Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Dragon Ball - Saiyan Princess

84....i nie pogody

Autor:Killall
Serie:Dragon Ball, saga: Kosmiczni przeciwnicy
Gatunki:Akcja, Fantasy, Fikcja, Przygodowe, Science-Fiction
Uwagi:Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość, Przemoc, Wulgaryzmy
Dodany:2016-10-17 22:39:35
Aktualizowany:2016-10-17 22:39:35


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

- Gohan? - Zawołałam niedowierzająco.

Czy właśnie wyczułam jego nagły skok i ogromny spadek energii? Niemal balansował jakby…

- Saro nie jest dobrze - Pisnął Wszechmogący - Zostaliśmy zaatakowani przez…

- Do diabła! Teraz mi to mówisz?! - Warknęłam - On słabnie!

Rozbudziłam w sobie na tyle energii by wystartować niczym torpeda, a w chwili startu zdążyłam jeszcze usłyszeć przepraszający ton mieszkańca pałacu, iż nie zwrócił uwagi na niebezpieczeństwo całkowicie poświęcając uwagę mojej osobie. Przeklęłam w duchu żałując, że nie pozwoliłam sprawdzić dokąd pędził Szatan. Więc leciał na pomoc, a skoro on, to może i cała reszta, jednak piorunujący spadek mocy przyjaciela kazał mi twierdzić iż wcale nie jest dobrze. Nie wyczuwałam żadnej innej potężnej energii poza tymi czterema emanującymi olbrzymim złem. W tej chwili mogłabym splunąć sobie w twarz. Że też duma nie pozwoliła mi udać się na ten przeklęty turniej! Byłabym tam i mogłabym zareagować w porę. Cóż za niedopuszczalna postawa. Gnałam ile mogłam w kierunku KI przyjaciela by w porę dolecieć. Nie było czasu! W chwili gdy dotarłam na wyspę, gdzie odbywały się te idiotyczne walki dostrzegłam dziurę w jednej z kopuł i wtedy dostrzegłam go. Na moment mnie sparaliżowało. Przeraźliwy krzyk jaki dochodził do moich uszu należał do syna Goku. Jakiś potwór z imponującą mocą zaciskał na nim swoje wielkie łapy próbując złamać mu wszystkie kości. Gohan stracił przytomność.

On go zabije…

W końcu odzyskałam panowanie nad własnym ciałem i ruszyłam z zawrotną prędkością w stronę wroga. Walnęłam go z impetem w przebrzydłą twarz by uwolnić nieszczęśnika z jego morderczych rąk. Złapałam przyjaciela w pasie by nie wbił się w beton jak to się stało z jego przeciwnikiem.

- Gohan! - Krzyknęłam przerażona - Nic ci nie jest?

Wylądowałam w bezpiecznej odległości kładąc nieprzytomnego chłopaka na rozoranej ziemi. Wyglądał dość kiepsko. Ja… Było mi bardzo przykro, że nie przyleciałam na czas, choć przecież nie pozwoliłam by zginął. Ledwo wyczuwalne były także energie Tenshina, Kuririna, Szatana, Trunksa, Yamchy oraz mojego brata. Wszyscy polegli? To nie możliwe żeby ten przybysz był tak niewyobrażalnie dobry. Dopiero co przeszliśmy przez piekło C21. Chciałam nawet pobiec do Vegety, sprawdzić jego stan, ale w tym momencie nieopodal pojawiło się troje wojowników otaczając tym samym najsilniejszego z nich, tego, który próbował zabić Son Gohana.

- Zajmę się tym - Szepnęłam w stronę przyjaciela delikatnie się uśmiechając.

- S-Sara… - Wydukał przebudzając się.

- Tym razem ja stoję w twojej obronie.

W chwilę potem stracił przytomność ponownie. Spojrzałam w stronę jego oprawców niemal wzrokiem żądając odpowiedzi. Czego chcieli na Ziemi? Czym zawiniliśmy, że nas atakowali? Mieli pecha, nadepnęli na mój odcisk. Nie miałam ochoty darować tego co zrobili Vegecie i Gohanowi.

- Kolejna mała pchła do rozdeptania? - Warknął największy podnosząc się z ziemi.

- Twoje niedoczekanie! - Krzyknęłam wstając i przybierając pozycję do ataku - Kto pierwszy?

Wielkolud roześmiał się jakbym opowiedziała świetny dowcip. Czy wszyscy złoczyńcy musieli traktować mnie jak nic nie warte dziecko? Aż się we mnie zagotowało.

- Pozwól panie, że ja się tym zajmę - Kobieta ukłoniła się przed swoim mistrzem.

Ten machnął ręką na zgodę. Więc lalunia była pierwsza. Z resztą co za różnica? Każdego miał czekać ten sam los. Kto zadzierał z moimi bliskim w końcu musiał mieć ze mną do czynienia.

