Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

Rezonans

W cieniu prawdy

Autor:Rinsey
Serie:Slayers
Gatunki:Akcja, Dramat, Fantasy, Przygodowe, Romans
Uwagi:Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość
Dodany:2017-10-22 12:39:56
Aktualizowany:2017-10-22 12:39:56


Poprzedni rozdział

Kopiowanie całości lub fragmentów przez osoby trzecie bez zgody autorki jest zakazane.


Rozdział 12

W cieniu prawdy

Zimny, niosący ze sobą pierwsze znamiona nadchodzącej zimy, wiatr zakołysał pożółkłymi od jesiennej aury liśćmi, odsłaniając litery wyryte na szarym, ociosanym kamieniu.

Nekash Zangh’s, ukochany brat i przyjaciel

Śmierć w świecie Equeshan nawet w czasach pokoju następowała nagle i nieoczekiwanie. Jego brat nie był wyjątkiem. Jednego wieczoru grali w karty, śmiejąc się i opowiadając sobie zbereźne historie, a następnego poranka poinformowano go, że po Nekashu nie pozostało nawet ciało, które mógłby pochować. A wszystko na skutek niekontrolowanego wybuchu mocy chłopaka będącego wnukiem samego Czerwonego Kapłana. Upojony mocą wpadł w szał magii i dopiero przybycie Filara Rejonu Varney pozwoliło na zapanowaniem nad żywiołem ziemi. Niestety, nim przybył Philionel El di Seyrun, przy starciu z nieokiełznaną potęgą zginęło kilkunastu Strażników, a w tym jego jedyny brat.

Już wtedy zaczął powątpiewać w system panujący w Eques. Kto odpowiadał za to wszystko? Kto wysłał na pewną śmierć młodych, mało doświadczonych wojowników do stłumienia krwi sławetnego Rezo? Czemu Shyllien dotarł tam tak późno? Te i wiele innych pytań targało nim, gdy coraz bardziej pochłaniała go rozpacz.

I właśnie wtedy poznał Visennę. Mało urodziwą Ryuzoku o ciętym języku i pięknym sercu, które na nowo nauczyło go miłości do życia. Nim się obejrzał, był zakochany po uszy i oczekiwał narodzin swego dziecka. Jak się okazało później, dzień, który miał być pełen radości, stał się początkiem koszmaru.

Nigdy nie usłyszał pierwszego krzyku. Uzdrowicielka-położna, jedyna osoba wtajemniczona w ich relację, nigdy nie zamierzała pomóc w przyjściu maleństwa na świat. Bez ich wiedzy powiadomiła władze Rejonu Varney o możliwości pojawienia się w Krainie Równowagi istoty mogącej negatywnie wpłynąć na przepływ nurtów.

Gdy odczytywano mu zarzuty, zgodnie z którymi dopuścił się zdrady, w rezultacie czego obydwoje z Visenną mieli zostać skazani na śmierć, zaczął się śmiać. A więc tak wyglądała Równowaga, której chronił? Dla takiego ustroju zginął jego młodszy brat? A więc był jedynie głupcem, nic nie znaczącą marionetką w rękach Przymierza Równowagi?

Wraz z ostatnim krzykiem Visenny jego śmiech zmienił się w płacz.

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?! Dlaczego?!! Dlaczego?!!!

Dlaczego karą za miłość była śmierć?!

Co to za popierdolona Równowaga, której zagroziłoby przyjście na świat niewinnego dziecka?!

Co z tym pierdolonym światem było nie tak?!

Usłyszał odpowiedź na swoje pytanie. Niedługo po tym, jak Czerwony Kapłan po dokonaniu rzezi jego oprawców, wyciągnął do niego rękę, przepraszając, że przybył zbyt późno, aby uratować jego ukochaną.

Chwycił tę dłoń, obiecującą jedyną rzecz, na jakiej mu jeszcze zależało. Zemstę, zniszczenie tego chorego systemu, który sprowadził na niego i wielu innych tylko śmierć i cierpienie.

Został jednym z Generałów Czerwonego Kapłana, aby pomóc mu wprowadzić wielki i misterny plan w życie.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił dla grupy, nazywanej później przez niektórych Ruelzhan, było założenie bazy na terenie starego, opuszczonego kościoła w jednym z niemagicznych Rejonów. Podjął tę decyzję, jak tylko stanął na jednym ze wzgórz otaczających zapomnianą świątynię. Każdy z pobliskich nagrobków był zniszczony, obrośnięty mchem i porostami, jednak dochodzący do jego nozdrzy zapach lilii i świeżo zapalonych zniczy był dowodem, że to jest właściwe miejsce. Przychodzący tu ludzie pamiętali. Tyle wystarczyło, aby zechciał tu pozostać.

- Panie Guesh! Burza czasoprzestrzenna…

Zaalarmowany głos Ramuleza przywołał go do rzeczywistości.

Wreszcie zbliżała się chwila, na którą czekał. Wreszcie mógł zabić Szarego Wilka. Tego, który był tak wielką czasową inwestycją Czerwonego Kapłana, a zawiódł wszelkie pokładane w nim nadzieje. Nie potrafił zrozumieć otaczającego go kłamstwa, jakim była Kraina Równowagi. Zamiast ich zbawcą stał się narzędziem wroga, które mogło wypaczyć cały plan Rezo. A jeśli wreszcie zyskał kontrolę nad swoją zatrważającą mocą kosztem życia jego brata, a nie zamierzał jej wykorzystać do zniszczenia fałszywego ustroju Eques, powinien umrzeć.

