Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Pudełko czekoladek wszystkich smaków

Autor:Nakago
Korekta:Inai
Serie:Harry Potter
Gatunki:Horror, Mroczne, Romans
Uwagi:Utwór niedokończony
Dodany:2008-11-17 16:09:39
Aktualizowany:2009-05-14 22:58:39


Drugi grudnia jest wyjątkowo ciepły i pogodny, jak na tę porę roku, dlatego postanawiasz wracać do domu piechotą. W pracy było zwyczajnie, czyli ciężko, toteż spacer zdecydowanie ci się przyda. Trochę świeżego powietrza nie zaszkodzi. Z tą myślą porzucasz ulicę, by skręcić w Kensington Gardens. To droga na skróty i zarazem jedno z zielonych płuc Londynu. Choć akurat teraz zieleni tu jak na lekarstwo.

Najwidoczniej większość bywalców parku woli go w pełnym rozkwicie, bo alejki są wyludnione. Ledwie kilka osób wybrało się dziś na przechadzkę, a tylko część z nich rzeczywiście zdaje się korzystać z bladych promieni późnojesiennego słońca. Reszta się spieszy. Jak ty.

Wyłącznie temu, że od lat pracujesz z ludźmi i prawie odruchowo zauważasz nietypowe zachowania, zawdzięczasz dostrzeżenie mężczyzny, siedzącego na ławce. Jest jedyny - temperatura zdecydowanie nie sprzyja trwaniu w bezruchu. A od przesiadywania na zimnie można dostać wilka.

Jeszcze nie wiesz, że dla tego konkretnego człowieka nie ten rodzaj wilka jest największym zmartwieniem.

W przelocie obrzucasz go obojętnym spojrzeniem. Mimowolnie zauważasz i zapamiętujesz jasnobrązowe, siwiejące włosy, podniszczone ubranie i metalowe pudełko, w które się wpatruje. Kilka razy widziałaś podobne, raz nawet jedno dostałaś w prezencie. Zawierają szwajcarskie czekoladki, naprawdę przepyszne. I bardzo, bardzo drogie. Ściskający je w dłoniach mężczyzna nie wygląda na osobę, która mogłaby sobie pozwolić na podobny luksus. Ta nieprawidłowość intryguje cię, jednak nie na tyle, byś się nad nią głębiej zastanowiła. Teraz potrafisz myśleć wyłącznie o wyjątkowo trudnych negocjacjach, jakie prowadzisz. Praca zaprząta twój umysł, nie pozwalając na odskocznie. Przynajmniej na razie.

Docierasz do domu, bierzesz prysznic i zakładasz skromną sukienkę, odpowiednią na wczesną kolację w interesach. Masz jeszcze sporo czasu do godziny siedemnastej. Czujesz się nieco dziwnie tego popołudnia, jakbyś miała ochotę na coś w rodzaju małego szaleństwa. Na duże nigdy sobie nie pozwalasz, jesteś na to zbyt dobrze wychowana. Ale drobne wyskoki, jak powrót z pracy piechotą, parkiem, czasem ci się zdarzają. Skoro już masz na koncie jedno, to dlaczego nie kolejne? Uśmiechasz się lekko, zakładając wygodne buty na obcasach, po czym sięgasz po elegancki płaszcz. Czujesz się trochę buntowniczo i dobrze ci z tym.

Tym razem drogę przez Kensington Gardens pokonujesz niespiesznie, prawie spacerkiem. Rozglądasz się, starając uspokoić przed spotkaniem, które może zaważyć na twoim dalszym życiu. To, jak wypadniesz w czasie kolacji, prawdopodobnie będzie miało wpływ na rezultat negocjacji. Najważniejszych, jakie do tej pory prowadziłaś.

Słońca już nie widać, ale niebo na zachodzie wciąż pała czerwienią. Po drugiej stronie nieboskłonu szary błękit przeszedł w granat. Zmierzcha.

Kiedy zbliżasz się do ławki, na której nadal siedzi mężczyzna z czekoladkami, zapalają się latarnie. W żółtawym świetle jego siwe włosy pobłyskują, a brązowe wydają się matowe. Kontrast jest równie wyraźny, jak między zniszczonym płaszczem, który nosi, a lśniącym, metalowym pudełkiem. Tym razem przyglądasz się dokładniej tajemniczemu człowiekowi. Zauważasz, że choć ma zmęczoną, poznaczoną zmarszczkami twarz, nie jest jeszcze stary. Najwyraźniej życie nie obeszło się z nim najlepiej, skoro wygląda, jak wygląda, i godzinami przesiaduje na ławce w parku. W grudniu.

Mijasz go bez słowa, udając brak zainteresowania. Wtedy uświadamiasz sobie, że miałaś nadzieję go zobaczyć, dlatego wybrałaś tę samą drogę. Trochę niepokoi cię ten sentyment, tak do ciebie niepasujący. Jesteś twardą, nowoczesną kobietą, próbującą zajść wysoko w świecie zdominowanym przez drapieżnych mężczyzn, i nie możesz sobie pozwolić na najdrobniejsze słabości. A jednak...

