Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Smocza Krew

Autor:mariusz127
Korekta:Dida
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Fantasy
Dodany:2009-07-22 13:11:51
Aktualizowany:2009-07-22 13:11:52


Wśród gęsto rosnących drzew pędziła jakaś osoba. Wydawałoby się, że przed kimś ucieka. Ledwo łapiąc oddech, stawiała w pośpiechu kolejne kroki. Mijane krzewy pozostawiały na skórze krwawe ślady, których z biegiem czasu przybywało. Słońce świeciło jeszcze wysoko na czystym niebie, więc unikanie powalonych lub jeszcze rosnących pni, nie było aż tak trudne, jakby się mogło wydawać.

Mężczyzna, będący na skraju wyczerpania, zaczynał coraz wyraźniej słyszeć coś, co go ścigało. Specjalnie hodowana do pościgów hybryda psa i pumy, zbliżała się w zastraszającym tempie. Jakie miał szanse, na wywinięcie się z łap tego straszliwego stworzenia? Bez wątpienia nikłe. Nagle z oddali zamajaczyło przed nim jezioro. Nie miał nic do stracenia. Ruszył ostatkiem sił ku nadziei na ratunek. Tafla wody mogła się stać wybawieniem z opresji. Człowiek, który stanął oko w oko z hybrydą, nie miał szans na ocalenie swego życia. Od najdawniejszych czasów tym zwierzętom wpajano, jak szybko dopaść ofiarę i ją uśmiercić.

Mężczyzna rzucił się w objęcia wody - jedynej wybawicielki, mogącej go uratować. Od razu zniknął wśród mułu, jeszcze przed chwilą spokojnie leżącego na dnie, teraz wirującego wokół. Stopami dotknął grząskiej ziemi, zagłębił się w niej po kostki, gdyż do pasa miał przytroczony miecz. Dzięki niemu nie uniósł się do powierzchni, na spotkanie z niewdzięcznym przeznaczeniem. Spojrzał w górę i dostrzegł niewyraźną sylwetkę nad sobą. Zniekształcona poprzez wodę, napawała go jeszcze większym obrzydzeniem, niż mogłaby to zrobić w rzeczywistości. Na szczęście zaraz zniknęła z widoku. Najwyraźniej straciła trop. Wróci do swego pana bez zdobyczy, co nieczęsto się zdarza.

Gdy okolica stała się bez wątpienia bezpieczna, rycerz, o czym świadczył jego miecz, energicznymi ruchami rąk szybko zbliżał się do powierzchni. W końcu jak długo zwykły człowiek jest w stanie wytrzymać bez oddechu? Muł zdążył osiąść na swoje miejsce. Mężczyzna obrócił lekko głowę, jego oczom ukazała się niewiarygodnie piękna kobieta. Zatrzymał swoją wędrówkę ku powierzchni, a brak powietrza coraz bardziej mu doskwierał. Jednak nie potrafił oderwać od niej wzroku. Była naga. Jej piersi przesłaniały długie, złociste włosy, poruszające się w rytm, jaki nadawała wszechogarniająca woda. Skóra delikatna niczym jedwab, mieniła się odcieniami bieli i różu. Każdy król oddałby całe swoje królestwo, za jedną chwilę z tą pięknością.

Powoli malała między nimi odległość. Czy brak powietrza miał teraz jakiekolwiek znaczenie? Liczyła się chwila, w której rycerz będzie mógł dotknąć swojej wybranki. Ogarnęło go tak wielkie uczucie miłości, że przyćmiło, jakże ważny w tej chwili rozum. Miał już ją na wyciągnięcie ręki, gdy jej skóra zmieniła kolor na zielony. Twarz pokryła się zmarszczkami, jak u staruszki. Długie, złociste włosy zniknęły i zastąpiły je ohydne, czarne wodorosty. W miejscu piersi pojawiła się ogromna paszcza z wystającymi, ostrymi kłami.

