Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Days of Destroyer

XI. W obu tych trzech przypadkach…. JAK STĄD WYJŚĆ?!

Autor:Socki
Serie:Slayers
Gatunki:Fantasy
Uwagi:Fusion
Dodany:2009-10-02 17:07:47
Aktualizowany:2009-10-02 17:07:47


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Autor ogólnie nie ma nic przeciwko kopiowaniu czegokolwiek z tego fica przez osoby trzecie... Jeżeli takowa się w ogóle znajdzie, to niech osoba trzecia sobie kopiuje co chce i niech się nie krępuje.


- Linaaa…

- Odwal się.

- Ale Linaaa…

- Co? Co? CO?!- Krzyknęła wściekła Lina i odwróciła się w stronę zdyszanego szermierza. Goury przybrał niewinną minę, jakby wcale nie chciał po raz dziesiąty ją zapytać kiedy będą na miejscu, po czym wypalił.

- Daleko jeszcze?!

- TAK!- Wrzasnęła wściekła czarownica i wyrwawszy mu swoją pelerynę z dłoni ruszyła na przód. Minęła Xellosa popychając go przy tym z całej siły i zajęła się wspinaczką. Ah…bo trzeba dodać, że właśnie wspinali się na wzgórze, jednak trudy wspinaczki porównywalne były do wejścia na Czumulungmę.

- Nic się nie stało Lino, nie musisz przepraszać!- Zawołał za nią kapłan. Po chwili rozległ się przytłumiony trzask.

- Hej a to za co?!- Zapytał demon rozmasowując ramię, w które przed chwilą oberwał od Filii.

- Domyśl się padalcu!- Ofuknęła go dziewczyna.

- Zazdrościsz mi wdzięku osobistego i urody, wiem. Ale żeby od razu bić?

- Mówiłeś, że znasz drogę!- Krzyknęła z wyrzutem i zatrzymała się by zaczerpnąć odrobinę powietrza.

- Bo znam!- Oburzył się Xellos i chwycił kapłankę za nadgarstek.

- Trzeba…- Zaczął ciągnąć ją za sobą lecz Filia stawała opór.

- Wejść…- Demonowi udało się zmusić dziewczynę by zrobiła parę kroków.

- Na GÓRĘ! Do jasnej cholery Filia co ty próbujesz światu udowodnić!?- Krzyknął kiedy Filia oswobodziła rękę z jego uścisku i cofnęła się na miejsce, w którym stała.

- Że nie zrobię ani kroku dalej póki nie przyznasz się, że zgubiłeś mapę!- Ofuknęła go.

- Mapy są dla mięczaków!

- Powiedział gość w fioletowych włosach ściętych na pazia!

- Pass…- Xellos chwilę milczał zbity tą uwagą po czym wrócił do swojej tyrady.- Mapę Nowego i Starego Świata to ja mam w głowie!

- A wspinałeś się kiedyś na tę właśnie górę?!- Prychnęła Filia oskarżycielsko podtykając mu palec pod nos.

- Nie…

- A więc nie masz mapy w głowie! W głowie masz to co przeszedłeś! To gdzie byłeś! Owszem byłeś niemalże wszędzie bo jak wiadomo nie można się teleportować w miejsce, którego się nie widziało ALE to nie oznacza, że widziałeś wszystko. I wiesz co, jest taki fach, który nazywa się kartograf.

- Nie musisz mi tłumaczyć co potrafię a czego nie…- Mruknął Xellos jednocześnie podziwiając siebie za swoją wspaniałą cierpliwość i łagodne usposobienie, którego w przeciwieństwie do niego te blond i ruda jędze nie posiadały.

- Kartograf to ktoś taki, kto zobaczył coś czego ty nie zobaczyłeś i napisał jak tam wejść bez większego wysiłku!!!- Wrzasnęła Filia przerywając kapłanowi jego kontemplację. - A ty właśnie zgubiłeś to coś! I się nie przyznajesz!!!

- Nie zgubiłem!- Zapeszył się - Uznałem, że nie jest mi potrzebna.

- Po prostu się przyznaj, że jesteś idiotą! Który zgubił mapę!- Wytknęła

- Dobra.- Przerwał im Zelgadis.- A po co ci to? Co ci przyjdzie z tego, że zmusisz Xellosa aby przyznał ci rację?- Zapytał.

- Właśnie…- Zawtórował mu demon.

- Żeby wiedział, gdzie jest jego miejsce.- Odparła Filia z wyniosłą miną.

- Wiesz, że to samolubne?- Zapytał Zelgaids.

- Sztuka przetrwania tu, to sztuka odmawiania Xellosowi. Przemyśl to sobie.- Powiedziała i po chwili namysłu machnęła ręką i zaczęła się od nowa wspinać.

- No zdecydowana to ona nie jest…- Mruknął kapłan opierając się na lasce i uśmiechając do niewiadomo czego. Zel zamyślił się na chwilę.

- Ona ma sporo racji.- Oświadczył.- Dziewczyna jest w moim typie.

- Nie jest wystarczającą idiotką, żeby być w twoim typie.- Mruknął kapłan i po chwili namysłu wrócił do wspinaczki.

- I co ci powiedział?- Zapytała Amelia podchodząc do Zelgadisa.

- Że lubi świeże górskie powietrze.

Cały czas wydawało się im, że do pokonania został zaledwie kawałek drogi, ot jeden malutki zakręt. Jednak gdy mijali ten „ot jeden malutki zakręt” okazywało się, że za nim był kolejny…i kolejny.

- I kolejny! - Jęknęła Amelia robiąc minę nieszczęśliwego dziecka.

- Ja już tego dłużej nie zniosę!- Wyjęczała załamując ręce. Zelgadis przystanął i przyjrzał się uważnie księżniczce.

- Amelia przestań zachowywać się jak dziecko…- Poprosił uprzejmie.

- Dlaczego?! Jeszcze nie dawno nim byłam!- Oburzyła się.