Raz jeszcze spojrzał na epitafium na prawo od nagrobka Nekasha.

Visenna i ……. Zangh’s

Miłość i światło mojego życia.

Biel świeżych lilii odbijała światło dwóch niewielkich, fioletowych zniczy. Wiatr raz jeszcze wprawił w ruch zmarkotniałe, pożółkłe liście, które zatańczyły wokół kamiennej płyty, po czym opadły bezwładnie na ziemię.

***


Burza czasoprzestrzenna, zjawisko, w którym pośród bezładnie zderzających się ze sobą strumieni mocy, dochodzi do niezwykle rzadkiego fenomenu - do powstania nowych nurtów. A gdy w morzu chaosu rodzi się nowy nurt, zostaje powołany do życia żywioł pochłaniający wszystko, co napotka na swej drodze.

Nieregularna bryła szalejącej mocy rosła z sekundy na sekundę. Bez ustanku pochłaniała coraz większy teren, wydając z siebie przeraźliwy jęk, ni to ludzki ni zwierzęcy. To był już koniec. Vun Geas wydawało właśnie ostatnie tchnienie.

Jednak w pewnym momencie całą okolicę wypełniła obezwładniająca obecność zielonkawej energii. Po okolicy rozszedł się przerażający świst, gdy dwa żywioły zaczęły się ze sobą ścierać. Ziemia zaczęła drżeć pod wpływem rykoszetów czystej, surowej mocy tworzenia. Nie wiedzieć kiedy, obszar zajmowany przez burzę czasoprzestrzenną przestał się rozszerzać. Krok po kroku, powoli, powolutku bryła zaczęła się kurczyć. Niszczycielska siła z wielkim oporem powracała do stanu uśpienia. A gdy po wreszcie wszystko uległo rozproszeniu, w pozostałościach po jaskini, wejścia na teren Epistich pozostała jedynie ubrana na szaro sylwetka.

- Lina? - Chociaż ciężko dyszał i poruszał się z wyraźnym wysiłkiem, podszedł do leżącej nieopodal niego nieprzytomnej dziewczyny. - Lina!

Uklęknął i natychmiast podniósł ją do pozycji półsiedzącej, podpierając ją ramieniem.

- Cholera jasna! - krzyknął, jak tylko spróbował wejść w jej wewnętrzny nurt. Udało mu się wycofać prawie całą burzę czasoprzestrzenną. Prawie. Wszystko poza kawałkiem, który wniknął do wnętrza rudowłosej czarodziejki.

- A'deasail. - Nagle do uszu wycieńczonej chimery doszło ciche przywitanie.

Zelgadis przycisnął do siebie mocniej bezwładne ciało dziewczyny i skupił uwagę na wyrażających jednocześnie lęk i współczucie tlących się w nieproporcjonalnie wielkich, jaskrawożółtych oczach na tle trójkątnej twarzy, pozbawionej uszu i nosa. Piękna, aksamitna sierść niewielkiego stworzenia odbijała resztki wyładowań energetycznych, pozostałych po ekspansji mocy Strażnika.

- A'deasail. - Zelgadis powtórzył wyuczone wiele lat wcześniej starożytne pozdrowienie, jednak nie wycofał swojej mocy, wciąż czekającej na jego najmniejszy gest, aby siać śmierć i zniszczenie.

- Nie jesteśmy twymi wrogami, Terramistrzu - powiedział gardłowym szeptem Episti. - Tak jak pośród Equeshan dochodzi do zdrady, tak też i niektórym pośród nas Czerwony zatruł umysły.

- Mogłem się tego spodziewać - powiedział szybko Strażnik, z powrotem skupiając się na nieprzytomnej czarodziejce.

- Nie pomożesz dziewczynie, Terramistrzu. W jej wnętrzu wciąż szaleje fragment burzy czasoprzestrzennej. Może już dziewczyna nie znajduje się w jej środku, lecz ten fragment wciąż ma we władzy jej moc i istnienie. Chociaż trzymasz jej ciało, jej wnętrze wciąż znajduje się w wymiarze psychiczno-magicznym, który można opuścić jedynie od wewnątrz.

- Nie mów mi tego, co sam wiem! - warknął Zelgadis, w jednej chwili wbijając rozwścieczone spojrzenie w niewielkie stworzenie. - Jesteście Episti, badaczami magicznej materii, powiedz mi do jasnej cholery coś, czego bym nie wiedział!

- Przykro mi. Jak prawdą jest to, że imię me brzmi Adreenu, nie posiadamy potrzebnej ci wiedzy - zarzekł się stwór, spoglądając z przestrachem na Equeshan, który na moment zastygł w bezruchu.

- Ukryj się gdzieś. Szybko - wysyczał Zelgadis.

- Cóż się dzieje, Terramistrzu? - spytał zalękniony Episti, widząc niepokój na twarzy najpotężniejszego wojownika wymiaru Varney.

- Oni nadchodzą.


