Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Wojna o Pierścień - recenzja

Autor:Grisznak
Korekta:IKa
Kategorie:Recenzja, Gry (Planszowe)
Dodany:2010-04-05 08:00:34
Aktualizowany:2013-06-22 14:46:34



Tytuł: Wojna o Pierścień

Wydawca: Simulations Productions Inc.

Rok wydania: 1977

Autor: Richard Berg, Howard Barash

Wydanie polskie: Encore

Liczba graczy: 2

Gatunek: strategiczna, planszowa, fantasy

Rozszerzenia: brak

To była gra, która robiła wrażenie chyba na wszystkich, którzy ją mieli w rękach. Po kilku niezłych planszówkach (Ratuj swoje miasto, Labirynt śmierci, Bitwa na polach Pelennoru, Gwiezdny kupiec), w 1990 r. firma Encore zapowiedziała, że szykuje prawdziwą bombę, grę, która umożliwi wierne odegranie wydarzeń przedstawionych we Władcy Pierścieni J.R.R. Tolkiena. Wydana w 1991 r. Wojna o Pierścień z miejsca dostała tytuł gry roku, stając się jednym z najlepiej sprzedających się tytułów tamtych lat - i zarazem chyba największym rozczarowaniem na rynku gier planszowych. Zrzucam to po trochu na karb wieku - byłem akurat po pierwszej lekturze trylogii i gdy tylko pojawiła się gra, z miejsca ubłagałem rodziców, aby mi ją kupili. Jak na swoje lata nie była tania (90 000 złotych - cena widnieje wciąż na opakowaniu - dla porównania inne planszówki kosztowały po 40 000 - 60 000), ale tematyka i zawartość pudła z miejsca przyciągały.

Efektowna okładka z Aragornem, Frodem, Gimlim i Legolasem dziś może wydawać się już nieco śmieszna, ale jak na swoje czasy wyglądała niezwykle efektownie. Poza tym, pudełko - w czasach, kiedy sporo gier sprzedawano w folii - to było coś istotnego. A zawartość - karty postaci, sztancowane żetony, olbrzymia plansza potęgowały ten efekt. Do dziś zdarza się, że gry strategiczne mają żetony do wycinania i sklejania (za czym niespecjalnie przepadam). Encore już wtedy dawało żetony na sztancy. Co prawda graficznie były one bardzo proste, zawierały dwie cyferki i umowny znaczek symbolizujący jednostkę, zaś żetony postaci - wyłącznie imię i cyferki, ale jednak przy tak dużej liczbie żetonów brak konieczności ich wycinania i sklejania stanowił duże ułatwienie. Skromne grafiki na żetonach wynagradzały za to karty postaci - każdy bohater miał swoją kartę, na której z jednej strony mieliśmy obrazek (w większości udany, choć taki np. Boromir wyglądał jak Thorgal Aegirsson), z drugiej zaś - statystyki, imię i krótki opis. Osobny zestaw kart dotyczył magicznych przedmiotów, a osobny - to wydarzenia, które losowało się w trakcie gry. Do tego instrukcja oraz kartki z tabelkami oraz punktami życia bohaterów. Tak, jak na tamte czasy było tego dużo, pod tym kątem z Wojną o Pierścień konkurować mógł chyba tylko Gwiezdny kupiec.

Plansza do dziś może robić wrażenie swoim rozmiarem (80 na 112 cm), dorównując tym samym największym spośród dziś wydawanych gier. Przedstawia ona całe Śródziemie, od zatoki Forochel po Umbar. Pokryto ją siatką heksów, a także (dość umownie) zaznaczono granice prowincji. Graficznie prezentuje się ona całkiem nieźle, choć rzut oka wystarczy, aby dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dość dziwnym światem, gdzie najgęściej zaludnionym obszarem są ziemie hobbitów, ale ludzkie królestwa składają się z dwóch (Rohan) lub czterech Gondor (ośrodków miejskich). W całym, bardzo dużym obszarze na północ od Mordoru i na wschód od Gór Mglistych znajduje się tylko jedno miastu - Dale. Niektóre prowincje wydają się całkowicie odludne, a jednak jakimś cudem wystawiają w trakcie gry wojska. Wpadka ta wynika z niewolniczo wiernego przeniesienia mapy z książki (choć dziwi np. brak Osgiliath), bez jakichkolwiek prób własnej inwencji, co zapewne tłumaczone być mogło chęcią jak najdokładniejszego oddania realiów tolkienowskich. Niestety, źle to służy grze. Ale o tym później. Jedna czwarta planszy to miejsce na karty, tabelka Punktów Cienia, licznik czasu i legenda. Papier, na jakim wydrukowano planszę, jest dość cienki i ma tendencje do pękania wzdłuż linii złożeń. Mimo to przez te 18 lat gra trzyma mi się nieźle.

