Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

I demony mogą się lękać

Rozdział 1

Autor:Terpis
Korekta:IKa
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Fantasy, Fikcja, Science-Fiction
Dodany:2007-09-03 17:52:49
Aktualizowany:2008-03-10 20:36:51



Czarek

Stary mężczyzna odłożył podniszczoną księgę na kolana i przez chwilę tarł palcami piekące oczy. Gdy ból zelżał, zamknął wyświechtane stronice i zasunął zamek okładek. Włożywszy książkę do schowka opuścił swoje oparcie, by zrównać się z kobietą drzemiącą na siedzeniu obok. Objął czułym spojrzeniem jej drobną postać i delikatnie poprawił okrywający ją kraciasty koc z wyszytym złotą nicią logo przewoźnika. Ostrożnie dotknął siwego pukla wijącego się jej po szyi. Była piękna. Tak piękna, że aż coś mu się poruszyło koło serca. I w spodniach też, ale to zignorował. Przyszło mu tylko na myśl, że "Bardzo Mądra Księga" uczy, iż wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Jeszcze się doczeka. Niech tylko dotrą do domu. Uśmiech rozjaśnił mu twarz, gdy przypomniał sobie, co mu obiecała. Co prawda nie był pewien, czy w ziemskiej grawitacji im to wyjdzie, ale nie zaszkodzi chociaż spróbować. Pochylił się, by ją pocałować, ale w ostatniej chwili powstrzymał się. Nie. Ostatnio ma tak delikatny sen. Niech sobie jeszcze chwilę odpocznie. Niedługo "Spektrel" rozpocznie manewr cumowania, więc i tak będzie musiał swoją Skarbcię obudzić. Nie teraz.

Chciał zmienić pozycję, ale o coś zaczepił. Jego laska ze srebrną rękojeścią. Nie, żeby musiał jej używać, ale lubił. Tym bardziej, że była w niej ukryta broń. Przesunął się i oparł głowę na dłoni. Jego wzrok wędrował po znanej i kochanej twarzy. Ta maleńka blizna na szczęce to pozostałość po tamtym wypadku na nartach. Była taka dzielna. A jej kurze łapki? Na pewno nikt nie ma piękniejszych niż ona - jego amerykańska żoncia, druga miłość jego życia. Grace śmieje się ostatnio, że to już nie są łapki, tylko łapy. I te usta: nieduże, pełne, słodkie i takie... kuszące. Nigdy go nie zawiodły. Mężczyzna wysunął rękę, by musnąć ją po lekko rozchylonych wargach. Wiedział, że zaraz zacznie je wydymać i śmiesznie marszczyć nosek. Lubił to. A ją kochał. Z każdym rokiem ich małżeństwa kochał ją coraz bardziej - od ponad trzydziestu lat. Westchnął i cofnął rękę. Jeszcze moment niech pośpi. Już niedługo będzie musiała wstać, a on jej w tym pomoże - uśmiechnął się jeszcze szerzej - pocałunkiem.

Wtem, coś mu przyszło do głowy. A może by tak wrócić na te kilkadziesiąt minut do mesy? Do Gawła i Bertrama? Zostawili ich tam, świetnie się bawiących, w towarzystwie jakichś dziewcząt świeżo poznanych w Hotelu Lunarnym. I z czwartą butelką porto, o ile dobrze pamiętał. Podnosząc się po cichu, ubawiony sobą kręcił głową. Też mi dziewczęta. Może jeszcze dzierlatki, co? Przecież żadna z nich, z całej czwórki, na pewno nie miała poniżej czterdziestki. Ech - westchnął z uśmiechem - ktoś się przecież musi o tych młodych gamoni troszczyć. Co prawda, obaj już szósty krzyżyk mają dawno za sobą, ale wciąż jeszcze pstro we łbach.

Wstrząs, huk i bolesny błysk zlały się w jedno. Chciał otworzyć usta do krzyku, ale ten zamarł mu w krtani... Bo i świat cały stanął nagle, jak zastygły w bursztynie. Niezwykle wrażenie potęgowane było jeszcze przez miękkie, pomarańczowo złote światło przesycające cały ten obraz.

Mężczyzna potrząsnął głową, jak ktoś chcący się otrząsnąć z nagłego zamroczenia. Nie pomogło. Za to powoli zaczęło wreszcie docierać do niego to, co ukazywały mu jego oczy.

Był to widok katastrofy, która dotknęła ich liniowiec. Na pierwszym planie widział zaskoczoną twarz swej z nagła obudzonej żony. Nie dostrzegł na niej strachu, lecz tylko swoistą mieszaninę zadziwienia, niepewności i nadziei. Widział, jak jej oczy zaczynają rozbłyskiwać światłem radości, że oto nadszedł kres jej ziemskiej pielgrzymki.

Drugi plan był jednym wielkim chaosem. W pierścieniowcu musiał nastąpić wybuch i to tuż za ścianą ich kabiny. Swoją żonę widział na tle nieregularnego otworu pełnego głębokiej czerni. Potężne, szarpane linie pęknięć rozchodziły się od niego na wszystkie strony. W bursztynowym blasku trwały zastygłe setki szczątków różnej wielkości, gnanych od dziury siłą wybuchu. Tworzyły półkulę. Wewnątrz niej był chaos, śmierć i zniszczenie. Na zewnątrz, oddaleni o jakieś dwa metry - oni. Jeszcze żyjący, bo czas wstrzymał swój bieg... Z jego umiłowaną w środku.

- Wybacz, proszę - aksamitny, ciepły baryton, o miłym dla ucha brzmieniu, zdawał się dobiegać gdzieś z tyłu - lecz mam tutaj pewną sprawę, a ty mi w niej raczej pomocny nie będziesz. Przynajmniej nie w tej fazie.

Starzec zamarł w bezruchu. Znał ten głos! Znał go na pewno!

Przestrzeń wokół niego zaczęła zamykać się czernią. Choć jakby z wysiłkiem.

Nie widział tego jednak, bo nagle przyszło zrozumienie. Było jak wstrząs po silnym ciosie. Wiedział już, skąd zna ten głos! To był chyba najtrudniejszy egzorcyzm w jego życiu! Wtedy, ten męski, silny, acz miły baryton, wydobywał się z ust dwunastoletniej dziewczynki. Shafael-Zar-Et-Halil! Tak miał na imię ów demon!

Odwrócił się śpiesznie. Na wprost niego, w centrum powoli mroczniejącego świata stał tamten - przystojny, elegancki i z wyrazem całkowitego zaskoczenia na twarzy.

Gospodarz szybko się jednak opanował i skinął głową w powitalnym ukłonie.

- Cezary Stępniewski, jak widzę. Witam i oświadczam, że jestem pod wrażeniem. Uratowałem ci życie, ale przyznaję, iż próbowałem cię chwilowo uśpić. Jednak... - ciepło się uśmiechnął i zrobił krótką przerwę - to tylko po to, aby nie okazać się niegościnnym, bowiem poświęcić będę musiał jeszcze odrobinkę czasu, na co innego.

Mrok zniknął. Starszy mężczyzna na moment skłonił głowę. Jego usta poruszały się bezgłośnie. Gdy się wyprostował, na jego twarzy dało się dostrzec zmianę. Był poważny, a jego oczy wręcz emanowały chłodem.

- Shafaelu Zar Et-Halil, w imieniu Jezusa Chrystusa, rozkazuję ci...

- Nie! Stój! - całe opanowanie jego rozmówcy zniknęło bez śladu. Natychmiast. - Na to wszystko, co chcę ci zaproponować, mamy zgodę NAJWYŻSZEGO!

Demon wydawał się spanikowany i to bynajmniej nie trochę.

Starzec ponownie schylił głowę. Spuszczone powieki i delikatnie drgające usta wskazywały, iż znowu zanurzył się w modlitwie. Po dłuższej chwili podniósł wreszcie twarz i spojrzał w oczy swego jakże dobrze znanego wroga.

- Dobrze - zgodził się uprzejmie. - Mów.