- Ale już nie jesteś.

- A panience Linie to wolno.

- Panienka Lina jest wiecznym dzieckiem i ty doskonale o tym wiesz.- Powiedział ściszonym głosem pochylając się w stronę dziewczyny.

- No Amelio! W imię prawa, czy czegoś równie naiwnego…- Zarządził stawiając dziewczynę na nogi i odbierając od niej jej torbę. Księżniczka chwile się na niego gapiła jak osłupiała po czym chyba rzeczywiście stwierdziła, że nie ma sensu jęczeć i ruszyła dalej.

Do pokonania został im ostatni kawałek trasy. Tym razem naprawdę, ale nikt z grupy o tym nie wiedział więc nastroje panujące między nimi nie były szczególne. Całe szczęście im wyżej się wspinali ty mocniej wiało a co za tym idzie słabiej było ich słychać…to dosyć przydatne kiedy członkowie grupy wieszają na sobie psy i obrzucają się nawzajem mięsem.

Gdy wiatr nabrał już takiej siły, że nikt nie słyszał co druga osoba do niego mówi, byli na szczycie. Przede wszystkim było tam zimno, wyjątkowo kamieniście i bezdrzewnie. Po dłuższych oględzinach można jednak było dostrzec pewien czar, żeby nie powiedzieć olśniewające piękno tego miejsca. Właściwie nagi szczyt nie był szczególny sam w sobie, jednak panorama świata rozciągająca się pod jego stopami, zapierała dech w piersiach. Cała szóstka stanęła jak oniemiała wlepiając oczy w ten obrazek, zupełnie nie zwracając uwagi na wietrzysko smagające ich twarze. Pierwszy z wrażenia, tradycyjnie już, ocknął się Xellos. Odkaszlnął i z właściwym sobie beztroskim uśmiechem zapytał

- Ładnie nie?- Jednak nikt mu nie odpowiedział. Nie zrażony tym demon zaczął lekcję krajoznawczą.

- To wszystko na południe, od wschodu do zachodu to Nowy Świat.- Wyjaśnił. - Tam na północy widzicie jego granicę, którą przekroczyliśmy przechodząc Wąwóz Garoty.

- A to w dole?- Zapytała Amelia wskazując na coś co wyglądało jak falujące zielone morze.

- To…to Ocean Drani. - Wyjaśnił kapłan.

- A skąd wzięli tam tylu podłych ludzi?- Zdziwiła się księżniczka.

- Nie drani ludzi…Tylko drani- trawy. Rosną tam trawy wyższe od rosłego mężczyzny, które poruszane przez wiatr wyglądają jak falujący ocean. Dlatego Ocean Drani. Kiedyś zamieszkiwały go koczownicze ludy, teraz to tylko pas ziemi zarośnięty wysokim zielskiem.

- A dlaczego już nie ma tam tych plemion?- Dopytywała się Amelia.

- Kiedyś te krainy przemierzały stada spiżowych byków, Gorgon. Ale jakiś wiek po Ciszy przeniosły się do krainy Deia. Za nimi ruszyły te plemiona ale Deia miała już mieszkańców, więc wybuchła wojna i wszyscy zginęli. Zostały tylko Gorgony a Deię tak zniszczyła wojna, że teraz nazywana jest Splądrowanymi Pustkowiami. - Powiedziała Xellos przy okazji wskazując na złoto rdzawe stepy Pustkowi, przecięte głębokim kanionem.

- To straszne…- Oświadczyła Amelia. Kapłan parsknął śmiechem ale umilkł na widok miny Filii.

- A ten biały masyw górski, tam hen, w oddali?- Zapytała Lina wskazując palcem na horyzont.

- To Góry Słone, z najwyższym szczytem na świecie, Deimosem. Podobno na tej górze mieszkańcy Regeny mają swoją wyrocznię.

- Regeny?! Wyrocznię?- Zelgadis wyraźnie ożywił się na dźwięk tych dwóch słów.

- Regneńczycy to jedni z bardziej wykształconych ludzi…a tak w ogóle to sztuki jakie oni wystawiają są niesamowite.- Powiedział Xellos i wyraźnie się rozmarzył na wspomnienie pobytu w Regenie.

- Trochę na północ, za Słonymi Górami jest czwarte co do wielkości na tym Świecie, miasto.

- Ravenshore.- Przerwała Xellosowi Amelia.- To członkowie naszej Federacji.- Wyjaśniła widząc zdumione spojrzenia przyjaciół.

- Jeżeli spojrzycie na zachód zobaczycie zarys Oceanu. Tam też jest Archipelag Wysp Krawego Sztyletu, niżej Wolf’s Pack a jeszcze niżej zatoka największego na Świecie miasta, Akkary stolicy Elebrethu. Na wschód od Akkary rozciąga się Szafirowe Pojezierze a dalej jest bastion Murmurwoods gdzie podobno żyje bóg wszystkich zwierząt i roślin. - Ciągnął Xellos wskazując kolejne krainy. Na koniec ich wzrok padł na czerwoną plamę, która wyraźnie różniła się od reszty krajobrazu.

- To Pustynie Ironsand. Można przez nie przejść tylko pod ziemią ponieważ ich piasek jest jak opiłki żelaza, podczas burzy piaskowej w ciągu paru minut pozbawia swoją ofiarę skóry, mięśni a niekiedy i szkieletu.- Oświadczył ze stoickim spokojem.- Tak, ściera was na proch.- Dodał widzą niedowierzające spojrzenia przyjaciół.

- A ja myślałam, że nazwa tych pustyń pochodzi od ich koloru.- Mruknęła markotnie Lina.

- O zachodzie słońca wszystko jest czerwone.- Zauważył Zelgadis i rozejrzał się po okolicy. - A skoro mowa o zachodach, nie zdążymy już zejść na nocleg.

- No nie…- Przytaknął mu Goury. Chimera myślała chwilę po czym nagle bez ostrzeżenia zaczęła inkantację zaklęcia.