Mężczyzna w ostatnim przebłysku świadomości dobył miecza. Z wielkim trudem wziął zamach i o dziwo ostrze dosięgło tej istoty, która z pięknej kobiety przekształciła się w przeraźliwe straszydło. Potwór w tym samym momencie zniknął, pozostawiając pustą toń wody. Teraz dopiero rycerz doszedł do siebie. Jego płuca paliły już piekielnym żarem. Próbował zaczerpnąć tchu, ale wciąż nie wydostał się na powierzchnię. Nałykał się jedynie otaczającego go płynu. Po chwili walki, wydającej się wiecznością, udało mu się wydostać na brzeg jeziora. Legł niczym trup na zielonej trawie i stracił przytomność.

Ocknął się po jakimś czasie. Nachodziły go wątpliwości, czy to, co się stało było rzeczywistością, czy tylko ułudą spowodowaną brakiem tlenu. Najważniejsze, że żył. Reszta nie miała znaczenia. Lecz na zawsze zapamięta obraz pięknej damy, która w jednej chwili podbiła jego serce.

Zbliżał się zmrok. Trudno o tej porze znaleźć nocleg. Na szczęście mężczyzna ujrzał wejście do jaskini, zaledwie w odległości kilkudziesięciu metrów. Cały obolały po ciężkim dniu, ruszył w stronę miejsca na nocleg, po drodze zbierając chrust na opał. W środku odnalazł suchy płaski głaz, ułożył na nim gałązki i wypowiedział niezrozumiałe słowa. Od razu pojawił się płomień, zapowiadający cieplejszą noc, niż na zewnątrz. Rany i zmęczenie dały o sobie znać. Utrudzony uciekinier ponownie stracił przytomność.

Otworzył oczy dopiero, gdy księżyc w pełni oświetlił jego twarz. Prowizoryczne ognisko jeszcze dawało słaby poblask. Usłyszał dziwny dźwięk za sobą. Obrócił się momentalnie. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Stał przed nim najprawdziwszy smok, taki, o którym często słyszał w legendach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. W tych opowieściach zawsze były to groźne potwory, bezlitośnie mordujące niewinne dziewice.

Rycerz przeświadczony o swojej porażce i mając jeszcze w pamięci poprzednie wydarzenia, nie podjął żadnej walki. Za to powiedział spokojnym głosem:

- Możesz mnie zabić, a nawet zjeść, jeśli masz na to ochotę. Nie będę stawiał najmniejszego oporu. Nie jestem w stanie nawet podnieść miecza, by się bronić. - Przerwał, nie spuszczając ze smoka wzroku. Po chwili wykrzyknął: - No dalej! Rozszarp mnie na strzępy, jak to czyniłeś z poprzednimi swymi ofiarami.

- Po co miałbym cię zabijać? - odrzekł smok, co mężczyzny nie mogło już zdziwić. - Nie mam zamiaru robić ci krzywdy. Od tak dawna z nikim nie rozmawiałem, że nawet ucieszyłem się z twej wizyty. Zwę się Seracon. Czy będzie mi dane poznać imię przybysza?

- Mordherd - wypowiedział przyciszonym głosem, nie wiedząc jak zachować się w tej sytuacji.

- Nie musisz się mnie bać, jak już mówiłem, z mojej strony nie grozi ci żadne niebezpieczeństwo. Chętnie dowiedziałbym się, skąd tyle ran pokrywa twoje ciało. Musiałeś wpaść w niezłe tarapaty. Jeszcze byłbym ci bardzo wdzięczny, gdybyś przedstawił mi sytuację panującą poza bramami tego więzienia, w którym jestem zamknięty, jeśli dobrze pamiętam od pięciuset lat.

Mordherda bardzo zaskoczyły te słowa, lecz co miał do stracenia. Jeśliby odpowiednio to rozegrał, może udałoby mu się wyjść cało z beznadziejnej sytuacji. Jednakże nie zamierzał kłamać. Prawda zawsze okazywała się najlepszym rozwiązaniem.