Dni mijają, z poniedziałku robi się środa, potem piątek, a ty nie możesz zapomnieć o mężczyźnie z Kensington Gardens. Teraz pracujesz do późna, aby skończyć projekt na czas, i do domu wracasz taksówkami. Skupiasz całą uwagę na pracy, jednak gdzieś na skraju świadomości bez przerwy błyskają siwiejące włosy i metalowe pudełko. Dziwny musi być ten człowiek, że tak cię zafascynował. Ludzi masz zazwyczaj dosyć w pracy, ciągle obracasz się wokół nich, rozszyfrowujesz ich intencje i charaktery, starasz się zachowywać odpowiednio do ich oczekiwań, nawet tych, z których sami nie zdają sobie sprawy. To męczące. Dlatego czas wolny spędzasz samotnie, z dobrą książką albo filmem, z samodzielnie przyrządzonym jedzeniem i kieliszkiem porządnego wina. To cię odpręża. Lecz ostatnio masz wrażenie, że nigdzie nie jesteś sama. Zawsze i wszędzie towarzyszy ci twoje nemezis, ten nieszczęsny facet z parku. Czujesz, że jeśli czegoś nie zrobisz, prawdopodobnie będzie cię dręczył do końca twoich dni.

Jeszcze nie masz pojęcia, że jeżeli zrobisz to, co zamierzasz, będzie tak na pewno.

Z końcem tygodnia zamykasz negocjacje sukcesem i nie zastanawiasz się dłużej. Skoro udało ci się coś tak trudnego, to jak może się nie powieść cokolwiek innego? Jednak nawet to przekonanie nie zmienia faktu, że musisz się zebrać na odwagę, aby naprawdę to zrobić.

Jest sobota. Wstajesz późno, bierzesz długą kąpiel, jesz śniadanie, którego przygotowanie zabrało ci wyjątkowo dużo czasu. Potem robisz sobie jeszcze jedną kawę i siadasz z nią przed telewizorem. Bawisz się pilotem, jak, nie przymierzając, mężczyzna, próbując znaleźć ciekawy program lub film. Próbując zmitrężyć jak najwięcej czasu. Próbując odwlec to, co sobie postanowiłaś.

Coraz bardziej się denerwujesz. To głupie. Bez sensu. Są tylko dwa wyjścia: zrób to albo tego nie rób. A skoro to zaplanowałaś - zrób. Po prostu.

Rzucasz pilota na fotel, odstawiasz wciąż pełną filiżankę i podrywasz się z siedzenia, jakby cię zaczęło parzyć. Przy drzwiach prawie w przelocie zmieniasz buty, po czym sięgasz po płaszcz, który zakładasz już na zewnątrz mieszkania. Ręce ci drżą, kiedy zamykasz zamki, nogi - gdy zbiegasz po schodach. Nagle się spieszysz, co uważasz za kompletnie pozbawione sensu. Przecież ci nie ucieknie. Prawda?

Prawda. Z daleka widzisz znajomą sylwetkę, siedzącą na tej samej ławce, co parę dni temu. Nerwowo oblizujesz wargi, kiedy podchodzisz bliżej. Wciąż trzyma w rękach to samo pudełko i nadal tak samo się pochyla, garbiąc plecy. Zatrzymujesz się przy nim, ale nawet wtedy nie podnosi głowy. Rzucasz okiem na pudełko, bo może sama również zauważysz w nim coś niezwykłego. Jednak nie, pudełko jak pudełko. Czekoladki jak czekoladki. Mimo że przepyszne. I bardzo, bardzo drogie.

I dobrze, że ma je ze sobą, bo inaczej kwestia, którą tak pieczołowicie przygotowałaś, byłaby o wiele głupsza, niż wydaje się w tej sytuacji.

- Życie jest jak pudełko czekoladek, nie uważa pan? - Siadasz na jego ławce, nie za blisko, ale tak, żebyście nie musieli do siebie krzyczeć - Nigdy nie wiadomo, na co się trafi.

Spogląda na ciebie brązowymi oczyma. Nie odzywa się dłuższą chwilę, sprawiając wrażenie zamyślonego. Czujesz się jak idiotka, ale nie wstajesz. Już tak daleko zaszłaś, że jesteś gotowa na prawie wszystko. Niech się dzieje, co chce.

Twoja cierpliwość zostaje nagrodzona. O ile można to tak nazwać.

- Ja bym raczej powiedział - cichy, spokojny głos jest pełen zadumy - że życie przypomina paczkę fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta. Wyjmujesz którąś i masz nadzieję, że wreszcie jest to coś dobrego, a zazwyczaj okazuje się, że gorzej nie mogłeś trafić.

Jeśli wcześniej czułaś się jak idiotka, to teraz jesteś całkowicie przekonana o swoich brakach w inteligencji. Nie masz pojęcia, o czym on mówi. Co to są \"fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta\"?

- Co to są \"fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta\"? - pytasz z nieskrywanym zdziwieniem. Niewiele jest rzeczy, których nie znosisz bardziej, niż pytań bez odpowiedzi.

Uśmiecha się lekko, bardziej melancholijnie niż wesoło. Wszechobecny na jego twarzy smutek ściska cię za serce. To... zaskakujące. Żaden mężczyzna dotychczas nie zrobił na tobie takiego wrażenia. A ten nie jest ani szczególnie przystojny, ani nawet ładny. Wydaje się... zwyczajny. Ale, najwidoczniej, tylko się wydaje.

- Fasolki wszystkich smaków są dokładnie tym, czym się nazywają - wyjaśnia. - Cukierkami o przeróżnych smakach, naprawdę wszystkich, jakie można wymyślić.

Twoje zainteresowanie rośnie.

- O smaku truskawkowym?

- Tak.

- Kawowym?

- Też.

- Miętowym?

- Owszem.

- Kokosowym, miodowym, melonowym?

- Tak, tak i jeszcze raz tak.

Śmieje się, kiedy zadajesz kolejne pytania z coraz większym entuzjazmem.

