Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Aleksandra Watanuki: Japoński codziennik - recenzja

Autor:moshi_moshi
Redakcja:IKa
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2012-06-02 22:27:07
Aktualizowany:2012-06-02 22:38:07



Ilustracja do artykułu

Tytuł: Japoński codziennik cz.I

Autor: Aleksandra Watanuki

Redakcja: Aldona Modrzewska, Paulina Jędrysiak-Nowak, Martyna Taniguchi

Projekt okładki: Karolina Balcer

Skład komputerowy: Martyna Taniguchi, Dominika Gayny, Joanna Laskowska

Format: 14 cm x 20,5 cm

Liczba stron: 248

Rok wydania: 2011

Wydawca: Waneko



Japoński codziennik cz. I Aleksandry Watanuki to dzieło z pewnością nietypowe i zaskakujące, przede wszystkim formą. Otóż autorka zdecydowała się na krok dość ryzykowny i postanowiła wydać swoje blogowe przemyślenia na temat Japonii, w postaci książki. Publikacja to gratka dla miłośników Kraju Kwitnącej Wiśni, gdyż zawiera bardzo osobiste doświadczenia pani Watanuki od lat żyjącej jakby w dwóch światach - polskim i japońskim. To nie tylko zbiór anegdot, wspomnień czy ciekawostek, ale także „prawie gotowy” obraz kraju, o którym nadal bardzo niewiele wiemy. Na dodatek wiarygodny, gdyż pisany przez osobę, dla której Japonia to drugi, jeśli nie pierwszy dom. Oczywiście ze względu na to, iż książka ma formę pamiętnika (a raczej wydrukowanego bloga), trudno wymagać od niej encyklopedycznej dokładności czy wyczerpujących informacji. To zaledwie wycinek rzeczywistości, barwne kawałki szkła z których sami musimy ułożyć mozaikę. Daje to pewną satysfakcję, ponieważ czytelnik ma możliwość skonfrontować swoją wiedzę, doświadczenia, ale również uprzedzenia z obrazem przedstawionym przez autorkę.

Owszem, interesuję się Japonią i jej szeroko pojętą kulturą (i bynajmniej nie chodzi mi tylko o mangę i anime), ale zdecydowanie nie jest to pozycja priorytetowa na liście moich hobby. Lektura Japońskiego codziennika była lekka i przyjemna, chociaż jako czytelniczka nie ukrywam, że nie znalazłam tutaj tylu interesujących faktów, ilu się spodziewałam. Część zamieszczonych ciekawostek spokojnie można znaleźć w innych książkach czy internecie, tyle że pozbawionych pierwiastka subiektywnego, tak charakterystycznego dla własnych przemyśleń. Jak na zatwardziałą kociarę przystało, moją uwagę zwróciły opowieści o japońskich kotach, a także (o dziwo) fakty dotyczące tamtejszego systemu opieki nad osobami starszymi, które okazały się bardziej egzotyczne niż historie o jedzeniu i obyczajach. Nie zabrakło także ciekawostek o urodzie Japonek, nowinek technologicznych czy botanicznych odkryć, jak również tematów poważniejszych, traktujących o kondycji japońskiego szkolnictwa czy podziału ról i obowiązków w rodzinie. Natomiast miałam spory problem z tak zwanymi wpisami „osobistymi”, obecnymi w Codzienniku w pokaźnych ilościach. Niektóre spełniały swoją rolę, będąc źródłem informacji na temat autorki, jej charakteru czy poglądów na pewne sprawy, co ułatwiało traktowanie książki, jak zbioru osobistych doświadczeń, a nie prawd objawionych. Gorzej, gdy wpis traktował o sprawach emocjonalnych i chyba mocno prywatnych - był on wtedy tak enigmatyczny, że tylko bliscy autorki mieli szansę odgadnąć o co chodzi. W związku z tym nie rozumiem, dlaczego pani Watanuki zdecydowała się zamieścić także tę część bloga, co prawda obecną w „oryginalnej” formie, więc dostępną szerokiemu gronu, ale z punktu widzenia szarego czytelnika, niewiele wnoszącą do treści książki.