Po obejrzeniu tego wszystkiego, do ręki brało się instrukcję. Ta nie jest specjalnie gruba - liczy szesnaście stron, z czego część to szczegółowe opisy postaci. Brak tu spisu treści. Zasady podzielono na dwie części - wersję uproszczoną i wersję pełną. Od razu powiem, wersja uproszczona jest w zasadzie niegrywalna. Sterujemy tu bowiem drużyną pierścienia, która ma za zadanie dotrzeć do Mordoru i zrobić to, co trzeba. Druga strona, używając swoich postaci, ma za zadanie nie dopuścić do tego. Co prawda nic nas nie zmusza, aby powtarzać trasę z kart powieści, ale tak czy inaczej, na wielkiej planszy porusza się raptem kilkanaście żetonów, ginąc na niej kompletnie. Na dodatek, źle zbalansowano siły i odniesienie zwycięstwa siłami Saurona nie jest specjalnie skomplikowane.

Wersja pełna jest nieco lepsza. Wprowadza bowiem żetony armii i mocny aspekt strategiczny. Drużyna pierścienia swoje, ale teraz na planszy roi się od żetonów wojsk. Znowu niestety pojawia się ten sam problem co poprzednio - brak balansu między wojskami. Potęga armii Saurona i Sarumana jest tak duża, że grając czysto strategicznie, ich zwycięstwo jest niemal oczywiste. Warunki sukcesu są bowiem niemal banalne, w okolicy każdej z lokacji punktowych Sauron posiada duże siły, wystarczające do osiągnięcia celu. Skrzywieniem jest tu Dol Guldur, które dysponuje potężnym garnizonem, kilka razy większym niż pałac Thandurila, który jest jednym z celów armii ciemności. Armię Isengardu po pełnej mobilizacji aż nadto wystarczą by roznieść Rohan i zająć ziemie hobbitów, zaś wojska Mordoru, Haradu, Khandu i Umbaru po prostu rozjeżdżają Gondor, zanim ten zdąży się pozbierać. Dowodzący wojskami przymierza może w zasadzie liczyć tylko na bardzo dużą ilość szczęścia przy rzutach kostką w trakcie bitwy, ograniczenia wynikające z konieczności używania przez Saurona Punktów Cienia oraz spory wpływ wodzów.

Oczywiście, o wszystkich wyżej wymienionych rzeczach gracze przekonywali się dopiero po rozegraniu kilku partii. Wojnę o Pierścień zabiło to, co miało być jej największą zaletą - wierność książce. Z kart Władcy Pierścieni dość jasno wynika, że Przymierze nie miało szans na zwycięstwo militarne. Szczęśliwe zbiegi okoliczności (Enty, zniszczenie Pierścienia, umarli z Dunharrow) niby też tu się pojawiają, ale nie zawsze w odpowiednich momentach. Przy ich braku gra dość szybko zmienia się w masakrę sił dobra przez siły zła. Jedyną skuteczną taktyką dla Przymierza jest modlitwa o dobre rzuty podczas gry i zmuszenie Saurona do walki na wielu frontach jednocześnie - to zmusza go do oszczędnego gospodarowania Punktami Cienia i nieco spowalnia jego ofensywę. Cóż jednak z tego, jeśli dzięki samej liczbie Zło może dość swobodnie dyktować warunki? Co więcej, gra jest, paradoksalnie, krótka. Liczba tur jest za mała, przez co rozgrywka trwa zwykle nie dłużej niż półtorej - dwie godziny, rzadko kiedy kończąc się pełnym sukcesem którejś ze stron.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu graczy z mojego pokolenia Wojna o Pierścień jest być może grą kultową i niezwykle ważną. Mimo wszystkich wyżej wymienionych wad również przez lata miałem do niej spory sentyment. Dopiero kilka lat temu dowiedziałem się, że była polską wersją oryginału (przy czym próżno o tym szukać informacji na pudełku lub w instrukcji) wydanego w 1977 r. przez Simulations Productions. Tak zresztą było z wieloma grami wydawanymi wówczas przez Encore, w czasach, gdy ustawa o ochronie praw autorskich w Polsce jeszcze w zasadzie nie działała. Mimo wszystko, na tle innych gier z Encore, takich jak Odkrywcy Nowych Światów (kapitalna gra planszowa dla jednej osoby) czy Gwiezdny kupiec ta gra nie broni się specjalnie i można ją potraktować bardziej jako tolkienistyczną ciekawostkę niż coś, w co po latach można z przyjemnością zagrać raz jeszcze.

Jako epilog dodać można, że kilka lat temu firma Fantasy Flight Games wydała swoją edycję tej gry, która aktualnie dostępna jest w sklepach. Zmieniono w niej bardzo wiele, wprowadzono figurki, poprawiono zasady, tworząc w zasadzie nowy produkt, który tylko nazwą i ogólnymi zasadami przypomina dawną Wojnę o Pierścień. Jeśli już sięgać dziś po Wojnę… to najlepiej chyba właśnie w tym wydaniu.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.