Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

„Polska język ładna język” i inne kwiatki w tłumaczeniach

Autor:Joanna „Szyszka” Pastuszka
Korekta:Avellana
Kategorie:Manga i Anime, Inne
Dodany:2008-06-29 20:30:44
Aktualizowany:2009-09-27 22:33:45



Uwielbiam mangi. Potrafię niektóre tytuły przeczytać trzy, cztery razy, podczas gdy obejrzenie jakiegoś anime ponownie zdarzyło mi się może pięć razy w życiu. Trzymanie w łapkach pachnących farbą stroniczek, z których wyzierają znajome mordki, moje własne tempo poznawania kolejnych losów bohaterów i wpatrywanie się przez kilka minut w wyjątkowo kunsztowny obrazek - tak, to lubię najbardziej.

Wyrosłam w czasach, kiedy słowa „anime” czy „manga” były w Polsce terminem równie obcym jak „uczciwy polityk”. Jakieś typy w stylu Gigi, Sally Czarodziejka czy Daimos się oglądało, owszem, miało się charakterystyczne piknięcie w sercu na widok dużych oczek, ale co to było i skąd - nie miałam zielonego pojęcia. Tak, to były czasy, kiedy nie było w Polsce mang. Naprawdę. Dopiero na studiach stwierdziłam, że przecież, do diaska, ja kocham głupie kreskówki i basta, weszłam do księgarni i wzbogaciłam się o ósmy tomik z cyklu Oh! My Goddess.

To były czasy wielkiej posuchy, a wydawanie w Polsce takich serii jak Ranma czy Saiyuki leżało w magicznej krainie „być może”. Brało się, jak leci, wszystko z półki i pokornie znosiło błędy gramatyczne, tłumaczeniowe (w jednym z początkowych tomów X-a zamieniono Smoki Nieba na Smoki Ziemi czy odwrotnie - wpatrywałam się w chmurkę dobre parę minut, zanim do mnie ta herezja dotarła) czy literówki. Tłumaczenie Czarodziejki z Księżyca ciągle budzi we mnie ataki śmiechu połączone z rozczuleniem, do dziś fascynuje mnie to, jak można pomylić słowo „beam” (promień) z „bean” (fasolka) i wcisnąć do zaklęcia rośliny strączkowe...

Było, minęło, można by rzec. Dzisiejsze mangi nie trącą japońską stylistyką wypowiedzi (z małym wyjątkiem, ale o tym później). Dziś dostajemy tomiki wydane na białym, nie żółtym papierze, z obwolutą, bajerkami i innymi cicikami. Konkurencja prześciga się w wydawaniu dobrych serii, fan może wybrzydzać między seriami pełnymi akcji a obyczajowymi, szkolnymi a dla starszego czytelnika. Chwała Wam za to, wydawcy, że odwalacie kawał dobrej roboty.

Niestety - muszę dodać przysłowiową łyżkę dziegciu do beczki miodu i przyjąć na siebie nieprzyjemną rolę krytyka. Wyjdzie może na to, że prześladuję Egmont czy Hanami, które odwalają kawał dobrej roboty, ale pewnych rzeczy nie można po prostu przepuścić obojętnie w imię „tylko oni to robią, nie denerwujmy ich, bo jeszcze przestaną”. Kładzenie uszu po sobie? Nie, to nie dla mnie.

Pierwszą zbrodnią naszych czasów jest egmontowski Kenshin. Tak się akurat składa, że mam lekkiego fioła na punkcie tej mangi, więc wydanie jej w Polsce zdawało się spełnieniem moich marzeń. Sięgam po pierwszy tomik, a tu nie ma „oro”. Nie ma kenshinowego „ORO”! Tego samego, które zachowano w wydaniu angielskim i niemieckim, rozczulającego okrzyku, będącego praktycznie kwintesencją bohatera. Bo wydawcy się coś tam ubzdurało. Jak można pozbawiać czytelnika polskiego tak słynnego kawałka kultury masowej, no? Mało tego - zrozumiałabym, gdyby zmienili to na „ojoj” czy „oj”, co było by w miarę bliskim tłumaczeniem - nie, Egmont zaprezentował nam „oho” zamiennie z.... (trzymajcie mnie) „otto”. Zbrodniarze. Kupiłam te sześć wydanych w Polsce tomów, ale nie mogę na nie patrzeć. Pracowite przerabianie cienkopisem „otto” na „oro” pomogło tylko trochę...

