Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Ostatnia stacja

Ostatnia stacja

Autor:San-san
Korekta:Dida
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Fantasy, Obyczajowy, Przygodowe
Uwagi:Alternatywna rzeczywistość
Dodany:2011-12-10 10:16:03
Aktualizowany:2011-12-10 12:52:03


Następny rozdział

Pole należy wypełnić w przypadku zamieszczenia tłumaczenia opowiadania zagranicznego. Wymaganymi informacjami są: odnośnik do oryginału oraz posiadanie zgody autora na publikację. (Przypominamy, że na Czytelni Tanuki zamieszczamy tylko te tłumaczenia, które takową zgodę posiadają.)

Dla własnych opowiadań, autor może wyrazić zgodę lub zakazać kopiowania całości lub fragmentów przez osoby trzecie.


Pociąg nareszcie zatrzymał się. Przeciągnąłem się i trąciłem Esker w ramię. Esker to moja matka, ale nie umiem o niej inaczej myśleć. Rzadko mówię do niej „mamo”, po prostu to do niej nie pasuje. Czasem mam wrażenie, że to ja się nią opiekuję, a nie odwrotnie. No proszę. Dojechaliśmy na miejsce, a ona śpi w najlepsze za nic sobie mając resztę świata.

Spuściłem okno w dół i wyjrzałem, wychylając głowę na zewnątrz. Sonmolla to ostatni przystanek na drodze tej kolei. Jest to niewielkie miasteczko najniżej położone w ziemi Queliman. Esker opowiadała, że góry opasują Sonmollę w pół pierścienia, przez co tworzy coś w rodzaju zatoki wśród gór. Nic jednak nie jest w stanie równać się z zobaczeniem wszystkiego na własne oczy. Góry wznoszą się nad niewielką przestrzenią miasteczka zielonym dywanem lasów. Najwyższe szczyty to już gołe skały, rozjaśnione w słońcu. Na nieregularnie rosnących zboczach (podobno) rozrzucona jest cała masa wiosek, zupełnie niewidocznych z tej perspektywy. Esker opowiadała mi dosyć szczegółowo o wszystkim, ale rzeczywistość przeszła moje najśmielsze oczekiwania i dopiero teraz ucieszyłem się z przyjazdu.

Dlaczego cieszę się, że opuściliśmy prawdziwie cywilizowane, ludne, miasta z południa? Otóż, nie wiem. Albo powiedziałbym raczej, składa się na to wiele czynników. Szkoda czasu by się nad tym rozwodzić, uznajmy, że zwyczajnie miałem już dosyć tempa wielkich miast, hałasu i tamtejszych ludzi. Gdy Esker zaproponowała po rozwodzie, powrót do jej rodzinnych stron, bez słowa sprzeciwu spakowałem walizkę i tak oto trafiłem na koniec świata.

Gdy udało mi się ją dobudzić i wyszliśmy na jedyny peron, wpadliśmy wprost w objęcia malutkiej siwowłosej kobiety. Prędko zorientowałem się, że to musi być matka Esker, te same czarne oczy, gęste brwi i drobne dziewczęce twarzyczki. Kobieta musiała kiedyś mieć też zapewne czarne włosy jak Esker. Moja babcia. Poprawiłem się od razu w myślach. Nigdy nie miałem okazji poznać dziadków. Kilka razy rozmawialiśmy przez telefon, no i w miarę regularnie wysyłaliśmy sobie kartki na święta. Esker zaczęła prowadzić chyba korespondencję, ale dopiero, gdy miałem już około pięciu lat.

- Rill mój chłopcze. Jak dobrze cię wreszcie zobaczyć na własne oczy! Tyle lat Esker. Tyle lat minęło, zdążyliśmy się już zestarzeć.

- Witaj w Sonmolli. - Dziadek uściskał mi silnie dłoń. Szczupły mężczyzna, pomarszczony jak skóra po kąpieli. Mimo iż lata przygięły go nieco, wciąż znać było po nim, że był niegdyś postawnym, wysokim mężczyzną. - Jak minęła podróż?

Zagadywani przez parę staruszków ruszyliśmy w stronę zaparkowanego samochodu. W trakcie jady Esker nie mogła usiedzieć w jednym miejscu. Wciąż wychylała się przez okno i pokrzykiwała z entuzjazmem.