- Duchy, co żyjecie w ziemi, jako mówi wasza obietnica;

Poddajcie się mej woli i stańcie się mi mocą! Dill Brand!- Rozkazał. Na dźwięk tych słów ziemia zadrżała i nagle spora jej część znajdująca się przez Zelem wyleciała w powietrze pozostawiając po sobie sporą dziurę.

- No od biedy możemy spędzić tutaj noc.- Zaproponował.

- Zupełnie jak w Pacanowie!- Ucieszył się Xellos. Reszt grupy wlepiała niedowierzające spojrzenia w kapłana. - No co no?!- Mruknął.

- Przyznaj się…Pacanowo to twój prawdziwy dom.- Mruknęła Filia.

- Pacanowo, ty mój drogi złoty płazie…gadzie właściwie, to najcudowniejsze miejsce na całym świecie. Rajska plaża…

- Gdzie robi się dziury w ziemi, żeby nie wiało? Dzięki za taki raj.- Prychnęła Filia.

- Nie z reguły stawia się parawany ale jak nie masz parawanu można zrobić dziurę. - Odparł urażony Xellos. - A tak w ogóle nie byłaś tam, to nie oceniaj. To naprawdę wspaniałe miejsce.

- Aha…- Mruknęła Filia bez większego entuzjazmu i zeszła w dół dziury stworzonej przez Zelgadisa. - Ale tu…ziemiście.- Mruknęła pod nosem, po chwili namysłu zdjęła rękawiczki i dłonią dotknęła ziemi. Następnie przeniosła ją w stronę czoła, ust a na koniec obie ręce ułożyła na sercu.

- Duer illuminutum surr.- Powiedziała tak cicho, że reszta grupy usłyszała tylko niewyraźny szept.- Bogowie w swojej łasce chciejcie dać tej ziemi źródło wszelkiej mocy: Lśniący, płonący szkarłatny płomieniu! Ty które przenikasz jednako powietrze i ziemię: Dmący wietrze, który wiejesz wiecznie! Bezkresna ziemio, która żywisz wszelkie żyjątka: Łagodny pływie, płynąca wodo. Zbierzcie się w mych dłoniach i zyskajcie kształt! -Rozkazała. Filia zakończyła recytację lecz nie stało się nic. Xellos parsknął śmiechem na widok nieudanego zaklęcia i wtedy ziemi wyrosła bujna zielona trawa, która po chwili pokryła się drobnymi stokrotkami.

- Fajnie się korzysta z twojej mocy!- Oświadczyła smoczyca z podłym uśmiechem i szturchnęła kapłana.

- Kwiatki?! Nie będę spała w kwiatkach!!!- Krzyknęła oburzona Lina i usiadła na trawie.- Chociaż trawa jest milusia. - Dodała przeczesując palcami zielone źdźbła.

- Jejku, jak się dzisiaj wszyscy zaklęciami popisują.- Mruknęła Amelia oglądając efekt ich pracy, dziurę porośniętą miękką trawą i stokrotkami.

- Ale kwiatki nie są milusie! Bez stokrotek! Bez stokrotek!- Burczała pod nosem Lina wyrywając niewinne roślinki.

Nim zaszło słońce mieli już schronienie, w którym zresztą siedzieli i każdy zajmował się sobą. Lina, na ten przykład wyrywała stokrotki w miejscu gdzie miała spać, obok niej siedział Xellos i z radosnym uśmiechem robił z wyrwanych kwiatków wianek. Zelgadis ułożył się na swojej pelerynie i oglądał gwiazdy udając, że wcale mu nie przeszkadza Amelia leżąca obok i opowiadająca dziesięć tysięcy nic nie znaczących historii. Filia i Goury rozpalili niewielkie ognisko i starali się przygotować jakiś posiłek z resztek prowiantu, lecz kiepsko im to wychodziło.

- Filia…a to zaklęcie, które rzuciłaś?- Zaczął szermierz.

- Boska inicjatywa? - Zapytała.

- No właśnie. Nie możesz rzucić jeszcze raz i wyhodować jakiejś, kapusty, na przykład.

- Widzisz Goury, jak sama nazwa wskazuje, to zaklęcie to boiska inicjatywa…nigdy nie wiadomo co tak dokładnie się pojawi.

- Eh…zadowolimy się soczewicą.- Mruknął Goury wsypując resztki nasion do garnka.

- Trzeba będzie zrobić zakupy.- Westchnęła Filia zaglądając do plecaka, na którego dnie leżało tylko parę połamanych sucharów.

- Tylko jak?- Zapytał szermierz.- Przed nami jak okiem sięgnąć pustkowia, stepy…i zero oznak cywilizacji.

- Damy radę. - Zapewniła go Filia i zawołała resztę na posiłek. Pośpiesznie zjedli soczewicę, Xellos dostał po głowie za wybrzydzanie a potem wszyscy poszli spać. Nawet Lina chociaż mówiła, że wśród kwiatów to ona nie zaśnie.

Filię obudziły promienie słoneczne padające na jej twarz. Zmarszczyła brwi i przewróciła się na

drugi bok. Niewiele jej to pomogło więc znowu zmieniła pozycję, i znowu, i znowu i chyba coś jej nie pasowało. Potarła zaspane oczy i przeciągnęła się powoli. Gdy siadała na ziemi z jej ramion zsunął się czarny( z fioletowym podbiciem*) płaszcz Xellosa. Zamrugała zaskoczona i wzięła materiał do rąk. Od kiedy Xellos oddaje jej swój płaszcz? I swoje…rękawiczki? Po co jej były rękawiczki tego Namagomi skoro miała swoje? Posądzając kapłana o głupie żarty pośpiesznie ściągnęła pelerynę, a potem rękawiczki…i wtedy wydarzyły się dwie rzeczy na raz. Filia zorientowała się, że nie tylko płaszcz i rękawiczki miała demona a cały jego strój, przeczuwając niebezpieczeństwo dotknęła swojej twarzy, która już nie była jej. Nie powstrzymała się od krzyku przerażenia gdy zorientowała się, że ona jest w ciele Xellosa.