Z podobnych powodów musiałam odpuścić sobie Ranmę. Cudowna seria, wręcz perełka komediowa, która śmieszyła mnie nawet po niemiecku, jest praktycznie nie do strawienia po polsku. Nie, żeby tłumaczenie było złe, ale moi mili, nie da się ukryć, że jest to seria ecchi, więc i dowcip powinien nieco grać na dwuznacznościach. Techniki są przetłumaczone sztywno i dziwacznie, a przecież wystarczy sobie porównać z tłumaczeniami technik walki z Naruto, które są prawdziwym mistrzostwem świata. Swoją drogą, tłumaczenie tego drugiego udowadnia, że można świetnie przełożyć serię bitewną unikając sztucznego nadęcia przy wielkich mądrych przemowach bohaterów, a powiedzonka, gagi i inne perełki sprawiają, że tamtą mangę nadal z przyjemnością, czego nie mogę powiedzieć o Ranmie, którego znam i lubię dużo dłużej niż przygody małego ninja.

Żeby nie było, że się czepiam bezpodstawnie, bo jakże mogę atakować tłumaczenie, skoro nie znam języka japońskiego. Odpowiem prosto - znam język polski i potrafię się nim posługiwać, więc chyba widzę, jeśli coś jest nie po polsku. Na takiej samej zasadzie, dla której cenię wyżej tłumaczenie Szekspira dokonane przez Barańczaka czy Słomczyńskiego niż tłumaczenie studenta trzeciego roku anglistyki. Nie, żeby student źle przetłumaczył czy coś, ale proszę Was, miejcie litość...

Niestety, większość tłumaczeń w Polsce do niedawna stawiała raczej na wierność niż polot. Pal sześć, jeśli są to serie obyczajowe, gdzie dialogi są stonowane i „codzienne”, tam to nie było tak wyraźne, ale gorzej jest, kiedy w imię wierności wydawnictwo Hanami serwuje nam w Suppli kwiatki takie jak: „recepcjonistka od produktu spożywczego”, „proszę wymiotować w pozycji skierowanej w dół”, „przed klientem trzeba mówić prawdziwą opinię”, „menu DIGESTIFÓW” (proszę mnie nie pytać, co to jest), „cokolwiek będzie dobre, cieszę się, że pracuję” „chociaż nad kupnem torebki męczyła się wiele dni, to jest to kobieta, która nie wytrzymuje cierpienia z powodu miłości” - niestety nie są to zdania, które brzmią po polsku. Na pierwszy rzut oka owszem, spełniają wymogi gramatyczne, ale nie potrafię znaleźć w nich sensu. Można się domyślić, o co w nich chodzi (z wyjątkiem zdania o torebce. Tam sens mi umyka w dzikim galopie), nie przeczę. Ale kiedy czytam mangę po polsku, było by mi miło, gdybym nie musiała wytężać mózgu, żeby złapać sens wypowiedzi. W końcu to mój własny język, na czytanie kontekstowe zostawiam sobie teksty po angielsku i niemiecku. Problemem nie jest to, że takie zdania przeszły przez korektę - potknięcia zdarzają się najlepszym. Problemem jest to, że jest ich tyle, iż czytanie przypomina górską ścieżkę. O literówkach, błędach w przeniesieniu słowa czy braku przecinków nie wspomnę. Moi mili, jestem dyslektyczką i w większości przypadków nie zauważam przestawionych literek - w Suppli niestety było ich tyle, że przebiły się nawet przez moje „filtry ochronne”.