***


Była głęboko. Głęboko pod warstwą istnienia. Nie była już pewna niczego. Nie wiedziała, gdzie zaczyna się jej kształt, a gdzie kończy. Była już tylko energią. Energią składająca się z nurtów. A nurty przecież krążyły swobodnie dookoła osi przeznaczenia, nie było powodu utrzymywać tej skorupy. Kształt był tylko granicą istnienia. A granice nie były dobre. Granice należało pokonywać. Trzeba było robić wszystko, aby uwolnić się od więzów egzystencji. Kształt był przeszkodą, którą należało unicestwić, stać się jednym z nurtów i porzucić świadomość. Ś.w.i.a.d.o.m.o.ś.ć. Słowo. Kolejne, które utraciło znaczenie. Otaczało ją morze słów. Słów bez znaczeń. Pamiętała jeszcze, że znaczenie było kiedyś ważne. Ale dlaczego? Tego już nie pamiętała. A jeżeli, o czymś zapomniała, to nie mogło być istotne. Znaczenie kojarzyło się z bólem, a nikt nie chciał cierpieć. O tym pamiętała dobrze. A żeby nie cierpieć, trzeba było porzucić znaczenie i kształt. Stać się jednym z nurtów. Dołączyć do rzeki przeznaczenia.


***


Zaskoczenie było zbyt delikatnym terminem, aby określić to, co roztaczało się przed jego oczami. Słyszał wiele o potędze Szarego Wilka. W końcu osoba, przed którą ostrzegał sam Czerwony Kapłan, musiała dysponować ogromną mocą. Nigdy nie słyszał o aurze będącej w stanie zawrócić coś tak nieokiełznanego jak burza czasoprzestrzenna.

Jednak właśnie taki widok rozpościerał się przed jego oczami. Resztki wyładowań elektrycznych ulegały rozproszeniu w kontakcie z zielonkawą, intensywną energią. Z drugiej strony, ich śmiertelny wróg musiał być teraz w fatalnym stanie. Pan Guesh miał rację. Druga taka okazja się nie powtórzy. Właśnie teraz musieli zadać śmiertelny cios.

Wyciągnął rękę w górę, aby dać znać pozostałym dziewiętnastu Ruelzhan lewitującym tuż nad pozostałościami jaskini będącej wejściem na teren Epistich, że czas wykonać pierwszy atak.

Prawie dwa tuziny odzianych w szkarłatne szaty osobników skierowało pociski surowej energii w stronę źródła magii o zielonym poblasku.

Ramulez uśmiechnął się szeroko, gdy złączony atak dotarł do celu, po czym rozległa się niewielka eksplozja.

Chwilę później doszedł go zapach świeżo skoszonej trawy.

Jego oczy rozszerzyły się szeroko ze zdziwienia, gdy w świetle zachodzącego słońca, dojrzał unoszące się w powietrzu drobne nasionko. Ułamek sekundy później zewsząd zaczęły go atakować liany nasycone mocą żywiołu ziemi.

W ostatnim momencie zrobił unik, gdy zielone ostrze mignęło mu przed oczami. Kilka metrów za nim dobiegł go dziewczęcy krzyk.

Po jego czole spadły pierwsze krople zimnego potu.

Drżącymi dłońmi wykonał gest będący znakiem dla drugiej grupy Ruelzhan, czekającej po drugiej stronie stworzonego kilka minut wcześniej nurtu teleportacyjnego.

Dopiero, gdy poczuł obecność dodatkowych sprzymierzeńców, w jego serce wstąpiła otucha.

Sięgnął po miecz i bez wysiłku rozharatał kolejną zagrażającą mu lianę. Mogli wygrać. Mogli go pokonać! Pragnął ujrzeć na własne oczy, jak Szary Wilk kona na jego oczach. Podjąwszy decyzję, gwałtownie zanurkował, zręcznie unikając kolejnych szalejących strumieni zielonej mocy.

Mijał kolejnych towarzyszów, którzy z powodzeniem eliminowali wciąż mnożące się liany. Z ogromną satysfakcją doszło do niego, że tempo, w jakim przyrastały nowe pędy, zaczynało maleć. Szary Wilk słabł w oczach!

W powietrzu wciąż unosił się zapach świeżo skoszonej trawy. Chociaż czy mu się wydawało, czy był on trochę intensywniejszy niż chwilę temu?

Zgrabnie wylądował za ogromnym głazem, pozostałością po jaskini, i szczelnie otoczył się barierą, jak go uczył pan Guesh wiele lat temu.

Właśnie wtedy ujrzał sylwetkę tego, który zastąpił mu ojca, zaraz po tym, gdy Strażnicy zabili jego rodziców. Jeden z pięciu generałów Czerwonego Kapłana stał tuż przed odzianym na szaro mężczyzną, przyciskającym mocno do siebie nieprzytomną, rudowłosą dziewczynę.

- Słabniesz, Szary Wilku. - Rozległ się tak dobrze mu znany głos pana Guesha. - Dysponujesz przerażającą potęgą, lecz nawet ty nie dasz rady nam wszystkim. Giń. - Wykonał tak szybkie cięcie srebrzystą klingą, że Ramulez dojrzał jedynie wyładowanie elektryczne towarzyszące ciosowi.

Szary Wilk zrobił błyskawiczny unik, odskakując kilka metrów dalej. Mordercza energia jego opiekuna rozwaliła kolejną skałę w drobny mak.

- To na nic. Jak myślisz, jak długo dasz radę, utrzymywać swoje sadzonki w akcji, unikać moich ataków i na dodatek chronić tę pustą skorupę, którą trzymasz na rękach?