Xellos podskoczył jak oparzony słysząc przerażony krzyk…no właśnie, kogo? Głos skądś znał, ale nie należał do nikogo z grupy. Chciał chwycić swoją lagę, która powinna leżeć obok niego ale zamiast tego natrafił na kosmyk złotych włosów, które spadły mu na twarz gdy tylko się pochylił. Odruchowo je odrzucił do tyłu i nagle zamarł. Usiadł powoli i z przerażeniem spojrzał na swoje drobne dłonie ubrane w jasne rękawiczki.

- Jasna cholera!- Wypalił wysokim głosem i aż zakrył dłonią usta gdy to usłyszał.

- Filia, zamknij się. Chcę spać!- Mruknął Zelgadis i przewrócił się na drugi bok.

Xellos obrócił się i zobaczył SIEBIE trzymającego się za głowę, z mocno zaciśniętymi oczami i mamrocącego coś do siebie.

Pośpiesznie ściągnął rękawiczki i dotknął swojej twarzy. Miękka skóra, pełne usta, długie rzęsy…Następnie przyjrzał się całej reszcie „nowego” siebie. Nie ulegało wątpliwości. Był kobietą. Co gorsza, on był Filią.

Podniósł głowę i zobaczył samego siebie wpatrującego się w niego z niemniejszym przerażeniem niż on sam.

- X Xe…Xellos?- Zagadnęła niepewnie Filia. Powoli pokiwał głową.

- Jesteś mną!- Jęknęła.

- A ty mną…- Zauważył tępo. Siedzieli wpatrując się w siebie przez dobre dziesięć minut gdy nagle z odrętwienia wyrwały ich przerażone krzyki przyjaciół, którzy dokonali podobnych odkryć co oni. Po chwili już wszystko było jasne.

Lina była w ciele Zelgadisa, Zelgadis w Amelii, Amelia w Gourym a Goury w ciele Liny.

- I co teraz będzie?- Wybąkała Filia cały czas nerwowo odgarniając fioletowe włosy za ucho.

- No nie wiem, serce mi się kraje gdy widzę Linę z taką tępą miną.- Powiedział Zelgaids, wyglądający na wyjątkowo skrępowanego pobytem w ciele księżniczki.

- Musimy coś szybko wymyślić, Amelia nie jest zbyt wygodnym ciałem.-

- Dzięki.-Fuknął Goury.

- A gdzie jestem ja? Znaczy, gdzie jest Xellos?- Zapytała Filia rozglądając się dookoła. Odnalazła demona klęczącego na ziemi i rozgrzebującego ją rękoma. Filia zerwała się na równe nogi i rzuciła w jego stronę.

- Czyś ty zmysły postradał! Uważaj na moje palce!- Krzyknęła podnosząc swoje ciało do góry i trzymając je z dala od gruntu.

- Przestań mnie obmacywać!- Oburzył się kapłan ale w chwili obecnej, posiadając ciało Filii nie wiele mógł zrobić po za wiciem się i szarpaniem.

- Mogę siebie obmacywać ile zachcę!- Ofuknęła go Filia.

- Nie masz prawa!-

- Owszem, mam!

- W takim razie ja mam prawo zajrzeć sobie za sukienkę!- Odgryzł się Xellos. Filia puściła go ale nie spuściła z tonu.

- W takim razie ja idę pomalować paznokcie! I ściąć włosy!

- Nie waż się dotykać moich paznokci!- Zagroził Xellos i w teatralnym geście odrzucił włosy do tyłu.

- O zaczyna mi się to podobać. - Zachichotał demon ciesząc się efektem rozwianych złotych włosów. Filia trzasnęła go w ramię.

- Wiecie co? Źle to wygląda kiedy facet bije kobietę.- Powiedział Zelgadis pochodząc do towarzyszy.

- Xellos, nie jest kobietą!!!- Oburzyła się Filia.

- A niby czym? Filia jak by nie patrzyć, to ni jak nie da się udowodnić, że jesteś facetem!- Prychnął Xellos.

- Teraz jestem!

- No to mnie nie bij! Ja nigdy ciebie nie uderzyłem!- Zaprotestował kapłan.

W czasie gdy para kapłanów zajęta była kłótnią, Lina podeszła do miejsca, w którym grzebał Xellos i odgarnęła resztki ziemi. Jej oczom ukazały się drobne, wglądające jak szklane, wielokolorowe kostki tworzące zawiły wzór.

- No i wszystko jasne.- Mruknęła pod nosem.

- Co jest jasne?- Zapytała Amelia pochylając się nad Zelgadisem…to jest Liną.

- Zaklęcie Djokan.

- Zaklęcie czego?

- Zaklęcie Djokan. To silna magia kapłańska, służąca do ochrony relikwii o silnych właściwościach magicznych. Układano z kamieni magiczny wzór, który zasypywano ziemią. Tworzył on barierę, która chroniła okolicę przed mocą magicznego przedmiotu aby ten nie napromieniował wszystkiego w swoim otoczeniu. Jednak ten tu, musiał zostać uszkodzony…

- Na jakiej podstawie doszłaś do takiego wniosku?- Zapytał ją Zelgadis.

- No rozejrzyj się dookoła. Mało prawdopodobne byśmy byli na Niebie. Najprawdopodobniej wdrapaliśmy się na Piekło…okolica jest wypalona i przesycona magią demonów, to o czymś świadczy, nie?

- Faktycznie.- Mruknął Zelgadis i zamyślił się bezwiednie bawiąc się bransoletkami Amelii. - Zupełnie tego nieświadomi zasnęliśmy w samym środku Djokanu. - Westchnął przyglądając się płytkom odkopanym przez Linę.

- Rzeczywiście, wiele z nich jest skruszonych.