Ciebie również zaczyna to bawić. Próbujesz przyłapać go na kłamstwie.

- Curry? - Podsuwasz ostrożnie.

- Tak, oczywiście.

- A... o smaku koniczyny?

- Osobiście nigdy nie jadłem koniczyny, więc nie mam pojęcia, jak smakuje, ale sądzę, że tak. Jestem tego niemal pewien.

Nie wiesz, co dziwi cię bardziej: cukierki o smaku koniczyny czy to, że ktoś mógł nie próbować wysysania czerwonych kwiatów. W dzieciństwie wręcz się nimi zajadałaś. Twoje wspomnienia sprzed szkolnych lat są przesycone ich smakiem.

- Na pewno by panu smakowała - mówisz w końcu - Na pana miejscu kupiłabym trochę, żeby spróbować.

- Nie można kupić fasolek Bertiego Botta o takim smaku, jaki się chce. Dostaje się paczkę różnych smaków i można tylko mieć nadzieję, że będzie wśród nich coś przyjemnego.

- To nieprzyjemne smaki również się zdarzają?

Jesteś naprawdę zaskoczona. Komu mogłoby przyjść do głowy, żeby robić cukierki, które nie będą smakować?

- Oczywiście. Jest ich nawet więcej, niż tych dobrych.

- Na przykład jakie?

- Na przykład... Na przykład niech pani pomyśli o tym, czego pani najbardziej nie lubi.

Patrzy na ciebie wyczekująco, a ty zastanawiasz się intensywnie. Nie potrzebujesz dużo czasu, by znaleźć odpowiednie kandydatury, choć nie należysz do osób szczególnie wybrednych. Krzywisz się z niesmakiem, po czym kiwasz głową na znak, że jesteś gotowa.

- Proszę wymieniać. A ja powiem, czy się z takim smakiem spotkałem.

- Umeboshi. - Zaczynasz od czegoś, co spróbowałaś tylko raz i więcej nie masz zamiaru.

Nie zastanawia się.

- Nawet nie wiem, co to jest - przyznaje z lekkim rozbawieniem.

- Marynowana śliwka - wyjaśniasz. - Częsty dodatek do onigiri - Cały czas ma ten sam wyraz twarzy, więc dodajesz jeszcze: - To taka japońska potrawa: ugnieciony w kulkę ryż z nadzieniem. No i właśnie umeboshi bywa tym nadzieniem.

- Przykro mi, nie jadłem. Coś innego?

- Szpinak? - Próbujesz kolejnego paskudztwa.

Krzywi się.

- A to owszem. Też nie lubię - to tłumaczy jego zniesmaczoną minę - i trafiłem kiedyś. Zielone fasolki zwykle są paskudne w smaku - Otrząsa się jak mokry pies.

- To po co je jeść, jeśli wiadomo, że są niejadalne?

- Bo raz miałem kiwi, które uwielbiam. - Wzdycha - Innym razem ogórka; też je lubię. Jak już mówiłem, ma się nadzieję na coś dobrego, a zwykle trafia się najgorzej, jak można. Ale nadzieja pozostaje. Taki urok fasolek Bertiego Botta.

- A nie można wybierać koloru, który zapowiada coś przyjemnego?

- Na przykład jakiego?

- Może czerwony? Czerwony to truskawki - truskawki, truskawki, zawsze truskawki; jesteś od nich wręcz uzależniona - koniczyna, maliny, arbuz, jabłka, granaty... - Ciągniesz litanię pyszności.

- ...pieprz cayenne, dżdżownice, krew - wchodzi ci w słowo.

- Dżdżownice? Krew? - Ledwie się powstrzymujesz, żeby nie wyrazić obrzydzenia wysunięciem języka.

- Fasolki WSZYSTKICH smaków - przypomina z lekkim naciskiem.

Wahasz się przez chwilę, niezdecydowana.

- Mimo wszystko brzmi intrygująco - stwierdzasz. Gdyby ktoś ci powiedział, że twoje oczy błyszczą z podniecenia, nie zdziwiłabyś się. Już dawno nie byłaś równie gotowa spróbować czegoś nowego.

On chyba to rozumie. Uśmiecha się szerzej, choć wyraz melancholii wciąż dominuje na jego twarzy.

- Możemy się umówić, że jutro przyniosę paczuszkę fasolek i sama pani spróbuje.

- Nie chciałabym pana kłopotać - odpowiadasz z fałszywym zażenowaniem. Oczywiście, że byś chciała. Kłopotanie tego mężczyzny zdaje się być obecnie twoim największym pragnieniem. Jesteś tego świadoma, jednak nie masz zamiaru się do tego przyznawać; nawet przed sobą.

Albo wie, co ci chodzi po głowie, albo po prostu jest miłym facetem.

- Żaden problem - zapewnia - Jestem tu prawie codziennie, lekarz polecił mi jak najwięcej korzystać ze świeżego powietrza.

Rzeczywiście, wygląda mizernie, uznajesz, przyglądając mu się uważniej niż dotychczas. Jest blady, wychudzony, przemęczony. Sprawia wrażenie, jakby niedawno przeszedł ciężką chorobę albo nawet nadal niedomagał. Masz ogromną ochotę zatroszczyć się o niego, wypytać, pocieszyć... ale jeszcze nie czas na to. Na razie zbyt słabo się znacie, byś mogła mu matkować. Pocieszasz się myślą, że co się odwlecze, to nie uciecze - na pewno później będziesz miała mnóstwo okazji, aby się nim opiekować.