Dopiero wtedy Ramulez przyjrzał się rudowłosej. To musiała być dziewczyna, w którą wniknęła Ayneres. Ktoś, kto nie był Strażnikiem. Ktoś całkowicie niewinny wplątany w nie swoją wojnę. Ktoś, na kim Szaremu Wilkowi musiało straszliwie zależeć…

Mimowolnie chłopak poczuł głęboki smutek. Wiedział, że Szary Wilk był ich śmiertelnym wrogiem. Nienawidził Equeshan z całego serca. Dlatego właśnie postanowił walczyć. Aby już nikt nie musiał tracić kogoś bliskiego. I teraz, gdy widział na własne oczy, że owocem jego walki było zadanie przeciwnikowi takiego samego cierpienia, nie potrafił z czystym sumieniem przyznać, że to co, robili, było absolutnie słuszne.

Nagle w jego świadomości pojawiła się refleksja, że w tej wojnie nie było już słuszniejszej strony. Byli tylko ci, którzy potrafili zadawać boleśniejsze ciosy.

- Czy mój dziadek uczył cię osobiście? - Rozległ się chłodny i zadziwiająco opanowany głos Szarego Wilka.

- Do czego zmierzasz? - spytał rozdrażniony Guesh.

Zapach świeżo skoszonej trawy stał się jeszcze bardziej intensywny.

- Sprowadziłeś swoją radosną gromadkę, bo stwierdziłeś, że całkowicie zniszczyłem burzę czasoprzestrzenną, prawda?

Coś w jego tonie sprawiło, że Ramuleza przeszedł zimny, nieprzyjemny dreszcz.

- Gdybyś porządnie odrabiał lekcje, potrafiłbyś odróżnić zniszczoną burzę czasoprzestrzenną od wycofanej.

W jednej chwili chłopak przerwał swoją barierę i zaczął tkać nurt teleportacyjny.

- Zdradzę ci sekret. - Młody Ruelzhan po raz pierwszy dojrzał dotychczas zakryte przez kosmyki grzywki bezlitosne szafirowe oczy. - Ona wciąż trwa. Owszem, jest wyciszona, zostało jej sił jedynie na ostatnie szarpnięcie, ale jesteście w samym jej środku. A jedyne co ją przed wami teraz chroni jest moja moc.

W ułamku sekundy energia Szarego Wilka zniknęła. Jedynie otaczająca go zielona aura świadczyła o fakcie, że przywołał jedynie tyle mocy, aby ochronić się przed nadchodzącym uderzeniem.

- Gdybyście zaatakowali trochę później, dokonałbym całkowitej anihilacji burzy czasoprzestrzennej i byłbym tak wyczerpany, jak na to liczyłeś. - Mężczyzna mówił przerażająco spokojnym głosem. - Gdybyście jej nie zaatakowali, może byście przeżyli. - W jego oczach pojawił się błysk zimnej wściekłości. - Teraz poniesiecie konsekwencje swojej decyzji.

Z piersi Ramuleza wydarł się potworny krzyk, gdy w jednej chwili do jego wnętrza wniknął szalejący żywioł, rozrywając jego wewnętrzny nurt na kawałki.


***


Rzeka przeznaczenia płynęła z zawrotną prędkością. A ona wraz z nią. Już prawie nie można było odróżnić odrębności jej istnienia pośród morza słów pozbawionych znaczeń. Aż nagle Nurt zwolnił. Zwolnił, po czym w porażającym tempie zaczął się cofać.

To pobudziło jej prawie już nieistniejące zmysły. Zalała ją fala impulsów. Nie potrafiła już ani patrzeć ani słyszeć. Węch i dotyk całkowicie utonęły pośród nadmiaru bodźców. Była energią o umierającym kształcie. I jedyne, co czuła, był ocean przeróżnego rodzaju nurtów.

Te słabsze rozpryskiwały się w rzece nieoznaczoności w ułamku sekundy, te mocniejsze wirowały z urzekającą gracją by po upływie kilku milleniów powrócić do nicości. Jedynie dwa obezwładniające prądy czystej, surowej mocy zdawały się sięgać nieskończoności. Przez czas zdający się być wiecznością przeplatały się bez końca, dokonując na przemian anihilacji i kreacji.

Życie i śmierć.

Życie poddawało się śmierci, śmierć dawała początek życiu.

Porządek i chaos.

Porządek był chaosem. Chaos był porządkiem.

Pradawna spirala miała swój początek.

Mroczna obecność, głębsza od najciemniejszej nocy.

Słowa były ważne.

Lecz tylko te słowa, które miały znaczenie.

Słowa mające znaczenie dawały początek nurtom.

Niektóre nurty dawały początek istnieniu.

A istnieli tylko ci, którzy posiadali imię.

Coś w jej wnętrzu drgnęło.

Płomień iskrzący się jasnym przyjemnym blaskiem.

Co to było?

To była ona. Była płomieniem, a płomień był nią. Ogień wypełniał jej istnienie, ponownie przywołując jej kształt.

Otaczała ją nieskończona ciemność. Ogarnęła ją świadomość, że powinna wrócić. Nie pamiętała jednak gdzie ani dlaczego.

Płomień w jej wnętrzu zaczął niepowstrzymanie pulsować w ciężkim, nieregularnym rytmie.

Gdzieś daleko stąd istniało źródło mocy mieniące się identycznym blaskiem jak jej ogień.

Właśnie tam musiała się udać.

Tylko tam zdoła odzyskać swoje imię.