- Może być - Burknęłam - Was czeka ten sam los!

Słowa skierowane do reszty przeciwników nie były byle groźbą. W tej chwili każdego miałam ochotę rozszarpać na kawałki. Nikt, po prostu nikt nie miał prawa tknąć Son Gohana. Przez chwilę nawet przemknęło mi dlaczego on, przecież Vegeta był mi bratem i to on był dla mnie najważniejszy na świecie, a tu… Gohan wysunął się na pierwszą linię i wcale nie rozumiałam tego toku myślenia. Może właśnie tak działała przyjaźń? Przecież był mi jak brat! On bardziej rozumiał moje potrzeby niż Vegeta. Między mną a moim rodzonym bratem była przepaść wiekowa… Kiedyś nie było to różnicą. Nie było podziału wiekowego, a mocą jaka w nas drzemała. Słyszałam opowieści gdzie dzieciak posiadał więcej jednostek niż dorosły mężczyzna! A również bywało odwrotnie, gdzie ojciec był potęgą, a jego dziedzic marnym pionkiem. Wiedziałam też z gawędzeń, że do tej drugiej należał Goku. Przecież Bardock był wyśmienitym taktykiem i do tego inżynierem jakich mało! A jego syn został stracony na Ziemię. Szczęście w nieszczęściu? Jakżeby inaczej! Dzięki temu żyję na tej planecie i jestem wolna. Gdyby nie on i jego głupi wypadek z kamieniem dalej wędrowałabym we wszechświecie modląc się o spotkanie z Vegetą, albo w obłędzie masakrując statek dokonując tym samym samobójstwa. Jakby nie patrzeć moja historia była najlepszą z możliwych. Aż na samą wzmiankę wspomniałam o Sarze, którą uratowałam w innym świecie i która przeze mnie trafiła do niewoli u boku protektorów. Mój los był skazany z góry na początkową niewolę…

Rudowłosa ruszyła na mnie z impetem. Bez problemu odparowałam jej parę ataków uśmiechając się przy tym jak dziecko. W końcu w ich oczach byłam nikim. Wesoło zadarłam głowę twierdząc wrednie: Tylko na tyle cię stać?

Wiedziałam, że te słowa z reguły nic dobrego nie wróżyły, ale czy kłamałam? Nie była mi przeciwnikiem a potyczką, barierą do bossa, który nie zamierzał babrać sobie dłoni gdyby nie zaszła taka potrzeba. Widziałam jak właśnie on usiłował zniszczyć Gohana. Posiadałam wiedzę na temat jego, iż nie jestem gorsza, więc i mnie należała się walka z tym bezwzględnym, a także rewanż i zemsta. Wszystko jedno, musiałam go zniszczyć!

Odskoczyłam w tył by zadać silniejszy atak - KI. Nie miałam ochoty na zabawę, na mierzenie się siłą. Nie było czasu! Człowiek mi bliski, a nawet kilkoro z nich potrzebowało lekarza. Wystrzeliłam energią w jej stronę naście razy wiedząc oczywiście, że jej nie powalę, a tylko spowolnię. Tak naprawdę nie interesowała mnie bitka z tymi cieniasami, którzy mogli się zwać elitą. Interesował mnie tylko i wyłącznie ich pan. On był sprawcą tego wszystkiego. Kiedy mierzyłam do niego złowrogo palcem dostałam cios w kręgosłup, który powalił mnie, że aż wchłonęłam piasek, dosłownie. Wyplułam maleńkie kamyczki zrywając się na równe nogi. Byłam wściekła. Walka nierówna, ja jedna kontra ich troje i boss. Co prawda ten stał nieruchomo obserwując wszystko jak jakiś milioner chcący się zabawić, a skoro tak było musiał uważać mnie za nie godną przeciwniczkę.

Wezbrała we mnie potężna złość. Jako saiyanin nienawidziłam być ignorowana. Wiadome było, że wiele galaktyk się nas obawiało, w sumie nami gardzono jak wycieraczkami.

- Nie unikaj walki ze mną! - Krzyknęłam poirytowana - Jesteś dla mnie nikim!

Nie więcej niż sekundę po tych słowach dostałam w twarz od niskiego mężczyzny w turbanie. Upadłam gryząc beton. Otarłam krew z brody wciąż nie odrywając wzroku do najsilniejszego. Jeśli jego pokonam słabsi automatycznie się poddadzą. Tak z reguły było. Tego uczyli w tych durnych grach video?? Wzięłam oczyszczający wdech skupiając się na głównym wrogu. Widziałam jak rani Gohana. Był moim priorytetem w tej chwili.