- O mój Boże! Ten sklep cukierniczy wciąż tu stoi? Rodzinna tradycja, co? Mamo pamiętasz zawsze kupowałaś mi tu miętówki. Ach widzę, że ogrodzili park. Jak tu czysto, a w zasadzie wolałam jak był taki zarośnięty. Co to za rzeźba... Fontanna? Dawno tu stoi? Jest paskudna, chociaż i tak lepiej wygląda niż ta drewniana buda, która tu stała. Aaa! Dom pani Hagard, nie wierzę. Po tylu latach mogliby go przemalować. Czy to nie był Pit? Jaki stary, a chodziłam z nim do podstawówki. Może to jednak nie Pit, za gruby jakiś. O jaki sklep postawili, a tak, tak, mówiłaś mi kiedyś, że budują...

Paplała tak całą drogę porównując zmiany, jakie zaszły przez przeszło piętnaście lat od jej wyjazdu. Ja natomiast oglądałem okolicę, przykładając własną miarę.

Sonmolla miała przyjemną, choć niecodzienną architekturę. Domy, najwyższej dwu-, trzypiętrowe, tworzyły szpaler wzdłuż drogi, stykając się dachami. Pomiędzy nimi pojawiały się sklepy z przepysznymi witrynami, a nad każdym wejściem widniały ręcznie malowane szyldy. Przywodziły na myśl stare sklepy z dzwoneczkiem nad drzwiami i z długą polerowaną ladą. Uprzedzę wydarzenia potwierdzając, że rzeczywiście kilka z nich tak wyglądało.

Ruch był niewielki, minęło nas raptem kilka samochodów, w większości równie starych co samochód dziadków oraz kilka terenówek. Budynki przerzedzały się w miarę jak oddalaliśmy się od stacji kolejowej. Wreszcie samochód przeturlał się dudniąc przez kamienny mostek i zajechał na podwórze niewielkiego, ale zadbanego domku. Po podwórzu kroczył dostojnie łaciaty kaczor. Widząc moją zdziwioną minę dziadek objaśnił:

- To Papel, ulubieniec babci. Kiedyś mieliśmy całe stadko, ale został tylko on. Przywiązaliśmy się do niego i trzymamy go dopóki on się trzyma.

Papel spojrzał na nas jednym okiem i zawrócił w kierunku niewielkiej sadzawki. My tymczasem weszliśmy do domu. Esker nie zupełnie chyba nad sobą panowała. Biegała po pokojach i śmiała się jak mała dziewczynka. Ja, z sekundującym mi dziadkiem, także zwiedzałem powoli dom. Szczęśliwie dostałem pokój na piętrze. Dziadkowie, jak się prędko dowiedziałem, korzystali głównie z pokojów na parterze, tak zatem mogłem spokojnie zająć cały pokój bez szkody dla nikogo. W zasadzie znajdowała się tu tylko mata na podłodze, biurko i szafa w ścianie. Zupełnie mnie to satysfakcjonowało. Pokój musiał być odkurzany i wietrzony. Nawet teraz okno było uchylone, a firanka powiewała lekko, pobudzona wiatrem. Wyjrzałem na zewnątrz. Widok był wspaniały. Przed sobą miałem kilka domków porozrzucanych wśród pól. Na lewo, gdzie teren opadał, drzemało miasteczko. Po drugiej stronie, zacienione przez zachodzące powoli słońce, góry. Powietrze przesycone zapachem łąk i igliwia działało pobudzająco.

Rozpakowałem się z grubsza, zadowolony, że nie mam zbyt wielu rzeczy. Nie zajęło mi to wiele czasu i po chwili babcia zawołała na kolację. Wychodząc obrzuciłem pokój jeszcze jednym spojrzeniem i uśmiechnąłem się. Dobrze, że przyjechaliśmy.

***

Czy ja powiedziałem „dobrze”? Teraz już nie jestem tego taki pewny. Rozumiem, że znajdujemy się jakby na końcu świata, ale każdy, ze mną włącznie, spodziewałby się zwykłej zapyziałej mieściny i mało emocjonującego życia. W żaden wypadku nie byłem przygotowany, na to, co mnie tu spotka. No, może i byłem przygotowany, ale na ile tak naprawdę mogłem wierzyć opowieściom Esker? Phi, opowieściom! Kilku enigmatycznym zdaniom w stylu: „Na miejscu zastaniemy pewnie jakieś duchy, ale nie przejmuj się, można z nimi przejść do porządku dziennego”. Prawda, że to nie brzmi zbyt poważnie? No, ale od początku.