Gospodarz usiadł z westchnieniem ulgi. Albo raczej opadł w fotel i przez moment uspokajał się. W tym czasie człowiek rozglądał się po otoczeniu. Przed nim, wysmakowany męski gabinet w angielskim stylu; za nim, śmierć w zawieszeniu. Obok wolnego fotela, na stoliczku, stały dwie butelki i kryształowa szklanka. Zaciekawiony mężczyzna usiadł i wziął do ręki butelkę ginu. Z uwagą począł się jej przyglądać.

Demon doszedł do siebie.

- Poczęstuj się, proszę. To twój ulubiony. Irlandzki - w jego glosie pobrzmiewała delikatnie nutka dumy.

- Właśnie widzę - starzec nie podniósł głowy, tylko spojrzał na niego spod brwi. - I dziwi mnie to trochę.

- Że tak dobrze trafiłem z ginem?

- Nie. To, że widzę bez wspomagania. Sądząc jednak po tym, co jest tam - wskazał kciukiem za siebie. - Chyba nie powinno. Prawda?

- No tak - demon zaczął się znowu trochę denerwować, bo widać było, iż trudno jest mu znaleźć wygodną pozycję. - Ale dzięki temu, co jest za tobą, moja oferta jest w ogóle możliwa.

- Słucham, słucham.

Mężczyzna nalał sobie trochę trunku do wypełnionej lodem szklanki, dolał toniku i wrzucił plasterek cytryny ze skórka. Pierwszy łyk przyniósł mu widoczną przyjemność. Wolna ręka bezwiednie poszukała nieodłącznej laski. Nie było jej. Oparł dłoń na kolanie.

- Widzisz. Ja wiem, że to nielogiczne. Zdaję sobie sprawę, iż przed chwilą nie było tu ani lodu, ani cytryny, ale kto powiedział, że życie musi być logiczne? Prawda? A oprócz tego... - leciutko się uśmiechnął. - Ja wiem, iż ty wiesz, że ja wiem, iż nic nie możesz mi zrobić, bo Ten, który jest we mnie, jest...

- Tak, wiem - przerwał mu demon. - Jest silniejszy od nas. Nie mam jednak zamiaru z tobą walczyć. Ja nie jestem politykiem ani żołnierzem, tylko badaczem. Twórcą. Po prostu pragnę zaoferować ci możliwość spełnienia marzeń.

Starzec wyglądał na szczerze ubawionego.

- Mój ty, bynajmniej niedrogi mi, Shafaelu. Moje marzenia są tam - obrócił się wstecz, w stronę swojej ukochanej i natychmiast znalazł się na swoim rozłożonym siedzeniu u boku żony, w rozpadającym się wahadłowcu. Pomarańczowy blask przenikał delikatnie jej włosy i twarz, wygładzał rysy, rozpraszał cienie. Westchnął głęboko. Pół obrotu i oto znowu miękka gładź wyprawionej skóry za plecami. I wpatrzone w niego uważnie ciemno granatowe oczy. - Ja wiem, dokąd zdążam. Mój czas już nadszedł i nie mam zamiaru tego zmarnować. "Bardzo Mądra Księga" uczy, że wszystko pod niebem ma swój czas. Także i umieranie. Dla mnie jest to właśnie ten czas: czas wyzwolenia; czas prawdziwego życia; czas radości; czas, na który czekałem od swego nawrócenia. - Mężczyzna z dezaprobatą kręcił głową. - I ty, chcesz mi TERAZ coś proponować??

- Tak - demon z powagą przytaknął kształtną głową. - I uwierz mi, że jest to zaiste... - uśmiechnął się. - Szatańska propozycja. Istnieje pewna szansa, iż się zgodzisz, bo chcemy ci zaproponować możliwość krzewienia ewangelii.

Uniesione w ironicznym grymasie brwi Czarka były w tym momencie całą odpowiedzią, którą ów zmaterializowany duch uzyskał. Bynajmniej nie zrażony tym, kontynuował.

- Mamy również jeszcze jeden argument, który, jak myślę, nie będzie dla ciebie bez znaczenia. Przypuszczam nawet, iż będzie rozstrzygający. Otóż... uratujemy również twoich przyjaciół, o ile ty zgodzisz się skorzystać z naszej propozycji.

Człowiek wstał z fotela. Demon również. Ich twarze mówiły teraz więcej niż słowa. Na pierwszej dawało się dostrzec zaskoczenie i zarazem jakąś dojrzewającą decyzję. Na drugiej mieszaninę hardości, oczekiwania i... strachu.

Po chwili oblicze staruszka złagodniało i uspokoiło się. Skłonił głowę i przymknął oczy.

Jego przeciwnik zbladł i zacisnął dłonie. Teraz bał się jeszcze bardziej.

Człowiek skończył modlitwę i uśmiechnął się. Zimno.

- Rozumiem przez to, iż po prostu nakazano wam ocalić także i moich przyjaciół, jeśli ja przyjmę tę jakąś propozycję. Prawda?

Gospodarz się skrzywił i z niechęcią, ale przytaknął.

- Prawda.

- Na czym więc stanęliśmy? Na marzeniach?

- Tak. Zacznę jednak od czegoś innego. Tak będzie mi łatwiej wytłumaczyć ci całość. A tobie ją objąć.

Shafael zaczynał powoli dochodzić do siebie, a jego coraz żywsza gestykulacja przyciągała uwagę. Jednak mężczyzna przestał go słuchać. Przyglądał mu się tylko w zamyśleniu. Harmonijna budowa ciała, płowe włosy zakrywające uszy, białe równe zęby i wyraziste, wzbudzające zaufanie oczy. Byłby z niego niezły akwizytor. A w sumie, przemknęło mu przez głowę, to pewnie jest, no bo, co ja tu jeszcze robię? Z trochę szerszym uśmiechem znowu skupił uwagę na słowach Shafaela.

- Jednak, co muszę z bólem przyznać, nie wolno mi cię w tej sprawie okłamywać.

- Co, oczywiście, też może być kłamstwem.

- Ale nie jest. SIŁA WYŻSZA.

- Z drugiej zaś strony, kto mi zagwarantuje, żeś rzekł całą prawdę?

Demon ze smutkiem pokiwał głową.

- Niestety, rozumiem cię doskonale. Masz, jak wiem, przykre doświadczenia z moimi... hm... towarzyszami. Uwierz mi jednak, proszę, że nie muszę cię teraz oszukiwać. Propozycja moja jest tak prosta i piękna, że nie mam potrzeby wprowadzania cię w błąd.

- Skoro tak mówisz. Słucham cię więc, Shafaelu - starzec wyciągnął się wygodnie w fotelu i z lubością pociągnął solidny łyk ze szklanki. - Ale wpierw jedna prośba. Powiedz, proszę: Jezus.

- JEZUS.

- Czemu w twoich ustach, gdy w jakikolwiek sposób wypowiadasz się o Bogu, brzmi to tak... inaczej?

- Pewnie dlatego, że inaczej GO znam - gospodarz wzruszył ramionami. - Wróćmy jednak do tematu. Rzecz ma się tak. Znasz na tyle dobrze Biblię, by wiedzieć, że choć nie potwierdza ona istnienia innych wszechświatów zamieszkałych przez inteligentne istoty - oczywiście pomijam tu nasz wymiar istnienia, który wy nazywacie duchowym - to także nie zaprzecza temu. Mam rację?

- Taaak - staruszek w zamyśleniu mierzwił krótko przycięte wąsy. - Pismo Święte pomija wiele rzeczy, które nie odnoszą się bezpośrednio do naszego zbawienia, bądź przygotowania do niego. I chyba zaczynam pojmować, co chcesz mi zasugerować.

- Zrozum. To nie jest sugestia. Widzisz, ja wiem, iż często nad tym rozmyślałeś. Nie na darmo wybrałem ciebie. Bo choć jesteś wybitnym kaznodzieją i znanym apologetą, to - pomimo tych wad - masz zarówno elastyczny, otwarty umysł, jak i... zamiłowanie do fantastyki.

Ostatnie trzy słowa zostały mocno zaakcentowane.

- Bo widzisz. To jest tak: większość takich jak ty, w ogóle nie zastanawiałaby się nad propozycją, którą za chwilę usłyszysz. Od razu by ją odrzucili, jako oczywistą bzdurę, czy wręcz kłamstwo. My zaś naprawdę otrzymaliśmy zgodę Najwyższego na przeprowadzenie tej operacji.