***


Jaskrawożółte oczy rozszerzyły się w szoku. Z uwagą obserwował bezwładne ciało rudowłosej dziewczyny, której dusza i moc została pochłonięta przez burzę czasoprzestrzenną. Tak, jak powiedział Terramistrzowi, uratowanie młodej kobiety było niemożliwe. Jeżeli mag nie posiadał tak ogromnej i kontroli jak Szary Wilk, nie był w stanie oprzeć się takiemu żywiołowi. Dlatego też nie krył zdziwienia, gdy patrzył się na ciało mające pozostać pustą skorupą, w jakiej ponownie pojawiło się życie.

Po upływie kilkunastu sekund początkowe zdumienie zmieniło się w głód wiedzy. Musiał znać przyczynę takiego fenomenu! Jego zmysł magiczny dużo bardziej wyczulony niż u najpotężniejszego Strażnika raz jeszcze skupił się na podopiecznej Equeshan z Rejonu Varney.

Chwilę później na trójkątnej twarzy pojawił się uśmiech niemej ekscytacji.

Niebywałe! Niespotykane! Oszałamiające!

Na jego własnych oczach doszło do zdarzenia, które nigdy miało nie mieć miejsca.

Teoretycznie martwa dziewczyna wróciła zza grobu, a będąca niemal na wyczerpaniu moc Szarego Wilka promieniała blaskiem potężniejszym niż kiedykolwiek.

Istniało tylko jedno wyjaśnienie tego zjawiska.

Szary Wilk, postrach Rejonu Varney, i nieznana nikomu dziewczyna osiągnęli Rezonans.


***


Bolał ją każdy centymetr kwadratowy ciała. Czuła własne przyśpieszone bicie serca zsynchronizowane z nienaturalnie pulsującym w jej wnętrzu płomieniem. Powoli wracała też jasność umysłu oraz świadomość magiczna. Po kilku sekundach zrozumiała, dlaczego jej moc krążyła z większą niż kiedykolwiek wcześniej prędkością. Zewsząd otaczała ją obezwładniająca energia żywiołu ziemi.

Z ogromnym wysiłkiem otworzyła oczy i ujrzała unoszącą się nad nią twarz Zelgadisa. Twarz, na której nigdy wcześniej nie widziała takiej furii. W jego szafirowych oczach tliły się iskry wściekłości graniczącej z szaleństwem. Cała jego sylwetka emanowała tak morderczą aurą, jakiej nie czuła od początku swojego przybycia do magicznego świata. Mężczyzna trzymał ją na rękach, mocno przyciskając ją do siebie, lecz jego uwaga całkowicie była skupiona na niszczeniu kolejnych wrogów.

Bez chwili namysłu kierował morderczy żywioł w stronę kolejnych głupców, którzy wciąż myśleli, że mają cień szansy. Rdzenna moc ziemi tańczyła w śmiercionośnym tańcu, reagując na najkrótszą myśl swojego pana. Nie miało żadnego znaczenia, że znajdywali się w obszarze niemagicznym. Cała okolica została wypełniona obezwładniającą aurą Szarego Wilka. W pewnym momencie zapadła cisza. Nie było wątpliwości, że wróg został całkowicie unicestwiony, jednak Zelgadis nie wykonał najmniejszego ruchu, aby wycofać swoją moc.

- Zel… - powiedziała cicho.

Zero reakcji.

Z wielkim wysiłkiem uniosła dłoń i lekko go dotknęła, jednocześnie wysyłając delikatny sygnał energetyczny.

- Zel… Już wystarczy… - odezwała się nieco głośniej.

Dopiero wtedy w jego oczach pojawiła się świadomość.

- Lina? - spytał, jakby dopiero teraz ją zauważył.

- Cześć - uśmiechnęła się lekko.

- Ale jak? - Odpowiedział, patrząc jej prosto w oczy. Po chwili wyciągnął dłoń i lekko dotknął jej policzka. Gdy delikatnie zanurzył się w jej wewnętrzny nurt, niedowierzanie w jego spojrzeniu zastąpiła szczera, niewypowiedziana ulga.

- Rezonans jest odpowiedzią, której szukasz, Terramistrzu. - Nagle dobiegł ich nowy głos.

- Rezonans? - powtórzyła słabo Lina. Jak tylko usłyszała to określenie, wreszcie zrozumiała tę dziwną pulsacji mocy w swoim wnętrzu. Owszem, ta nieznana sensacja zanikała z każdą minutą, lecz samo wrażenie było tak silne, że była przekonana, że przez długi czas nie będzie w stanie o tym zapomnieć. Z drugiej strony, co się tak naprawdę stało? Spróbowała sięgnąć pamięcią, lecz w jednej chwili poczuła takie ukłucie z tyłu głowy, że mimowolnie jęknęła z bólu.

- Lina, wszystko w porządku? - Natychmiast odezwał się ze zmartwieniem w głosie Zelgadis.

- Chyba tak… Po prostu nie pamiętam, jak doszło do tego wszystkiego… - Omiotła wzrokiem otaczające ją pobojowisko.

Kątem oka ujrzała, że mistrz ziemi odwraca głowę. Wyczuwając, że coś jest nie tak, już otwierała usta, kiedy ponownie odezwał się nieznany jej głos. Dopiero wtedy niewysoka istota pojawiła się w zasięgu jej wzroku. Trójkątna twarz, bez uszu i nosa. Piękna, aksamitna sierść i utkwione w niej, niepokojące jaskrawożółte oczy.

