Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

Ambasada

Rozdział 2.

Autor:Henry Springer
Korekta:IKa
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Akcja, Obyczajowy, Romans
Dodany:2007-05-10 20:52:57
Aktualizowany:2008-02-21 17:27:40


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Po pewnym czasie ambasada była już nieźle zorganizowaną placówką dyplomatyczną. Brama była strzeżona przez trzech żołnierzy i miejscową policję, petenci byli przyjmowani na bieżąco, a współpraca układała się pomyślnie. Derczak nudził się jednak strasznie.

W ciągu miesiąca pracy zaledwie kilkukrotnie musiał się ruszać z biura. Wszelkie drobne sprawy załatwiała za niego sekretarka Szeherezada, a dużych właściwie nie było. Dwanaście wystawionych wiz do Polski, zaopiniowanie kilku przedsiębiorstw, chcących inwestować w tym kraju, dwa robocze spotkana z Prezydentem, które były właściwie tylko rozmowami ciężkiej pracy nad budową demokracji. Tomek siedział więc za swoim biurkiem i wystawiał twarz do rzężącego wentylatora, który z trudem niwelował zgubny wpływ temperatury na jego ciało. Popijał mrożoną herbatę i patrzył przez okno. Tak... gorzej nie mógł trafić. Totalne zadupie. Nic się nie dzieje, została mu tylko papierkowa robota, której zawsze nienawidził. Na szczęście w tym pomagała mu ta pracowita mróweczka, Szeherezada. Swoją drogą, mało która mróweczka ma taki piękne, brązowe oczy. Reszty nigdy nie widział, skrywała ją za tymi wszystkimi warstwami muzułmańskiej szaty.

W tym momencie otworzyły się potężne, lekko spróchniałe drzwi. Niemal bezgłośnie, z wielką gracją weszła Ona. Mimo czarnego stroju wyglądała pogodnie, zapewne za sprawą tych radosnych błysków w oczach. Położyła na biurku stos papierów do podpisania.

- Szeherezado? - zdobył się na odwagę

- Tak, panie ambasadorze?

- Mieliśmy mówić sobie po imieniu - oburzył się lekko

- Faktycznie - odparła z lekkim rozbawieniem - czyli jak mogę pomóc?

- Czy... nie mogłabyś kiedyś ubrać się po europejsku? Mówiłaś przecież, że czujesz się zduszona tymi wszystkimi nakazami wiary, tradycjami? Myślę, że to by nie zaszkodziło?

- Boję się. Boję się ludzi. Na ulicy mogliby mnie za to pobić. Albo i gorzej.

- No to może chociaż na naszym terenie? To w końcu placówka eksterytorialna.

- Pomyślę o tym.

Spojrzał jej głęboko w oczy, które przez chwilę były jakby przygasłe, na myśl o świecie poza ambasadą, a teraz znów rozbłysły. Wiedział już, że jutro zobaczy swoją sekretarkę w pełnej krasie. I faktycznie, przyszła co prawda ubrana tradycyjnie, ale potem znikła na chwilę i pojawiła się w dżinsach i kolorowej bluzce. Jej ciału nic nie można było zarzucić, a twarz była wręcz zjawiskowa. Derczakowi aż zabrakło tchu. Ciemne włosy, łagodnie spływały po długiej szyi, podkreślając resztę rysów. W kolejnych dniach sytuacja się powtarzała. Szeherezada odważała się na coraz więcej, i nie chodzi tu tylko o strój. Zaczęła poruszać się i wypowiadać swobodniej, otwarcie krytykować miejscowych duchownych. Z fascynacją rozmawiała z Ambasadorem o życiu, religii, polityce, na co prawie żadna kobieta w tym kraju by się nie odważyła.

Kilka dni później wybrali się na małą wycieczkę Szeherezada zaproponowała Grzegorzowi wyprawę do niewielkiej oazy 30 kilometrów od miasta. Miało to być spokojne i bezpieczne miejsce, w którym można spędzić miło czas. Ambasadorowi nie trzeba było tego powtarzać. Jak do tej pory byli razem tylko w "Tony's place", najbardziej liberalnej knajpie, w europejskiej części miasta, ale nawet tam miejscowi kelnerzy patrzyli na nich krzywo. Nie było to oczywiście przyjemne, zwłaszcza kiedy musieli wręcz uciekać do samochodu przed dwoma wyrostkami z opaskami Straży Świątynnej na ramionach. Dlatego też oboje pragnęli spędzić trochę czasu w jakimś bardziej odludnym miejscu.