- I pewnie dlatego zaklęcie zadziałało źle.- Przytaknął im Xellos, który nagle pojawił się za plecami.

- A nie mówiłaś…przepraszam. Nie mówiłeś, że idziemy na wzgórze Niebo?- Zapytała podejrzliwie Lina. Ciało Filii wzruszyło ramionami.

- Niebo, Piekło, jeden grom. I tak musimy przejść przez Ocean Drani.

- Świetnie…- Fuknął Zel.

- No ale w chwili obecnej sprawy się trochę pokomplikowały, trzeba to zaklęcie odwrócić.- Ciągnął kapłan.

- Brawo! Sam na to wpadłeś!- Ofuknęła go Filia, która także zaczęła oglądać mozaikę schowaną pod ziemią.

- Dobra, ale jak mamy to zaklęcie odwrócić?- Zapytała Amelia wodząc swoimi nowymi oczami Gourego po reszcie.

- Zaklęcie Djokanu, rzuca się najczęściej w pełnie księżyca . Zaczarowuje ono osoby znajdujące się w jego obrębie. To wygląda na losowe przekleństwo, zdaje się wypuszczenie ducha. Wystarczy, że do północy znajdziemy się na Niebie.- Powiedział Xellos wskazując na majaczące po drugiej stronie doliny wzgórze.

- Ale dlaczego mamy lecieć na Niebo?- Dopytywała się Amelia.

- Przecież prze chwilą powiedziałem , wszystko tutaj to przeciwieństwa, czarne i białe! Jeżeli dziś w nocy będziemy na Niebie to na pewno przejdziemy do swojej postaci.

- Przeciwieństwa.- Powtórzyła księżniczka przyglądając się Xellosowi w ciele Filii, oczami Gourego(cóż za barwny misz-masz)

- Tak przeciwieństwa.- Mruknął znudzony demon.

- A to nie powinniśmy być tam w południe?- Zdziwiła się. Kapłan zamilkł na chwilę a wraz z nim reszta grupy. Jak jeden wszyscy popatrzyli na słońce i głośno przełknęli śliny.

- Trzy godziny!- Jęknął Goury.

- Nie ma szans nie wyrobimy się! - Zawtórował mu Zelgadis.

- No chyba że…- Powiedziała powoli Filia. Reszta grupy wlepiła w nią oczekujące spojrzenia.

- Chyba, że…?- Powtórzyła Lina.

- Chyba, że Xellos zmieni się w smoka i polecimy.- Zaproponowała.

- Przecież to magia. A tutaj działa tylko wasz Eter i słaby szamanizm.- Powiedziała Amelia.

- Nie, przemiana w smoka to metamorfoza.

- Dlaczego nam wcześniej o tym nie powiedziałaś! Mogliśmy przelecieć nad Bukowiną!- Ofuknęła ją czarownica.

- Tak było zabawniej.- Wypaliła smoczyca chichocząc na widok wściekłych min towarzyszy

- Zawsze chciałam to powiedzieć.- Dodała.

- Dlaczego mam wrażenie, że z dnia na dzień jesteście coraz bardziej do siebie podobni?- spytała Amelia kręcąc głową.

- Daj spokój, żartowałam. Nie mówiłam wam, bo po prostu nie wystarczyłoby mi siły żeby przelecieć nad całą Bukowiną. Ten las pochłania niemalże każdą magię, spadlibyśmy.- Wytłumaczyła

- A to chyba ,że.- Lina pokiwała głową.- Ale to znaczy, że z przelotu też nici?-

- Nie dlaczego?-

- No powiedziałaś, że nie wystarczy ci sił.

- Ale to teraz Xellos jest mną.- Oświadczyła Filia. Wszyscy zerknęli na kapłankę.

- Co?- Wypalił demon, który nie przysłuchiwał się rozmowie.

- Xellos, chodź tutaj na chwilę.- Poprosiła go Lina. Kapłan posłusznie do niej podszedł co okazało się być głupotą bo zarobił kopa.

- Słuchaj jak się do ciebie mówi.- Syknęła.

- Rany najpierw obywam od niego.- Zajęczał Xellos wskazując na swoje własne ciało.- Teraz od ciebie Żelgadisie. Jesteście podli.

- Nie jęcz.- Skarciła go Filia.- Tylko przemień się w smoka.

- Że co przepraszam?- Wydukał Xellos.

- W smoka się przemień. Widziałeś tysiąc razy jak to robiłam.

- Nieprawda, zawsze się chowasz.-

- Ty też się schowasz.

- Dlaczego?-

- Bo nie chce żeby ktoś ciebie widział, nagą.

- Ja się sobie podobam.- Zapeszył się kapłan.

- Ale ja ci ZABRANIAM.-

- Oj daj spokój jakbym..śmy ciebie nie widzieli…- Żachnął się Xellos nim zdążył ugryźć się w język.

- To nie znaczy że masz się przy wszystkich rozbierać won za krzaki!!!- Ryknęła wściekła Filia.

- Dalej nie wiem jak się przemienić.- Westchnął.

- Dobra chodź.- Powiedziała w końcu smoczyca i pociągnęła za sobą kapłana.

Nagle pozostali usłyszeli, huk grzmot, potem zobaczyli jasne światło, które zgasło, potem znowu rozległ huk, i znowu rozbłysło światło.

- Skoncentruj się!!!- wrzasnęła Filia

Znowu huk… I nagle zza głazu wyłoniła się para olbrzymich złotych skrzydeł.

- Fajnie!- Ucieszył się Xellos obracając się parę razy wokół własnej osi.

- Uważaj bałwanie na ogon!- Krzyknęła na niego Filia.

- Jak zwykle psujesz całą zabawę. Przyznaj się, zazdrościsz mi bo nawet jako smok wyglądam od ciebie lepiej.

- Każdy swoją miarką mierzy, Przeklęty Kapłanie. A teraz uklęknij.- Poleciła kapłanka. Xellos posłusznie przykląkł i pozwolił reszcie wdrapać się na swój grzbiet.