- A my całym swoim istnieniem pragniemy się tego dowiedzieć, Dzierżycielko Płomienia. Przybyliście tu w poszukiwaniu odpowiedzi, czyż nie? Istnieje możliwość, że odpowiedzi, których poszukujecie, są informacjami, których my również pożądamy…

- Jaka jest wasza cena? - Wszedł mu w zdanie Zelgadis.

- Chcemy zrozumieć, jak dusza skazana na anihilację powróciła do świata żywych. W jaki sposób pomimo międzywymiarowej odległości, chociaż trwało to tak krótką chwilę, zrodził się między wami Rezonans. A odpowiedzi na to może udzielić tylko wniknięcie w wewnętrzny nurt Dzierżycielki Płomienia, Terramistrzu - odrzekło spokojnie stworzenie.

- Nie ma mowy - Natychmiast odparł wojownik. W jego głosie ponownie pojawiły się znamiona wściekłości.

Lina pomimo wyczerpania fizycznego zyskiwała coraz większą świadomość obecnej sytuacji. Zaraz potem, jak weszła do jaskini, stało się coś bardzo ważnego. Być może udałoby jej się odzyskać te wspomnienia na własną rękę. Czas jednak naglił. Potrzebowali tych informacji tu i teraz. Spojrzała raz jeszcze na Episti. Czując niewielki przypływ sił, ostrożnie się podniosła.

- Jednocześnie odpowiecie na nasze pytania i wyjaśnicie, co się wtedy stało? - spytała cicho.

W oczach magicznego stworzenia nie było wahania.

- Z wielkim prawdopodobieństwem tak, Dzierżycielko Płomienia.

- Lina, zapomnij o tym. Umowy z Episti opierają się na silnych kontraktach magicznych. Ich cena zawsze jest czymś więcej niż się na początku wydaje. To nie jest dobry moment na zawieranie nieprzemyślanego kontraktu…

Młoda kobieta wsłuchała się w krążące obok niej, coraz bardziej wyciszające się nurty. Nie do końca rozumiała to, co ją otaczało. Nie wiedziała, ilu z Ruealzhan poniosło śmierć, lecz nie wyczuwała żadnego wpływu ich unicestwienia na równowagę nurtów. Zupełnie jakby rozpłynęli się w powietrzu… Z drugiej strony Vun Geas było obszarem niemagicznym. Może w naturę tego miejsca było wpisane wypieranie wszelkich magicznych prądów? Już miała dosyć ciągłego błądzenia po omacku. Chciała wreszcie dotrzeć do prawdy. I dlatego nie zamierzała rezygnować z być może jedynej szansy, jaką oferował jej los.

- A kiedy będzie dobry moment, Zel? Przed czy po następnym ataku Ruelzhan? Zresztą on chce wejść w mój wewnętrzny nurt. To ja zawrę z nimi ten kontrakt - przerwała mu czarodziejka.

- Nie ma mowy - odparł uparcie.

- Zel, po coś tu przybyliśmy. Ty już dałeś z siebie wystarczająco. Teraz moja kolej.

- Ledwo uszłaś z życiem, czy ty masz naprawdę nierówno pod sufitem?! - odpowiedział rozeźlony mag.

- Terramistrzu, spójrz na siebie. Jesteś wyczerpany. Obydwoje jesteście. A my… - Nagle za plecami Episti pojawiło się morze jaskrawożółtych oczu. - Możemy wam pomóc.

W powietrzu zawisła niewypowiedziana groźba, ukryta pod powierzchnią łagodnych słów.

- Kiedy dokładnie mielibyście to zrobić? - spytała Lina, spoglądając na pokaźne grono magicznych istnień.

- Jak tylko Vun Geas odzyska swój pierwotny stan energetyczny - odparł przywódca Epistich zdawkowym tonem.

- Lina, nie zgadzam się… - zaczął głosem przesiąkniętym wściekłością Zelgadis.

- Zel, to moje życie i mój wybór. Nie wtrącaj się. - Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy. Przez dłuższą chwilę obydwoje piorunowali się wzrokiem, aż w końcu mężczyzna odwrócił głowę, zwracając się do przywódcy Episti.

- Macie mi zagwarantować, że cały proces nie zagrozi jej życiu.

- Masz na to moje słowo, jako imię moje brzmi Adreenu, Terramistrzu.

Imię to istnienie. A powoływanie się na własne istnienie było największą z możliwych przysiąg.

- I nie spowoduje to żadnego urazu fizycznego, psychicznego ani magicznego.

- Uwierzyłbyś w wielki zysk przy małym ryzyku, Terramistrzu?

- To właściwa logika porządnego kupca - wtrąciła z lekkim uśmiechem Lina, spoglądając kątem oka na grymas na twarzy Zelgadisa. - To co mam teraz zrobić?

- Gdy obydwoje, przysięgając na swoje imię, wypowiemy słowa kontraktu, ten od razu wejdzie w życie. - Episti, wykonując kilka kroków naprzód, stanął tuż przed dziewczyną i wyciągając w jej kierunku małą kończynę o trzech palcach.

Czarodziejka raz jeszcze wytężyła swój zmysł magiczny. Coś się w niej zmieniło. Coś w sposobie postrzegania magicznego świata. I nie wiedzieć czemu, pojawiło się w niej niezachwialne przekonanie, że jeżeli teraz nie chwyci tej ręki, nigdy nie będzie jej dane zrozumieć, co się tak naprawdę stało.

