Opowiadanie
Wygnany mag
Wygnany mag
| Autor: | Dmitry Leonidowicz Szabalin |
|---|---|
| Korekta: | Teukros |
| Tłumacz: | Bianca |
| Serie: | Twórczość własna |
| Gatunki: | Fantasy |
| Dodany: | 2007-01-25 20:11:40 |
| Aktualizowany: | 2008-06-06 16:25:40 |
Tłumaczenie opowiadania zostało zamieszczone za zgodą autora.
Ktoś zapukał w okno. Głośno, z paskudną satysfakcja z siebie. Tylko ptak mógł pukać w okno wieży na poziomie około piątego piętra. Czyli posłaniec.
Posłaniec był krukiem. Ważny czarny ptak wleciał w okno, usiadł na ciężkim solidnym dębowym biurku i, ze wstrętem wypluwając zwój z delikatnej cielęcej skóry, głośno zakrakał:
- Doigr-r-rałeś się?
Niecierpliwie biorę pergamin, rozwijam. “Wyższa rada magiczna ple-ple-ple życzy ple-ple-ple. W trakcie dochodzenia ple-ple-ple. Wyrok: obniżenie do piątego stopnia, wliczające: pozbawienie wszystkich posiadanych amuletów magicznych, eliksirów, artefaktów, zaklęć. Złamanie różdżki i rozbicie laski. Wygnanie do jaskini Dominika (aha, że niby dalej od ludzi)”.
- Słuchaj, może chociażby ty rozumiesz, jak perspektywiczny kierunek magii w ten sposób grzebią?
- Bzdur-r-ra! - Otwiera dziób posłaniec - Zasłużyłeś!
- No dobra. Zasłużyłem to zasłużyłem. Ale ty mi lepiej powiedz: jak to jest spędzić pół setki lat pod postacią kruka?
Posłaniec się obraził. Był słabym magiem, koło trzeciego stopnia, maksimum drugiego. Znalazł jedyny sposób długowieczności, zmianę postaci. Najdłużej żyją kruki. A potem trafił w ręce arcymaga. Teraz lata z posłaniami.
Póki ja stałem i się uśmiechałem, posłaniec roztrzaskał różdżkę, stłukł szklane retory z ziołami, zrzucił w to paskudztwo laskę, która natychmiast zajęła się płomieniem, a następnie zwalił do ognia całą moją kolekcję amuletów i artefaktów. Potem zgarnął skrzydłem wszystkie moje księgi magiczne. Dałbym sobie rękę uciąć, że nie trafiły w ogień, kruk też nie ma gdzie schować, a na półce pustka. Znaczy, zgarnął. A dokąd - cholera go wie. Kruk przeleciał się dookoła, obejrzał ten chaos z góry, i, kraknąwszy na pożegnanie, wyleciał przez okno. Ja miałem się natychmiast spakować i udać w drogę.
Czy stary człowiek potrzebuje wiele? Ksiąg nie ma, zapasów nie ma, amuletów nie ma. Czyli wrzucam do worka trochę jedzenia, pieniądze, niewielki łuk myśliwski i w drogę.
Na podróży po zakurzonych drogach zszedł mi nie jeden dzień. Jaskinia Dominika znajduje się w takiej głuszy że ho-ho. Daleko od wszelakich możliwych szlaków handlowych, w okolicy jedna malutka wioska w odległości pół dnia drogi. Ale i okolice - przepiękne. Niestraszone zwierzęta chodzą po leśnych ścieżkach, morze jagód, grzyby pod każdym drzewem - zrywaj ile chcesz! I do takiego oto małego raju trafiłem. Po drodze zrywam gałązki, zbieram kamyczki, grzybki jagódki, wycinam kawałki dziczyzny. Trzeba będzie to wszystko skonsumować w ciągu paru dni, albo zapach mnie zabije.
Jaskinia świętego Dominika jest malutką norą, na wysokość człowieka, szeroka na pięć kroków. Kiedyś chciano tu robić kopalnię, żyła biegła po powierzchni. Ale nie. Piętnaście kroków - i koniec, najmocniejszy bazalt, którego niczym nie zmęczysz.
Ostrożnie badam jaskinię, warstwę ziemi, która zastępuje podłogę. Mało to podobne do czegokolwiek mieszkalnego. Ale to nic, zobaczymy co się da zrobić.
Rozpakowuje worek, wyciągam zebrane zapasy. W sumie trochę dziwnie: pozbawili mnie wszystkich sił magicznych i zdecydowali, że będę je regenerował przez lata. Coś w tym jest - zrobienie laski zajmie nie jeden rok. A i z różdżką nie poradzę sobie za mniej, niż sześć miesięcy. Ale amuleciki, artefakciki...
Kreślę na ziemi koło. W nim rysuję Gwiazdę Dawida. Rozstawiam runy. A potem zaczynam tworzyć ze swoich zapasów kostkę. Taką niezbyt poważna kostkę, powinna się rozpaść prawie natychmiast - jakieś tam kamyczki, kawałki mięsa, jagódki, trawki, grzybki, piórka, łuski. W sumie, to wszystko co zebrałem podczas wędrówki. Ale dość prędko moja kostka zaczyna dochodzić mi do kolana. Odchodzę, czytam zaklęcie. Linie gwiazdy zapalają się karmazynem, potem puszczają dym. A gdy dym sie rozsiewa, podnoszę kostkę i stawiam przy ściance. Niechaj sobie stoi. Jest w niej około pięciu zaklęć. Ale, niestety, sama kostka jest razowego użytku - jeden czar, i rozpada się w proch.
Jedno źle: nie zostało zapasów. Trzeba pójść do lasu i do zmroku zająć się polowaniem i zbieraniem. Jedna polanka mnie naprawdę wmurowała w ziemię: tuz obok siebie rosły kamień-trawa i rozryw-trawa, a do tego jeszcze sen-trawa. Pud tuzin jakichś pomniejszych.
Wieczorem, gdy siedziałem w jaskini i smażyłem mięso świeżo upolowanego zająca, pojawił się gość. Rozumiałem, że tak łatwo mnie nie zostawią, i pełnej swobody nie dostanę. Ale liczyłem, że przynajmniej pierwszego dnia się ikt nie zjawi. Nie powinienem był obrażać posłańca.
Teraz on z namysłem oglądał moją kostkę.
- Ar-r-rtefakt! Krr-a! Nie wolno! Zabr-r-ronione! - Zakrakał w końcu.
I splunął gdzieś do środka kostki. Gdyby kruk pojawił się jutro, to by dość mocno oberwał... a tak... Tylko odrzuciło na bok, zdążył nawet wyhamować.
- Krr-a! - Kruk wyraził swoje oburzenie.
I zamienił się w człowieka. Rzadkie włosięta ledwo pokrywały wielką głowę. Wypukłe oczy robiły wrażenie, że zaraz wyjdą z orbit. Niemrugające spojrzenie, ptasie przyzwyczajenia na współ z niskim, pulchnym ciałem nadawały mu takie podobieństwo do ptaka, że nie wytrzymałem i się uśmiechnąłem. Posłaniec wyszczerzył zęby ze złością, włożył rękę za pazuchę i wyciągnął amulet. I to nie jakiś prościutki, kościany czy skórzany, metalowy! Siedem warstw różnych metali, gęsto upstrzony najprzeróżniejszymi kamieniami - od diamentów i pereł do granitu i bazaltu, pokreślony wieloma liniami. Siedem metali, dwadzieścia trzy kamienie, trzydzieści siedem linii. Oj mamusiu! Szybko zamknąłem oczy, i spróbowałem wyobrazić amulet. Otworzyłem, porównałem z rzeczywistością, i jeszcze raz.
Myślałem, że posłaniec po prostu wyczerpie moc artefaktu - co robi się dość łatwo z przedmiotem, który jeszcze nie nasiąkł mocą, ale nie, on zrobił coś głupszego. Położył swój amulet na moim artefakcie i z całej siły walnął w kostkę. Ta rozsypała się w miałki kurz. A amulet stracił jakąkolwiek przydatność na jakieś pięćdziesiąt lat. Oczywiście, jeśli go nie naładować.