Wydawca wzrusza ramionami i mówi „ludzie i tak kupują”. Przypominam jednak, że ludzie kupowali też wspomnianą wyżej Czarodziejkę z Księżyca, którą tłumaczył Japończyk z ichniego na nasze. Ludzie oglądali Slayers w polskiej telewizji i nawet kompletny ignorant w dziedzinie języka japońskiego, jakim wówczas byłam, słyszał, że albo dowcip gdzieś zgubili, albo połowę pominęli milczeniem - ale oglądałam, bo to było dobre anime. Czy dziś ludzie kupiliby ponownie przygody Księżycowej Pyzy? Wątpię. A to jest fajna manga, jakby ją trochę „podrasować tłumaczeniowo”, to pewnie by trafiła do młodszych czytelników. Ludzie kupują kulawego Ranmę, ale mówi się o GTO i Alchemiku, choć moim zdaniem Ranma nie ustępuje obu seriom ani na krok, a nawet jest lepszy w wielu miejscach (to pierwsza manga w obcym języku, na którą się zdecydowałam). A dlaczego? Bo jest tak duży wybór na rynku, że ludzie kupią to, co im się bardziej podoba, a niestety język na owo podobanie się wpływa niezwykle istotnie. Hanami jest na razie w uprzywilejowanej pozycji, jako że wydaje rzeczy nowe, ciekawe i inne - młodsi, mniej dojrzali czytelnicy z ambicjami połkną to w imię „ojeju, ale to mądre i trudne”, a starsi, dojrzalsi zamkną oczy i poświęcą się w imię dobrej fabuły. Ale jak długo?

Rozumiem, że wierność przekładu jest ważna, jestem w stanie zrozumieć, czemu nie tłumaczy się dowcipów typowo kulturowych, tylko podaje się objaśnienie z gwiazdką gdzieś z boczku. Ale zupełnie umyka mi to, czemu konieczna jest jakaś dziwna, niekoniecznie polska stylistyka wypowiedzi (nikt, ale to nikt, nawet naprawdę chorobliwie uprzejmy, nie powie „proszę wymiotować w pozycji skierowanej w dół”). Postaci używają nagminnie strony biernej i mówią o sobie w trzeciej osobie - ja wiem, że tak się mówi w Japonii, ale do diaska ciężkiego, komiks jest wydany w Polsce i powinien być umieszczony w polskiej rzeczywistości, przynajmniej jeśli chodzi o dialogi. Inaczej mam wrażenie, że to rozmowy robotów, a nie ludzi. Niestety - jeśli chce się w pełni zachować japoński klimat, to się zostawia w oryginale i dodaje do wydania słowniczek.

Z drugiej strony mamy właśnie takie perełki jak GTO i Fullmetal Alchemist, Naruto i, od biedy, Inu-Yasha - to są serie, które zrezygnowały z absolutnej wierności na rzecz dotarcia do czytelnika. Pamiętam mój atak śmiechu przy „Edziu, nie bij pana, bo ci zdechnie”, które było tak odświeżające i zabawne, że miałam ochotę pokazywać ludziom dookoła, że można tłumaczeniem się bawić. Tak, tłumaczeniem nawet należy się bawić. To, że Edzio Stalowy mówi „mnie to rypka” (tak, „rypka”!), że Naruto z głupią miną wrzeszczy „teges tenteges”, a w GTO przerzucają się Edytką Górniak, jest dla mnie oznaką, że mangi zeszły z piedestału świętej krowy, której tykać nie można, bo ucieknie. Język przede wszystkim jest narzędziem służącym człowiekowi, żywym, giętkim narzędziem, które odpowiednio pokierowane może wywołać uśmiech, łzy i strach. Trzeba tylko umieć nim kierować. Co wolicie - zachowanie kompletnie nieprzetłumaczalnej gry słów opatrzonej gwiazdką, czy coś, po czym roześmiejecie się w głos od razu? Nie mówię, że trzeba wszystko jak leci przerabiać „na nasze” - to też jest talent, żeby umieć znaleźć ten złoty środek, zachować klimat, nadać indywidualność postaciom. Kiedy czytam Kenshina po angielsku, widzę, że każda z postaci mówi nieco inaczej, używa innych słów, ma charakterystyczne powiedzonka - nie ma tego w wersji polskiej. Z jednej strony w naszym języku nie ma aż takiego rozróżnienia stylu wypowiedzi jak w japońskim, ale przecież można. Wiem, że można, sama to robiłam przy fanowskim tłumaczeniu Love Hiny i serii telewizyjnej Full Metal Panica! - tłumacz to nie tylko osoba, która zna dokładne znaczenie wypowiadanych słów, ale potrafi przełożyć na polski zarówno żargon wojskowy, jak i popiskiwania zakochanej nastolatki. Naszym tłumaczom brakuje nieco rozmachu. Widać to bardzo wyraźnie w przypadku dowcipów „kosmatych”, dlatego serie czy postacie owym dowcipem stojące (Yami no Matsuei powala naiwnością, dużo lepiej jest w Saiyuki, choć tam też mam wrażenie, że tłumacz się wstydził) są troszkę sztywne, trącą sztucznością1.