- Zatem do jutra? - pyta, kiedy wstajesz.

- Do jutra - decydujesz - Będę w południe.

Nie podajesz mu ręki, a on nie wyciąga swojej. Dobrze wychowany, stwierdzasz w duchu, odchodząc. Kolejna cecha na plus. Na minus jak dotąd odnotowałaś jedynie fakt, że za słabo się znacie. Ale to, akurat, jest najmniejszym problemem. Zawsze przecież możecie poznać się lepiej.

Jeszcze nie wiesz, że dzień, w którym naprawdę poznasz mężczyznę z Kensington Gardens, będzie najbardziej niezapomnianym dniem twego życia.

Do niedzielnego południa czas się wlecze jak nigdy wcześniej. Nie możesz znaleźć sobie miejsca, nie potrafisz wymyślić zajęcia, które odciągnęłoby twoje myśli od zbliżającego się spotkania. Zastanawiasz się, w co się ubrać, co powiedzieć, czym zabłysnąć.

Boże, tak dawno nie byłaś na randce!

Jakoś udaje ci się dotrwać do wieczora, prawdopodobnie głównie dlatego, że w grudniu zmrok zapada szybko. Kładziesz się o nieprzyzwoicie wczesnej porze, zapobiegawczo przed pójściem do łóżka łykając dwie tabletki. Zwykle bierzesz je jedynie w czasie prowadzenia wyjątkowo skomplikowanych spraw, kiedy nie możesz zasnąć, bo twój umysł wypełniają wykresy i twarze. Teraz zajmuje go tylko jedno oblicze, przesłaniające wszystko inne. To wystarczy, żebyś miała kłopoty ze spaniem, dlatego przeciwdziałasz zawczasu. Między opadnięciem ważących tonę powiek a utratą świadomości zdążasz tylko zastanowić się, czy on też ma tego wieczora podobne problemy.

Budzisz się grubo po wschodzie słońca - jego promienie głaszczą cię już po policzku, zapowiadając cudowny dzień. Zrywasz się z łóżka pełna energii i chęci działania. Krótką myśl dziękczynną poświęcasz lekarzowi, który przepisał ci ten cudowny lek, pozwalający spać bez snów i wstawać rześką. Później potrafisz myśleć wyłącznie o swoim tajemniczym znajomym. No, jeszcze NIEznajomym, ale to tylko przez kilka kolejnych godzin. Tym razem dołożysz wszelkich starań, by wieczorem móc go nazywać zupełnie inaczej. Na przykład: po imieniu.

Z tym zamierzeniem zjadasz szybkie śniadanie, myjesz się i nakładasz dyskretny makijaż. Chcesz wyglądać jak najlepiej, jednak bez przesady, żeby on nie pomyślał sobie czegoś. Nieokreślone coś, o którym mógłby pomyśleć, budzi w tobie jednocześnie lekki niesmak i przyjemny dreszczyk emocji. Sporo wysiłku musisz włożyć w uspokojenie nerwów; udaje ci się, kiedy pocieszasz się myślą, że na wszystko przyjdzie pora.

Jeszcze nie zdajesz sobie sprawy z tego, że pora nigdy nie przychodzi na WSZYSTKO.

Drugi dzień z rzędu siadasz przed telewizorem z filiżanką kawy. Nie zaglądasz do programu, tylko bawisz się pilotem, mając nadzieję, że propozycja którejś stacji zatrzyma twoją uwagę na dłużej. Żadnej się nie udaje, lecz ty i tak wolisz siedzieć w miękkim fotelu i udawać, że masz zajęcie, niż warować pod drzwiami wejściowymi w oczekiwaniu na właściwą godzinę. Za żadne skarby nie planujesz pojawić się na schadzce przed czasem, to by było niewybaczalne. Dobrze wychowana kobieta przychodzi na spotkanie punktualnie, wyrachowana - spóźnia się. Nie sądzisz, byś potrafiła zdobyć się na to drugie, jednak przede wszystkim nie zamierzasz sprawiać wrażenia napalonej suczki. Masz swoją godność. MASZ, mimo że z każdą upływającą minutą wątpisz w to coraz bardziej.

Wreszcie przychodzi ten moment, kiedy możesz założyć buty i płaszcz, wziąć torebkę, zamknąć za sobą drzwi. Idziesz powoli, spacerowym tempem, udając, że wcale ci się nie spieszy. Tym zakątkiem umysłu, który o dziwo nie jest zajęty mężczyzną z Kensington Gardens, zastanawiasz się, czy zdołałaś oszukać któregokolwiek z mijanych przechodniów. Bo siebie na pewno nie.

Docierasz do znajomej ławki dokładnie w południe. Jedno małe zwycięstwo. Czekasz na kolejne.

Tym razem, kiedy się zatrzymujesz, on podnosi głowę i spogląda na ciebie z lekkim uśmiechem. To również uznajesz za sukces. Szczególnie, gdy wykonuje gest zapraszający cię do skorzystania z miejsca na ławce. Nie ociągasz się: siadasz i podajesz mu rękę.

Ujmuje ją niepewnie, jakby z wahaniem. Dochodzisz do wniosku, że po prostu jest nieśmiały. Z pewnością to się zmieni, jeżeli bliżej się poznacie.

- Alice Caterpillar*. - Delikatnie potrząsasz ręką, czerwieniejąc na twarzy niczym piwonia. Zawsze tak jest, kiedy się przedstawiasz. Nieodmiennie przy tej okazji złorzeczysz w duchu rodzicom, którzy musieli się popisać chorym poczuciem humoru akurat przy wyborze twojego imienia. Jakby nazwisko samo w sobie nie było wystarczająco śmieszne.