Kruk parsknął z zadowoleniem, znowu zmienił się w ptaka i odleciał. A ja zacząłem w pośpiechu, póki jeszcze coś pamiętałem, kreślić zwykłym węglem na ścianie schemat amuletu. Zrobię sobie taki sam. A potem poszedłem w las - wabić ptaki. Na moje wołanie natychmiast zareagował dzięcioł. Leśny ptak, który z całego serca nie lubi miast, no ale nic, na raz się nadasz. Włożyłem w niego moje wspomnienia o wizycie posłańca i skierowałem do jednego z członków Rady. A do łapki przywiązałem zwój (poszła na niego ostatnia skóra!), w którym zawarłem skargę na nieuzasadnione działania posłańca. A nuż się jakiś niedobry człowiek pojawi? Czy dzikie zwierze? I podpisałem się: wygnany mag piątego stopnia.
O dziwo, odpowiedź przyszła już następnego wieczoru. Mój dzięcioł powinien był dotrzeć dopiero w południe. Lot orła - kolejne trzy godziny. Znaczy, że moja skarga została bezzwłocznie rozpatrzona i decyzja zapadła natychmiast. Biedny posłaniec! Ta skarga mu się pewnie odbiła solidnie!
W zwoju znajdowała się tylko jedna linijka: “Niniejszym pozwala się na posiadanie amuletów (artefaktów) o przeznaczeniu obronnym”. I podpis z pieczęcią.
Albo ja żem się główką uderzył, albo posłańcowi nie dali dość do słowa. Nie przypomniał Radzie, że dali mi piąty stopień z drugiego. Co znaczy, że mogę zrobić taki artefakt! Tym bardziej, że ograniczeń nie ma. A pod aktywną obronę można podciągnąć cokolwiek. A co najweselsze - ograniczeń na ilość tez brak.
Oczywiście, wykorzystałem dane mi carte blanche najlepiej jak się dało. Przez dwa miesiące konstruowałem sobie łoże - gigantyczny artefakt, zbierający siłę, i chętnie się nią dzielący. Oczywiście, jeżeli wypić go do dna, natychmiast rozsypie się w proch. Potem zacząłem zaglądać do wioski, gdzie chętnie przygotowywałem najprzeróżniejsze ziela, robiłem amulety. Starszym - od bóli, młodzieży - na miłość, mężczyznom - dla szczęścia w polowaniu. I po cichu smaliłem cholewki do kowala, którego musiałem namówić na wykonanie bardzo skomplikowanej pracy.
Nic dziwnego, że w ciągu jakiegoś półtora roku wieści o tym, że w tej głuszy pojawił się całkiem niezły mag, obleciała całą masę wiosek, i pracy miałem aż nadto. I z tego tytułu skumplowałem się z kowalem. Jego rzemiosło jest bliskie magii: tez potrzeba wiedzy i umiejętności, cierpliwość i dokładność, zaciętość i pracowitość. A to, że korzystamy z różnych sił, to nawet i dobrze: nie rodzi niechęci. Właśnie dlatego, gdy zwróciłem się do kowala z prośbą o wykucie bardzo skomplikowanego amuletu, siedmiowarstwowego, z innym metalem w każdej warstwie, kowal się nie zdziwił. Tylko zamruczał coś w zachwycie i poskrobał się w potylicę: trafiło się nie lada ciekawe zadanko. A potem przyniósł wykute. Z miłością pogłaskał dysk, ostrożnie zapytał o kamienie, o linie. Próbowałem wyjaśnić, ale tu trafiła kosa na kamień: kowal widział świat po-swojemu, a ja inaczej. I nie chciały się te dwa spojrzenia na siebie nałożyć.
Tak sobie żyłem wcale nie najgorzej, po cichu strugałem laskę, przygotowywałem różdżkę i artefakty. Zaprzyjaźniałem się ze zwierzętami i kupcami. Na zimę załatwiłem sobie mocne drzwi, zbudowałem piec i przygotowałem zapasy.
Na jesieni miałem kolejna wizytę. Dopiero co miałem zamiar się bać za stare, gdy zadziałała moja linia ochronna, nastawiona na magów. A potem drzwi się otworzyły, i, prawie że zahaczając wysoko podniesioną głową o sufit, do jaskini wkroczył arcymag. Znaczy się osobiście. Zerknął na moje łoże, pokiwał głową z uznaniem, zobaczył amulet na łańcuszku, w zamyśleniu podrapał się w brew. A gdy zobaczył rysunek na ścianie, po prostu chwycił się za głowę.