Mam nadzieję, że wszystkie wydawnictwa pójdą szlakiem przetartym przez J.P.F i Waneko, których tłumaczenia zasługują na brawa. Mam nadzieję, że czytając mangę nie będę miała dziwnego wrażenia, że czytam coś obcego. Mam nadzieję, że wznowią Kenshina bez owego nieszczęsnego „otto”. Mam nadzieję, że fani przestaną przymykać oczy na rażące błędy popełniane w ich ojczystym języku. Może jestem marzycielką albo wredną czepialską - nie wiem. Wiem natomiast, że wolę przeczytać po raz kolejny tomik Alchemika zamiast nowego tomu Suppli czy Ranmy.


Joanna „Szyszka” Pastuszka

____________
1 Proponuję szklanicę piwa jako środek rozluźniający - 2+ do „kosmatości” gwarantowane.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż wszystkie komentarze
  • Rinsey : 2010-01-07 19:29:28

    Oj zgadzam się z z przedmówcami. Przypomniało mi się tłumaczenie Kamikaze Kaito Jeanne. Z jednej strony się cieszyłam, bo interesujący mnie tytuł pojawił się na polskim rynku, a z drugiej załamywałam ręce nad jakością tłumaczenia. Nie dość, że czasowniki wypowiadane przez kobiety kończyły notorycznie na "łem" (te wypowiadane przez mężczyzn oczywiście na "łam"), to znajdywałam tam całe góry zdań bezsensownych w stylu cytatów z pierwszej części artykułu. Ale pomimo załamania nerwowego i tak kupowałam mój tytuł dalej, bo mimo wszystko tomiki same wchodziły mi do koszyka.

    To samo występowało przy pierwszych tomach Inuyashy. Najbardziej powalił mnie tekst : "Pozwól nam iść". Hm.. czyżby było to "Let's go"? Nieprzetłumaczenie tego na głupie chodźmy, to chyba ominięcie pierwszego roku w uczeniu się języka obcego.

    Załamałam się też, gdy końcówka -sama, została odmieniona w wołaczu. Kagome-samo! -_-' Mnie to osobiście zabolało. Do dzisiaj się wzdrygam jak czytam ten tomik. Ale na szczęście później tłumacz się nawrócił i nie popełniał już tego błędu.

    Też jest z tymi tłumaczeniami tak, że nawet najlepszy tłumacz nie poradzi sobie z przekładem, jeżeli nie orientuje się w temacie. Żeby dobrze przełożyć niektóre zwroty, to trzeba jednak mieć jakiekolwiek pojęcie o tym, co się tłumaczy. Na pewno pamiętacie Vegetę, który przez całą serią Dragon Ball GT wołał do Goku "Pajacu!". A gdyby tłumacz chociażby przeczytał jeden tomik mangi ze zrozumieniem, to by się domyślił, że Kakarotto, to zwyczajne imię, a nie żaden pajac.

    Dobra to już koniec mojego trucia :D. Po prostu artykuł został tak świetnie napisany i uderzył w tony naszego mangowego światka, które i mnie bolą, że nie mogłam się opanować^^.