Podświadomie oczekujesz typowej reakcji, jakiegoś drętwego żartu, związanego z \"Alicją w Krainie Czarów\" i panem Gąsienicą, albo chociaż wspomnienia postaci z nieszczęsnego dzieła Lewisa Carrolla. Przyjemnie się rozczarowujesz.

- Bardziej pasuje Butterfly** - mówi, a jego uśmiech staje się jakby cieplejszy.

Pąsowiejesz jeszcze bardziej, choć zawsze uważałaś, że to niemożliwe. Myliłaś się: rumieniec zażenowania ma się nijak do radości i wdzięczności, którymi teraz płoną twoje policzki.

- John - rewanżuje się po chwili - John Lupin.

Nie potrafisz ukryć zaintrygowania oryginalnym nazwiskiem.

- John po ojcu - dodaje, jakby miało to jakieś znaczenie. Dochodzisz do wniosku, że dla niego zapewne ma.

Potakujesz i jeszcze raz potrząsasz ręką. Zgodnie puszczacie dłonie, kiedy dopytujesz się o interesującą cię kwestię:

- Lupin? Jak Arsene Lupin z powieści Maurice\'a Leblanca?

Kiwa głową, wyjaśniając:

- Dziadkowie pochodzą z Francji. Przeprowadzili się do Londynu po wojnie. Zmienili wymowę nazwiska na angielską, ale pozostawili pisownię. Są dumni ze swojego pochodzenia - wzdycha, jakby ta ich duma była dla niego ciężarem.

Uśmiechasz się z sympatią. Jak widać pod pewnymi względami jesteście podobni. To dobrze: praca z ludźmi nauczyła cię, że podobieństwa zbliżają. A ty pragniesz być blisko niego. Kiedy zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo blisko niego chcesz być, twoja twarz staje się wręcz purpurowa. Ach, ta fizjologia! Zawsze działa nie tak, jak powinna!

Odwracasz głowę, by wystawić policzki na działanie chłodnego wiaterku. To powinno pomóc ci ochłonąć. Starasz się nie myśleć o ciepłym ciele, siedzącym obok ciebie. Kierujesz wzrok na nagie gałęzie drzew, by nagle zdać sobie sprawę, że bieleją one szronem. Niesamowite - wcześniej nie zauważyłaś, jak zimny jest dzień. Dopiero teraz zwracasz uwagę na posiwiałą trawę i mgiełkę, wydobywającą się z twoich ust. Mimowolnie drżysz.

Zaskakuje cię delikatny dotyk w okolicach lewego łokcia. Trochę zbyt nerwowo reagujesz na taki sposób zwrócenia uwagi, ale John najwyraźniej rozumie.

- Może pójdziemy gdzieś, gdzie jest cieplej? - sugeruje.

W głowie słyszysz niewypowiedzianą propozycję: \"Do ciebie czy do mnie?\", którą jednocześnie boisz się i pragniesz usłyszeć. Dlatego w następnym momencie sama nie wiesz, czy jesteś rozczarowana, czy wdzięczna.

- Znam niedaleko przyjemną kawiarenkę - dodaje zachęcająco.

Nie ma znaczenia, jakie odczucia budzi w tobie jego uprzejmość. Przecież nie zaciągniesz go do swojego mieszkania ani nie wprosisz się do jego. JESZCZE nie, w każdym razie.

Lekko kiwasz głową na zgodę. Wstajecie i kierujecie się w stronę Pałacu Buckingham. Idziecie obok siebie, John o pół kroku przed tobą, żebyś nie musiała pytać go o drogę. To bardzo rozsądne z jego strony, ale wolałabyś, żeby trzymał cię za rękę. Najwidoczniej na razie nie jesteście na tym etapie znajomości.

Pochłonięta myślami nie śledzisz przebiegu drogi i kiedy John nagle się zatrzymuje, jesteś nieco zaskoczona. Na szczęście wiesz, gdzie się znajdujesz - od czasu do czasu bywasz w tej okolicy. A nawet w kawiarence, której drzwi twój znajomy właśnie otwiera. Masz nadzieję, że John rzeczywiście ją zna, jak twierdził, ponieważ ty aż za dobrze zdajesz sobie sprawę z tego, że lokal nie należy do najtańszych. Uśmiechasz się jednak, robiąc dobrą minę do złej gry. Masz przecież własne pieniądze, gdyby coś nie wyszło, zawsze możesz zapłacić za siebie. Choć nie należysz do kobiet tak wyzwolonych, by zaproponować to od razu. Nie podczas randki.

Urzeka cię, że John przytrzymuje ci drzwi, a potem pomaga zdjąć płaszcz, który wraz ze swoim oddaje do szatni. Zachowuje się nie tylko jak dżentelmen, ale również jak stały bywalec, pewnie prowadząc cię do stolika. Jesteś coraz bardziej zachwycona tym niesamowitym mężczyzną.

Siadacie i składacie zamówienie. Ty - kawę, on - herbatę. Jest tak bardzo brytyjski, że to aż podniecające. Niby mieszkasz w Londynie od kilkunastu lat, ale ilu w tym czasie spotkałaś prawdziwych angielskich dżentelmenów? Szczególnie o francuskich korzeniach?

Kiedy na stoliku znajdują się już gorące napoje, a kelner zostawia was samych, John kładzie na blacie niewielki woreczek.

- Poczęstujesz się?

