Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Drunk Otaku Inn 4 - recenzja

Autor:Grisznak
Korekta:IKa
Kategorie:Recenzja, Inne
Dodany:2009-01-31 00:56:42
Aktualizowany:2009-11-08 00:14:42



Ilustracja do artykułu

Już kilka razy na przestrzeni minionych lat słyszałem, jak zapowiadano koniec papierowych zinów, które miałyby całkowicie ustąpić pola internetowym odpowiednikom. Wszyscy pamiętamy śmierć „Mangazynu” i narzekania jego naczelnego, jakoby główną przyczyną upadku czasopisma była „przegrana z internetem”. Nie wnikając w zasadność tej śmiałej teorii, warto zwrócić uwagę na to, co mają sobą do zaprezentowania webziny. Co prawda format pdf nie jest tak wygodny w lekturze jak papier, ale może po prostu należę do jednego z ostatnich pokoleń, którym to robi jeszcze różnicę? Jako, że całkiem niedawno, na początku stycznia, pojawił się czwarty już numer „Drunk Otaku Inn”, postanowiłem wziąć ów periodyk pod lupę. Cztery numery to jak na fanzin, pokaźna liczba, zatem myślę, że można już recenzować owo pisemko bez taryfy ulgowej, przynależnej zwykle debiutantom. Co zatem znajdziemy w środku?

„Drunk Otaku Inn” liczy dwadzieścia cztery strony - rozmiar dość typowy, niezależnie od formy wydawniczej (choć widywałem już ziny liczące dwie lub cztery strony, jak i takie, które miały dobrze ponad pięćdziesiąt). Razi nieco oprawa graficzna, porażająca zmysł wzroku jaskrawymi kolorami. O ile okładkowa grafika sprawdza się nienajgorzej na pierwszej stronie, wprowadzając czytelnika w klimat fanzinu, tak wrzucanie jej w tło każdej strony uważam za nieporozumienie. Jest to zbędny bajer, który w niczym nie ułatwia lektury. Większą część stron zajmuje tekst, pisany bardzo dużą czcionką. Część uzna to zapewne za plus, inni będą narzekać, twierdząc, że zmieściłoby się tam więcej tekstu. Jeśli o mnie chodzi, uważam to rozwiązanie na dobre - ilość stron webzinu nie jest wszak ograniczona kosztami druku, zatem lepiej dać dużą czcionkę, dzięki której wzrośnie komfort czytania, bez konieczności powiększania rozmiaru do 200%. Pochwalić mogę też grafiki, które wrzucane są z głową i dopasowane do tekstu. Gdyby nie te nieszczęsne tła, to do oprawy graficznej można by nie mieć większych zastrzeżeń.

Mnie jednak najbardziej interesuje tekst - oprawa graficzna jest bowiem tylko opakowaniem, a widywałem już fanziny robione na maszynie do pisania, z ręcznie rysowanymi i wklejanymi grafikami (a nawet fanzin w całości napisany pismem odręcznym). Patrząc na zamieszczony na drugiej stronie spis treści widać, że redakcja podzieliła całość na trzy części - „Japonię”, „Anime” i jakże poetyckie „Ssanie”. Zwraca uwagę fakt, że zazwyczaj tematykę japońską umieszcza się na stronach bliższych końcowi, jako tą, teoretycznie, mniej interesującą dla większości odbiorców. Tu jest inaczej, co więcej, śmiało mogę napisać, że to właśnie ta pierwsza część jest najbardziej interesującym fragmentem „Drunk Otaku Inn”. Pierwszy ze znajdujących się tam tekstów „Androidy rodem z Chobits” dotyczy znanego nam z wielu anime tematu mechanicznych panienek. Nie jest to jednak przegląd bohaterek mniej lub bardziej popularnych serii, ale zbiór informacji o próbach „uczynienia słowa - ciałem”, czyli o tym, jak to Japończycy próbowali (i wciąż próbują) skonstruować rzeczywiste odpowiedniki Chii albo innej Hand Maid May. Drugim znajdującym się w tej części artykułem jest „Alkohol w kraju kwitnącej wiśniówki”, poświęcony, jak nietrudno zgadnąć, temu, co piją dorośli Japończycy. Tekst krótki i na pewno nie wyczerpujący tematu, można by rzecz, że dotykający jedynie wierzchołka góry lodowej. Niemniej, napisany w miarę sprawnie i konkretnie.