- A ja myślałem, że będziesz potrzebował z pięć lat żeby się zregenerować. A ty się tak zabunkrowałeś, że i mag pierwszego stopnia odstąpi. Amulet podejrzałeś u posłańca?
- U niego właśnie - Odparłem, przyjmując zaproponowany ton. - Głupi jest niemożebnie.
- Jaki jest - Krzywi się arcymag.
Wysoki starzec w udziwnionym płaszczu, wyszytym gwiazdami, wyglądał raczej na szarlatana, przebranego za maga, niżeli na najpotężniejszego z magów.
Po kiego mu gwiazdy na płaszczu? O-do-licha!
- Niezły płaszczyk. Zrobię sobie taki sam. - Mówię, przyglądając się na przeplatające się po wewnętrznej symbole. Teraz gwiazdy znajdowały się dokładnie w środkach najprzeróżniejszych kombinacji.
- Wiedziałem że nie należy do ciebie przychodzić w podobnym ubranku, ale co tam. Oderwali mnie od ważnego doświadczenia, mówią: mag taki a taki się znowu wziął za stare. A ponieważ ma tam niezłą fortecę, to czemu ty nie miałbyś do niego wpaść? Pomyślałem chwilę, i ruszyłem natychmiast. Nieco za stary jestem na zmiany postaci, ale co tam, nie po raz pierwszy.
Tia. Ja póki co o zmianie postaci mogę sobie tylko pomarzyć. Ale wystrugam laskę, i wtedy zobaczymy.
- A ja się tu zastanawiam: czy ty chociażby rozumiesz, czym się może skończyć twój najmniejszy błąd? - Arcymag przechodzi do sedna. - Losy ludzi są bardzo delikatna materią, zawiążesz supełek nie tam gdzie trzeba, i zamiast tego by zdechnąć o wyznaczonej porze, człowiek spłodzi wojownika, czyj pochód umyje krwią cały świat. Właśnie dlatego losami zajmują się tylko wróżki, które mogą zobaczyć kawałek, ale nie rozumieją całości obrazu, i arcymagowe, którzy widzą kompletne płótno, wiedzą do czego może doprowadzić najmniejszy błąd, i liczą skutki na dwadzieścia wieków do przodu. Dlatego proszę: zrezygnuj z tego co zaplanowałeś.
- Moja babka była wróżką. To ona nauczyła mnie podstaw. A ja nie jestem aż takim durniem, by nie rozumieć co mogę narobić. I tak jestem potrójnie ostrożny, a po Pana słowach będę stokrotnie.
- No i dobra, mówi arcymag, zwracając się do pieca. Dobrze zrobiłeś piec. Jeśli co, to będziesz i ogień miał pod ręką.
Jak i wszystko inne w moim mieszkaniu, piec była artefaktem, zbierającym siłę ognia.
- A ja już chyba sobie pójdę. Nie przekonam cię ani się nie wykłócę. Dobrze przynajmniej, że wyleciałeś z miasta. Tu konsekwencje nie będą aż tak straszne. Coś z miasta potrzebujesz?
- Chciałbym z powrotem moje książki, i trochę szlachetnych kamieni. - Mówię impertynencko.
Arcymag kiwa, odwraca się i kieruje do wyjścia.
I to wszystko?!! Nie mógł z takim prostym ostrzeżeniem wysłać posłańca?
- A mój posłaniec już od dziesięciu lat nie żyje. - Arcymag odwraca się w progu.
Jeszcze stałem z otwarta gębą, gdy z progu wzniósł się w powietrze ten sam czarny kruk.
Jeżeli odrzucić niemożliwości, to wszystko robi się bardzo proste... Jeżeli nie ma się do czynienia z arcymagiem. Po co on jednak przylatywał? No dobra, po pierwsze, żeby pokazać, że jest na bieżąco ze wszystkimi moimi sprawami. Po drugie, by... by... Cholera! Oczywiście! Przyleciał, pokazał płaszczyk, podrzucił mi nowy pomysł. A przy okazji, jeśli posłaniec i arcymag to to sama osoba, to i w wieży był on. Przyleciał, rozwalił wszystko i odesłał gdzie dalej od ludzi. A ledwie co złamałem zakaz, pojawił się znowu, barbarzyńsko wszystko zdemolował, a przy okazji pokazał amulet i sprowokował mnie do napisania listu do Rady, gdzie mnie natychmiast poparł i wybił pozwolenie na amulety i artefakty, a gdy znowu pojawiło się zagrożenie, przyleciał i uprzedził, żebym był ostrożniejszy. No to macie tu, panocku, najgroźniejszego wroga, który mnie uczy, broni i ochrania.
Przez parę miesięcy się przygotowywałem: znowu zmieniłem schemat przyszłego artefaktu, zrobiłem sobie taki sam płaszcz jak miał arcymag, ale z innymi cechami, skończyłem różdżkę, zdobyłem srebra i kwarcowego piasku.
Chciałem zrobić lusterko koło pieca, naprzeciwko rysunku Krosen Losu.
Gdy zaczął ciec roztopiony kamień, hojną ręką wrzuciłem roztarte na kurz srebro, właściwym zaklęciem skorygowałem tak, żeby surówka była równiutka, i zalałem to wszystko roztopionym szkłem. A następnego dnia mogłem już podziwiać swoje odbicie w lustrze.
Oczywiście, lusterko kombinowałem nie dla odbicia, a by móc zobaczyć się z arcymagiem. I bliżej wieczora, gdy już narysowałem właściwe pentagramy, lusterko zmętniało (i tak wyszło kiepskawe, falami, krzywe. Brrr), zamrugało, i przede mną, za cienką linią pojawił się arcymag.
-Dziękuję za książki. Ale jakbym jeszcze mógł prosić pracę Lonsta Mądrego “Jedyne drogi”. A i kamieni dostałem trochę za mało.
Arcymag oderwał spojrzenie od papierku, zobaczył schemat. Żeby nie przeszkadzać, odszedłem n boczek, przysiadłem na łoże i zacząłem czekać. Po jakiejś pół godzinie od lustra dobiegło:
- Nieźle to wykombinowałeś! Ja bym się nie domyślił.
Poszedłem do lustra i zobaczyłem zadowolonego arcymaga.
- Mówisz że ile potrzebujesz kamieni?
- Pól setki pereł, ze dwa tuziny diamentów, i po piętnaście sztuk reszty.
Sporawo. Jakieś książki? Oprócz "Jedynych dróg"?
- "Wielcy tego świata" Georgija, "Zostań sobą" Muracami, "Koronkowe płatki" Pankracyja, "Słowo o działaniu" Kopengarena i "Rozmyślania nad konstrukcją świata naszego" Fomy Astrańskiego.
- Będą, niedługo ktoś przyniesie. Ale "Rozmyślania" się dopiero kopiują. Sam rozumiesz, książka rzadka, dla siebie też taką chcę. Ale, jak pewnie wiesz, będziesz odpowiadać za wyniki.
- Tak mistrzu, powiem jak tylko zrobię i sprawdzę.
- Już od dawna nie miałem uczniów.
- Mistrzu? Czemu mnie pan chroni? Tylko proszę mi nie opowiadać o Krosnach Losu. Panu one przecież po nic.
- Ponieważ wiedzy i umiejętności nie zabierzesz. Ponieważ, w odróżnieniu od magów Rady rozumiem, że powstrzymać naprawdę pochłoniętego praca maga jest bardzo trudno. Już lepiej trochę go poobserwować. A przy okazji zapewnić bezpieczeństwo ludzi dookoła. Ponieważ, jeśli mag wykazał się nadprzeciętnymi zdolnościami, nie można go po prostu zniszczyć i o całej sprawie zapomnieć. Czyli pracuj spokojnie, ja popilnuje pleców.
- Dobrze mistrzu, dziękuję.
















;)
?????? ?????????, ??? ???????, ? ? ??? ???? ?????! :) ? ? ??? ???? ????? ?? ???????????, ??? ??? ?? ????????.
??, ???? ???????...
????????? ????????. ? ????? ???? ?? ??????????, ? ??????? ??????? ???????, ????? ?????????. ?????? ? ????. ?? ????, ??? ? ??????? ?????? ???? ???????. ? ??????, ? ??? ??????? ? ?????? ???????? ? ???????????. ????? ????????, ????? ???? ????????????...