Sonmolla to główny punkt handlu i życia całej ziemi Queliman. Dosłownie piętnaście minut drogi piechotą od domu dziadków, znajduje się szkoła. Dosyć stara, nie sprawia zbyt przyjemnego wrażenia. Była podobno jednym z pierwszych budynków w Sonmolli i od tamtego czasu przybyło jej jedno piętro i kilka bocznych przybudówek. Placyk za szkołą pełnił funkcję boiska, a murek sięgający kolan raczej tylko symbolicznie odgraniczał teren szkoły od napierającego na nią lasu.

W całym Quelimanie nie znalazłoby się tylu nastolatków w moim wieku, żeby utworzyć cały rocznik, więc do naszej klasy chodzą zarówno czternastolatki jak i siedemnastolatki. Zdaje się jest nawet jeden chłopak, który ma już osiemnastkę. Od szkoły nie mogłem się wywinąć. Choć był to środek semestru, czułem się raczej pewnie. Tyle razy się przenosiłem, że stałem się swego rodzaju znawcą. Problem stanowiły wyłącznie te głupie opowieści o duchach. Przed spotkaniem z rówieśnikami wolałem się upewnić jak bardzo serio ludzie biorą tutaj nocne straszydła, więc delikatnie wybadałem dziadka.

- Oczywiście, że są mój chłopcze. - Dziadek uśmiechał się pogodnie. - To straszne szkodniki. Naturalnie jesteś nieprzyzwyczajony, one raczej unikają cywilizacji. Nawet Sonmollę odwiedzają rzadziej. Natomiast na wzgórzach stanowią prawdziwe utrapienie. Szybko się nauczysz je rozpoznawać, koledzy ze szkoły ci pomogą.

Tak wyglądała odpowiedź dziadka i wciąż nie wiedziałem, co o tym myśleć. Po krótkiej wizycie u dyrektorki, gdzie dostałem plan zajęć i ogólne wytyczne, co do zachowania się w szkole, udałem się na piętro do naszej sali. Jako nowy uczeń powinienem niepewnie stanąć w drzwiach, usiąść gdzieś z brzegu w wolnej ławce i czekać do pojawienia się nauczyciela. Na niepewnym pojawieniu w drzwiach się skończyło. Zbiorowy okrzyk jaki na mnie naparł niemal wypchnął mnie z powrotem za drzwi.

- Uaaaa! Wygraliśmy!

- Ha, ha! To facet!

- Dobra nasza!

Obległo mnie kilka osób, mówiąc jedna przez drugą, poklepując przyjaźnie po ramieniu albo próbując uścisnąć dłoń. Gdy pierwsza fala okrzyków trochę opadła, przede mną znalazł się niższy o głowę i piegowaty jak przepiórcze jajo chłopak.

- Jestem, Jin. W zasadzie Jinan, ale i tak wszyscy mówią mi Jin. Witaj w drużynie.

Zanim wypowiedziałem choć słowo, przed piegowatego przepchnął się chudzielec z bardzo dorodnym nosem i bardzo jasnymi włosami, które powiewały przy każdym jego ruchu głową.

- No tego, ja jestem Marco. Słyszeliśmy już plotki, że pojawił się ktoś nowy, ale nie byliśmy pewni czy to chłopak, czy dziewczyna.

- Uspokójcie się, to nie noworodek. - Usłyszałem cichy, niski głos gdzieś nad swoim lewym uchem. Jego właściciel pokazał mi się po chwili i uścisnąłem rękę ciemnowłosemu przystojniakowi w bluzie z kapturem. - Nevis - przedstawił się krótko.

- Rill. - Odwzajemniłem uścisk. - Czemu zawdzięczam takie przyjęcie? Wiem, że plotki prędko się rozprzestrzeniają, ale aż tak? Może z góry zapewnię, że wszystko co słyszeliście to nieprawda? - Uśmiechnąłem się skonfundowany.

- Nie trzęś portami, Rill. - Piegowaty poufale poklepał mnie po ramieniu. - U nas to normalne, Sam się przekonasz, jak cenny jest nowy chłopak w drużynie.

- A w co gracie?

To niewinne pytanie spowodowało wybuch śmiechu. Nawet ponuro wyglądający Nevis uśmiechnął się lekko. Nie doczekałem się jednak odpowiedzi, bo wszedł nauczyciel i wszyscy rozeszli się do swoich ławek.

Przez całe zajęcia moje myśli krążyły wciąż wokół tego samego tematu i czas niesamowicie mi się dłużył. Gdy nareszcie było po wszystkim, chciałem jak najprędzej wypytać nowych kolegów, jednak drogę zastąpiła mi śliczna dziewczyna. Śliczna, słowo daję. Miała krótkie gęste włosy, zawijające się za uszami, małe blade usta i wielkie, dziecięce oczy, które w połączeniu z wysokim czołem i uniesionymi lekko brwiami dopełniały wizerunku totalnej niewinności.

- Nazywam się Gia Tagore. Jestem przewodniczącą klasy.

Na moje słabe serce! Głosik miała słabiutki i cienki jak u małej dziewczynki. Gdzie się takie rodzą? Yay! Challange akcepted!

- Miło mi cię poznać. Jestem Rill Madan. Czy mogę w czymś pomóc? - Zgodnie z przewidywaniami uśmiechnęła się i zarumieniła delikatnie.

- To ja powinnam o to spytać. Powinnam cię przecież nieco wprowadzić w życie naszej klasy. Pewnie już dostałeś plan zajęć. Pozostaje mi poinformować cię, że zajęcia sportowe odbywają się zazwyczaj na placu, z tego powodu jednak odwoływane są w czasie niepogody. W naszej szkole nie obowiązują żadne mundurki ani obuwie zmienne, powinieneś jednak mieć to. - Wręczyła mi małą tarczę szkoły razem z agrafką. - Dyżury zapisujemy na tablicy przy wejściu, jeśli potrzebujesz książek możesz część egzemplarzy wypożyczyć z biblioteki. Dotychczasowy materiał, jaki przerobiliśmy...

- Dobra, już dobra. My się nim zajmiemy siostro!

Poczułem klepnięcie w plecy i przy moim boku pojawił się piegowaty Jin. Jego wielkonosy kolega uwiesił mi się natomiast na lewym ramieniu.

- Nie bądź tak sztywna Gio, to mało ważne szczegóły. Trzeba mu najpierw wyjaśnić zasady gry.

Gia zarumieniła się silniej.

- Więc... Trzeba ci wiedzieć, że uczniowie naszej szkoły zobowiązani są chronić miejscową ludność, w tym celu...

- W tym celu organizowane są polowania! - Nie wytrzymał chudy Marco.

- Naa? - Moja niepewna mina wyrażała chyba całe moje zagubienie, bo chłopcy spojrzeli po sobie zdziwieni.

- Jin, on nie wie. Na południu nie ma duchów, tam są przecież same miasta - zauważyła nieśmiało Gia. Pogrzebała trochę w swojej torbie skąd wydobyła niewielki zeszyt, który następnie wręczyła mnie.

- Zrobiłam dla ciebie taki mały atlas. Opisałam w nim nasze najpopularniejsze cele... - Zawstydzona mówiła jeszcze ciszej i nie byłem pewien czy dobrze słyszę.

- No, dobra robota dziecinko! - Ucieszył się Jin. - A teraz skoro już się przywitałaś, to możemy porwać Rilla ze sobą.

Przewodnicząca nie miała chyba odwagi zaprotestować, więc zostałem wciągnięty do grupki męskiej części uczniów. Nie było ich wielu, ale twarze wciąż zlewały mi się. Wyłowiłem wzrokiem tylko ciemnowłosego przystojniaka.

- Witaj na froncie - odezwał się przyjaźnie. - Jak już pewnie zauważyłeś dzielimy się na dwie drużyny damską i męską.

- Fakt, zauważyłem, ale wyjaśnij mi proszę... Przypomnij mi jeszcze swoje imię?

- Nevis.

- Nevis, wyjaśnij mi, o co chodzi z tymi duchami. Słyszałem tylko plotki nie warte funta kłaków. Przyjmijcie proszę, że jestem kosmitą i należy mi wytłumaczyć wszystko od podstaw.

- Zgoda. Ale nie tutaj, wróg podsłuchuje. Musimy się przenieść w jakieś spokojne miejsce.

Wynieśliśmy się nie tak znów daleko. Budynek szkoły miał wiele nieużywanych pomieszczeń. Widocznie liczba uczniów kiedyś była większa. Albo przynajmniej liczono, że tak będzie w przyszłości. Znaleźliśmy się w klasie na końcu korytarza. Wyraźnie było to stałe miejsce spotkań, bo salka „udekorowana” została butelkami po napojach, porzuconymi papierkami i zmarniałym kwiatkiem w doniczce, a nad tablicą uroczyście zawieszono wypchaną głowę jelenia. Jakiś dowcipniś porozwieszał na porożu przybrudzone skarpetki.