- No to…WIO!- Krzyknęła Amelia. Na dźwięk tych słów smok tak mocno odepchnął się od ziemi, że znaleźli się tuż pod chmurami a pęd powietrza wgniótł resztę w jego plecy. Demon rozpaczliwie zamachał skrzydłami i tym samym wzniósł się na wysokość gdzie powietrze było już rzadkie.

- N ni niżej… - Wydyszała Filia próbując przytrzymać się swojej własnej(do niedawna) szyi.

- Wolniej…- Wyjęczał zielony Zelgadis.

- Nie machaj tak skrzydłami…poczuj jak zbiera się pod nimi powietrze…usztywnij je…- Filia z trudem instruowała kapłana, który wciąż nie mógł pojąć technik lotu.

- Nie wytrzymam!!!- Ryknęła Lina wyraźnie cierpiąca na chorobę lokomocyjną.

- Xellos błagam spokojniej.- Krzyknął Goury

- Odwalcie się robię co mogę…- Warknął wściekły kapłan i ruszył w stronę Nieba.

- W porównaniu z panienką Filią to…to…-

- To wejdź na plecy panience Filii!

- Idioto wzgórze!- Krzyknęła Lina przerywając tą najkrótszą w historii opowiadania kłótnię.

- LĄDUJ!!!

Grunt przybliżał się w niewiarygodnym tempie i nagle rozległ się huk i chrzęst rwanej ziemi.

- Namagomiiiiiiii!!!!!-

- Mój nos!

- Mój tyłek!

- O la Boga! Moja noga! Kupcie trumnę bo ja umrę!

W chwili obecnej Xellos, jeszcze jako smok leżał w dziwnej pozie na ziemi, Amelia wisiała na małej jabłonce, Zelgadis siedział na Gourym a Lina leżała na Filii, która zaryła twarzą w ziemię.

- Ał…chyba właśnie na własnej skórze poczułem co to znaczy katastrofa lotnicza.- Jęknął Xellos. W tym czasie Filia Zerwała się z ziemi i podbiegła do niego z ogniem w oczach.

- Zmieniaj się!!!-

- Jak?!-

- Pomyśl jak wyglądam, jako, no kobieta….

- Już spokojnie. Przecież żyjemy.- Mruknął Xellos i powoli przemienił się w dziewczynę. Filia szybko chwyciła jego ciało i zaczęła oglądać szkody.

- P paznokieć…- Usta demona lekko zadrżały gdy zamieszkująca jego ciało smoczyca zobaczyła złamany paznokieć.

- I i mój łokieć?- podciągnęła siebie za rękę i zaczęła otrzepywać…

- Jak ja wyglądam!!!- Załamała ręce. Xellos przyjrzał się sobie…

- O co jej chodzi?- Zapytał szeptem Linę

- Złamałeś jej paznokieć. Nie wybaczy ci tego.

- Jak większości rzeczy.- Mruknął.

- Ty pomiocie szatana!- Krzyknęła Filia.

- O ty patrz! Jabłuszka!- Zauważył kapłan wskazując na jabłonie, których udało im się nie połamać.

Tak jak przypuszczali wzgórze Niebo było zupełnie inne. Słoneczny owocowy gaj porastał całą górę, wszędzie rosła zieloniutka młoda trawa, a słońce przyjemnie grzało w twarze. Wygłodnieli przyjaciele rzucili się na jedzenie, czyli dziwne owoce, wyglądające jak truskawki na drzewach sosny i gruszki na krzaczkach pomidorów. Jedynie jabłka rosły normalnie to jest na jabłoniach.

Do południa brakowało jeszcze z dwóch godzin, więc cała grupka(i koń, nie pytajcie jak przyleciał sama nie wiem) rozsiedli się wygodnie pod zrujnowaną kopułą i wcinali jabłka oraz inne owoce, które zebrali do swoich juków. Najedzeni i ogrzewani przez promienie słoneczne wszyscy zasnęli czekając na powrót do swoich ciał.

Xellos rzucił się na trawę i szybko musiał się poprawić, ponieważ przez swoją nieuwagę przygniótł plecami włosy i o mało co ich sobie nie wyrwał. Westchnął i zaczął się bawić koniuszkami szpiczastych uszu Filii.

Xellos był stary, naprawdę stary i zapewne mniej było rzeczy, których nie wiedział niż te, które wiedział. Ale pierwszy raz w życiu tak silnie odczuwał emocje w związku z otaczającym go światem. W pewien sposób bawiło go to, chociaż najprawdopodobniej tylko dlatego, iż był to stan przejściowy. Na dłuższą metę nie zniósł by bycia Filią. Chociaż teraz, po zaledwie paru godzinach pobytu w jej skórze, zaczynał nabierać pewnego szacunku do jej osoby. Może to był głupi powód ale Xellos zauważył, że ona musi znosić ból, i to nie ból fizyczny. Z jakiegoś powodu czuł w sobie dziwną pustkę, niezbyt wielką ale irytującą jak drzazga w palcu. Nie wiedział skąd się bierze to dziwne poczucie bezradności czy osamotnienia i dziwiło go to. Jednak jeszcze bardziej zastanawiał go powód, dla którego ciało pamięta ból psychiczny. Zamyślił się i po chwili wahania sięgnął za koszulkę i wyciągnął zza niej malutki złoty medalion. Otworzył go cichu i przyjrzał się zdjęciom. Nie zdziwił się gdy wcześniejsze uczucia walnęły, dosłownie walnęły, w niego ze zdwojoną siłą. Do tego poczuł coś czego nie był w stanie określić i co sprawiło, że zatrzasnął medalionik i szybko usiadł starając się opanować uczucia, które przed chwilą opanowały jego.

Nagle jego wzrok padł na jego samego siedzącego na krawędzi wzgórza. Podniósł się powoli i bez pytania przysiadł obok Filii.