Oaza, wbrew oczekiwaniom Derczaka nie była bezludna. Żyło tam niewielkie plemię koczownicze, które pod względem cywilizacyjnym zatrzymało się jakieś sto lat temu. Wyznawali wprawdzie islam, ale niebyli fanatykami. Nade wszystko cenili wolność i nie godzili się na zamknięcie w jakimś osiedlu. Nie płacili podatków, a żyli wyłącznie z tego co sami znaleźli lub wyhodowali. Ciepło powitali gości, zwłaszcza Szeherezadę, która była u nich dosyć częstym gościem.

- Odwiedzam ich zawsze, kiedy mam chandrę - wyjaśniła, kiedy oddalili się kawałek od tubylców - Wśród nich czuje się znacznie lepiej, ale niestety... Państwo zapewniło mi wykształcenie na stypendium za granicą i muszę mu służyć. Ale świadomej osobie trudno ścierpieć to społeczeństwo.

- Nie jest chyba tak źle, masz przecież naszą Ambasadę? - zaczął ją pocieszać

- Niestety. Jestem tu jakimś odmieńcem. Sąsiedzi się do mnie nie przyznają, bo pracuje, część rodziny uważa za dziwaczkę, bo nie wyszłam jeszcze za mąż? Gdyby nie moje znajomości to pewnie by mnie zmusili do małżeństwa! - Była już bliska płaczu. Grzegorz ją objął, a ona mocno się do niego przytuliła.

- Grzegorz? Ja już nie mogę, proszę pomóż mi jakoś!

- Zrobię, co w mojej mocy, ale niestety niewiele mogę?

- Zabierz mnie ze sobą do Warszawy! Chciałabym tam wrócić i już nigdy nie wyjeżdżać!

- Bez przesady w Polsce są jeszcze inne miasta! - spróbował rozładować sytuację - No, nie płacz już. Pogadam z kilkoma znajomymi. Coś zaradzimy.

Usiedli na skale i patrzyli w stronę pustyni. Derczak nie miał zielonego pojęcia, co powinien w tej sytuacji zrobić. Zauważył jednak, że w tej chwili nie jest w stanie nic zrobić, więc odgonił czarne myśli. Spędzili razem romantyczny wieczór i wrócili do miasta dopiero po zmroku.

Przez kilka tygodni w każdej wolnej chwili uciekali do oazy - to było ich miejsce na ziemi. Przy okazji Grzegorz dowiadywał się, jak ciężka jest dola mieszkańców tego państewka. Znaczna większość spokojnych i uczciwych mieszkańców była zastraszana i dręczona przez kilkaset tysięcy fanatyków, ślepo słuchających słów jakiegoś nawiedzonego ajatollaha, który w dodatku na boku handlował narkotykami i zbroił swoją prywatną armię - Straż Świątyni.

Pewnego dnia w makabryczny sposób przekonali się o bezwzględności tego człowieka. Gdy jak zwykle przyjechali do oazy, nikt nie przyszedł ich witać. Po wejściu do osady, zobaczyli kilkadziesiąt zmasakrowanych ciał mieszkańców. Nikt nie ocalał - ani starcy, ani kobiety, ani dzieci. Wbita w ziemię tabliczka informowała, że ludzie ci odmówili zapłacenia ofiary na rzecz wielkiego meczetu. Widać było, że się bronili, ale swoimi Mauserami, pamiętającymi jeszcze pierwszą wojnę światową, nie mieli najmniejszych szans. Szeherezada była przerażona, ale paradoksalnie zaczęła z jeszcze większą odwagą eksponować swoją odmienność.

Również Grzegorz się zmienił. Tłum po drugiej stronie 3 metrowego muru przestał mu być obojętny. To w końcu też ludzie, cierpiący i czujący. Uznał, że musi im pomóc, nawet za cenę złamania swojej kariery. W kolejnej rozmowie z Prezydentem poruszył ten temat.