- Podobnie, jak w wypadku Hioba?

- Cóż... - demon w przepraszającym geście podniósł do góry obie ręce. Na prawej błysnął sygnet. - Po prostu próbujemy różnych możliwości. Jak wiesz, jesteśmy stworzeniami wytrwałymi i konsekwentnymi w zmierzaniu do wyznaczonych sobie celów.

- Wiem. I jest to cecha, której wiele Bożych dzieci winno się od was uczyć. Nie zmienia to jednak faktu, że ani wy, ani wasze działania nie podobają mi się.

- I z wzajemnością.

Obaj się uśmiechnęli. Shafael skinął głową i kontynuował dalej.

- Przejdę teraz do sedna. Otóż, świat, który znasz, nie jest jedynym istniejącym. Nawet my nie do końca jesteśmy w stanie pojąć wielkości aktu stworzenia. Sami bowiem, też jesteśmy jego częścią. Ty, nie potrafisz objąć swym rozumem nawet tego wszechświata, w którym egzystowałeś, a tym bardziej tej nieskończoności pozostałych. Ciekawą rzeczą jest i to, że choć wszystkie te kontinua rozpoczęły i zakończą swe istnienie w tym samym momencie, to jednak czas w każdym z nich biegnie inaczej.

Rozentuzjazmowany gospodarz aż wstał i szeroko gestykulując, długimi krokami przemierzał gabinet w tę i z powrotem.

- Gdybyś, dajmy na to, przeskoczył sobie na dobę do innej ze współistniejących rzeczywistości, to po powrocie mogłoby się okazać, iż choć według twojego zegarka upłynęła dopiero doba, to jednak na Ziemi czas posunął się tylko o pół minuty, bądź nawet mniej.

- Albo o sto lat.

- Właśnie! Czytałeś "Opowieści z Narnii". Słyszałeś historie o wzgórzach elfów. Znasz też podobne podania z kręgu twojej kultury. Takie miejsca połączeń naprawdę istnieją! Rządzą się one pewnymi prawami - prawami fizyki, rzecz jasna - do których wy jeszcze nie doszliście, a i my nie za bardzo je rozumiemy i potrafimy wykorzystać. ON tak. Sam je stworzył. Pamiętam taką sytuację, niestety jedną z wielu, kiedy to dużo wysiłku włożyliśmy w przygotowanie pewnego człowieka imieniem Byrntholt. Jego zadaniem miało być zreformowanie i umocnienie religii Brytów. Widząc bowiem, co się dzieje, na kontynencie, chcieliśmy się zawczasu zabezpieczyć przed waszą inwazją.

- Podobną próbę podjęliście też trochę później u Słowian zachodniopomorskich... Arkona... Prawda?

- Przyznaję, że twoja wiedza zaczyna mnie trochę zadziwiać, acz nie powinna chyba. Jesteś przecież jednym z większych szkodników naszej sprawy, jakich przyszło mi poznać.

Czarek szczerze się roześmiał.

- Dzięki. Nie spodziewałem się komplementu od ciebie.

- Zawsze do usług. Tak więc, Byrntholt, trafił któregoś wieczoru na akurat otwarte takie przejście. Dokładniej rzecz biorąc, trafiła na nie grupa uczestników wielkich dożynek z innego świata. Weszli do groty u siebie, a wyszli u was. Wracając, zaprosili do zabawy naszego człowieka. Bawił się świetnie przez całą noc.

Demon ze smutkiem pokręcił głową.

- Tyle, że dla niego okazała się ona długa.

Mężczyzna zachichotał.

- Bawił się przez sto lat?

Rzewna mina i takież westchnienie Shafaela jakoś go nie wzruszyły.

- Gorzej. Ponad sto pięćdziesiąt trzy lata. Gdy wrócił, było już za późno. Chrześcijaństwo już od kilku lat rozpleniało się po wyspie. Ale... - demon wzruszył ramionami. - Mówi się trudno i działa się dalej.

- Czy właśnie to chciałeś mi powiedzieć?

- Nie, nie! Musze jednak naświetlić ci pewne rzeczy, abyś lepiej mógł mnie zrozumieć. Przecież od tego też zależy, jaką decyzję podejmiesz. Prawda? No, a moja oferta nie byłaby możliwa, gdyby nie te nieznane ci jeszcze prawa fizyki. Oprócz tego, bardzo mnie to ciekawi i dla mnie jest to czymś więcej, niż tylko hobby. Jak ci mówiłem, jestem badaczem, naukowcem. Z twojego punktu widzenia, można by mnie chyba nazwać fizykiem. Jednak faktycznie przejdę wreszcie do sedna sprawy - Shafael jak najbardziej ludzkim ruchem odciągnął sobie węzeł muchy. - Widzisz, rzecz ma się tak... Ale wpierw jeszcze jedno pytanie: Czy wiesz, co to jest "sfera Dysona"?

Przez moment mężczyzna bardzo uważnie wpatrywał się w demona, a następnie powoli skinął głową.

- Tak. Pierwszy raz spotkałem się z tym pojęciem bodajże u Nivena.

- Widzisz... bo właśnie ten świat, który jest sednem mojej propozycji, znajduje się w sferze. Nie "na", lecz "w".

Stary człowiek musiał mocno zacisnąć dłonie, bo wyraźnie odznaczyły się na nich białe i czerwone plamy.

- Jakiego typu jest tam słońce?

Tym razem to demon przyjrzał mu się uważniej. Z szacunkiem. Znowu.

- Gwiazda jest większa i silniejsza niż Sol.

- A więc promień sfery jest większy niż średnia odległość Ziemi od Słońca?

- Tak. Większy niż maksymalna.

- Dużo?

- Bardzo.

- Boże Wszechmogący.

Starzec był poruszony do tego stopnia, że wychylił zawartość szklanki jednym długim haustem, a następnie wstał i zaczął przemierzać gabinet wolnym krokiem mocno zamyślonego człowieka.

Demon z kolei usiadł i leniwie popijając koniak śledził kroczącego w tę i z powrotem starca. Teraz nie śpieszył się już i nie popędzał go. Miał czas. Może niezbyt dużo, ale jeszcze miał. A w dodatku wiedział, iż takich starych wyjadaczy nie należy zbytnio naciskać. Robią się wtedy podejrzliwi. Tym bardziej, że ten tutaj, to w ogóle niezłe ziółko. Shafael wiedział, iż to przez niego właśnie stracił stanowisko i popadł w niełaskę Barasec Zar Ferh-Halil. Towarzysz jeszcze sprzed czasów Wielkiego Pogromu. I nie tylko on jeden. Taaak... Naciskać go nie śmiał, ale może by tak podrzucić mu kilka informacji...

- Twoja żona jest także świadomie wierzącą chrześcijanką? - było to raczej stwierdzenie niźli pytanie.

- Tak - mężczyzna zatrzymał się. - Bo co?

- Więc o nią nie musisz się martwić. Będzie TAM na ciebie czekała.

- Tu akurat masz rację.

- A skoro tak, to mam pewną propozycję. Zjedz sobie z towarzyszami obiad. Zrelaksujcie się trochę. Później zaś, ja na spokojnie przedstawię wam szczegóły. Tym bardziej, iż nie chce mi się powtarzać tego każdemu z was oddzielnie. Zgoda? Teraz chcę tylko wiedzieć, czy zgadzasz się na układ?

Mężczyzna po krótkim namyśle kiwnął głową.

- Tak i tak.

Demon powstał i wskazał dłonią na jedne z drzwi. Człowiek skierował się ku nim. Wolnym krokiem przekroczył próg i znalazł się w stylowej, klubowej jadalni. W dwojgu innych drzwiach pojawili się właśnie jego przyjaciele.

- Ha, gamonie! Żyjecie!

I wybiegł ku nim.


Gafcio

Wysoki i chudy, acz całkiem jeszcze nieźle umięśniony starzec, ubrany był z niewyszukaną elegancją platynowego chipa. Już od kilkunastu lat miał pewne niewielkie problemy związane z układem moczowym. Nawet niezbyt duża ilość jakiegokolwiek alkoholu zmuszała go do częstszych wizyt w ubikacji. Zaś imprezom Bertiego może i dałoby się na upartego czasem coś zarzucić, ale na pewno nie był to nigdy brak trunków. Tak więc i teraz już chyba z piąty raz musiał na moment przeprosić towarzystwo.