- Co to? - Musisz przyznać, że ponownie cię zaskoczył.

- Fasolki wszystkich...

- ...smaków Bertiego Botta - kończysz za niego, kiedy przypominasz sobie, w jakim celu się na dzisiaj umówiliście. - Oczywiście - potwierdzasz jednocześnie fakt, że wiesz, o czym mowa, oraz chęć spróbowania cukierków.

- Najlepiej sięgnąć na oślep, bez zastanowienia. Wtedy łatwiej zrzucić winę na los. - Z nieco smutnym uśmiechem podaje ci woreczek.

Wkładasz do niego rękę i przez chwilę przebierasz palcami wśród drobnych, obłych kształtów. W końcu wydobywasz jeden z cukierków, by spojrzeć na niego z niedowierzaniem.

Jest czarny.

- Czy to ma jakieś znaczenie? - pytasz z miną sugerującą żart, ale w głębi duszy czujesz się bardzo niepewnie - Coś jak wylosować pecha?

- Nie, czarna fasolka nie jest niczym niezwykłym - zapewnia, uśmiechając się tak, jakby wiedział, co naprawdę czujesz. - To taki sam kolor, jak czerwony, zielony czy niebieski.

- A smak? Co może mieć czarny smak? - zastanawiasz się na głos.

- Raczej: co czarnego ma smak - prostuje delikatnie - Jak myślisz?

Wpatrujesz się w cukierek nieledwie z napięciem. Po kilkunastu sekundach wydaje ci się, że masz odpowiedź, na którą John cierpliwie czekał.

- Czarny bez, jagody, pieprz, ebonit.

- Ebonitu nigdy nie próbowałem, więc nie wiem, czy w ogóle ma smak. Ale reszta - zgadzam się. Jakieś jeszcze propozycje?

Kręcisz głową i pytasz:

- A ty?

- Jeżyny, węgiel, czarny tusz, czarnoziem, spalona opona. - Wzrusza ramionami. - Pozostaje liczyć, że to jednak któryś z owoców. Skusisz się?

Pewnie, raz się żyje, myślisz, chociaż wciąż nie unosisz fasolki do ust. A jeśli to jest jakaś nowa pigułka gwałtu? Może John jest zboczeńcem, czyhającym w parku na naiwne panienki? Jasne, ganisz się w duchu, trzeba być naprawdę naiwną, żeby się narwać na faceta, siedzącego w grudniu na ławce. A już w ogóle prawdziwym idiotą trzeba być, żeby myśleć, że któraś się nabierze na coś takiego. Jednakże, jak widać, któraś się nabrała.

Wzdychasz.

John tylko cię obserwuje, z typowym dla niego łagodnym, melancholijnym uśmiechem. Uświadamiasz sobie, jak bardzo musi być zawiedziony twoją nieufnością. Przecież nie zaciągał cię tu na siłę. Szczerze mówiąc, to nawet nie on wyszedł z propozycją, żebyś spróbowała tych cholernych fasolek. To był wyłącznie twój pomysł.

Więc... co ci szkodzi? Najwyżej przegryziesz i wyplujesz, jeśli smak wyda ci się podejrzany. Żadna pigułka gwałtu nie działa w tak niewielkich dawkach.

To właśnie robisz: wkładasz cukierek do ust, rozgryzasz i od razu wypluwasz w podsuniętą przez Johna serwetkę. Musiałaś mieć nietęgą minę, skoro zorientował się, że będziesz tego potrzebować. A może przygotował się na wszelki wypadek, wiedząc, jak ciekawe bywają wszystkie smaki fasolek.

- Phephaham - mamroczesz i czym prędzej uciekasz do łazienki. Tam dokładnie, kilkakrotnie płuczesz usta, jednak nawet to nie pomaga pozbyć się z nich obrzydliwego smaku. Najchętniej umyłabyś język i podniebienie mydłem, ale ono samo w sobie też nie jest przesadnie smaczne.

Wciąż trochę wykrzywiona wracasz do stolika, gdzie czeka zdecydowanie najinteligentniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek poznałaś.: od razu podaje ci miętową gumę do żucia. To prawda, że nie przepadasz za tym smakiem, jednak wszystko jest lepsze od tego, co niedawno skosztowałaś, a mięta ma tę cudowną właściwość, że pozbywa się wszystkich innych smaków w tempie zbliżonym do błyskawicznego.

- I? - zagaja John po chwili, kiedy wyraz twojej twarzy wraca do normy i możesz się już uśmiechnąć z ulgą.

- I? - Nie rozumiesz.

- Co to był za smak?

Nie każesz mu samemu spróbować, choć masz na to ogromną ochotę. Krzywisz się więc znowu, wyznając:

- Ostatnie.

- Co ostatnie? - Tym razem on nie rozumie.

- Ostatnie, które wymieniłeś.

- Muszę przyznać, że nie pamiętam. - Uśmiecha się przepraszająco. - Co wymieniłem jako ostatnie?

Otrząsasz się z obrzydzeniem.

- Spaloną oponę.

- Aha - podsumowuje, wsuwając do kieszeni serwetkę, którą dotychczas trzymał w dłoni - Jak wspominałem wczoraj, można mieć nadzieję, że trafi się na smaczną fasolkę Bertiego Botta, ale rzadko ma się takie szczęście. Dlatego właśnie one najbardziej przypominają mi życie: szczęście nie trafia się często. A wśród czekoladek - twoje spojrzenie automatycznie wędruje w stronę leżącego na skraju stolika metalowego pudełka - żadna zwykle nie jest aż tak paskudna, jak bywa życie. Nawet jeśli nie lubi się mięty czy pistacji, ich smak można jakoś przecierpieć. Ze spaloną oponą nie jest już tak łatwo.