- Dlaczego nie siedzisz w obrębie kręgu?- Zapytał. Odpowiedzią było milczenie.

- Nie chcesz wrócić do swojego ciała?- Zadał kolejne pytanie. Filia westchnęła.

- Teraz to sama nie wiem.

- Nie rozumiem.

- Kiedyś słyszałam, że jak się jest smutnym, to się kocha zachody słońca. Dlatego przestałam oglądać zachody słońca. Tylko, że wtedy pokochałam wschody, więc przestałam je oglądać. I tak w kółko. I nagle sobie uświadomiłam, że chyba kochałam już słońce o każdej porze dnia. Zostało tylko południe. Zastanawiam się, co będzie jak przestanę oglądać południe…może pokocham księżyc?

- A dlaczego jesteś smutna?- Zapytał powoli Xellos. Był trochę zaskoczony. O Filii mógł wiele powiedzieć ale na pewno nie to, że była smutną osobą. Wręcz przeciwnie, wydawało mu się, że ma tą rzadką umiejętność uśmiechania się kiedy inni płaczą.

- Cóż…- Filia uśmiechnęła się do siebie.- W chwili obecnej z dwóch powodów. Pierwszy to powód stały. Chodzi o to, że bardzo nie chcę być smutna, nie cierpię smutku. I kiedy czuję, że jestem samotna, że chwilami jest mi źle, i że ma powody by być smutna, czuję się jeszcze gorzej. To tak jakbym przegrała z samą sobą.

- A drugi powód?- Zapytał.

- To ty.

- JA?

- Tak. Myślałam, że chociaż na chwilę będę mogła…no wiesz, nie czuć. Śmieszne ale chwilami ci zazdrościłam, że nie wiesz co to miłość czy zakochanie, czy rozpacz…a tu proszę. Twoje ciało doskonale wie, o co chodzi.

- Musiałabyś przybrać moją prawdziwą formę żeby nie czuć.- Powiedział szybko, jakby starając się usprawiedliwić.

- Słucham?

- No tą, nie cielesną, a astralną. W świecie materialnym, mam materialne ciało, to dosyć logiczne, nie? Fizycznie jestem zdolny do odczuwania emocji, za to psychicznie nie. Jednym słowem nie wiem co to zakochanie, ale mogę wywołać podobne uczucie zjadając tabliczkę czekolady.- Zamyślił się na chwilę- Chociaż muszę przyznać, że Carpere Tractum nieźle udrożniło moją psychikę.

- Szkoda, że mojej nie zablokowało.

- Nie sądzę by ktoś taki jak ty mówił te słowa na poważnie.- Zauważył Xellos kładąc się na trawie.

- Bo?

- To jasne Filio. Nienawidzisz mnie i nie ważne jak bardzo temu będziesz zaprzeczała wciąż czujesz się wyróżniona będąc kapłanką smoków.- Powiedział spokojnie.

- Byłą.

- Byłą kapłanką smoków.- Poprawił się Xellos.

- Może masz rację. Jednak w pewien sposób twoja beztroska granicząca z głupotą są czymś czego odrobinę ci zazdroszczę. Mnie na to nie stać, to oczywiste, jestem za słaba, żeby robić z siebie idiotkę.

- Dzięki.- Mruknął lekko urażony kapłan.- Swoją drogą, w pewien sposób robisz z siebie idiotkę zaprzeczając swojej naturze. Skoro chcesz o sobie stanowić to dlaczego ukrywasz wszystkie swoje emocje?

- No ty to akurat nie powinieneś mnie pouczać, tajemniczy kapłanie. - Oświadczyła Filia.

- Mimo wszystko, wciąż mnie interesuje dlaczego tłumisz swój gniew i nienawiść w stosunku do mnie. Chyba nie z powodu Carpere Tractum?

- Nie.- Przyznała dziewczyna.

- No więc?

- A mówi się, że jesteś inteligentny…- Westchnęła Filia.- Chociaż z drugiej strony ja sama siebie nie rozumiem. Może znoszę ciebie, bo nie mam innego wyjścia? Bo znosi ciebie cała reszta, i koniec końców lepiej mieć ciebie po swojej stronie? A może to po prostu rodzaj mojej pokuty. Nienawidzę cię, nie ukrywam. Ale porównanie siebie, ostatniego smoka, który nie został ukarany za czyny swojej rasy, z tobą, który ma ręce splamione krwią niewinnych sprawia, że w niewyjaśniony sposób czuję się lepiej. Na pytanie dlaczego wciąż uderzam się młotkiem, odpowiem, że zwyczajnie czuję się świetnie kiedy przestaję…to chyba o to chodzi.

- Rany, rany…- Westchnął Xellos i przeciągnął się powoli.

- Co?

- Nic…

- No powiedz. - Poprosiła go Filia.

- Przykro mi, to tajemnica.

- Zauważyłeś, że nasze rozmowy zawsze wyglądają tak samo? Dokonujesz obserwacji, potem mi zadajesz pytania i zestawiasz je z własnymi wnioskami. Jednak kiedy ja ci zadaję jakieś pytanie, milczysz lub zbywasz mnie półsłówkami.

- Przynajmniej specjalnie cię nie drażnię.- Zauważył kapłan.

- Tak, tylko dlatego, że też poczułbyś się rozdrażniony.

- Też prawda.- Przytaknął.- Ale tylko w połowie. Druga połowa jest taka, że nie mam żadnych ciekawych opowieści, które mógłbym ci opowiedzieć.

- A nie uważasz, że w ogóle, te całe nasze rozmowy są dziwne?- Zapytała.

- Uważam.- Przytaknął bez większego entuzjazmu.

- No i?

- Co no i? Jesteś jedną z niewielu osób, z którą się nie droczę, z którą nie pogrywam, i którą nie manipuluję. Ale nie myśl sobie, że to dlatego, że cię lubię. Po prostu sam bym sobie zaszkodził.

- Nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że nienawidzimy siebie a wcale się tak nie zachowujemy.

- Ja ciebie nie nienawidzę.- Mruknął bez większego entuzjazmu kapłan.

- Tak?-

- Jesteś mi obojętna.- Powiedział.- Zresztą jak większość rzeczy…- Dodał po chwili. Filia na chwilę zamilkła wpatrując się w horyzont po czym się zaśmiała. Kapłan posłał jej pytające spojrzenie.

- Żal mi ciebie bo już nie możesz być częścią składową maszyny. Nie możesz już być obojętny.- Wytłumaczyła. - Sam ściągnąłeś na siebie to przekleństwo. Teraz i ty jak każdy będziesz musiał kochać i nienawidzić, a także być kochanym i nienawidzonym.- Xellos prychnął pogardliwie na dźwięk tych słów i odwrócił głowę.

- To, że żyję z ludźmi nie oznacza, że jestem tacy jak oni.- Oświadczył.

- Teraz żyjesz też wśród ludzi. Nie uwierzę, że Lina i reszta są ci zupełnie obojętni.

- Lina i reszta są dla mnie długością swojego życia. To punkciki. Czasami są mi potrzebni…poza tym bawi mnie ich towarzystwo. Po pewnym czasie tylko to zostaje…

- Nie rozumiem cię.- Mruknęła Filia z trudem podciągając kolana pod brodę.- Bogowie, jak można być tak wysokim.- Zrzędziła pod nosem.

- Za młoda jesteś, żeby zrozumieć.- Oświadczył Xellos i podniósł się spoglądając na słońce.

- Zaraz mam…

- Czterysta lat. Wiem. A ja mam tysiąc trzysta.

- To jeszcze nic nie znaczy.- Nadąsała się kapłanka.

- Wręcz przeciwnie. Jesteś dziewięćset lat do tyłu.- Zaśmiał się i zwyczajnie odszedł.

- Hej nie dokończyliśmy naszej…-Krzyknęła za nim.- Rozmowy.- Powiedziała sama do siebie gdy zorientowała się, że Xellos budzi resztę towarzyszy zupełnie ją ignorując. Filia chwile gapiła się na swoje ciało zastanawiając się jak i kiedy to się stało, że zaczęła się zwierzać swojemu największemu wrogowi. W dodatku nie podejrzewała, że jego też prześladuje kryzys wieczności. Bo takie wrażenie odniosła rozmawiając z nim. Ale ten problem zdaje się męczyć wszystkich wiecznych nawet takich jak Xellos więc nie poświęciła temu szczególnego miejsca w swoich rozmyślaniach. Inna sprawa, że naprawdę ją interesowało jak to jest być tak starym. Rzeczywiście w oczach Xellosa musiała być dzieckiem, kimś takim jak Amelia dla niej.

- Panie Xellosie! Znaczy się…panienko Filio! Proszę się pośpieszyć!- Krzyknęła do niej Amelia. Filia skinęła głową i pośpiesznie ruszyła w stronę który już zaczynał promieniować. Pośpiesznie ustawiła się obok Liny nagle poczuła jak ziemia ucieka jej z pod nóg.

Obudzili się kiedy słońce już zachodziło. Wszyscy w swoich ciałach. Po długich oględzinach, wielu okrzykach zachwytu i masy pochwał pod własnym adresem cała grupa spakowała juki i zabrali się za schodzenie z Nieba. Stok był łagodny, porośnięty wysoką trawą i jabłoniami o gałęziach ciężkich od soczystych jabłek.

- No przed nami Ocean Drani!- Oświadczył Xellos wskazując falujące morze traw.- Dalej już tylko dzikie ostępy.

- Myślę, że powinniśmy zebrać chociaż trochę jabłek na drogę.- Zaproponował Goury. To był ten jeden z nielicznych momentów kiedy reszta grupy pochwaliła szermierza za pomysłowość i posłuchała go.

- Mmmh u nas w sadzie rosły takie!- Westchnęła Lina zaciągając się zapachem jabłek, które zebrała.

- U nas też.- Powiedziała Filia.- Ehh jak wrócę do domu, zrobię pieczone jabłka. - Dodała z błogim uśmiechem na twarzy.

- Pieczone jabłka? To słodycz?- Xellos wtrącił się do rozmowy.

- Tak a co?

- Nic…pewnie muszą być smaczne.- Westchnął ciężko.

- Owszem. Moja mama je zawsze robiła. Smakują ciepłym jesiennym wiatrem, latem, które odeszło, mają w sobie odrobinę zimy…

- Skończ już.- Jęknął kapłan.

- A tobie co się stało wyglądasz jakbyś miał się rozpłakać.- Zauważyła Lia podtykając kapłanowi palec pod nos.

- Bo te jabłka!- Wyjęczał z markotną miną.

- Xellos to nic trudnego wystarczy wydrążyć…- Zaczęła mówić Filia z zamiarem podania kapłanowi przepisu.

- Ty mu lepiej nie mów jak to zrobić! Nie znasz jego talentu, jak dobrze pójdzie jabłka, które on przygotuje będą w stanie powalić zdrowego człowieka!- Oświadczyła czarownica. Xellos ponownie westchnął i pokiwał smętnie głową.

- No to…no to wpadniesz do mnie.- Powiedziała w końcu Filia nie wierząc zbytnio w to co mówi. Demon spojrzał na nią po czym ze śmiertelną powagą zapytał.

- Ale obiecujesz, że je zrobisz…i dasz spróbować.- Dodał szybko. Kapłanka i czarownica uśmiechnęły się do siebie na widok tak ogromnej miłości demona do słodyczy.

- Obiecuję.- Zaśmiała się Filia. - Oczywiście jeżeli wrócimy.

- Wrócimy. Teraz to na pewno wrócimy.- Powiedział Xellos i ponaglił grupę. Przed nocą byli już przed Oceanem Drani.


* bo to fioletowe podbicie jest bardzo ważne.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.