Nie zwracając specjalnej uwagi na piasek w oczach po poprzednim upadku ruszyłam na największego przeciwnika nie bacząc czy będę ścigana. Teraz liczyła się zemsta. Jak obiecałam - nikt nie miał prawa tknąć moich bliskich. Oboje leżeli nieprzytomni. Obaj czekali na moją pomoc! Zadałam pierwszy cios w lewy bark. Jak widać nie spodziewał się tego. Prawdopodobnie był pewien, że sługusy zdążą na czas, a w sumie to ta niska kobieta. Jednak w chwili gdy zaatakowałam ich pana wszyscy ruszyli na mnie jak jeden mąż. Dobrze mi szło odparowywanie ich ataków, a gdy już nie dawałam rady przeistoczyłam się w złotowłosą - niegdyś legendę i ponownie natarłam na wielkiego przeciwnika, który jak mógł odparowywał moje ataki. Gdy miałam zadać im potężny cios w głowę skamieniałam. Poczułam jakby miliony nici splątało moją osobę. Stałam jak posąg nie mogąc się ruszyć z miejsca. Niemal przed oczami miałam wspomnienie gdy isibo zamieniało mnie w posąg. Zaczęłam się szarpać jak wściekły lew.

- Im bardziej walczysz, tym masz mniejsze szanse - Zawołał triumfalnie najniższy, w czerwonym zawoju na głowie - Jesteś nasza.

- Chyba sobie jaja robisz! - Warknęłam - Nie walczę z tobą pokrako!

- Nie ważne z kim walczysz - Zachichotała rudowłosa - Nie jesteś godna Bojacka!

Bojack? Tak się zwał ich pan? Więc przywilejem by go zgładzić było zlikwidowanie pionków? Prychnęłam do siebie nie potrafiąc zrozumieć systemu ich wartości. Dalej próbując się wydostać z niewidzialnych więzów czułam jak szybko opuszczają mnie siły, a tych troje co uplotło tę sieć śmiało się bezdźwięcznie. Moja super saiyańska moc przepadła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Niemal opadłam z sił. Nie mogłam uwierzyć, że tak łatwo dałam się podejść. Miałam przecież mnóstwo energii! Nie wspominając, że gdyby mi się udało weszłabym na poziom drugi. Niemalże plułam sobie w twarz. Tym razem popełniłam błąd niemal podobny w walce z Adris.

- Obiecałam… - Jęknęłam do siebie - Nie mogę was zawieść…

Jednak im bardziej walczyłam tym bardziej czułam, że nie mam szans. Wzięłam głęboki wdech by jeszcze coś zdziałać jednak nic mi to nie dało gdy dostałam w głowę pięścią Bojacka jak młotem.

***

Nie specjalnie pamiętałem co się działo. Bolała mnie głowa, w sumie każdy mięsień dawał o sobie znaki. Jednak gdy usłyszałem szept musiałem uwierzyć, że jestem w jakimś śnie, chorym koszmarze. Moje oczy jeszcze nie nabrały ostrości. Słyszałem dobrze znajomy mi głos, lecz nie byłem do końca pewny do kogo należał. Zdezorientowany rozejrzałem się dookoła i ujrzałem troje łotrów wiszących nad nią jak katy oraz Bojacka, który śmiał się nad jej nieprzytomną postacią. Sara nie dała rady, a pamiętałem przez mgłę, gdy uśmiechała się do mnie i obiecywała zająć się tymi kreaturami. Chciałem ją ostrzec. Wiedziałem jaka była porywcza i często bagatelizowała niebezpieczeństwo, jednak gdy o tym pomyślałem straciłem przytomność. Nie było co mówić, dostałem porządne lanie. Aż się we mnie gotowało gdy dochodziło do mnie, że uczniowie tego głupawego Satana zostali bestialsko zamordowani przez tych kosmicznych bandziorów. Ale co mogłem na to poradzić? Byli sto kroć silniejsi od ziemian. Bez użycia nadzwyczajnych mocy mogli zabijać niepostrzeżenie i to im się udało. Ani ja, ani też Trunks czy Kuririn nie zwróciliśmy na to uwagi, a szczególnie ten ostatni, który miał do czynienia ze złem już tak długo.

Leżałem na ziemi wpatrując się jak ten rudy wielkolud wgniata moją Sarę w podłoże i nic nie mogłem zrobić. Nie byłem zły, byłem zrozpaczony. Choć ona nie czuła do mnie tego co ja do niej, moje serce krwawiło na ten widok. Była mi najbliższa, a ja nie potrafiłem jej tym razem pomóc. Gdzie podziała się moja siła, której nie brakowało mi na Vitani? Byłem zdruzgotany. Z ledwością podniosłem się z gruntu. Moje kolana były jak z waty, jednak póki żyłem nie mogłem pozwolić by ktoś cierpiał, by była to Sara. Chociaż ostatnio nie chciałem się przed sobą przyznać ona była dla mnie najważniejsza. Ale kiedy nie reagowała w żaden sposób na moje zachowanie co mogłem zrobić? Przykre mogło być, że okazała się ważniejsza od matki i brata, ale co mogłem na to poradzić? Tak czułem… Więc wstałem na nogi choć odmawiały mi posłuszeństwa.