Zajmijmy się działem o anime. Wybór tytułów jest zastanawiający - Photon, DiGi Charat to już serie nie pierwszej młodości, znane fanom dość dobrze. Po co o nich pisać po raz kolejny? Dla przypomnienia? Może i tak, ale osobiście uważam, że jeśli już pisać o starszych pozycjach, to lepiej wyszukiwać tytuły mało znane, godne odkopania i pokazania ludziom na nowo. Tylko jedna z opisywanych tu serii to autentyczna nowość - Chaos;Head (skądinąd niezła i faktycznie godna uwagi). Do tego mamy jeszcze Welcome to NHK sprzed dwóch lat. Co zaś się tyczy treści owych recenzji - chwali się pomysł dwugłosu w recenzji Chaos;Head, z kolei króciutki tekst o DiGi Charat to bardziej wzmianka niż faktyczna recenzja.

Na sam koniec to, co lubię najbardziej, a o czym często twórcy fanzinów zapominają - publicystyka. Dostajemy dwa artykuły. Pierwszy z nich, pt. „Dlaczego Mokon nie ssał”, jest, przynajmniej dla mnie, nieporozumieniem. Autor przyznaje wprost, że na Mokonie nie był. Mimo to powybierał najczęściej wymieniane wady tego konwentu i stara się je, w zabawny sposób (w swoim mniemaniu), przedstawić jako zalety. Wyjdzie pewnie na to, że znowu się czepiam, jednak, jak dla mnie, pisanie o konwencie na którym się nie było, nawet w ten sposób, to pomyłka. „Dlaczego Naruto ssie?” - wiele mówiący tytuł drugiego artykułu. Nihil novi, chciało by się rzec, autor powtarza wszystkie zarzuty, jakie od lat stawia się Naruto. Mam wrażenie, że ciut demonizuje fanów tegoż jak i samo anime - czy bowiem wadą tasiemcowego shonena jest to, że jest tasiemcowym shonenem? Przypomnijcie sobie Dragon Balla i fanów tegoż, pogardliwie określanych w fandomie mianem „DBilli”, którzy biegali po konwentach krzycząc „kamehamehaaaaaa!”. Wiem, to było kiedyś i dlatego wspominamy to z sentymentem, którego wobec fanów Naruto, z oczywistych względów, nie żywimy.

Irytuje mnie ogólna maniera tego fanzinu. Autorzy przy każdej okazji czują się obowiązku popisać swoim zamiłowaniem do alkoholu, zaś ozdobnikami stron są butelki i puszki z piwem (pomysł wykorzystania gatunków alkoholu jako ocen nie jest zły, choć cokolwiek dyskusyjny). Taka konwencja - ktoś może powiedzieć. Zgoda, ale to też trzeba umieć. Jeśli ktoś z czytających te słowa miał kiedyś w rękach takie ziny jak „Wolfpack” czy „Bomber”(wymieniam głównie ziny metalowe, wszak wśród mangowców nie brak czcicieli Rogatego), to wie, o czym mówię. Jest różnica między stylem a pozą. Treść niektórych tekstów w „Otaku Drunk Inn” na odległość zalatuje mi właśnie pozą, chęcią bycia „cool” - bo jak inaczej potraktować teksty typu: „Byliście grzeczni w tym roku? Ile jaboli wypiliście? Tylko trzy? To za mało…”. Że jest to żałosne, dodawać nie muszę. Szkoda, bo psuje to lekturę zinu. Język większości artykułów jest swobodny i luźny, ale w odróżnieniu od recenzowanego przeze mnie niedawno „Houko” w miarę poprawny, taki, jaki właśnie w zinach sprawdza się dobrze.

Mimo ostatniego akapitu, nie oceniam tego fanzinu źle. Autorzy mają własne zdanie (co cenne) i jakiś pomysł na to, co robią. Nie każdemu musi to odpowiadać, ale podejrzewam, że zin ten ma spore szanse na zdobycie popularności, w dużej mierze właśnie dzięki temu, że nie stara się na siłę udawać oficjalnego magazynu, tylko idzie własną drogą. Za to też twórcom należą się chyba największe pochwały. Gdyby tak w kolejnych numerach pojawiło się ciut więcej bezczelnych (to w końcu fanzin, tu można spokojnie walić prawdę w oczy!) i krytycznych recenzji, to byłoby już całkiem nieźle.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.