  • tłumaczę : 2008-08-22 21:45:26

    U nas problem jest taki, że na dobre tłumaczenie nikt nie chce wyłożyć kasy. Mangi to i tak jeszcze pół biedy, bo przynajmniej tłumaczy się je z oryginału, ale wystarczy spojrzeć na wydane u nas jjaponskie powieści- chociażby "Out" Natso Kirino, które sa tłumaczone z angielskiego tłumacznia. Żenujące! Zdarza się to także w telewizji. Znacznie łatiwje jest zatrudnić tłumacza z angielskiego, bo weźnmie za wykonanie tłumacza połowę mniej, niż specjaliści z "rzadkich" języków, jak japoński. Nawet przy szukaniu pracy zdażyło mi się usłyszeć, że mam za wysokie kwalifikacje [czytaj, spodziewam się zbyt wysokiego wynagrodzenia] i wolą średnio wprawionego studenta.

    Ostatnią kwestia jest czas- na dobre tłumaczenia sytuacyjne/dowcipów/odniesień do popkultury, wpada się przypadkiem, jadąc tramwajem, na imprezie ze znajomymi. to przychodzi nagle. Jeśli ma się krótki termin, nie czeka się na natchnienie, tylko pisze dosłownie [wszak top dobre bo wierne -_-"] i przechodzi dalej. Zwłaszcza, jeśli płaca słabo, i nie ma szans, żeby spędzić nad jednym tomikiem kilku tygodni, bo robi się tez inne zlecenia równolegle- rata za mieszkanie sama się nie spłaci.

  • Ataru : 2008-07-12 15:52:07
    .

    Cokolwiek by nie mowic to Waneko i JPF dzialaja na rynku znacznie dluzej niz te 2 krytykowane wydawnictwa i to jedyne, marne zreszta, usprawiedliwienie tychze wydawnictw.

    Pierwsza manga, ktora w Polsce wydalo Waneko byl Michael, i co? I to bylo naprawde fantastyczne, zabawne tlumaczenie, swietne dialogi, swietne zarty i czytajac mozna naprawde bylo poczuc ten klimat, byl Dr. Slump przy ktorym wrecz rechotalem, a poczatki tych mang to lata 1999/2000, minelo kilka dlugich lat i dostaje dretwa Ranme.

    Ale tez nie wina wydawnictwa jest taki tlumacz jaki sie trafil a wina samego tlumacza jest to jaki jest ;-)

    A autorce gratuluje naprawde swietnego tekstu i poza szczegolami (ot chocby korekta, koekty wina jest jedynie przepuszczenie zle postawionego przecinka, literowki czy bledu masci wszelakiej, bazuje jednak w pelni na tym co dostaje od tlumacza) w pelni sie z nim zgadzam. Naprawde swietny artykul.

  • Yaci : 2008-07-12 13:48:10
    ...

    Jakkolwiek zgadzam się z pierwszą częścią artykułu (niektóre tłumaczenia rzeczywiście powalają) to z końcówką już niestety nie.

    Postaci używają nagminnie strony biernej i mówią o sobie w trzeciej osobie - (...) tak się mówi w Japonii, ale (...) komiks jest wydany w Polsce i powinien być umieszczony w polskiej rzeczywistości

    Z tym stwierdzeniem nie do końca się zgadzam. Dlaczego niby mielibyśmy polonizować coś na siłę? To że postacie często mówią coś w trzeciej osobie to nie jest tylko kwestia języka i jego gramatyki. To jest przecież kwestia kultury i obyczajów panujących w Japonii! Odniesienia do obyczajów Kraju Kwitnącej Wiśni są moim zdaniem kluczowe dla zrozumienia klimatu Suppli, więc nie możemy sobie pozwolić na ich utratę w tłumaczeniu.