- Jeszcze do niedawna - zaczął już nieco pewniej - byłem osobistym strażnikiem króla. Wiernie mu służyłem radą, jak i mieczem. Lecz jego panowanie nie trwało długo. Został otruty przez Mrocznego Księcia, który zawsze pragnął przejąć władzę. Oficjalnie rozgłoszono, że król zmarł na nieuleczalną chorobę. Ale ja swoje wiem i dałbym sobie rękę uciąć, że za tym wszystkim stoi Mroczny Książe. Jego najbardziej zaufanym doradcą został Rufamir, sprzymierzony z siłami nieczystymi mag. Powiadają, że zawarł pakt z samym demonem ciemności, będącym teraz na jego usługach. Nastąpiły ciężkie czasy dla ludzi, czasy ucisku i prześladowań. Nikt nie może się czuć bezpiecznie, nawet we własnym domu. Dlatego ukrywałem się pod przebraniem włóczęgi, na próżno jednak, gdyż hybryda mnie wyczuła. Resztką sił, po długiej ucieczce zgubiłem pościg i tak trafiłem do twej siedziby. - Głębokim westchnieniem zakończył opowieść. Nie czuł już takiego stresu, jak na początku. Było mu wszystko jedno. I tak zginie od ran, które wciąż dają o sobie znać.

- Rufamir… - Seracon wypowiedział to imię w zadumie - to on jeszcze żyje?

- Nie tylko sobie żyje, ale ma w swoich łapach większość królestwa.

- To przez niego się tu znalazłem. Gdy jeszcze byłem młody, myślałem, że jestem do wszystkiego zdolny. I tak postanowiłem rozprawić się z Rufamirem, który zapalczywie wyniszczał smoczy ród, aż została nas tylko garstka. Ciekawe, czy jeszcze istnieją poza mną inni? Wątpię… Ale powracając do tematu. Nie doceniłem mocy maga, w wyniku czego siedzę tutaj, skuty łańcuchami od kilkuset lat. - Dopiero teraz Mordherd dostrzegł stal na smoczych nogach. - Rzucił czar, bym nigdy się stąd nie wydostał. W tej sytuacji jestem bezsilny. Jedynie królewski miecz, mógłby mnie uwolnić spod władzy uroku.

Rycerz znalazł w mitycznym stworzeniu, jakby bratnią duszę. Mieli tego samego wroga. Ponieśli ogromne koszty walcząc ze złem. W słowach Seracona dawało się wyczuć spokój i znużenie. Nic dziwnego, po tak długim czasie… W tym momencie Mordherd wpadł na pomysł, który go w pewnym stopniu przeraził. Odwaga jednak wzięła górę.

- Czy myślałeś kiedykolwiek o zemście na magu?

- Oczywiście i wierz mi, miałem ku temu sposobność.

- Jeśli powiedziałbym, że wiem jak cię uwolnić, to czy zgodziłbyś się razem ze mną wyruszyć przeciw Mrocznemu Księciu i Rufamirowi, by wyrwać królestwo spod ich władzy?

- Gdybyś mnie uwolnił, zostałbym twym sługą do końca mych dni. Lecz jest to mało prawdopodobne.

- Gdy mój zacny pan został otruty, aby nie wszystko zostało skażone złem, wykradłem jego miecz i razem z nim uciekłem z zamku. Oto on. - Odsłonił poły płaszcza, ukazując lśniące ostrze, które niejeden raz uratowało mu życie.

Seracon nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wolność była w zasięgu ręki. Po tylu latach, wreszcie będzie mógł rozpostrzeć skrzydła i wznieść się ku niebu.

- Jest tylko jeden problem - wtrącił rycerz - nie jestem w stanie nawet się podnieść, nie mówiąc już o uniesieniu miecza.

- Tym się nie martw. - Smok zwinnym ruchem łapy, naciął swą twardą jak kamień skórę. Popłynęła mała stróżka krwi. Zbliżył się do mężczyzny, dając mu znak, by napił się czerwonego płynu. Gdy tak się stało, wszystkie rany Mordherda momentalnie się zagoiły. Przy tym poczuł przypływ niewyobrażalnej siły. Przez chwilę był oszołomiony. Lecz nie czekał długo, chwycił broń i szybkim zwinnym ruchem przeciął łańcuchy, dając wolność Seraconowi.

- Jestem na twe rozkazy mój wybawco - rzekł smok z dworną elegancją.

- A więc ruszajmy do bitwy, kładąc na szalę własne życie. Niech zło nie rozplenia się więcej po tym świecie. Dzięki tobie powróciła nadzieja na ratunek.

Smok zniżył się, by rycerz mógł wsiąść na jego grzbiet, wyszedł na wolną przestrzeń, rozwinął skrzydła i razem z wybawicielem ruszyli przed siebie, na spotkanie z przeznaczeniem.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.