- Sądzę, że powinien pan ograniczyć jakoś władzę ajatollahów. Chociażby rozbroić strażników meczetów, to odbierze im siłę nacisku! Lud nie powinien być tak ograniczany. W końcu wszyscy są równymi obywatelami. Nie można pozwalać na takie relacje w społeczeństwie! Niech pan coś zrobi do cholery! - unosił się coraz bardziej - Czy nie wie pan, że oni dopuszczają się morderstw, kradzieży, wymuszeń? Policja to wszystko ignoruje! - na te słowa śniady prezydent zrobił się jeszcze ciemniejszy.

- Pan nie wie co mówi. Ja rządzę na dobrą sprawę tylko przemysłem, urzędami i armią, którą Strażnicy Świątyni mogliby na dobrą sprawę pokonać w kilka dni. Rzecz jasna tę część, która nie przeszłaby na ich stronę. Są liczniejsi, bardziej zdeterminowani, a niejednokrotnie lepiej uzbrojeni. Jeśli ktokolwiek tym kraju wystąpi przeciw ajatollahom, prędzej straci życie, niż osiągnie sukces. Za nimi stoi jakieś 30 % społeczeństwa, za mną najwyżej 15. Reszta jest tak nieuświadomiona, że jest jej wszystko jedno. Panu też dobrze radzę: niech pan nie podpada ajatollahom, bo to się źle skończy. - Derczak wzruszył ramionami.

Nie wierzył, aby coś mogło mu grozić. Był w końcu dyplomatą. W drodze powrotnej z pałacu podjął decyzję. Zacznie zbierać dokumentację i wyśle ją do ONZ. Jedyną nadzieję jest tu międzynarodowa interwencja, najlepiej zbrojna. Trzeba zrobić porządek w Iwejcie.

Gdy dotarł do ambasady, zastał widok niezwykły. Pod bramą zebrało się kilkadziesiąt wściekłych osób, które nie wpuściłyby limuzyny do środka, gdyby nie akcja żołnierzy, którzy rzucili granat z gazem łzawiącym. Zaraz po przekroczeniu bramy Derczak wyskoczył z wozu.

- Co się tu do jasnej cholery dzieje?

- Może ja wyjaśnię? - zaproponował kapral Bródka, dowódca warty. - Staliśmy sobie spokojnie, a tu nagle wrzawa, ludzie pchają przed sobą jakąś biedną kobietę, krzyczą na nią, kopią. Zapędzili ją pod nasz mur. Zaczęli rzucać kamieniami. No, jak nic by ukatrupili biedaczkę, panie ambasadorze. No to ja wydałem komendę, strzeliliśmy w powietrze i we trzech rzuciliśmy się tam, zabraliśmy kobiecinę, kilku rzutkich arabów potraktowaliśmy pałkami i uciekliśmy z powrotem. Biedaczkę wysłałem z księgowym Maliniakiem do lekarza w ambasadzie, a my tu próbujemy tych ludzi uspokoić.

- Wzywaliście policję?

- Oczywiście, przyjechał radiowóz, ale jak zobaczyli, że w tłumie są ludzie ze Straży Świątyni, to uciekli.

- Jasna cholera! - zaklął Derczak i pobiegł do budyneczku koszar.

Zastał tam dowódcę garnizonu, porucznika Czarnieckiego. Rozmawiał przez telefon i głośno krzyczał po angielsku. Rzucił słuchawkę.

- Panie ambasadorze! Mamy poważny problem!

- No, właśnie sam widziałem!

- Jest gorzej. Rozmawiałem z komendantem policji. Powiedział, że nie zainterweniują. Ponadto, ostrzegł mnie, że w mieście jest głośno o tym incydencie i tłum pod bramą na pewno się zwiększy. - Ambasador głośno przełknął ślinę.

- Niech pan ogłosi mobilizację i zbierze wszystkich pracowników na dziedzińcu. Byle szybko! Ja w tym czasie spróbuje wezwać na pomoc wojsko.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu
  • Crystal Storm : 2007-08-27 09:29:33
    OK

    Widzę, że coś się zaczyna dziać. Te zamieszki w mieście, mord w oazie. Szczerze to nie zazdroszczę ludziom żyjącym tam. Świetnie piszesz. Te dokładne opisy, prawie że widzę ten odległy ląd.

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu