Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Dystrykt 9 (District 9) – Kosmiczne slumsy

Autor:Krzysztof Bogumilski - Tyler Durden
Kategorie:Film, Recenzja
Dodany:2009-10-14 18:03:39
Aktualizowany:2009-10-14 18:03:39



Recenzja zamieszczona za zgodą autora. Odnośnik do oryginału: Serwis "Ofilmie" - Recenzja filmu "Dystrykt 9"


W dzisiejszych czasach o interesujące, niegłupie i przemyślane filmy science-fiction równie trudno jak o zabawne komedie na poziomie. Na szczęście ostatnio zaczęło się to zmieniać i w obydwu gatunkach filmowych pojawiło się kilka tytułów zdecydowanie podnoszących na duchu wymagających widzów. Wprawdzie wciąż dominują debilne wodotryski pikseli w stylu Transformers, odgrzewane kotlety szargające dobre imię klasycznych serii jak Terminator: Zbawienie, bądź poprawne rzemiosła (choć niewątpliwie wybijające się poziomem na tle wcześniej wspomnianych) w stylu nowego Star Treka, na które przynajmniej przyjemnie jest popatrzeć.

W ostatnich miesiącach miało jednak premierę (lub niebawem będzie miało) kilka tytułów pozostawiających nadzieję, że gatunek filmowej fantastyki naukowej nie zszedł zupełnie na psy. Po pierwsze - Strażnicy, którzy pokazali, jak wykorzystując temat kina superbohaterskiego przemycić dorosłe treści, bawiąc się przy tym historią i ikonami popkultury. Po drugie, Moon który, mam nadzieję, będzie nam dane zobaczyć w oficjalnej kinowej dystrybucji) sprawiający wrażenie klimatycznej opowieści z inteligenckim zacięciem. Do tego dwa bezkompromisowe obrazy postapokaliptyczne, jeden nadchodzący, Droga (na podstawie powieści Cormaca McCarthy’ego, czyli autora literackiego oryginału To nie jest kraj dla starych ludzi), drugi już goszczący w kinach, czyli Miasto ślepców (które nie wszystkim przypadło do gustu). I w końcu bohater recenzji, czyli Dystrykt 9 - pojawił się niemalże znikąd i już pierwszym zwiastunem narobił sporo szumu, rozbudzając wśród miłośników gatunku nadzieje na powrót rasowego kino sci-fi.

Nadzieje te zdecydowanie spełnił, o czym byłem przekonany już po pierwszych minutach filmu, kiedy to miałem ochotę wybiec z kina na ulicę i ściągnąć na seans napotkanych przechodniów. Początek okazał się zresztą tylko preludium do kilkudziesięciu minut kapitalnego, bezpretensjonalnego (no dobra, nie do końca, ale o tym później), fenomenalnego technicznie kina rozrywkowego pełną gębą. Znamienne w kontekście powyższego wstępu, że przed wykorzystaniem ostatniego przymiotnika chwilę się zawahałem. Kino rozrywkowe, do tego z kosmitami (i, co gorsza, z pojawiającymi się zmechanizowanymi zbrojami), automatycznie rodzi bowiem zniechęcające skojarzenia z najnowszymi tworami Michaela Baya. Z drugiej strony spotkałem się z niechętnymi wobec filmu opiniami bazującymi na zwiastunie, które obawiały się przeintelektualizowanej, łzawej historii o dręczonych przez ludzi kosmitach. Nic z tych rzeczy, powyższe niepokoje są nieuzasadnione. Dystrykt 9 zgrabnie balansuje pomiędzy poważną tematyką a stricte rozrywkowym charakterem całości, skłaniając się bardziej ku temu drugiemu, ale sięgając po formę w żadnej mierze niekojarzoną z dzisiejszymi przedstawicielami takiego kina.

Przede wszystkim mamy tu dużą (acz nie przesadzoną i niczym nie epatującą) dawkę przemocy, plamy i rozbryzgi krwi często towarzyszą nam na ekranie, ba, kilkakrotnie widać rozrywanych na strzępy ludzi, zapewniam jednak, że nie jest to ani tak przerysowane jak w ostatnim Rambo, ani dosadne jak w Bękartach wojny od kilku dni goszczących na ekranach kin. Kamera nie ucieka wstydliwie przed pokazywaniem scen śmierci w całej swej krwistej okazałości, ale bynajmniej nie przygląda się im ze specjalnym zamiłowaniem i nie skupia nań zbyt długo swej uwagi. Podobnie wygląda sprawa z językiem, który nie jest sztucznie łagodzony, ale nie ma też mowy o nagromadzeniu „łaciny” spod znaku współczesnych filmów gangsterskich. Reasumując, reżyser założył sobie, że film skierowany będzie do dorosłego widza, a więc nie trudził się złagodzeniem przedstawionego świata, zyskując tym samym na realizmie.

W parze z nim idzie strona techniczna, od scenografii z wszechobecnym brudem i syfem slumsów, w których żyją kosmici i odhumanizowanym laboratorium, gdzie dochodzi do okrutnych eksperymentów, po sam wygląd kosmitów powodujący opad szczęki. Niesamowite, jak realistyczny efekt udało się uzyskać za 30 milionów dolarów, zwłaszcza w kontekście świecących jak bożonarodzeniowe choinki Transfomersów wykreowanych za sześciokrotność tej sumy. Przypominam, że mówimy o przerośniętych krewetkach (twór w pełni komputerowy), które z miejsca akceptujemy jako faktycznie istniejące istoty (no dobra, to już zależy od widza, niektórzy w życiu nie zaakceptują przerośniętych owadów o antropomorficznych cechach, nieważne jak fenomenalnie byłyby one wykonane), z którymi ludzkość ma kontakt. Doprawdy, niesamowite efekty, jedne z najlepszych, jakie widziałem od bardzo dawna (raz jeszcze podkreślam, że film kosztował 30 milionów, czyli zwyczajową gażę niejednej amerykańskiej gwiazdy ekranu).