Jak to w przypadku pamiętników bywa, publikacja jest nacechowana subiektywnie, co sprawia, że czyta się ją lepiej niż popularnonaukową bądź stricte naukową knigę, zwierającą mnóstwo przydatnej wiedzy, ale suchą i często literacko ubogą. Bo umówmy się, każda osoba, która studiowała lub studiuje spotkała się z dziełami często sympatycznych, szanowanych i mądrych wykładowców, których czytanie to droga przez mękę. Na szczęście pióro pani Watanuki jest lekkie, ale co ważniejsze posiada ona umiejętność zdrowego osądu. Jedną z rzeczy odrzucających mnie od dzieł fabularyzowanych, tudzież pisanych przez miłośników danej dziedziny jest ich „fanboizm” i przysłowiowe klapki na oczach. Ot casus osób, które wyjechały po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej za granicę w poszukiwaniu pracy i zostały tam na stałe. Po skosztowaniu lepszego życia natychmiast zapominają jak się mówi po polsku, a wszystko co zagraniczne stawiają na pierwszym miejscu, ojczyznę i rodaków lokując gdzieś między Uzbekistanem, a jakąś bananową republiką. Tymczasem Aleksandra Watanuki nawet po dwudziestu latach spędzonych w Japonii potrafi wskazać dobre i złe strony obydwu narodów i krajów, bez operowania banałami oraz tworzenia listy rankingowej. W żadnym momencie nie stara się udowodnić czytelnikowi, że wszystko co japońskie jest lepsze, różnice kulturowe to pestka, Japończycy to naród idealny, a manga i anime to jedyna słuszna forma rozrywki. Owszem, wytyka Polakom słabości i wady, ale w tych konkretnych przypadkach trudno nie przyznać jej racji, zwłaszcza że zazwyczaj są one poparte przykładem z gatunku tych, jakie sami codziennie obserwujemy (a i mieszkańcom Kraju Kwitnącej Wiśni nieco się obrywa).

W recenzji posługuję się terminem „pamiętnik”, chociaż to nie do końca właściwe słowo, gdyż jak wspomniałam we wstępie, jest to ni mniej, ni więcej blog autorki w wersji papierowej. Wydanie książki w takiej formie było pomysłem ryzykownym, który moim zdaniem nie do końca się sprawdził. Owszem, zaprezentowany chronologiczny podział, obejmujący wpisy z dwóch lat (2008-2009), podkreślony spisem treści umieszczonym na początku, jest czytelny i przejrzysty. Niestety dużo gorzej mają się właśnie owe wpisy, opublikowane w stylu „internetowym”, charakterystycznym dla witryny takiej jak blog, ale niekoniecznie pasującym do dzieła literackiego. Co prawda, we wstępie wydawca wspomina, iż materiał przeszedł odpowiednie poprawki redakcyjne, związane ze zmianą medium, ale podczas lektury nie odniosłam takiego wrażenia. Kolejnym wpisom towarzyszą komentarze czytelników bloga - nie przeczę, kulturalne i na poziomie, przepuszczone przez machinę redakcyjno-korektorską (bo nie wierzę, że komentujący tak pięknie zaczynali zdania wielką literą i gdzie trzeba stawiali przecinki oraz kropki), ale zaburzające rytm czytania i z mojego punktu widzenia, zupełnie zbędne. Nieszczególnie interesują mnie wymiany uprzejmości czy wyliczanka, kto jakie jadł lody i które mu bardziej smakowały. Jasne, kiedy czytam coś w internecie, komentarze stanowią miły dodatek, umożliwiają dyskusję na poruszane na stronie tematy, pozwalają poznać opinię innych ludzi o danej stronie, ale w książce? Jeżeli autorka chciała przy okazji zaprezentować czytelnikom ciekawostki przytoczone przez użytkowników, chyba lepiej było je wkomponować w główny tekst, podając źródło lub dodać w formie przypisu. Przy okazji mała czcionka, której do nich użyto miałaby sensowne uzasadnienie. Nie należę do osób z poważną wadą wzroku, nawet nie noszę okularów, ale przebijanie się przez na przykład półtorej strony drobnego druczku było dla mnie koszmarnie nieprzyjemne. Sytuację pogarsza fakt, że wpisy autorki zostały wydrukowane kursywą, która także męczy oczy. Nie mam pojęcia skąd pomysł na tak odważne liternicze rozwiązanie, ale wydaje mi się on równie chybiony, co kolorowy druk (tak, miałam styczność z książką, której połowę wydrukowano na niebiesko, a drugą na czerwono).