    Edzio Stalowy mówi „mnie to rypka” (tak, „rypka”!), że Naruto z głupią miną wrzeszczy „teges tenteges”, a w GTO przerzucają się Edytką Górniak

    Widzisz, to jest moim zdaniem trochę dyskusyjne. To w jaki sposób wypowiadają się Edzio czy Naruto nie ma większego znaczenia. Te postacie umieszczone są w swoim własnym świecie, który może rządzić się dowolnymi prawami, zarówno polskimi jak i japońskimi, tak więc język nie ma tu aż tak wielkiego znaczenia. Jednakże "Górniakowa" w GTO drażni mnie niemiłosiernie. GTO to manga, w której Japonia spogląda na nas niemalże z każdej strony. Co chwila stykamy się w niej z japońską architekturą, kulturą, zachowaniami. I nagle ktoś wyskakuje mi z Empikiem lub Górniakową. W takim momencie czuję się jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Cały klimat i nastrój od razu się rozwiewają. Innymi słowy wolność tłumaczeń tak, ale bez przesady.

    Co wolicie - zachowanie kompletnie nieprzetłumaczalnej gry słów opatrzonej gwiazdką, czy coś, po czym roześmiejecie się w głos od razu

    Myślę, że to kwestia gustu. Pamiętam jak na ostatnim Pyrkonie Radek Bolałek z Hanami narzekał na tłumaczenie "Samotnego Wilka" gdzie jak wiadomo tłumacz sporo rzeczy zostawił w oryginale i na końcu dał słowniczek. Dla mnie z kolei "Samotny Wilk" to najlepiej przetłumaczona manga w Polsce. :) Tak więc jak już powiedziałem - kwestia gustu. Osobiście lubię bardzo dosłowne tłumaczenia, ale to zależy od tytułu. Co innego "Dr Slump" czy "GTO", a co innego "Kenshin" lub wspomniany już "Samotny Wilk".

  • Tassadar : 2008-07-10 15:30:08
    Jest dobrze a będzie jeszcze lepiej

    Nie wydaje mi się aby tłumaczenie stanowiło aż tak przerażający problem. W JPF i Waneko jest solidny, profesjonalny poziom, czasami wręcz ocierający się o geniusz (GTO, Love Hina, FMA). Nawet serie z problemami, takie jak "Saiyuki" z czasem dojrzewają i wyraźnie widać, że tłumacze uczą się na własnych błędach i starają się uwzględniać sugestie czytelników.

    Kwestia wydawnictw takich jak Egmont jest bardziej skomplikowana, ale oni zawsze mieli olewacki stosunek do klienta (wystarczy spojrzeć na jakość ich pozycji, gdzie często poszczególne tomiki znacznie różnią się wysokością, albo też mają obrzydliwe kolorystycznie okładki). Jednak na przykładnie Usagiego (który co prawda tłumaczony był z raczej angielskiego już jako języka wyjściowego)widać, ze nawet im zdarza się coraz częściej trzymać poziom.

    Zresztą krytykom polecam zauważyć, że po otwarciu rynku w latach 90-tych nie było kadr, które mogły się tym zajmować, dopiero teraz następuje odpowiednia regulacji ilości osób z potrzebnym wykształceniem, które swoją droga tez muszą nabrać wprawy. Jak ktoś uważa, że mu się nie podoba zawsze może przecież zamówić oryginał z Japonii.

    Co do anime, to nie zgadzam się z zarzutami Silvery. tłumaczenie AV jest profesjonalne, co widać doskonale choćby po dialogach z Black Lagoon, El Cazador, czy choćby Haruhi. Ouran może i jest nieco poniżej tego poziomu, ale zauważ, ze specyfika tamtejszego dowcipu jest nie zawsze łatwa do przetłumaczenia na nasz język. Inne wydawnictwa tez rażą sobie nieźle, choć w przypadku takich tytułów jak Ergo Proxy brakuje mi nieco notek wyjaśniających niektóre nawiązania filozoficzne. Zresztą ciekawy pomysł miało swego czasu IDG, by dać 2 tłumaczenia z czego jedno fansuberskie.

    Kwiatki się zdarzają i będą ciągle. Takie już życie i nie ma co narzekać za bardzo, bo i tak powinniśmy się cieszyć z wydawania coraz to lepszych mang i anime na naszym rynku. Wszystkich i tak się zresztą nie uszczęśliwi, bo takie choćby GTO wywołuje skrajne reakcje, mimo iż np. IMHO jest to jedna z najlepiej przetłumaczonych mang w historii.

  • Skomentuj
  • Pokaż wszystkie komentarze