Gdy rozsiedliśmy się na ławkach, Nevis wyznaczył któregoś z chłopców na wartownika i podjął opowieść, nieco mentorskim tonem. Wyglądało na to, że przystojniak przywykł, że się go słucha.

- Ziemie Queliman są cenne zarówno dla mieszkających tu ludzi jak fauny i flory okolic. Na zboczach gór rosną sadzonki przypraw i innych roślin takich jak na przykład kawa. Z tego żyje cała okolica. Mamy znakomite zbiory dzięki właściwościom tej ziemi. Niestety przyciąga ona również szkodniki. Tutaj paskudy czują się wyjątkowo dobrze, ale dla ludzi jest to bardzo niekorzystne. Szkodnikami są stworzenia, które nie są do końca stworzeniami. Stanowią energię, która żywi się energią. Najbardziej popularne są duchy nazywane przez nas gongorami. Te właśnie wyglądają trochę jak świetliki. Małe, latające światełka, ale nie należy się do nich zbliżać bez zabezpieczeń. Powiedzmy, że są trujące. Gongory są niewidoczne w dzień, jak zresztą większość duchów. Są także o wiele słabsze w świetle, ale wraz z nastaniem zmroku dają się zauważyć, gdyż świecą jak wspomniane świetliki. Poruszają się dosyć wolno, ale przez cały dzień nazbiera się ich sporo. A jeśli jakieś miejsce nie jest regularnie oczyszczane, mogą być przyczyną poważnych problemów. Łatwo je przeoczyć, gdy wślizgną się do piwnicy, czy na strych. Dom jest wtedy w zagrożeniu piątego stopnia. Gongory można i trzeba wyłapać, ale tu zaczynają się schody. Nie każdy widzi duchy, nawet jeśli zrobi się zupełnie ciemno. Najlepiej widzą je dzieci, ale z wiekiem jest to coraz trudniejsze. Mało, który dorosły jest w stanie dostrzec, choćby słabą poświatę ducha. Z kolei dla dzieciaków łapanie duchów jest zbyt niebezpieczne. Na nasze barki spada obowiązek polowań.

- Czy jakieś duchy mogą się znajdować tu w pobliżu? - Rozejrzałem się mimo woli wokół.

- Naturalnie. Gongory siedzą zazwyczaj gdzieś po kątach, ale mogą też zwabione żywą energią przyczepić się do potencjalnego żywiciela. Psa, człowieka, osiadają nawet na roślinach. Gdy robią to w ciągu dnia, możesz czuć się co najwyżej osłabiony. W nocy ich siła rośnie. Kontakt z gołą skórą może być równie nieprzyjemny, co spotkanie z meduzą. Używamy specjalnych rękawic, czasem nawet specjalnych kombinezonów.

Słuchałem z rozdziawioną gębą. Było to równocześnie niewiarygodne i... takie... Sam nie wiem. Dla nich to pewnie jak zbieranie stonki. Należy przyjąć to co mówią za coś normalnego i starać się pogodzić z wszelkimi rewelacjami. Choć, jak sądzę, nie będzie to łatwe.

- Rozumiem już mniej więcej - wtrąciłem się. - Ale, o co chodzi z tymi drużynami?

- Czysta sportowa rywalizacja! - Piegowaty Jin wyszczerzył zęby w niezbyt przekonującym uśmiechu.

Nevis pokręcił głową skrzywiony.

- Chłopaki i tak trzeba mu wyjaśnić wszystko do końca. Rill, prawda jest taka, choć z trudem przechodzi mi to przez gardło, dziewczyny są w tym po prostu najlepsze. Trudno nam wyjaśnić ci, od czego się zaczęło. Wywiązała się drobna sprzeczka... No któż by chciał tak po prostu przyznać, że baby są lepsze w polowaniach? Zaczęliśmy się sprawdzać i urządzać zawody - kto więcej. Prędko okazało się, że dziewczęta są bardziej wrażliwe na duchy. Po prostu lepiej, wyraźniej je widzą. Niektórzy z nas mają już problem z odróżnieniem refleksu światła latarki od bladego ognika duchów. Niektórzy widzą całkiem nieźle, ale dziewczyny wymiatają na tym polu na pełnej linii. Najsłabsza, najmniej wrażliwa z nich i tak zwycięża w porównaniu z najlepszymi chłopakami. Ich jest co prawda mniej, ale to wciąż niewiele zmienia. Twoje pojawienie się, to nasza nowa nadzieja. Zwłaszcza, że jesteś w zasadzie z zewnątrz, bo my przeważnie urodziliśmy się już tutaj. Może jest szansa, że z tobą pociągniemy wyżej w punktacji.