A co z historią? Hmm, no właśnie, to jest w zasadzie najsłabszy element filmu, a przynajmniej jego końcowe 30 minut, będące pewnym rozczarowaniem po fantastycznej pierwszej połowie. Fabuła wyjściowa jest prosta, ale w tej prostocie tkwi siła. Przed dwudziestu laty pojawił się nad afrykańskim miastem kosmiczny statek. Na jego pokładzie znaleziono ogromną ilość skrajnie niedożywionych kosmitów. Wydzielono im kawałek ziemi, który szybko przerodził się w kolejne slumsy, odgrodzone, żeby chronić bogatą ludność przed niebezpiecznym "marginesem społecznym". Po dwudziestu latach cały ten galaktyczny motłoch postanawia się przenieść o dwieście kilometrów od miasta w celu odseparowania ich od niechętnych im ziemian. Przebieg całej akcji nadzoruje Wikus (kapitalny debiut kinowy Sharlto Copleya, który dotąd miał okazję wystąpić jedynie w krótkometrażówce Blomkampa, poprzedniczce Dystryktu 9). Podczas przygotowań do procesu eksmisji zostaje on oblany cieczą wytworzoną przez nieziemskich emigrantów - w efekcie stopniowo zamienia się w jednego z nich. Dalszego przebiegu fabuły zdradzał nie będę, wprawdzie pod koniec staje się ona mocno przewidywalna i oparta na kliszach filmowych, ale przez pierwszą połowę filmu oferuje garść niebanalnych pomysłów.

Największym minusem filmu jest właśnie brak mocnego uderzenia na koniec, czegoś, co mogłoby współgrać z fantastyczną pierwszą połową wprowadzającą w świat relacji ludzko-pozaziemskich. Im bliżej zakończenia, tym mocniej zaczynają się nawarstwiać nieprawdopodobności i umowności scenariuszowe (a do tego lekkie infantylizmy), które przy braku dobrej woli są w stanie zaważyć na naszej końcowej ocenie. Czepialstwo u widza może być efektem ubocznym pewnych nie do końca przemyślanych decyzji Blomkampa. Od samego początku daje się odczuć, że to miał być przede wszystkim film rozrywkowy, a chęć opowiedzenia czegoś mądrego pojawiła się jedynie przy okazji jako smaczek dla bardziej wnikliwych widzów. Jednak połączenie motywu obcych z realistyczną formą pozwoliło wierzyć, że mamy do czynienia z czymś "głębszym" i gdy okazało się, że tak naprawdę to "tylko" kolejne kino rozrywkowe, rozbudzone oczekiwania widowni musiały się skończyć jękiem zawodu. Fakt ten nie powinien jednak rzutować znacząco na odbiór samego filmu, który do końca nie schodzi poniżej pewnego (wysokiego) poziomu i gdyby "pozorowana głębia" miała czynić go złym, to ja życzyłbym sobie kilka takich dennych sci-fi rocznie. Wierzę, że to tytuł, który przy kolejnych seansach, gdy już pozbędziemy się nadmiaru wybujałych oczekiwań, będzie tylko zyskiwał. Kończąc, jeszcze raz podkreślę - oto rasowe rozrywkowe kino sci-fi. Tylko tyle i aż tyle.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż wszystkie komentarze
  • kuroneko16 : 2016-04-16 01:02:08

    film całkiem niezły, ma dziwny klimat, wciągającą fabułę i dość zaskakujące zakończenie, choć uważam, że trochę jest tak zakamuflowany wątek poprawności politycznej, co nie do końca mi pasi..

  • Altena : 2013-10-02 17:51:05

    Na szczęście nie płaciłam za to - i chwała Bogu. Zgadzam się z recenzją, że film miał ciekawy pomysł, początek przykuwał uwagę. Potem niestety - im dalej, tym gorzej. Miałam też wrażenie, że producenci delektowali się przemocą i obrzydliwością, po obejrzeniu człowiek ma uczucie, jakby zjadł coś bardzo nieświeżego.

  • Protson : 2009-10-21 12:40:14
    :O

    Szczęka opadła mi na widok samego tematu, nigdy, ale to nigdy nie przypuszczałbym, że kiedykolwiek ktoś uzna ten film jako warty obejrzenia. Sceny akcji, ograniczone są conajmniej do tych które były zaprezentowane w trailerze (jest ich bardzo niewiele). Przyznać trzeba, że "krewetki" faktycznie wyglądały spoko, co jednakże wcale nie rekompensuje tragicznej wręcz fabuły filmu, która jest prosta, drastycznie przewidywalna i niewciągająca. Parę efektów specjalnych, które w żadnej mierze nie dorównują wspomnianym wcześniej Transformers czy innej tego typu produkcji, określić można na conajmniej mierne. Rozpadające się ciała na wszystkie strony, rodem prosto z filmów typu Gwiezdne Wrota z lat 90. Do tego wszystkiego dochodzi kiepski aktorzyna odgrywający główną rolę z debilnym wyrazem twarzy (nie wiem czy to przez te hitlerowskie wąsiki).

    Podumowując, stracone 2h z życia i 18 zł na bilet.

  • Skomentuj
  • Pokaż wszystkie komentarze