- Wybaczcie na, ale muszę znowu wyprowadzić jaszczurkę na spacer.

Z uśmiechem przygładził tę resztkę owłosienia, która ostała mu się jeszcze gdzieś na potylicy. Nigdy nie zgodził się na nowe włosy. Jego niedawno zmarła żona zawsze twierdziła, że bardziej podoba jej się taki, jaki jest. Zresztą, to właśnie Mariola mówiła, iż łysy mężczyzna wygląda tak trochę groźniej i seksowniej zarazem. Szczególnie, przy jego wysokim wzroście.

Bertram, zabawiający właśnie trzy kobiety, tylko machnął ręką. One nawet nie zwróciły uwagi.

Gaweł położył rękę na kolanie siedzącej obok Cler. Poklepał ją pocieszająco.

- Nie martw się. Zaraz do ciebie wrócę.

- Wiem - delikatnie przytrzymała jego dłoń, a następnie przesunęła ją powoli w górę pełnego uda, tuż do skraju króciutkich spodenek. I ani na chwilę nie odwróciła wzroku. - Będę tu na ciebie czekać. Bahdzo.

Jej ciepły uśmiech i ta pewność siebie dojrzałej kobiety wielce mu się podobały. Podobnie jak silny francuski akcent, którego bynajmniej nie starała się ukrywać. Czasem odnosił wrażenie, że wręcz przeciwnie.

Kobieta z wdziękiem przechyliła kształtną głowę, pozwalając burzy jasnych loków spłynąć na odsłonięte, krągłe ramię. Nie uciekając wzrokiem zadała mu pytanie:

- Chcesz, bym wyszła hazem z tobą?

- Nie... ale dziękuję - uśmiechnął się szeroko. - Czy wiesz co najbardziej mi się w tobie podoba?

- Nie wiem.

- Właśnie to.

Pocałowała go w usta. Jej wargi, i tak bardzo pełne, teraz wydawały się wręcz nabrzmiałe. Pomyślał, że to zapewne z pożądania.

- Whóć szybko.

- Bądź pewna.

Powoli wstał od stołu. Delikatnie stąpając ruszył posuwiście w kierunku korytarza. Przy tak niewielkim ciążeniu trzeba bardzo uważać. Wiedział o tym, bo już dwa razy przytrafiło mu się poszybować pod sufitem. Ale to zdarzyło się tylko na początku. Był bowiem jednym z tych nielicznych, którzy bardzo szybko opanowali i samą sztukę poruszania się w niskiej, czy wręcz zerowej grawitacji i wywołane nią mdłości. Z pewną dumą pomyślał, że i jego przyjaciele zaliczali się do tych szczęśliwców. Taaak. Niezła z nich paczka. I to już od ponad czterdziestu lat. A bywało przecież, iż czasem po kilka lat potrafili się nie widzieć. Szczególnie z Bertim, któremu zdarzało się zapadać w dżunglę na dłuższe okresy.

Starzec machnął ręką na swoje rozważania. Co tam, najważniejsze, że teraz znowu są razem. Dobrze, iż Wielebnemu udało się namówić ich na ten wspólny odpoczynek na Księżycu. Łapiąc za uchwyt drzwi do toalet, pomyślał, że jak tylko wróci do stolika, to natychmiast zabierze Cler do wewnętrznych kabin rekreacyjnych, gdzie w nieważkości będą mogli jeszcze przez moment zaszaleć. Do cumowania.

Nie zostało mu to jednak dane. Drzwi wyrwały mu się z ręki, a podłoga uciekła spod nóg. Silny wybuch rzucił go z powrotem na sam początek korytarza. W jego końcu pojawiła się kula ognia. Na ułamek sekundy jakby zastygła w bezruchu. Moment potem, z hukiem kolejnej eksplozji, skoczyła w jego stronę.

Nie mógł już nic zrobić. I wiedział o tym. W tej krótkiej chwili, która mu jeszcze pozostała, zdążył tylko nabrać powietrza i pomyśleć, że to koniec. Nic mu się nie przewijało przed oczyma. Jedynie gdzieś w głębi duszy, pojawiła się błyskawicznie myśl, iż jeśli Czarek miał rację, to nie będzie dobrze.

Tuż przed uderzeniem płomieni zacisnął mocno powieki... Ale ono nie nadeszło.

Wstrząśnięty, w kompletnej ciszy otworzył szeroko oczy. Zastygłe macki płomieni wyglądały jak dzieło wirtualnego surrealisty. W ich głębi trwały różne szczątki wypchane siłą wybuchu. Za nimi jaśniała kłująca biel rozprzestrzeniającej się plazmy.

Było jednak w tym widoku coś nierealnego. Dopiero po chwili zrozumiał, w czym rzecz. To nie w zastygłych realiach katastrofy był problem. Te wyglądały bowiem tak, jak powinny wyglądać. O ile coś takiego mogłoby znieruchomieć. Problem był w delikatnym, jakby pomarańczowym blasku, przenikającym wszystko wokół. Zdawał się on przesączać, przelewać drżącą falą przez ściany, podłogę. Przez wszystko.

Nie. Nie przez wszystko. Jego omijał. Wstał i zafascynowany uniósł do góry dłoń. Tak. Bursztynowe lśnienie jakby ślizgało się po jego skórze, nie tykając jej jednak.

- Muszę przerwać ci badanie tego jakże fascynującego zjawiska - głos za jego plecami był zdecydowanie miły i męski. - Ale myślę, iż jest kilka spraw, które zainteresują cię bardziej.

Starszy człowiek nie zareagował gwałtownie. Wyprostował się i powoli odwrócił najpierw głowę, a dopiero później resztę szczupłego ciała. Naprzeciw niego, zapadnięty w głęboki, skórzany fotel, siedział swobodnie elegancki mężczyzna w trudnym do określenia wieku. Obok niego, w zasięgu ręki, stała na dębowym stoliczku napoczęta butelka koniaku. Prawą dłonią, trzymającą pękaty kieliszek z niewielką ilością alkoholu, zataczał nieduże kółka mieszając zawartością.

Gaweł zmrużył oczy i uśmiechnął się. Nie był to jednak miły uśmiech. Obrócił się wstecz i spojrzał za siebie, w bursztynową przestrzeń nadchodzącej śmierci. Pokręcił głową i powrócił wzrokiem w stronę gospodarza i męskiej biblioteki przesyconej zapachem skórzanych opraw, brandy, drogich cygar oraz palących się w kominku sosnowych polan. Jeszcze przez moment przyglądał się uważnie swemu gospodarzowi. Po chwili rozluźnił się i podszedł do drugiego fotela stojącego obok ogromnego, marmurowego kominka. Rozsiadł się wygodnie i oparł swobodnie ręce na szerokich poręczach mebla, wykończonych piękną skórą. Jego uśmiech stał się szerszy.

- Nie przedstawiłeś się demonie.

Gospodarz z lekko ironiczną kurtuazją skłonił głowę.

- Składam wyrazy uznania. Jestem Shafael Zar Et-Halil. No i niezupełnie jestem demonem. A przynajmniej... nie takim zwykłym. Jednak teraz jestem... trochę zaskoczony. Skąd wiedziałeś? Wszak nie jesteś chrześcijaninem.

- Do tej pory nie byłem. A co dalej, to sam nie wiem - uśmiech mężczyzny na moment stal się cieplejszy. - A wiedza, to zasługa Czarka. Trudno by było nie nauczyć się czegoś przez tyle lat przyjaźni. Wracając do ciebie, to jak rozumiem, jesteś jednym z tych zbuntowanych? Jakiś demon nadrzędny. Mam rację?

- Niezupełnie. To znaczy, słowo zbuntowani nie jest tu, według mnie, obiektywnym określeniem. Powiedzmy może raczej, iż przeszedłem do innego pracodawcy. Wiesz jak to jest, kiedy poznaje się prawdę. Wpływa ona na twoje decyzje. Bywa, iż podejmujesz takie, które innym się nie podobają. Czasem tracisz na tym. Ale czy to ma kogoś czynić buntownikiem?