Słowa Nevisa w pewien sposób miło łechtały moją próżność. Ale zwykła rzeczywistość walczyła z nią o prawo bytu i to już nieco mniej mi się podobało.

- Na waszym miejscy nie byłbym tak radośnie do tego nastawiony. Nie wydaje mi się, żebym miał szanse być dobrym „medium”.

- Trudno. Ale zawsze trzeba spróbować. No cóż tak czy siak jesteśmy w drużynie. Aaa - Nevis zawiesił głos - mamy jeszcze tajną broń!

- Broń? - Wytrzeszczyłem oczy.

- Metaforycznie. - Przytaknął ciemnowłosy i wypchnął przed moje oblicze drobnego, chłopaczka, o zalęknionym spojrzeniu.

- To jest Orteliusz Ornak. Wszyscy mówimy jednak na niego „Pietruszka”.

Byłbym parsknął śmiechem na tak cudaczne przezwisko, jednak przez litość do chłopaczka powstrzymałem się. Musiał mieć nie więcej niż czternaście lat. Choć i na taki wiek wydawało mi się, wyglądał zbyt żałośnie. Blady, poważny, z koszuliną zapiętą na ostatni guzik. Mamusia go ubierała?

Chłopcy wyjaśnili mi jeszcze kilka ważnych i mniej ważnych spraw. Dowiedziałem się, że polowań dokonuje się co parę dni, gdy gongory zbytnio nagromadzą się w pobliżu domów. Teren polowań obejmuje okoliczne wioski, a zbiórki odbywają się zazwyczaj przed budynkiem szkoły, chyba, że sytuacja wymaga innego miejsca startu. Strategię i rozwój polowania miałem poznać dopiero na żywo i to pojutrze, gdyż przypadał na ten dzień czas polowania.

Gdy wreszcie rozchodziliśmy się do domów znów zwróciłem uwagę na drobnego Pietruszkę. Nevis, który towarzyszył mi kawałek drogi wzruszył ramionami, gdy wyraziłem opinię, że to dziwne iż tak wątły chłopaczek jest tu bossem.

- Cóż, pozory. Pozory mój drogi. Tak to już jest. Po jakimś czasie sam ocenisz na jakim poziomie znajdują się jego zdolności. Ale i tak... Gdyby to wystarczyło!

Zatrzymałem się na rozstaju, oglądając oddalające się plecy Pietruszki. Przyszła mi wtedy do głowy inna myśl.

- Nevis? A która spośród dziewcząt jest najsilniejsza? To znaczy najlepsza?

Przystojniak zerknął na mnie spode łba.

- Gia Tagore - odparł z ironicznym uśmiechem i pomachał mi na pożegnanie.

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu
  • San-san : 2012-04-17 22:45:14

    O_O 10? Nie przesadzasz? (dopiero zauważyłam ten komentarz ;P) Za komplementy "arigatiu'.

    Niziurski - która książka? :D Jestem fanką Niziurskiego.

    Co dalej... Nun straciłam trochę zapał, bo wyszło wiele nieścisłości i błędów. Powinnam zapewne zacząć pisanie od nowa, ale do tego też nie mam serca.

    Miałam plan co do dalszych wypadków, ale nie jestem pewna czy wypali.

    Z przyczyn czasowo problematycznych, pisanie musi zostać odwleczone.

  • Hitori Okami : 2012-03-23 12:26:54
    Niziurski w wersji fantasy ;)

    Bardzo plastyczna narracja - obrazy same pojawiają się przed oczami XD Sam świat przedstawiony przypomina mi realia Hokkaido. Całość utrzymana trochę w stylistyce Astrid Lindgren, chociaż sposób prowadzenia fabuły bardziej podciągnąłbym pod Niziurskiego - nieco wyalienowany bohater-narrator, rzucony w nowe środowisko, w którym musi wywalczyć sobie pozycję na miarę swoich ambicji i możliwości ^^

    Tylko co dalej?! O_O'

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu