Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Sherlock Holmes - recenzja

Autor:moshi_moshi
Korekta:IKa
Kategorie:Film, Recenzja
Dodany:2010-01-22 23:27:05
Aktualizowany:2010-01-22 23:28:05



Ilustracja do artykułu

Tytuł: Sherlock Holmes

Czas trwania: 128 min.

Rok: 2009

Producent: Australia, USA, Wielka Brytania

Reżyser: Guy Ritchie

Scenariusz: M.R. Johnson, Anthony Peckham, Simon Kinberg

Muzyka: Hans Zimmer

Zdjęcia: Philippe Rousselot

Scenografia: Sarah Greenwood


Na seans Sherlocka Holmesa szłam z mieszanymi uczuciami. Lubię radosną i zakręconą twórczość Guya Ritchiego, ale zarówno literacki pierwowzór, jak i jego dotychczasowe adaptacje nijak nie pasowały mi do artystycznych wizji Brytyjczyka. W mojej głowie powstał obraz filmu, w którym dwaj niewydarzeni goście, przy użyciu mięśni, będą zwalczać najgorsze londyńskie szumowiny. Dzięki ci Boże! Pomyliłam się! (Chociaż początek nie nastrajał zbyt optymistycznie.)

W podziemiach jednego z londyńskich budynków, owiany mroczną sławą lord Blackwood odprawia rytuał czarnej magii, którego zwieńczeniem ma być śmierć uroczej niewiasty. Niestety ma pecha, ponieważ ścigający go od dłuższego czasu Sherlock Holmes (Robert Downey Jr.) wraz z nieodłącznym partnerem, doktorem Watsonem (Jude Law), udaremniają zbrodnię i pakują złoczyńcę za kraty. Wreszcie mieszkańcy Londynu mogą odetchnąć - szalony lord czeka na egzekucję, a nasz genialny detektyw nie mogąc znieść bezczynności, pije na umór i przeprowadza dziwaczne eksperymenty, nie dając żyć sąsiadom. Jego „smutek” potęguje fakt, że najlepszy przyjaciel, Watson, postanowił się wreszcie ustatkować i wyprowadza się wraz z narzeczoną. Tymczasem termin egzekucji Blackwooda zbliża się wielkimi krokami. Ostatnim życzeniem skazanego jest spotkanie z człowiekiem, przez którego straci życie, a znudzony do granic wytrzymałości Holmes zgadza się na tę rozmowę. W trakcie widzenia, morderca zdradza detektywowi informację, że po jego śmierci zginą jeszcze trzy osoby i tym zbrodniom nie będzie on mógł zapobiec. Bohater, mimo że zaintrygowany osobowością szaleńca, nie daje wiary uzyskanym informacjom i z fasonem opuszcza więzienie. Wyrok śmierci zostaje wykonany, ale… Jakimś cudem krypta, w której zostaje pochowany Blackwood zostaje zniszczona od środka, a on sam ponoć zmartwychwstaje…

Kiedy zobaczyłam głównego antagonistę ubranego w długą, czarną szatę, mamroczącego coś niezrozumiale nad ołtarzem ofiarnym, na którym leżała piękna, niewinna dziewczyna w białej sukni, zwątpiłam. Gorzej zacząć się nie mogło. Oczyma mojej duszy widziałam tę mroczną organizację, pentagramy, biedne dziewice, czarne kotki, koguciki itp. Na szczęście z moich przewidywań spełniły się tylko dwa pierwsze, chociaż i to nie świadczy zbyt dobrze o fabule. No cóż, akurat ta część filmu wyszła twórcom średnio… W niektórych momentach dosłownie rozłazi się w szwach, a przez dziury można przechodzić bez schylania się. Dopóki mieliśmy do czynienia z pojedynczym świrem, było nawet nieźle, ale tajemniczy zakon pilnujący porządku na świecie / chcący przejąć władzę nad nim, to już przesada. Proszę, takie numery to u Dana Browna, a nie u reżysera, który ze zwyczajnego kryminału potrafi zrobić małe dzieło sztuki o kompozycji mozaiki, gdzie do końca nie wiadomo, co i jak. Tymczasem w Sherlocku Holmesie bardzo szybko da się przewidzieć jak potoczy się akcja i co chowa w zanadrzu Blackwood. Swoją drogą, tak płaskiej, beznadziejnej i mdłej postaci, nie widziałam już dawno. Do Standardowego Kompletu Cech Tego Złego zabrakło tylko obłąkańczego śmiechu, poza tym - encyklopedyczny przypadek (miał nawet pomagiera-idiotę!). Mark Strong wcielający się w tę postać, przypominał nażelowaną kłodę drewna i trudno mi powiedzieć, czy to wina scenariusza, czy jego kiepskich umiejętności aktorskich. Już Buka z Muminków była straszniejsza!