O ile nieodpowiedni krój i wielkość liter to coś, co trochę mnie zirytuje, ale na pewno nie zniechęci do czytania, tak pozostawienie w tekście emotikon jak najbardziej. I żeby była jasność, nie jestem przeciwniczką „uśmieszków”, sama je stosuję pisząc SMS-y, komentarze internetowe czy podczas rozmów na chacie i przez komunikator, ale... Książka to zupełnie inne medium, rządzące się swoimi prawami i chociaż zapewne zostanę zjedzona przez „postępowców”, uważam, że powinna pozostać wolna od tego typu wynalazków. Słowo pisane jest tak bogate, że nie trzeba emotikon by podkreślić, co autor miał na myśli i jaki nastrój towarzyszył mu podczas pisania. To ma wynikać z tekstu, od tego są słowa by kreować obrazy i emocje, papieru nie zabraknie, więc nie trzeba chodzić na skróty. Emotikona jest świetną rzeczą, kiedy chce się szybko pokazać „rozmówcy”, którego się nie widzi, w jakim jesteśmy humorze, ale nic poza tym. W żadnym wypadku nie powinna zastępować literackiego opisu w książce. W przypadku Japońskiego codziennika było to dla mnie o tyle zaskakujące, że i bez „uśmieszków” nie miałam problemu z rozszyfrowaniem czy to co czytam jest zupełnie na serio, czy nie i jaki nastrój ma dany wpis. Być może był to ukłon w stronę młodego pokolenia, które najchętniej zapomniałoby o istnieniu gramatyki, ortografii i w ogóle jakichkolwiek zasad pisowni, ale mam nadzieję, że nie zostanie podchwycony przez inne wydawnictwa.

Poza tym od strony technicznej wydanie prezentuje się dobrze. Książkę wydrukowano na grubym, bielutkim i lekko błyszczącym papierze, który jednak nie odbija światła tak, by przeszkadzało to podczas lektury. Miękka lakierowana oprawa trzyma się całkiem nieźle i mimo mojego przykrego zwyczaju rzucania aktualnie czytanych tomiszczy gdzie popadnie, nie wykazuje większych oznak zużycia. Tak jak większość obecnych na dzisiejszym rynku publikacji, Codziennik jest klejony, a nie zszywany, ale klej trzyma mocno i nawet silne rozkładanie książki nie narusza jej struktury, także nie trzeba się obawiać wypadających kartek. Szalenie miłym dodatkiem są kolorowe wkładki ze zdjęciami, ilustrującymi poszczególne wpisy, wśród których fani kwiatów wiśni, żeńskich mundurków czy ogrodów japońskich na pewno znajdą coś dla siebie. Oprócz nich nie brakuje także mniejszych, czarno białych fotografii. Na ponad dwieście stron trafiło się zaledwie kilka literówek i jedna, moim zdaniem, niezręczność: na stronie 101 autorka odsyła czytelnika do swojego artykułu w publikacji Świat z papieru i stali. Okruchy Japonii, nie wiadomo dlaczego pisząc o sobie, jak o kimś innym, to znaczy w trzeciej osobie. Poza tymi drobnymi potknięciami i moimi osobistymi zażaleniami, opisanymi wyżej, a dotyczącymi komentarzy, czcionki oraz emotikon, nie mam żadnych zastrzeżeń do wydania.

Cóż, lektura Japońskiego codziennika Aleksandry Watanuki odkryciem Ameryki nie była, ale na pewno pozwoliła mi usystematyzować jakąś część mojej wiedzy na temat Japonii i wzbogaciła ją o kilka ciekawostek. Nie jest to rewelacyjne źródło informacji (i chyba nie taki był zamysł autorki), ale ciekawe spojrzenie „od środka” na ten egzotyczny kraj i jego mieszkańców, jak również zapis doświadczeń osoby żyjącej w dwóch, dla przeciętnego człowieka, bardzo różnych światach. Treściowo jest to publikacja godna uwagi, choć nie do końca odpowiada mi forma, w jakiej ją podano. Myślę, że całość wypadłaby dużo korzystniej, gdyby zamiast „przedrukowania” bloga, zebrać zawarty na nim materiał i na jego podstawie stworzyć „pełnoprawny” literacko pamiętnik, pozbawiony internetowej otoczki i takichże naleciałości.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.