- To, co rzekłeś, nie zmienia jednak twojego statusu wobec władzy.

- Może i nie. Sam jednak przyznasz, że to brzmi bardziej fair. Nie chcę się ani przeceniać, ani deklasować. To wstrętne, grać kogoś, kim się nie jest, prawda? Nie lubię też uniżać się w pokłonach sztucznej szczerości. To faryzeizm, a ja...

- Dobra. Nie wnikam. Chcę jednak wiedzieć, o co tu chodzi.

Demon zadbaną dłonią wskazał na lewo, na otwarte drzwi.

- Przejdź, proszę, do jadalni. Spotkasz się tam z przyjaciółmi. Najpierw coś zjedzcie i odpocznijcie chwilę, zrelaksujcie się, a potem ja przedstawię swoją sprawę. Po prostu nie chce mi się powtarzać tego samego trzy razy. OK.?

- A mam wyjście?

- Oczywiście. - Demon uśmiechnął się ironicznie. - Jest tam.

I znów wskazał dłonią drzwi do jadalni.

- A tam? - Mężczyzna powoli obrócił się wstecz i spojrzał na zastygłą ścianę ognia w wąskim korytarzu. I błyskawicznie odwrócił się z powrotem. Kątem oka zdążył jeszcze dostrzec znikający z przystojnego oblicza wyraz irytacji. Pomyślał, że Shafael coś ukrywa. Coś nie do końca jest tu prawdą.

Duch niedbale machnął wolną dłonią.

- Teoretycznie tak. Jednak praktyka przeżycia w tym konkretnym miejscu może stawiać wymagania, którym raczej nie będziesz w stanie sprostać. Tam na pewno zginiesz. Ale wybór, oczywiście, jest twój.

Mężczyzna przez moment się jeszcze zastanawiał, ale w końcu wzruszył ramionami i wstał.

- No dobra. Zobaczymy co na to powie Czarek. On lepiej zorientuje się w tym całym bałaganie. Dla niego może nawet nie będzie to bałagan. Kto jak kto, ale z nas trzech, to chyba on powinien najlepiej znać się na demonach i innych takich. Ja po prostu cieszę się, że przeżyłem? - tu lekko się uśmiechnął. - I to NIE SAM.

Ruszył do drzwi. Na moment zatrzymał się w progu, ale czarkowy okrzyk poderwał go do biegu ku przyjaciołom.


Berti

Nieduży, dziarski, świetnie trzymający się staruszek ubrany był raczej wygodnie niż modnie. Jednak nie tanio. Gęsta szopa długich, mlecznobiałych włosów silnie kontrastowała z mocno opaloną twarzą, wysmaganą wiatrami wszystkich zakątków ziemi. Gadał za dwóch, podrywał za trzech, pił za czterech. Czuł się silny i pełen życia. I wiedział, że taki jest. I cieszył się tym. Tak samo, jak i czasem spędzanym z najlepszymi kumplami pod słońcem, jakich kiedykolwiek miał. Po prostu kochał tych facetów. A i na rozrywki z nimi trudno byłoby mu narzekać. Wielebny miał rewelacyjny pomysł z tym wypadem na Księżyc.

No tak. Tylko, że on już wyszedł razem z Grace. Była zmęczona.

A Gafcio? Jasne. Popił, więc znowu musi wyjść. Machnął mu ręką i skupił uwagę na "swoich" dziewczynach. Zresztą, odkąd tamten zainteresował się Cler, był już stracony dla prawdziwej nie uwikłanej przynależnością ani obietnicami zabawy. A w sumie to i chyba dobrze, że się ta dziewczyna trafiła. Od śmierci Mariolki zaczął trochę zamykać się w sobie.

- Au! - Juana, siedząca mu na kolanach, po prostu ugryzła go w ucho! Klepnął ją i to bynajmniej nie delikatnie, w krągły pośladek. Zamruczała. No i jak miał się nie uśmiechnąć? Zdjął ją z kolan i posadził na stole. Przy tym ciążeniu był to drobiazg. O rany! Ależ ta dziewucha ma nogi! A te piersi?! Duże, pełne, obfite... I dokładnie na wysokości jego twarzy! A niskie ciążenie służy piersiom. Oj, służy!

Wciągnął rozszerzonymi nozdrzami zmysłowy zapach jej rozgrzanego ciała. Zawarczał i spróbował lekko ukąsić jedną z tych delikatnych krągłości.

Wstrząs i głuchy huk postawiły go na nogi. Wszystkie zmysły wyostrzyły mu się, a mięśnie napięły. Znowu doświadczał tego znajomego uczucia wzrostu adrenaliny. I jeszcze coś. Coś czemu ufał i co jeszcze nigdy go nie zawiodło. Przeczucie niebezpieczeństwa. Przemożne poczucie czegoś nieuchronnego. I strach. Stary znajomy, którego nauczył się wykorzystywać dla własnego dobra. Tylko głupi się nie boi, gdy jest czego. A było. Czuł to przez skórę.

Drugi wybuch - bo mogło to być tylko to - przesądził sprawę. Przestraszeni pasażerowie zaczęli wreszcie reagować. Powoli podnosił się gwar przestraszonych głosów. Trochę za głośne słowa, zbyt nerwowe ruchy, gdy ludzie trwożliwie rozglądali się wokół. Znał to. Bali się... I słusznie, bo coś było nie tak. Wiedział, że jest o krok od zrozumienia, ale ciągle mu to umykało. Szybkim gestem ręki uciszył próbującą coś mu powiedzieć Jasminę. I wtedy pojął, co mu nie pasowało! Syk! Umieszczony gdzieś na granicy słyszalności, ale nieznacznie narastający syk.

Ciche - O, ku... mać. - Przyszło razem ze zrozumieniem. Lodowaty pot zrosił mu czoło. Dekompresja. Dekompresja w kosmicznej pustce. A syczenie dobiega od strony drzwi, którymi wyszli przyjaciele. Odsunął od siebie tę myśl.

Skafandry. Gdzie widział te cholerne skafandry?

- Dziewczęta, natychmiast wychodzimy! - ogarnął szybko swoje zdezorientowane stadko i skierował je ku właściwemu wyjściu. Może zdążą. Tuż za zakrętem, przy śluzie do korytarza technicznego, winien być schowek z lekkimi kombinezonami próżniowymi.

Nie zdążyli. Naruszone wybuchem podwoje poddały się w jednym momencie. Straszliwy huragan dekompresji targnął nimi wstecz. Ryk uciekającego powietrza zmieszał się z wrzaskami wysysanych ludzi. Mężczyzna zareagował błyskawicznie. Lewą ręką chwycił za wystającą ze ściany klamrę, ale nacisk powietrza był silniejszy. Oderwał go od niej. Zawirował w dzikim młyńcu, próbując się jeszcze czegoś złapać. Kątem oka dostrzegł jakieś zgrabne nogi i głowa sama mu się za nimi obróciła.

Nagle wicher ustał. Na pokładzie musiała znów zapanować grawitacja, bo ciężko runął na podłogę. Jednak tylko on.

- Niesssamowite - pełen fascynacji, stonowany, męski glos dobiegł gdzieś z tylu. - W takiej sytuacji potrafić jeszcze zachwycać się kobiecymi wdziękami??

Starzec przeturlał się na kolano. Błyskawicznie. Zwinnie. W tym płynnym ruchu objął wzrokiem całość dostępnej mu przestrzeni. Skulony, sprężony, gotów do nagłego poderwania się, analizował sytuację. Prawa dłoń, nieobciążona, spoczywała tuż koło kostki. Jeden krótki ruch i nóż z ironskinu mógł poszybować tam, gdzie będzie trzeba.

Jednak nic nie wskazywało na potrzebę. Naprzeciw niego, z cygarem w ustach i rękami w kieszeniach spodni, stał typowy angielski dżentelmen w średnim chyba wieku. Jego twarz wyrażała szczery podziw i uznanie.

Bertram już bez pośpiechu podniósł się z hebanowego parkietu klasycznej klubowej palarni. Paroma ruchami poprawił lekki nieład swego stroju. Ruszył w kierunku nieznajomego. Ten, jak na dobrego gospodarza przystało, zrobił to samo. Wyciągnęli dłonie na przywitanie. Uścisk nieznajomego był stanowczy, wyważony, męski, a szczere, otwarte spojrzenie ciemnych oczu wzbudzało zaufanie. Obie twarze rozjaśnił uśmiech.

- Bertram Pszczelarski. Polak. Podróżnik. Aktualnie na urlopie.

- Shafael Zar Et-Halil. Anioł. Dyplomata. Aktualnie w trakcie pertraktacji.

- O, cholera.

- Mi również.

Człowiek wybuchnął śmiechem.

- Przyznaję, iż dałem się zaskoczyć - jego śmiech był zaraźliwy. Płynął z wnętrza. Z serca. - A uwierz, że nieczęsto mi się to zdarza.

- Wiem. To ja wybrałem ciebie i twoich przyjaciół. A ja wybieram tylko najlepszych.

Najpierw Bertram odetchnął z widoczną ulgą. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak jest spięty, dopóki nie usłyszał tej dobrej wieści o bliskich mu ludziach. Jednak zrelaksować się jeszcze nie mógł. Nie teraz.

- Wybrałeś do czego?

Z pozoru postawa starca nie zmieniła się. Puścił rękę rozmówcy i nadal wydawał się miły i rozluźniony. Tylko ktoś, kto go BARDZO dobrze znał, zauważyłby, iż miejsce kosmicznego imprezowicza znów zajmuje Old Bert . Ten zaś, nigdy nie był ufny, jak dziecię. Dlatego zapewne jeszcze żył.

- Do czego? Do czego... - twarz gospodarza zapłonęła wewnętrznym blaskiem a ciemne oczy zajaśniały. Wyjął z ust cygaro i zdumiony, z rozpostartymi rękoma, cofnął się o krok. Szeroko gestykulując zaczął tłumaczyć. - Człowieku! Synu Adama! Nie rozumiesz?! Oto stoi przed tobą cały piękny świat! Świat, który jest większy od twojej kochanej planetki o miliardy razy. Świat, gdzie dorzecza wielkich rzek zajmują miliony kilometrów kwadratowych, a przepłynięcie takiego molocha od źródeł do ujścia, to zadanie dla kilku pokoleń. To świat, gdzie spotkasz setki ras i typów ludzkich; często tak różnych od tego co znasz, że możesz nawet nie rozpoznać w nich ludzi. Oto świat, gdzie biliony nieznanych ci stworzeń przemierzają w dzień i w nocy swoje terytoria, szukając żeru w miejscach tak...

Tembr głosu mówcy stawał się niski i hipnotyczny, jak w dobrej reklamie piwa. Z głośnej, ekstatycznej przemowy, przeszedł w sceniczny sugestywny szept. Pobrzmiewał cicho lekkim pogłosem. Zdawał się dobiegać zarówno zewsząd, jak i znikąd. Gazowe kandelabry odrobinę przygasły. Ich blask zaczął lekko pulsować w takt przemowy. Na ustach mężczyzny pojawił się delikatny nie tyle uśmiech, co... uśmieszek. Jednak nie przerywał. Jedynie coraz niżej opuszczał głowę. Chciał ukryć, że jego wzrok wcale nie jest tępy i otumaniony.

- ...oferuję ci możliwość poznania i zbadania trylionów terytoriów. Życie, którego długość pozwoli ci zobaczyć, jak zielenieją pustynie, powstają narody, wysychają morza. Dam ci szansę poznać imperatorów i włodarzy, przy których Dżyngis Chan, czy Aleksander Wielki, to tylko lokalni kacykowie, lub wręcz sołtysi. Oto otwieram przed tobą prawie nieskończone możliwości badania, poznawania i... PRZYGODY.

Ostatnie słowo trwało jeszcze przez chwilę w powietrzu, gdy Berti podniósł powoli głowę. Oczy miał zamknięte. Oddychał powoli. Wyglądał jak w transie.

Lecz przestał, gdy nie wytrzymał i parsknął śmiechem. A ilekroć podnosił wzrok na zmarszczone brwi gospodarza, tyle razy zaczynał się nowy paroksyzm serdecznego śmiechu. Wreszcie przetarł załzawione oczy i pokiwał z politowaniem głową.

- Oj, Shafael, Shafael. Ubawiłem się nieźle. Jak rzadko kiedy.

Lecz moment później jego uśmiech zniknął, jakby był tylko przywidzeniem.

- Jednak nie lubię, gdy ktoś próbuje robić mi wodę z mózgu. Tak jak ty. Pamiętaj, że nigdy nie należy lekceważyć starych wróbli. One nie idą na plewy. Lepiej daj się coś napić i powiedz wprost o co ci chodzi. Demonie.

Jego rozmówca wyglądał na zaskoczonego tak krótko, iż ktoś mniej spostrzegawczy mógłby tego nawet nie zauważyć. Chwilę później już szczerze się śmiał i klepał serdecznie po udzie.

- No... zadziwiłeś mnie. Ale czyż nie tego właśnie powinienem się spodziewać po odkrywcy Shangri-La? Lub raczej po pierwszym, który opuściwszy przyklasztorną wioskę potrafił tam wrócić? Przyznam ci się, że zabiłeś wtedy kapłanom niezłego ćwieka.

Mówiąc to, gospodarz wyciągnął z barku karafkę wypełnioną idealnie przezroczystym zielonym płynem. Alkohol musiał być zimny, gdyż butelka natychmiast "chwyciła rosę".

Uśmiechnięty Bertram skinął z zadowoleniem głową.

- To lubię.

- No to co? Po polsku, czy po francusku?

- No wiesz co? Jasne, że z ogniem.

- Służę - rzekł demon i wyciągnął dwie srebrne łyżeczki z już nałożonymi kostkami cukru oraz tyleż niewielkich kieliszków.

Szmaragdowy strumień spłynął miękko do wnętrza kryształu. Zapachniało anyżem. Wzięli łyżeczki do rąk. Również kieliszki. Jednak gospodarz, nim uczynił to samo, odpalił wpierw długą woskową świecę. Zanurzyli cukier w absyncie, a następnie zbliżyli tę ociekającą zielenią słodycz do ognia. Buchnęły dwa blade płomyczki. Po chwili cukier zaczął się topić. W powietrzu rozeszła się delikatna nutka goryczy. Na swój specyficzny sposób zdawała się ona uzupełniać tę charakterystyczną woń Zielonej Wróżki.

- Jesteś gościem, więc toast jest twój. Ale szybko.

Starzec się nie zastanawiał.

- Za moich przyjaciół.

- Za nich.

Zdmuchnęli szybko płomienie. Długi haust absyntu spłynął aksamitną goryczką. Mocny bukiet woni wręcz uderzył o podniebienie i wdarł się w głąb. Prędko przegryźli gorącym, nadtopionym cukrem. Smak złagodniał, zaś aromat zdawał się nadal rozkwitać. Nabierał pełni. Przez moment kosztowali go w ciszy.

Pierwszy ocknął się Bertram. Odstawił kieliszek i spojrzał badawczo na Shafaela.

- No dobra. Było miło, ale teraz bardziej interesuje mnie, gdzie oni są.

Zadbana męska dłoń wskazała kierunek.

- Za tymi drzwiami. Wpierw coś zjedzcie i zrelaksujcie się. Pogadamy później. Ok?

Człowiek jedynie kiwnął ręką i otworzył wskazane wejście. Widok przyjaciół odebrał mu na moment mowę i zdolność ruchu. Acz tylko na moment, bo okrzyk któregoś z nich poderwał go do działania. Wybiegł więc im naprzeciw. Drzwi się zamknęły.


Razem


Posiłek był wystawny i przepyszny. Intrygujący. Dania bowiem same wlatywały dostojnie do jadalni i nakładały się na talerze, by następnie delikatnie wylądować przed nimi. Podobnie jak wina i reszta.

Teraz siedzieli w palarni i oczekiwali na demona, który obiecał, że za moment wróci i zaspokoi ich ciekawość.