Być może czarny charakter nie byłby taki beznadziejny, gdyby Ritchie również w jego przypadku postanowił nie trzymać się utartych, klasycznych schematów zaczerpniętych z książki,. Bo czego złego by nie mówić o fabule, duet Holmes - Watson jest absolutnie genialny! To tak naprawdę siła napędowa całego filmu, dwaj przyjaciele i otaczająca ich „aura zajedwabistości” pozwalają cieszyć się z seansu, mimo wielu braków w scenariuszu. Chyba każda osoba, która kiedykolwiek miała styczność z dziełami młodego Brytyjczyka, doskonale pamięta jego charakterystyczne pełnokrwiste postacie, cięte, inteligentne dialogi oraz lejący się strumieniami czarny humor. Nie zabrakło ich w Sherlocku Holmesie, co moim zdaniem jest jedną z trzech zasadniczych przyczyn sukcesu tego filmu. Tylko o tytułowym bohaterze mogłabym napisać hymn pochwalny, mimo że bardzo obawiałam się, czy nie będzie się zbytnio różnił od książkowego pierwowzoru. Tymczasem reżyserowi udało się przystosować detektywa - dżentelmena do potrzeb i oczekiwań współczesnych widzów, jednocześnie nie tracąc nic z uroku oryginału, a wręcz wzbogacając go, a to duża sztuka. Holmes jest piekielnie inteligentną i jednocześnie niesamowicie ekscentryczną osobą, o niezwykle szerokich zainteresowaniach. To pracoholik, pogrążony w swoim małym, dziwacznym świecie, do którego dopuszcza niewielu. Chylę czoła przed Robertem Downeyem Jr., który fantastycznie sprawdził się w tej roli. Jego Holmes nie jest chłodnym, opanowanym dżentelmenem, to raczej jednostka wybitna, odludek, ale jednoczesnie prawdziwy mężczyzna, który kiedy trzeba potrafi dać przeciwnikowi po gębie. Dzięki wyrazistej mimice, gestykulacji, Robert Downey Jr. dosłownie „wtopił” się w epokę i stworzył postać może niekoniecznie stuprocentowo wierną książce, ale za to piekielnie realistyczną i „żywą”.

Uczłowieczenie detektywa wyszło na dobre jego relacjom z Watsonem, które zawsze były dla mnie nieco sztuczne. Doktor zwykle jawił mi się jako „element dodatkowy”, taki niepełnoprawny bohater, traktowany przez Holmesa z góry i trzymany na dystans, bardziej obserwator niż uczestnik zajść. Tymczasem w filmie widzimy ich jako pełnoprawnych partnerów, prawdziwych przyjaciół, bez rozróżnienia na tego bardziej poważanego i jego „służącego”. Uzupełniają się, Watson jest przeciwieństwem kolegi i jednocześnie jego „skrzynką kontaktową” ze światem zewnętrznym. To też ważne, że Ritchiemu udało się pokazać Sherlocka jako osobę genialną, ale równocześnie niezdolną do normalnego współżycia z resztą społeczeństwa, bo jednak nadmiar wiedzy i zdolności dedukcyjnych może być przekleństwem. Poza tym, nareszcie Watson, po którym znać, że nie spędził życia na sielskiej angielskiej wsi (dla niewtajemniczonych: był on lekarzem wojskowym, który odsłużył swoje w Afganistanie). Przyznaje, że panowie są przebojowi, fantastyczni i w ogóle tak cool, że już bardziej się chyba nie da, ale zdecydowanie dają się lubić, chociaż wierni fani książek mogą zgrzytać zębami.

Napisałam, że na sukces tej produkcji złożyły się trzy rzeczy, oprócz bohaterów wymienionych wyżej, będą to scenografia i muzyka. Ta pierwsza zachwyca swoją szczegółowością i dopracowaniem. Londyn z końcówki XIX wieku jest brudny, ciasny, mokry i niesamowicie fascynujący. Widz prawie czuje ten smród i stęchliznę, marząc by móc się tam znaleźć i wszystkiego dotknąć. Co prawda, nie jest to wizja aż tak zapierająca dech w piersiach jak w przypadku Paryża w Pachnidle, ale robi swoje. To ten typ dekoracji, które tworząc niesamowity klimat, nie przytłaczają widza i nie odciągają jego uwagi od akcji, ale jednocześnie nie dają się nie zauważyć. Muzyka skomponowana przez Hansa Zimmera również doskonale uzupełnia obraz. Możemy usłyszeć utwory zarówno spokojne, prawie niezauważalne, jak i dynamiczne, pełne napięcia, które idealnie ilustrują to, co akurat dzieje się na ekranie. Mnie chyba najbardziej spodobała się kompozycja, którą można usłyszeć podczas sceny nielegalnego meczu bokserskiego, bardzo lubię takie żywiołowe, celtyckie dźwięki.