Jakże doskonale go rozumiesz!

Jeszcze nie wiesz, jak daleka jesteś w rzeczywistości od pojęcia skomplikowanej osobowości Johna Lupina.

Patrzycie sobie w oczy z uśmiechem, unosząc filiżanki do ust. Równocześnie kosztujecie aromatycznych napojów i wydaje ci się, że wasza empatia rośnie z każdą chwilą. Jesteś bardzo zawiedziona, kiedy John spogląda na zegarek, a potem, przepraszająco, na ciebie.

- Przykro mi, ale muszę już iść.

Niczego więcej nie wyjaśnia, jakby tyle musiało ci wystarczyć. Dostosowujesz się do niego, bo wiesz, że jeśli będziesz go teraz wypytywać, to go stracisz. Dlatego odstawiasz filiżankę na spodek, dając tym samym znak, że jesteś gotowa wyjść. John uśmiecha się z wdzięcznością i podchodzi, by uprzejmie odsunąć twoje krzesło. W szatni przechodzicie ten sam rytuał podawania płaszcza, potem on otwiera i przytrzymuje tobie drzwi, przepuszczając cię przodem. Rozstajecie się na zewnątrz z cichym: \"Do zobaczenia\"; on idzie w stronę centrum, ty wracasz przez park do domu. Dopiero kiedy w mieszkaniu zdejmujesz płaszcz, dociera do ciebie, że nie umówiliście się na kolejną randkę. Zdruzgotana, zamierasz w bezruchu. Prawie minutę trwa, zanim uświadamiasz sobie, że przecież John powiedział: \"Do zobaczenia\" - więc chyba on również zamierza się jeszcze z tobą spotkać? Skoro tak, to pewnie jutro też będzie siedział na swojej ławce w Kensington Gardens, by zażywać świeżego powietrza. By czekać na ciebie. Ta myśl pozwala ci jakoś funkcjonować, przetrwać resztę popołudnia i wieczór, a nocą śnić o zmęczonym mężczyźnie z posiwiałymi włosami, który uśmiecha się do ciebie z dziwną melancholią.

Następnego ranka już wiesz, że cały tydzień zapowiada się jak najgorzej: aż do południa prawie nie możesz pracować, bo przed oczyma bez przerwy masz twarz Johna Lupina. Na szczęście ostatni wielki projekt został zakończony, teraz czeka cię tylko rutynowa papierkowa robota, z którą ci się nie spieszy. Dlatego możesz śnić na jawie. Tym bardziej, że od piątkowego sukcesu w negocjacjach szefostwo patrzy na ciebie jakby pobłażliwiej. Zdajesz sobie sprawę z tego, że długo tak nie będzie, toteż postanawiasz korzystać, póki możesz.

Wcześniej wychodzisz na lunch, nie przejmując się krzywymi spojrzeniami współpracowników. Masz ważniejsze sprawy na głowie, niż ich problemy egzystencjalne.

Południowy posiłek zwykle jadasz w tej samej restauracji, jednak tym razem obierasz zgoła odmienną drogę. Kończy się ona w pobliskim parku, przy ławce, na której szczęśliwie siedzi jedyny w swoim rodzaju człowiek.

- Wyszłaś na lunch?

- Będziesz tu wieczorem?

Równocześnie zadajecie pytania. Przez chwilę patrzycie na siebie bez słowa, po czym, znowu naraz, odpowiadacie:

- Nie.

- Tak.

- Dlaczego? - rzucasz pospiesznie, zanim on zdąży się odezwać.

- Pracuję - odpowiada spokojnie. - Zwykle pracuję wieczorami. Czasem w nocy. Tak się złożyło.

- Trudno - odpowiadasz i rzeczywiście jest ci ciężko. To naprawdę straszne, że nie będziesz mogła się z nim widywać... prawdopodobnie przez cały tydzień. To znaczy: do soboty, kiedy teoretycznie masz wolne i zapewne zdołasz się pojawić w parku przed zmierzchem. Jedyne, co możesz zrobić, to wykorzystać każdą chwilę, jaką jesteście w stanie spędzić wspólnie. Siadasz na ławce.

- A twój lunch? - pyta z troską

- Wolę zostać tu z tobą - stwierdzasz stanowczo.

- Nie. - Kręci głową. - Posiłki są zbyt ważne, żebyś mogła je tracić przeze mnie. Chodźmy gdzieś razem, zjemy, porozmawiamy, co tylko chcesz.

- A zalecenia twojego lekarza?

- Godzina bez świeżego powietrza mnie nie zabije. - Wzruszeniem ramion podkreśla lekceważący stosunek do problemu.

- Nie chcę, żeby ci się pogorszyło. - Nie ruszasz się z miejsca, kiedy on wstaje.

A już na pewno nie przeze mnie, dodajesz w myślach samolubnie.

- Nic mi nie będzie - zapewnia. - Mój lekarz jest nadopiekuńczy i zdecydowanie przesadza z troską. Oraz z wiarą w moc świeżego powietrza. Całe życie pracuję na świeżym powietrzu i co? I mam - wzdycha. - Dalej, chodź, bo oboje się przeziębimy. - Wyciąga rękę w twoją stronę.

Skwapliwie ją ujmujesz, chociaż nie umyka ci fakt, że John siedzi na tej ławce całymi dniami i jakoś się nie rozchorował. Jego troskliwość rozgrzewa cię od środka; nie jest ci już zimno, ale posłusznie podążasz do pobliskiego bistro.