Bertram i Gaweł dotrzymywali obecności Czarkowi, który po sytym obiedzie zdecydował się na tę tak rzadką dla niego przyjemność, jaką była fajka. Z bogatej kolekcji Shafaela wybrał sobie prawdziwą klasyczną clay pipes - glinianą i długą - bo, jak twierdził, żadna inna nie potrafi dać tak trafnej jak ona odpowiedzi, na pytanie o smak tytoniu. Tym bardziej, iż nabił ją dojrzałym "Robert McConnell's Scottish Blend".

Obecnie czekali. Spostrzeżeniami się wymienili, uwagami podzielili, opinie wyrazili. Teraz byli ciekawi oferty. Po prostu czekali.

Aromatyczny dym wypływający z fajki układał się w fantastyczne wzory. Było ciepło. W kominku tańczył ogień. Pożerał sosnowe polana, strzelając czasem iskrami.

Trzask gwałtownie otwartych drzwi postawił ich na nogi. Shafael wpadł do pomieszczenia jak burza. Widać było, iż jest podekscytowany i chyba trochę zaaferowany.

- Panowie! Mała zmiana planów. Mój czas, a co za tym idzie i możliwość dokładniejszego przygotowania was, zostały drastycznie skrócone. Bardzo was przepraszam, i uwierzcie mi, proszę. To naprawdę nie moja wina. Po prostu przejście otworzy się szybciej, niż to przewidywaliśmy.

- Przejście dokąd? - głos Gawła był stanowczy.

- Do jednego z miejsc znajdującego się w sferze Dysona. Jest ona niewyobrażalnie większa od waszej starutkiej Ziemi. I inna. Słońce zawsze nad głową itd. Wiem, że dzieliliście się wiedzą, więc trochę wiecie. W tej chwili, znajdujemy się na jednej z planet poruszających się wewnątrz sfery.

Gospodarz nie przestawał mówić, ale równocześnie robił swoje. Zdążył ich już wyprowadzić z palarni i przeszli korytarzem do holu. Przed nimi otwierały się powoli ciężkie dwuskrzydłowe odrzwia.

- Zmierzamy właśnie na zewnątrz, do punktu połączeń, który pozwoli wam błyskawicznie znaleźć się na miejscu. Zostaniecie wypluci na skalistej krawędzi płaskowyżu. Czemu "wypluci", zrozumiecie po. W dole, kilka mil przed wami, będzie się rozciągało potężne miasto - stolica tego regionu, czyli Kharija'h . Tam znajdziecie ludzi, którzy wam mogą trochę pomóc. Problemem będzie na razie dla was język, ale zaopatrzyliśmy was w pewne urządzenie, które winno przyspieszyć proces nauki.

- Masz je tutaj, czy dostaniemy przed skokiem?

Byli już na zewnątrz i ciekawie się rozglądali, starając się zarazem nic nie uronić ze słów przewodnika. Niebo było bardzo mocno zachmurzone, jednak na dworze panowała jasność.

- Wszyscy macie je już w sobie.

Starcy stanęli jak jeden mąż.

- Nie zatrzymujcie się, bo szkoda czasu. To tylko prosta tutejsza nanotechnologia. Nawet, jeśli trochę bardziej zaawansowana od waszej. Zarodź dostaliście w winie. Z czasem wytworzy ona wsparcie dla waszej pamięci, a dokładnie pozwoli na łatwiejsze odnajdywanie i odczyt już zapisanych informacji. Za paręset lat będziecie potrafili wyrecytować każdą z książek, jakie przyszło wam kiedykolwiek przeczytać. Bezbłędnie. I tak będzie ze wszystkim. Natomiast, jeśli chodzi o bieżące informacje, to sami zobaczycie, co się zacznie dziać. Hmm... o ile już nie zaczęło. No dobra, to tutaj.

Przyjaciele tak byli zaaferowani ostatnimi słowami demona, iż nawet nie zauważyli, kiedy przeszli przez wypielęgnowany trawnik i stanęli przed potężnym drzewem. Za nim rozpościerała się ciemniejąca ściana parku. Musiał to być park, gdyż drzewa stały równo, jak na musztrze. Pachniało, jak w parku, bądź lesie. Czuło się ten specyficzny konglomerat świeżości zmieszanej z charakterystycznym zapaszkiem rozkładu i butwiejących liści.

Na Ziemi nie było jednak roślin takich jak te, które widzieli przed sobą. Drzewo, przed którym stanęli, wyglądało jak wszystkie pozostałe: wielki, stożkowaty pień o grubej i chropowatej korze. U podstawy musiał mieć dobre dwadzieścia metrów średnicy. I ledwie z połowę tego wysokości. Gałęzie wyrastały tylko i wyłącznie z samego czubka, tworząc potężny i płaski parasol, który był równy mniej więcej podstawie drzewa. Tuż przed nimi pień rozszczepiał się. Wielka szczelina zakręcała i ciągnęła się daleko w jego głąb. Swobodnie mogliby tam wkroczyć całą grupą. Wejście było szerokie.

Shafael położył na chropawym pniu kilka przedmiotów. Sprawdził, czy się nie zsuwają, ale leżały pewnie.

- To moje prezenty dla was: broń i coś, co może wam umożliwić przetrwanie. Cóż, poczujcie się ja w bajce. Każda z tych rzeczy, zagubiona, bądź ukradziona, zawsze do was wróci. Prędzej czy później, ale jednak. Także i wasze rzeczy. Tylko ciut poprawione według mojego pomysłu - podniósł w górę prawą dłoń. - I nie ma tu żadnego haczyka.

Na chwilę zamilkł i spoglądał na wpatrzonych w niego uważnie ludzi. Widzieli go doskonale. Cała czwórka zastygła w bezruchu. Przez moment. Krótki. Chmury bowiem gwałtownie się rozstąpiły. Wręcz znikły. Niebo rozkwitło odcieniami indygo, przetykanymi gdzieniegdzie bielą, żółcią, zielenią. Pałało barwami... Soczysta mapa na całe niebo. Na CAŁE. Błękit ginący w doskonałym lazurze widnokręgu. Wprost nad swoimi głowami widzieli malutki, mroczny krążek. W środku miał ciemniejszą plamkę. To był ich cień. Ślad planety, na której stali.

Najpierw nie wiedzieli, na co patrzą. Gdy zrozumieli - zadrżeli. Ogrom tego zjawiska szokował. Porażał. Piękno i wielkość, które napawały przerażeniem... Ale i nie dawały oderwać od siebie wzroku. Hipnotyzowały. Były nie do odparcia.

Przed akceptacją tego co widzieli, ludzki mózg się wzdragał. Kapitulował z kretesem.

Czarek, z podniesioną do góry głową, dreptał powoli w kółko i jak mantrę powtarzał: "Boże. Boże. Boże". Z kącika ust spłynęła mu cienka strużka śliny.

Pafnucy najpierw usiadł na ziemi. Potem położył się i z otwartymi ustami gapił na pałający blaskami nieboskłon.

Bertram dobył nieświadomie sztylet i trzymał go za ostrze. Jak do rzutu. Wodził wzrokiem po nieba obrzeżach. Ręka drżała mu mocno.

Demon jęknął i ze zbolałą miną załamał ręce.

- Czemu właśnie teraz...?

Było to pytanie retoryczne, bo i tak nie liczył, że ktokolwiek zareaguje. Tu trzeba było działać. Więc zrobił to. Kopniakiem poderwał pierwszego. Cios w potylicę, sprowadził na ziemię drugiego. Bertrama, po prostu uderzył w dłoń trzymającą ostrze. Na ziemię skapnęła czerwona kropla. Starzec przełożył sztylet i spojrzał z wyrzutem na Shafaela. Jak i pozostali. I dlatego nie widział, że jego rana przestaje krwawić oraz szybko się zasklepia.