Sherlock Holmes nie jest dziełem wybitnym czy aspirującym do bycia ambitnym. To czysta rozrywka, która ma porwać widza błyskotliwymi dialogami, widowiskowymi pościgami i atrakcyjnymi bohaterami, granymi przez będących u szczytu popularności aktorów. Co prawda jest kilka rzeczy, które mocno kuleją i wybrednemu widzowi nie pozwalają się do końca cieszyć seansem, ale jest też mnóstwo innych, które skutecznie potrafią zatrzeć przykre wrażenie i wyjść z kina zadowolonym i zrelaksowanym. Film, mimo że nie do końca wierny swojemu pierwowzorowi, prezentuje się nadzwyczaj dobrze na tle wielu innych „superprodukcji” z ostatnich lat. Przede wszystkim, postawiono na bohaterów i scenariusz (chociaż ta część pracy wyszła średnio), a nie na efekty specjalne, które od jakiegoś czasu, zdają się być ważniejsze od całej reszty. Produkcja nie ustrzegła się tylko jednego popularnego chwytu, a mianowicie zakończenia wyraźnie sugerującego powstanie kolejnej części. Na dodatek podsunięto widzom informację, kto tym razem będzie przeciwnikiem genialnego duetu z Baker Street i muszę przyznać, że chociażby przez to, z niecierpliwością będę oczekiwać kolejnego filmu. Czy warto iść do kina? Moim zdaniem, jak najbardziej!


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż wszystkie komentarze
  • onee-san : 2010-08-14 15:36:42
    Film dobry

    Niby nic w tym filmie genialnego, czy też odkrywczego,ale jednak bardzo przyjemnie mi się go oglądało. Może to dzięki Robert Downey Jr. (lubię tego aktora), wg mnie pasował do roli Holmes'a.

  • Mara : 2010-02-21 16:17:08
    Pomyłka

    Argh, pomyliłam recenzenta z korektorem. Zwracam honor.

  • IKa : 2010-02-19 23:26:17
    RE:

    Mara napisał(a):
    Film oceniam pozytywniej niż ty, Iko _^_ o

    ...Ale to recenzja moshi_moshi jest?

  • Mara : 2010-02-19 22:40:26

    Jeżeli chodzi o Holmesa, dawno nie widziałam we współczesnym kinie czegoś, co miałoby fabułę i było dobre. Kiedy usłyszałam o ekranizacji Holmesa, na początku więc jęknęła,... nie, ktokolwiek by tego nie dawał, to jest kino amerykańskie i skierowane dla nikogo innego jak tych od McDonalda.

    Film oceniam pozytywniej niż ty, Iko _^_ organizacja nawet się wpasowywała w standardy XIX wieku, chociaż raczej pierwszej połowy, ale takie zakony istniały i trudno temu zaprzeczyć. Ich kwestię rozwiązano moim zdaniem z dozą szopki, jakiej naturalnie potrzebowały, a równocześnie - nie było wszędzie tego mistycyzmu, jaki roztaczały. Od początku do końca oddzielona była wizja wydarzeń "oficjalnie" oraz z perspektywy Holmesa. Swoją drogą duet jego i Watsona byli bodaj najlepiej wygraną parą w tym filmie.

    Która postać mnie raczej irytowała, był to nie Blackwood (on był po prostu zły, zostawmy go z boku. no i miał nierównego zęba) a Irene. Odnosiłam przez jakiś czas wrażenie, że postać była w filmie z leksza niepotrzebna - o ile książkowo przyćmiewany przez Sherlocka był Watson, o tyle filmowo to jej rola, mimo pokazanego potencjału postaci, jest wybitnie i doszczętnie drugoplanowa. Na dodatek układa się to w iście amerykański schemat.

    Słowem o muzyce - dawno nie słyszałam nic tak klimatycznego i... specyficznego, aby wpisywało się w klimat filmu. Oczywiście, większość produkcji dzisiaj ma dość dobrą muzykę, takie są standardy, ale Zimmer zrobił coś takiego, że w Sherlocku ta muzyka JEST i to widz wręcz CZUJE. Jak myślisz nawet o fabule filmu, przypomina ci się OST, jak słuchasz OSTa, myślisz o filmie.

    Podsumowując, film bardzo mi się podobał, warto go obejrzeć, chociaż, ze względu na to co uiściła autorka w recenzji, trudno go polecić autorom twórczości pana Doyle'a.

  • Milika : 2010-02-18 23:53:27
    Było dobrze ;)

    Muzyka mnie urzekła :) Film odebrałam niezwykle pozytywnie, był naprawdę fajny. Reżyser miał własną wizję Sherlocka Holmesa i ciekawie ją przedstawił. Lubię tę postać, ale myślę, że burzenie się bo 'jest inna niż w książce' jest odrobinę przesadzone. Natomiast fakt faktem, wątek detektywistyczny bynajmniej nie zachwycał. Tak więc film polecam ze względu na postaci i relacje między nimi (wiwat dla Holmesa i Watsona!) oraz muzykę, bo pod tym względem naprawdę urzeka. Natomiast osobom szukającym fascynujących zagadek proponuję raczej zajrzeć do książek.

  • Skomentuj
  • Pokaż wszystkie komentarze