrobił się jeszcze bardziej buraczkowy.

- Ingemarowi Crwotherowi, Blanche Mitterand, Jaquezowi Fernandezowi, Unie Cret, Leonardowi Girodnis i Faith Sherman za wybitne poprowadzenie ról w tej przepięknej historii.

Całą szóstka powstała i podeszła do sceny.

Draco pozwolił sobie zadrwić z Pucey, który wycałował Faith, zanim poszła.

- Yvette Dawes, Barlowowi D'Aguilarowi, Gabrielle Delacour, Myrze Kirkimburgh oraz Pierre'owi Rouban, którzy udowodnili, że siła musicalu polega przede wszystkim na tańcu, a nie mówieniu.

Gabrielle parsknęła i wstała, unosząc wysoko głowę. Poszła miedzy rzędami stołów, przy których siedzieli uczniowie, rodzice, nauczyciele i dziennikarze. Yvette poszła za nią, robiąc sobie jaja z wnuczki wili.

- Z tego miejsca - zaczął ponownie dyrektor. - Chciałbym podziękować trojgu osobom, bez których przedstawienie nigdy by nie zaistniało. Adrianowi Bradleyowi. Adrian, muszę z przykrością oznajmić, musiał wyjechać z Hogwartu i prawdopodobnie więcej się nie pojawi w naszej szkole.

Dziewczyny jęknęły, a Draco zmrużył oczy. Do świata rzeczywistego przywróciła go Dolores, tykając palcem w zebra.

- Twoja kolej! - szepnęła podekscytowana.

- Draconowi Malfoyowi, wspaniałemu Chesterowi Dwightowi, za pokazanie nam dokładnie, jak złożony może być i jest ludzki charakter oraz za to, ze potrafił go przedstawić za pomocą tańca. Nagrodźmy go głośnymi oklaskami, bo naprawdę warto!

Nagrodzili go wszyscy, a najbardziej dziewczyny. Wiele z nich stało i krzyczało jego imię.

Draconowi to wszystko było niepotrzebne.

Postanowił, że tego nie zrobi. Nie pójdzie. Nie bez Virginii. Jeśli jej tam nie będzie, jego także nie.

- No, Dracze, do ataku! - syknęli do niego Montague i Pucey, popychając, aby wstał. Blondyn rozejrzał się i zauważył, że Virginia wstała i obróciła się, oczywiście chcąc jak najszybciej wyjść z sali.

Widząc to, wstał natychmiast i chciał pójść za nią, ale Dumbledore znowu zaczął mówić.

- Mówiąc o Draconie nie należy oczywiście zapominać o kimś, kto powinien zostać nagrodzony razem z nim - powiedział, a w jego oczach kryło się coś tajemniczego. Nastała cisza.

- Cudowna tancerka, jeszcze wspanialsza aktorka. Nasza Gladys Winnifred, która zaprezentowała nam, jak wdzięczna, potężna i pełna gracji może być istota ludzka. Ona i Draco przedstawili nam historię pięknej miłości, historię, której pewnie nikt z nas nie zapomni do końca życia.

Dumbledore uśmiechnął się do tłumu.

- Proszę was o aplauz, bo tylko tak możemy ją uhonorować. Ginny Weasley!

W Wielkiej Sali zapanowała jeszcze głębsza cisza. Korneliuszowi Knotowi odpłynęła z twarzy krew. Wszystkie, WSZYSTKIE pary oczu zostały w niej utkwione. Virginia stała właśnie przy drzwiach do wyjścia. Draco zaczął do niej iść, rozległy się szepty i pomruki, teraz niektórzy obserwowali także jego.

To było niesamowite... Czuł bicie jej serca naprawdę... Virginia odwróciła ku niemu głowę, spoglądając na niego swoimi pięknymi ciemnymi oczami, które tak bardzo kochał... Wyciągnął do niej rękę.

- GORZKO! - krzyknął ktoś w sali.


***


- Cuda!!! Cuda i dziwy!!!! - wrzeszczeli Gryfoni, niosąc Ginny na rękach do wieży.

- To moja siostra! - zawołał z dumą Ron.- Zawsze była taka wspaniała!

Charlie się zaśmiał.

- Jasne! Widzieliście twarz Knota?

Seria śmiechu.

- Od początku na to zasługiwałaś, Ginny - powiedziała Lesley, uśmiechając się szeroko. - Zawsze powtarzałam, że jesteś moją najlepszą uczennicą!

Virginia uśmiechnęła się, kryjąc niewielkie skrępowanie.

- Zrobiłam tylko tyle, na ile było mnie stać!

- Tylko?! - krzyknął Dean Thomas. - Przestań sobie żartować, na tej scenie byłaś cudowna, nieopisanie wspaniale to zgrałaś! Jesteśmy z ciebie tacy dumni!!!!

- Tak, tak, wiem, że wszyscy się cieszycie sukcesem Ginny - zagrzmiał głos McGonagall. - Ale sugeruję, że powinniście to robić w pokoju wspólnym, a nie na korytarzu, racja?

- Tak jest, pani profesor! - zawołał Fred. - Tłum, idziemy do domu. Brać Ginny na ręce i kierunek wieża Gryffindor! Będzie jazda na całego!

- Będzie!

Hermiona zmarszczyła brwi.

- Nie zapomnieliśmy o kimś? To nie tylko zasługa Ginny, bo Malfoy też...

- Z Malfoya też jesteśmy dumni! - przerwał jej George. - Idziemy się bawić!

Harry zaśmiał się. Wepchnęli Virginię przez dziurę za portretem Grubej Damy i położyli ją na kanapie w ciepłym pokoju wspólnym.

Fred i George przynieśli piwo kremowe, sok z dyni, pudło czekoladowych żab i mnóstwo innych słodkich atrakcji. Impreza trwała, w środku zjawiły się nawet Fatalne Jędze oraz inni uczniowie!

Virginia nie bardzo załapała, o której wszystko się skończyło i na dywanach leżeli tylko śpiący balangowicze.

To był ostatni dzień, pewnie wszystkie domu się bawiły. Ale tak, jak Gryfoni chyba nikt.

Zmierzyła wzrokiem komnatę i wstała. Potarła oczy, ziewnęła i zdecydowała, że się przejdzie po zamku. Była zmęczona, owszem, ale spać jej się nie chciało. Zauważyła, że między Barlowem i Yvette chyba pełna zgoda i harmonia, bo spali przytuleni do siebie na czerwonej kanapie. Uśmiechnęła się lekko i cichutko przeszła przez komnatę, nieomal potykając się o nogę George'a. Lesley i Charlie poszli już do swojego pokoju.

Pewnie używają na swój sposób

Wyszła na korytarz, ignorując protest śpiącej Grubej Damy.

Nawet teraz to było bardziej niż nieprawdopodobne. Dumbledore powiedział, że to ona grała, zaufał jej wraz z całym zespołem, ogłosił jej imię, pozwolił pokazać, że jednak warto dać jej szansę i że ona mogła tę szansę w pełni wykorzystać.

Westchnęła i spuściła głowę, idąc przed siebie.

Była szczęśliwa, była naprawdę szczęśliwa. Wszyscy zrozumieli, że ona, nic nie znacząca Weasleyówna także może zrobić coś, co jest wspaniałe, cudowne i wielkie. I wszystkim się podoba.

Mimo tego wszystkie nadal czuła, że coś jest z nią nie tak.

I wiedziała doskonale "co" i przez kogo.

- Panienka! Panienka! - zawołał piskliwy głosik. Spojrzała w dół w parę wielkich brązowych oczu.

- Wybacz, nie chciałam, żeby... - powiedziała, rozglądając się, co takiego zrobiła, że przyszedł do niej skrzat.

- Nie, panienko - domowy skrzat potrząsnął głową, podskakując podniecony. - Mam panience przekazać list, pan kazał przekazać list.

Virginia spojrzała na elfa, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. Uklękła i sięgnęła po kopertę, dziękując stworzonku, które po sekundzie rozpłynęło się w powietrzu.

Uśmiechając się, obejrzała koperta, ale tam nic nie było napisane. Otworzyła ją wiec. W środku była karta, podobna trochę do tych mugolskich z życzeniami. Na okładce, na kremowym papierze wytłoczona srebrnym tuszem była tańcząca para. W środku była tylko strzałka i wskazówka "do studia" nakreślone starannym, mocnym ale i eleganckim pismem.

- Co za czubek by coś takiego...

Zdecydowała, że pójdzie do studia i zobaczy, kto jej robi numery w środku nocy.

W końcu znalazła się przed salą. Ze szpary w drzwiach wydobywało się delikatne światło.

Czuła, że mocno jej bije serce. Położyła dłoń na zimnej klamce i przełknęła ślinę. Zamknęła oczy, otworzyła drzwi, szybko weszła i zamknęła je.

Otworzyła oczy i zamarła. Serce przestało jej bić? Może...

Na środku stał Draco. W rękach trzymał czarną, długą wieczorową sukienkę. Na sobie miał smoking. W całym studiu było pełno świeczek, które stwarzały ciepłą, piękną atmosferę. Przez okna wtaczał się blask księżyca.

Draco uśmiechnął się do niej. Przełknęła ślinę, gdy podszedł krok do przodu.

- Zatańczysz ze mną, Virginio?


***


Dance me to the children who are asking to be born

Dance me through the curtains that our kisses have outworn

Raise a tent of shelter now, though every thread is torn

Dance me to the end of love

To był sen. To musiał być sen. Rzeczywistość nigdy nie jest taka piękna.

Jednakże Draco Malfoy stał przed nią, prawdziwy, z krwi i kości. To też było dziwne, ale nie przeczyła, że jej dobrze. Bardzo dobrze. Czuła, choć nie wiedziała jak, że jemu także.

Jej serce naprawdę zamarło, gdy ujrzała go, patrzącego na nią, otoczonego ciepłym blaskiem światła świec. Jego oczy wrażały coś, co mogło być określone tylko jedynym słowem: miłość. Szybko wzięła od niego suknię i poszła do przebieralni, aby się w nią ubrać. Przyszło jej na myśl, że jest podobna do tej, którą kiedyś narysowała.

Nie wierzyła, że nadal pamiętał. I chyba dlatego to było takie nierealne.

Gdy wyszła zza zasłony, spojrzała na niego niepewnie, ale kiedy zauważyła, że wpatruje się w nią (wyglądał na oczarowanego), zalała ją fala ciepła. Obrócił ją do siebie tyłem i odgarnął z szyi włosy. Odpiął swoją klamrę od szaty, naprawdę bardzo ładna klamrę, i założył ją jej na szyję. Odwrócił ją i położył dłoń na jej talii.

Zaczęli tańczyć.

Przez cały ten czas nic nie powiedzieli, ale słowa nie były tu potrzebne. Mówili językiem, który znali tylko oni, językiem spojrzeń, oddechów i dotyku. Rozmawiali, nie rozmawiając, językiem swoich serc.

Teraz stali nad jeziorem. Nie bardzo pamiętała, jak się tam znaleźli. Chyba wyszli. Księżyc pięknie się odbijał w wodzie. To też sprawiało, że czuła się, jakby śniła .

Całkowitą tajemnicą było, jak Draco zdołał to wszystko zrobić za plecami Filcha, ale czy to ważne, skoro była szczęśliwa?

To wszystko było takie piękne, takie cudowne… Można umrzeć ze szczęścia? Słyszała, że ze śmiechu owszem, ale ze szczęścia?

Jak ktoś tak romantycznym czuły, opiekuńczy, łagodny, jak ktoś tak doskonały może być Śmierciożercą, który wcześniej zadał jej tyle bólu?

Zamyśliła się. Draco okrył ją szatą. Gdy odwróciła głowę, by na niego spojrzeć, ujrzała go pogrążonego we własnych myślach, wpatrującego się w jezioro. Miał ręce w kieszeniach. Przez koszulę prześwitywał Mroczny Znak.

- Tyle rzeczy się wydarzyło - powiedział cicho nieco chrapliwym głosem. Chyba mu zaschło w gardle.

Odwróciła głowę, opatulając się płaszczem.

- Tak.

- Tak bardzo się zmieniliśmy...

Westchnął. We włosach zaigrał mu wiatr. Spuścił głowę i zamknął oczy.

Ciekawe, o czym myślał?

- Draco... Ile my się znamy? - zapytała nagle, rozbijając ciszę.

Otworzył lekko oczy.

- Pięć lat.

Uśmiechnęła się lekko, odgarniając z twarzy kosmyk rudych włosów.

- Ja sądzę, że znamy się dopiero od roku. Ale to i tak było dużo. Znam cię bardzo dobrze, może nawet lepiej niż z opowiadań mojej rodzinki – próbowała się zaśmiać, ale śmiech uwiązł jej w gardle.

Uśmiechnął się gorzko.

- Możliwe, że masz rację, Virginio...

Virginia... Jezu drogi, jak ona kochała, gdy on tak do niej mówił!

- Widziałam wtedy Adriana... - szepnęła. Ale widocznie Draco spodziewał się to słyszeć.

Poczuł, jak coś ukłuło go w piersi. Jeszcze bardziej spuścił głowę, włosy opadły mu na twarz.

Spojrzała na jego ramię i westchnęła.

- Widziałam jak i dlaczego się urodził, widziałam, jak go torturowano i jak go przypieczętowano. Jego matka mnie uratowała... Cokolwiek... Ale cokolwiek on mi zrobił... Nam zrobił... Ja go nie umiem nienawidzić, nie lubię go, ale nie umiem go... Po prostu mu współczuję...

- Dlaczego? - szepnął.

- Ponieważ jest... Jest tak bardzo podobny do ciebie - odpowiedziała natychmiast, spoglądając na jego twarz.

Draco uniósł głowę. Spojrzeli sobie w oczy.

- Co masz na myśli? - zapytał. Ale rzeczywiście, zaprzeczał temu, ale Adrian także coś o tym wspominał.