Lekko uścisnęła dłoń magicznego stworzenia i zaledwie kilkanaście słów później ponownie ogarnęła ją ciemność jej własnego istnienia.

***


To było przerażające, jak historia potrafiła zatoczyć koło, niczym pradawny nurt wciąż powracający do miejsca swych narodzin.

Myślała, że już nigdy więcej nie doświadczy strachu i bólu towarzyszących jej tamtej nocy. Stopniowo ułożyła swoje życie, na nowo odnajdując cel i sens. Obiecała sobie, że stanie się prawdziwą kapłanką Ceiphieda Rejonu Varney. Że już nigdy nie zwątpi w nauczania starszych i odtąd będzie niewzruszenie stać na straży Równowagi wraz z innymi Strażnikami, których nie wiedzieć kiedy zaczęła nazywać swoją rodziną.

Jednak się myliła. Koszmar powrócił i opuścił senną przystań, aby stać się rzeczywistością. A żeby los mógł wystawić tę samą sztukę raz jeszcze, wszyscy poprzedni aktorzy musieli wrócić na scenę.

W fioletowych, bezlitosnych oczach pobłyskiwała mroczna obietnica. Od nadmiaru emocji i myśli poczuła, że uginają się pod nią nogi. Jeżeli on tutaj był, oznaczało to jedno: od wypowiedzianych przez nią teraz słów będzie zależał jej dalszy los.

- Zadałem proste pytanie, Filio. Czy spotkałaś się z Valgaarvem?

Jednak odpowiednie słowa nie chciały nadejść. Jej przygnieciony nawałem bodźców umysł wypełniała jedynie paraliżująca pustka. Otworzyła usta tylko po to, aby po chwili je zamknąć.

- Najwidoczniej odpowiedź brzmi tak. - Xelloss kontynuował tonem pozbawionym jakichkolwiek emocji, jednocześnie kucając, aby zrównać się z nią linią wzroku. - Jak przebiegło spotkanie rodzinne po latach? Twój słodki braciszek nie był przypadkiem wybabrany we krwi kolejnych Strażników?

W obu pytaniach pojawiła się tak wyraźna drwina, że trzymające ją szpony przerażenia lekko rozluźniły swój chwyt.

- Nie, nie miał. - Sama się zdziwiła, jak słabo brzmiał jej własny głos. - Za to opowiadał wiele rzeczy… - Wiedziała, że powinna zamilknąć, że każde nieodpowiednio użyte słowo może zostać wykorzystane na jej niekorzyść. Jednak nie potrafiła przestać. - Takie niedorzeczności, że na przykład w wymiarze Overworld mordowano istoty niewygodne dla ustroju Eques. Zabawne, prawda? Zabijanie w Eques jest zabronione ze względu na zakłócanie Równowagi. Natomiast tam podobno zabijano jednocześnie Smoki i Mazoku. Ich energie miały się równoważyć, dzięki czemu nie dochodziło do zakłócenia nurtów. To całkiem niezła teoria, nie uważasz? Nawet brzmi teoretycznie prawdopodobnie…

- To faktycznie ciekawe opowieści. Zwłaszcza w ustach kogoś, kto nie miał oporów przed zabiciem własnej siostry.

W jej oczach pojawił się ból na skutek ponownie przywołanych bolesnych wspomnień. Obrazy z odległej przeszłości, wydarzenia z Cieleth z opowieści Liny i Zelgadisa, historia Valgaarva. Wszystko to zaczęło jej wirować przed oczami, gdy w jej głowie pojawiła się nieznośna i jednocześnie przerażająca myśl, że w tym pozornie chaotycznym strumieniu można się doszukać pewnej spójności.

- Xelloss, czy to… jest prawda? - spytała cicho, wciąż patrząc mu prosto w oczy.

Cóż za dziwne uczucie - pożądać prawdy, lękając się jednocześnie jej realnego kształtu. Przez ostatnich siedem lat pilnowała dotychczasowego porządku, osobiście dbając, aby nic nie zakłócało Równowagi. Nie chciała do siebie dopuścić, że nawet część z przypuszczeń Liny i Zelgadisa było prawdą. Słowa Valgaarva musiały być kłamstwem. Musiała jednak sama przed sobą przyznać, że za tym wszystkim musiało się coś kryć. Inne światło, w którym znane jej barwy przybrałyby zupełnie inny odcień.

Na twarzy Mazoku pojawił się drwiący uśmiech.

- Ach prawda… To takie dumne słowo. Powiedziałbym, że prawdą dla ciebie będzie to, co sama za nią uznasz. Z tymże niektóre postacie prawdy są niebezpieczniejsze od innych.

Była zbyt zmęczona, aby poczuć przypływ złości.

- Nie byłbyś sobą, gdybyś raz odpowiedział mi wprost na pytanie, prawda?

- Przecież udzieliłem ci najobszerniejszej z możliwych odpowiedzi. - Drwiący uśmiech się nieco się poszerzył. - A skoro już powrócił ci dar mowy, powiedz mi, Filio, czy Valgaarv zaproponował ci przejście na stronę Ruelzhan?

Lęk ponownie ścisnął jej żołądek, jednak dobrze wiedziała, że kłamanie nie miało najmniejszego sensu.

- Czy samo usłyszenie propozycji jest przestępstwem?

- Usłyszenie jeszcze nie. Jednak wyznawanie tej samej prawdy co wróg Równowagi, postawiłoby cię po tej samej stronie barykady co on.