Tym razem jadłodajnia jest tania, a posiłek prosty, jednak tobie to nie przeszkadza. Najważniejsze, że jesteś tam z nim, że siedzicie przy tym samym stoliku, spożywacie gorący, nawet smaczny lunch, i rozmawiacie. Czujesz, że tym razem możesz sobie pozwolić na nieco więcej, dlatego ostrożnie zadajesz nurtujące cię pytanie:

- Ta twoja choroba... jest niebezpieczna? - Z trudem przełykasz ślinę, pragnąc szczerej odpowiedzi i zarazem obawiając się jej.

John miesza widelcem w talerzu, wyraźnie zastanawiając się, jak zareagować na twoją ciekawość. W końcu wyznaje:

- Jest nieuleczalna. - Kiedy do oczu napływają ci łzy, zapewnia: - Ale nie śmiertelna.

- To znaczy? - Otępiały nowinami umysł nie potrafi wyłuskać sensu informacji. Masz tylko nadzieję, że John spróbuje zachować cierpliwość do twoich głupich wątpliwości.

- To znaczy, że na nią nie umrę. Ale również, że nie można jej wyleczyć.

- Nie ma na nią lekarstwa?

- Dokładnie. Nie ma żadnego lekarstwa, które jest w stanie ją pokonać. Od paru lat istnieje tylko takie, które łagodzi... objawy. - Ostatnie słowo wymawia tonem, który bez ogródek ujawnia, że symptomy jego dolegliwości budzą w nim wstręt. Nie chcesz, żeby o tym myślał, więc zmieniasz temat:

- Całkiem niezły ten kurczak.

- Tak.

Kiwa głową z wdzięcznością i dalej posilacie się w ciszy. Od czasu do czasu rzucacie sobie ukradkowe spojrzenia, a kiedy się spotkają, wasze twarze rozjaśniają się w uśmiechach. Trochę smutnych, jakbyście oboje nagle uświadomili sobie okrucieństwo świata. Jakbyście nie żyli już na nim kilkadziesiąt lat i nie napatrzyli się wystarczająco.

Jeszcze nie wiesz, czego w swoim nie tak znowu długim życiu był świadkiem John Lupin.

Kończycie lunch i wtedy mężczyzna wyjmuje z kieszeni znajomy woreczek.

- Fasolkę? - pyta z psotnym błyskiem w oku.

- Po jedzeniu? - Nie ukrywasz zdumienia.

Długo nie trwa i oboje wybuchacie szczerym śmiechem. Jemu zapewne przypomina się twoja mina, kiedy posmakowałaś spalonej opony; ty, chociaż nie mogłaś siebie wtedy widzieć, masz wystarczająco bujną wyobraźnię.

Z knajpki wychodzicie, trzymając się za ręce. Masz to, czego tak bardzo pragnęłaś wczoraj. Co, oczywiście, oznacza, że chcesz więcej. Choć niekoniecznie teraz, zaraz. Potrafisz czekać, jeśli musisz. Jeśli wiesz, że masz na co.

Spacerowym krokiem, bez słowa, docieracie do jego ławki. Tam się zatrzymujecie i jakiś czas patrzycie sobie w oczy. W końcu John przerywa ciszę:

- Jutro?

- W tym samym miejscu i o tej samej porze - zgadzasz się.

Uśmiechacie się ciepło, z czymś na podobieństwo nadziei w kącikach ust. John lekko ściska twoją dłoń, zanim ją puści. Machasz na pożegnanie i odchodzisz.

Jeszcze nawet nie śmiesz marzyć, że w środę na powitanie pocałuje cię w policzek.

Wracasz do pracy, by do wieczora udawać, że coś robisz. Czasem delikatnie pocierasz dłoń w miejscu, gdzie nadal czujesz jego łagodny uścisk. Nie obchodzi cię, czy współpracownicy pomyślą, że masz świerzb albo inną chorobę skóry. Właściwie nie interesuje cię obecnie zdanie nikogo innego, niż John Lupin. Pozostali mogą się wypchać. Trocinami. Tylko dobre wychowanie i resztki opanowania pozwalają ci w miarę uprzejmie traktować osoby, które czują się zmuszone zadawać akurat tobie najgłupsze pytania, jakie kiedykolwiek wymyśliła ludzkość. Trudno, musisz sobie czymś wypełnić czas pomiędzy jednym a drugim spotkaniem z Johnem. Nawet jeśli ma to być tylko idiotyczna praca.


KONIEC

części pierwszej z dwóch


* Alice Caterpillar - Alicja Gąsienica

** Butterfly - Motyl


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Gnosis. : 2012-08-22 23:41:08

    Mi się nie podobało. Bez urazy, nie chcę cię zniechęcić, ale twój styl pisania... po prostu mi nie pasuje. Jakiś taki dziwny. Fabuła... Eh, też słabo. Ale życzę powodzenia :)

  • kasiats : 2011-10-29 11:52:09

    Wciągające jak bagno.

    Niesamowicie interesujący sposób narracji, który pozwala wczuć się w postacie, a z drugiej strony nie wyjawia zbyt wiele na ich temat. Świetnie :)

  • apstar : 2010-05-04 21:36:55
    ...

    Piękne... Zamurowało mnie, naprawdę. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy... :)

  • Nieznajoma : 2010-04-16 18:59:10

    podoba mi się rodzaj narracji ^^ czekam na dalszy ciąg ;)

  • Skomentuj