- Jego ojcem był Tom Riddle - ciągnęła. - Jego matka była tylko eksperymentem dla Lorda Voldemorta. Żeby obudzić moc drzemiącą w Adrianie, Riddle zamordował jego nianię, torturował jego matkę i... i rozkazał... rozkazał jednemu ze swoich Śmierciożerców ją zgwałcić – wyrzuciła z siebie.

Draco wyglądał na zszokowanego.

Odwróciła głowę. Czuła, że zaraz się rozpłacze.

- To zrozumiałe, że wycierpiawszy tyle bólu i przeżywszy tyle smutku nie miałby normalnego życia. Nigdy nie żył jak inne dzieci. A ty... Ty też nie będziesz miał łatwego życia z Mrocznym Znakiem...

- Wiem o tym - mruknął, także odwracając wzrok w drugą stronę.

- Wybacz, ale ja... - wydukała z siebie, dotykając karku ręką. Czuła się trochę niezręcznie. - Tamta scena, kiedy matka Adriana była krzywdzona i hańbiona przez tego Śmierciożercę... To mnie ciągle nawiedza... Draco, czy ty... czy ty zrobiłbyś mi coś takiego? Będziesz mnie krzywdził? Powiedz, proszę...

Odwróciła się w jego stronę i dotknęła jego policzka, gładząc go po nim. Zwróciła jego twarz ku swojej, chcąc, aby spojrzał jej w oczy.

Sam nie wiedział.

Był Śmierciożercą, ale nie chciał nim być. Gardził faktem, że nie miał wyboru, to nie była odpowiedź. Adrian miał rację, on, Draco Malfoy, był jakimś specjalnym sługą Lorda Voldemorta. Bał się. Bał się, że pewnego dnia wyjdzie z niego jego bezwzględność, ta, którą przejawiał jego znienawidzony ojciec. Już raz się pokazała, Virginii, dręczył ją, torturował swoim odrzuceniem, niechęcią, obojętnością. Pokazał jej, do czego jest zdolny.

To dlatego nie miał odwagi jej odnaleźć, ponownie jej widzieć. Dobrze wiedział, że kryje w sobie zło, wielkie zło, choć nigdy tego zła w sobie nie chciał.

A Virginia była czysta, jasna, dobra… Wspaniała…

I dlatego w ogóle na nią nie zasługiwał. Dobrze o tym wiedział.

- Nie płacz... - szepnął, zauważając, że po jej policzku spływa łza.

Przytulił ją do siebie delikatnie, ale mocno, przycisnął do siebie jej zimne ciałko i wetknął nos w jej włosy.

- Nie… Nie rozumiem... - załkała.- Nic...

- Tu nie trzeba nic rozumieć - mruknął jej do ucha.- Jestem Śmierciożercą, ale nigdy nie będę się tak zachowywał. Zmieniłaś mnie Virginio, sprawiłaś, że zacząłem żyć, że zacząłem myśleć o przyszłości, że chcę być kochany. Że pragnę być kochany przez ciebie, tylko przez ciebie...

Zmroziło ją.

Poczuła, że głaszcze ją delikatnie po głowie.

- Mam gdzieś, co myślą i gadają ludzie. Nie obchodzi mnie przeszłość. Chcę patrzeć w przyszłość, przyszłość z tobą - westchnął... - Powiedziałem wszystko, co chciałem... od początku do końca...

- Od początku do końca - powtórzyła głucho.

- Tak, kochanie.

Wyprostował się i dotknął jej policzka, patrząc w jej ciemne, brązowe oczy swoimi szarymi.

- Kocham cię, wiesz o tym? Nigdy ode mnie nie odjedziesz, nie pozwolę na to, ani teraz, ani nigdy - oświadczył, pochylając się do przodu. - Potrzebuję cię. Jesteś moja. Tylko moja.

Zamknęła oczy i teraz już nic się oprócz niego nie liczyło. Wiedziała to. Czuła to. Tak po prostu. Poczuł jego ciepłe usta na swoich. Pocałował ją delikatnie, łagodnie, tak... kochająco!

Ten pocałunek mówił wszystko, na przykład to, jak bardzo ją kochał... Chyba wpadła w jakąś euforię… Jezu, Draco ją kochał… O Boże…

Powoli, acz niechętnie, czuła to, mogła potwierdzić, że niechętnie, przestał ją całować i spojrzał jej w oczy.

- Wyjdź za mnie.

Dance me to your beauty with a burning violin

Dance me through the panic till I'm gathered safely in

Touch me with your naked hand or touch me with your glove

Dance me to the end of love

Dance me to the end of love

Dance me to the end of love

PS: * "Dance me to the end of love", Leonard Cohen

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.