Słysząc te słowa, przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz.

- Istnieją tylko dwie drogi? Nie ma nic pośrodku? - wyszeptała.

Mężczyzna wyciągnął rękę jej stronę. Filia instynktownie się cofnęła, na ile pozwalała jej klęcząca pozycja, oczekując uderzenia mrocznej mocy.

Ku jej zaskoczeniu dłoń Demona lekko ujęła jej policzek.

- Na to pytanie sama musisz sobie udzielić odpowiedzi.

Chwilę później poczuła, jak otula ją jego demoniczna energia. Delikatnie, jak nigdy wcześniej, ciemna moc wypełniła jej świadomość, wywołując natychmiastową senność. Nawet nie próbując z nią walczyć, poddała się zalewowi jakże jej potrzebnej błogiej nieświadomości.


***


Na świecie nic nie było ważniejsze od dotrzymania raz danego słowa.

Sam fakt złożenia obietnicy był czymś absolutnie niesamowitym. Oznaczało to, że miało się w swoim życiu kogoś niesamowicie ważnego. A czy istniało większe szczęście od posiadania takiej osoby? Kogoś, komu ufało się bez względu na wszystko. Na kogo szczęściu zależało komuś bardziej niż na własnym spełnieniu. Kogoś, komu można było poświęcić własne życie.

Dla niej odpowiedź na to pytanie była oczywista.

Delikatnie przejechała palcem po szorstkiej twarzy pokrytej gęstym zarostem. Nawet jego uśpione oblicze nie miało w sobie za grosz majestatu, którego oczekiwała od osoby stojącej na czele wymiaru. Gdy kilka lat wcześniej ujrzała go po raz pierwszy, nie kryła zawodu. Na początku obsadzenie go w tak ważnej roli wydawało jej się jedną wielką pomyłką. Nie rozumiała otaczających go magów, wypełniających bezzwłocznie każdy, nawet najlichszy rozkaz. Bardzo, bardzo powoli odkrywała powody, dla których tylu pozornie zdolniejszych i mądrzejszych Strażników akceptowało go jako przywódcę, aż sama się stała jednym z jego największych zwolenników.

I im większym go darzyła szacunkiem, tym bardziej przeklinała swój los.

Nigdy nie przypuszczała, że w jej życiu znajdą się aż dwie osoby, którym poświęciłaby swe istnienie. A zwłaszcza, że tą drugą stanie się jeden z jej wrogów.

Jednak to Elsevien ją ocaliła. To ona dała jej sens istnienia. To jej złożyła obietnicę, że jej życie należy do niej.

A dotrzymanie danego słowa było największą świętością, jaka istniała.

Rozkaz Elsevien mógł się niektórym wydawać okrutny, lecz znała swoją panią lepiej niż ktokolwiek inny. Tylko w taki sposób można było obalić fałszywą Równowagę.

Brzydką drwiną losu był fakt, że przez swój pobyt w samym sercu Seyrun, zaczęła powoli rozumieć tę drugą stronę barykady. Fałszywa Równowaga nie była podtrzymywana bez powodu. Najstarsi przedstawiciele Mazoku i Ryuzoku, ci, którzy pamiętali wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat temu, mieli prawo obawiać się Jej powrotu. Oni ją znali, widzieli, czuli Jej obecność. Była skłonna uwierzyć, że ich działania były przykrą koniecznością. Przecież każde stworzenie chciało przetrwać za wszelką cenę. To było wręcz naturalne posunięcie.

Co nie oznaczało, że było to dobre. Nikt, kto nie był Nią, nie powinien dyktować zasad istnienia Wszechświata.

Dlatego z pokorą przyjmowała swój los. Jeżeli miała się stać cegiełką na drodze Jej powrotu, była tylko wdzięczna światu za takie przeznaczenie.

Wystarczyło tylko skierować ostatnią wiązkę energii w stronę nieprzytomnego mężczyzny, aby plan pani Elsevien się dokonał.

Ostatnia strużka mocy, aby zabić tego człowieka i przenieść się w niebyt.

Treść zaklęcia, jakie zakotwiczyła w niej pani Elsevien, od początku była dla niej jasna.

Aby ostatnia nić została wpleciona w siec czaru, musiała, korzystając z magii tożsamości przekonwertować całe swoje istnienie w czystą, surową moc.

Od początku była na to gotowa. Od wielu nocy wyobrażała sobie scenariusz swojego ostatniego dnia. Dano jej odpowiednią ilość czasu, aby jej umysł zdołał zaakceptować taki sposób rozłąki ze światem.

Jednak nie potrafiła opanować drżenia na całym ciele. Ani łez opadających na uśpioną twarz.

W jednej chwili uświadomiła sobie, że raz jeszcze chciałaby zobaczyć jego uśmiech. Tak pełen ciepła i dobroci.

Jej palec lekko muskający jego policzek przesunął się w stronę jego ogromnej dłoni. Powoli wsunęła swoją dłoń w jego, splatając z nim swoje palce.

Czy to była zdrada?

Pewnie tak. Nie wolno jej było pokochać swojego śmiertelnego wroga.

Właśnie taki był świat fałszywej Równowagi. Nie wolno było kochać, postępować zgodnie z własnym sercem.

Dlatego właśnie stare Eques musiało umrzeć.

Uśmiechnęła się lekko przez łzy, gdy jej istnienie zaczęło się przemieniać się w czystą surową energię.

Poprzedni rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.