- Nie mam czasu, żeby was teraz niańczyć. Miałem nadzieję, że pogoda się utrzyma, ale trudno. Po prostu, opanujcie się trochę. A ty się ręką nie martw, bo zaraz się zagoi. O ile już się to nie stało. O, widzisz. Mówiłem. W każdym razie, dla ciebie manierka z absyntem. Od razu sobie ją przypnij. Aha. Póki pamiętam. Zawsze chciałeś mieć ironskinową szablę. Prawda? No to teraz masz dwie. Startery są na grzbietach dłoni. Na razie tylko słuchajcie i nie przerywajcie mi, bo czas ucieka. To przejście otworzy się tylko na chwilę, więc gdy będzie gotowe, czyli zaraz, to natychmiast musicie skorzystać. Ja, z kolei, muszę wam jeszcze parę rzeczy powiedzieć. Rozumiecie?

Przyjaciele zgodnie kiwnęli głowami.

- Dla ciebie - skierował się do Cezarego. - Manierka z żubrówką. To miękkie pod manierką, to kapciuch z tytoniem. I twoja stara laska. Ulepszyłem jej mechanizm.

- Jak?

- Miałeś nie przerywać. Zobaczysz. A dla kolejnego, broń, jaką dostałeś od Pana Samiyamoto i... piwo - Gaweł włożył zawiniątko za pazuchę i skinął w podzięce. Wzorem pozostałych, szybko przypiął manierkę. - W kieszeniach znajdziecie trochę różnych monet. Teraz krótka historia: kiedyś cywilizacja Sfery stała wyżej od waszej; Wielka Wojna (jej ślady istnieją tu wszędzie) przetrzebiła ludzi, zniszczyła kulturę i wiedzę. Przetrwała technologia - samouczące się sztuczne inteligencje, poparte bazą wykonawczą nano i biotechnologii, o których wasi naukowcy jedynie mogą sobie na razie pomarzyć. Wy jednak zostaliście przygotowani do używania jej. Będzie wam posłuszna. Lecz co i jak, niestety, będziecie już musieli odkrywać sami. Ja chyba nie zdążę już was uświadomić. Przykro mi.

Uśmiechnięta twarz demona przeczyła jednak tym słowom.

- Czekaj, czekaj - nie wytrzymał jednak Czarek. W jego sercu zaczęło się krystalizować pewne podejrzenie. - Chcesz przez to rzec, że będziemy mieć tam... jakąś władzę?

Uśmiech stał się szerszy. Pełniejszy.

- O tak - odrzekł duch. - Ale nie jakąś... Absolutną.

Mężczyzna przez moment trawił informację, ale już chwilę później jego twarz nawet nie tyle zbladła, co wręcz odpłynęła z niej krew.

- A niech cię jasny szlag trafi! - głos starca był dobitny. - Czy wiecie, co... ten... nam zrobił?

Patrzyli na niego z kompletnym brakiem zrozumienia. Shafael zaś założył ręce za plecy i balansował na piętach. Na twarzy miał wyraz satysfakcji. Głębokiej. To było jego drobne zwycięstwo. I to na starcie. Napawał się nim. Czarek zaś, spoglądał na niego z jawną wrogością w oczach.

- Po prostu, nasz drogi "kolega", który doskonale zna słabości ludzkiej natury, postanowił wykorzystać przeciwko nam pewną starą prawdę, którą tak elegancko sformułował Lord John Dahlberg-Acton: "Każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie." Ma nadzieję, iż to nas zniszczy. A jestem taki wściekły, bo to realne zagrożenie. Bardzo realne. A w dodatku...

Przerwał, gdyż z drzewem zaczęło się coś dziać. A nikt nie widział, bo nie mógł, jak Shafael, moment wcześniej, dotknął sygnetu.

Pojawiły się iskierki. Wyglądało to tak, jakby małe drobinki światła odrywały się od kory i rysując skomplikowane floresy sunęły ku górze. Zaczęło ich przybywać. Poświata wokół wejścia narastała.

Uśmiechnięty wciąż demon wskazał dłonią na otwór.

- Zaczęło się. Wchodzicie?

Mężczyźni patrzyli na siebie w milczeniu. Jednak, już po chwili, ich twarze przestały być spięte.

- Wiecie co? - pierwszy zagaił siwowłosy. - Przecież zawsze żyłem dla przygody, dla poznania. A także i po to, aby i inni mogli choć troszeczkę uszczknąć z tego, co mi dane było przeżyć. A tutaj? Tutaj będę miał imprezę na... długo!

- Zastanawiam się... - drugi, gładząc się po łysinie, spojrzał w dół na swoich przyjaciół. - Ile czasu może potrwać przywrócenie im kontroli na tym wszystkim. Może się to udać. Taak... To będzie ciekawe. A gdy skończę, to prócz genów, już niczym nie będziemy się różnić od miejscowych.

Czarek skierował szpic laski prosto w pierś ich wroga.

- Shafaelu Zar-Et-Halil. Przyjmuję twoje wyzwanie. I wiesz co? Boję się trochę. Tak. Ale ufam mojemu Bogu. Zaś Jego Księga obiecuje, że nie jesteśmy z tych, którzy się cofają i giną, lecz z tych, którzy wierzą i zachowują duszę. Lecz jest jeszcze coś. Ja wierzę także w moich przyjaciół. Nie tylko dlatego, iż wciąż modlę się o nich. To, po prostu, wspaniali, wartościowi kumple, którzy częściej i bardziej myślą o innych, niźli o sobie. To chroni, pomaga. A kiedyś, być może, w co chcę wierzyć, dane mi będzie jeszcze ujrzeć ten wyjątkowy, szczególny dzień. Dzień, którego się boisz. Dzień ich przemiany i totalnego zwycięstwa. Ale i bez tego, to prawdziwi ludzie i wiem, że jeszcze nie raz damy ci popalić... Chciałeś wojny? To będziesz ją miał. I jeszcze będziesz żałował... Jak cholera. Jak jasna cholera.

Przyjaciele położyli mu dłonie na ramionach. Jeszcze raz popatrzyli po sobie. Z uśmiechem. Odwrócili się od zmarszczonego demona i skierowali w stronę światłości. Podróżnik wszedł pierwszy. Gaweł zamykał ich mały pochód.

Jednak, nim całkiem zniknęli w zygzakach jasności, duch krzyknął za nimi:

- Ja już zacząłem wygrywać! I to na starcie!

- To nic - odparł mu ostatni starzec patrząc na niego z góry. - I być może przegramy nawet jeszcze kilka kolejnych bitew. To ryzyko. Jednak wojnę wygramy. Zobaczysz.

I przepadł w blasku.

Demon uśmiechnął się. Krzywo, z wysiłkiem, ale jednak.

- Nie okłamałem was. - Mruknął do siebie. - Ale i całej prawdy też wam nie powiedziałem. Tak dobrze to nie ma.

I dotknął sygnetu.

Blask zniknął.

Zaczęło się.



P. C. S. Terpis, Lisburn, 23 kwietnia A. D. 2007


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • : 2007-09-27 10:22:28
    I demony mogą się lękać Rozdział 1:Rozdział 1

    Dobra, wciągająca historia. Niesztampowi bohaterowie w postaci trójki żwawych staruszków o nieprzeciętnych talentach - oldboje raz jeszcze ruszający po przygody. Coś jak zdjęta ze sciany i zabrana na polowanie stara strzelba: model może nie najnowszy i czasami się zacina, ale za to nigdy nie pudłuje. To jest dobre.

    Jako nieco niewiarygodne odebrałem to, w jaki sposób zawarto układ z demonem. Za łatwo poszło, bez wiekszego napięcia: w końcu to nie paktowanie z panią z warzywniaka o cenę pęczku marchewek. Odrobina więcej dramatyzmu nie zaszkodziłaby.

    Widzę też, że nie brakuje ci wiedzy i to, że się nią dzielisz z czytelnikiem, dobrze robi tekstowi. Ale mam wrażenie, że powinieneś pamiętac, iż nie każdy wie czym jest sfera Dysona i dlcego odgrywa tu tak niebagatelną rolę. Wypadałoby objaśnić to w kilku prostych, zrozumiałych dla laika zdaniach, zamiast zostawiać czytającego z zagadką. Ja w tym celu specjalnie siegnąłem do Wikipedii (i nie żałuję).

    Dużo ciekawych pomysłów, gotowych do rozwinięcia. Odrobina humoru.

    Całosć podoba mi się bardzo i chętnie przeczytam dalszy ciąg.

  • Skomentuj