- Hej! - Krzyknąłem - Zostawcie ją!

Nie miałem siły, ale musiałem coś uczynić. Cała zgraja spojrzała w moją stronę jakby zobaczyli ducha. Chyba o to chodziło? Nie miałem mocy ustać, nogi trzęsły się jak galareta, ale przecież powinienem był coś uczynić! Nie mogli bez końca znęcać się nad saiyanką, zabiliby ją. Tyle razy ratowałem ją od śmierci. Czy tym razem nie mogłem tego zrobić? Czy naprawdę teraz zawiodłem? Sara była mi równa - nie podołała, więc czy miałem szanse? Czy właśnie sprowadziliśmy na Ziemię zagładę? Nie możliwe…

Nie ocaliłem Szatana, nie pomogłem Kuririnowi i Trunksowi, nawet nie wsparłem Yamchę i Tenshina! Nie mogłem też zapomnieć o Vegecie, który pomimo wstrętnego charakteru także był bohaterem. A ona… Ona może na mnie liczyła? Może czekała na moją siłę i stoicką postawę w obronie świata, której nie posiadałem. Czy właśnie dlatego nie byłem dla niej tym kim ona była dla mnie? Ja w niej widziałem wszystko dobre i złe i potrafiłem odłączyć niepotrzebne do danej sytuacji by wciąż emanowała wszystkim czego potrzebowałem. Teraz… Aktualnie byłem słaby.

- Powiedziałem, zostawcie ją! - Warknąłem przestępując do przodu jakbym miał połamane kończyny.

- Czyżby bohater się obudził? - Zakpiła kobieta.

Wystartowała i gdy czekałem na atak ominęła mnie zgrabnie. Za to ten mały mężczyzna zjawił się przed moją twarzą. Zrozumiałem, że ponownie uciekają się do sztuczki, której żaden z nas nie wygrał. Jak mogłem dać się złapać w to po raz trzeci!? Księżniczka w końcu na pewno wpadła w te same sidła, dlatego leżała nieprzytomna. Miała przecież w sobie tyle zapału. W dodatku nie miała w sobie tylu barier jakie miałem ja. Wychowała się w świecie przemocy i tylko siła pomagała stać jej na nogach. Siła i wiara.

Dostałem w twarz od trzeciego z pomagierów. Ten położył na łopatki Trunksa.

Boże… Bulma mi mnie daruje. Pomyślałem. Obie Bulmy!

Kolejny cios powalił mnie na plecy. Z ust trysnęła stróżka czerwonej krwi. Wiedziałem, że jestem za słaby. Miałem też świadomość, że nic ich nie powstrzyma. Ja nie miałem szans w obecnym stanie, a gdyby niebawem saiyanka się obudziła wciąż bylibyśmy na przegranej pozycji. W tej chwili zacząłem tęsknić za ojcem. On był nie dość, że silny, to zawsze miał rozwiązanie. Wiedział kiedy nie ma szans, a kiedy mają ją inni. Czy nie tak było w przypadku Komórczaka? Nikt, włącznie ze mną nie wierzył, że będę w stanie go pokonać. Byłem. Niemal jednym ciosem w głowę mógłbym załatwić go nie brudząc przy tym ubrań, ale tak bardzo chciałem pokazać, że jestem silny… Teraz mój tata nie żył, a ja potrzebowałem go jak nikogo na świecie.

Muzyka

- Ojcze, wybacz mi - Szepnąłem - Nie potrafię ich pokonać.

Próbowałem podnieść się z ziemi jednak za każdym razem obrywałem na zmianę od bandy Bojacka. Nie chciałem dawać za wygraną. Wszyscy na mnie liczyli! Gdzieś tam niedaleko była moja mama i przyjaciele. Jeśli przegram oni także podzielą mój los i… I spotkamy się z tatą w zaświatach. Skoro nie mogłem się podnieść postanowiłem doczołgać się do Sary. Ona była najbliżej. Obiecałem sobie walczyć do końca, ale jeśli miałem zginąć chciałem choć ostatni raz na nią spojrzeć i zapamiętać. Kiedy niemal miałem ją na wyciągnięcie ręki Bojack zatarasował mi drogę ohydnie się szczerząc.

- Koniec - Zarechotał - Miernoty z was, choć byłeś dość godnym przeciwnikiem.

Podniósł nieprzytomną saiyankę za koszulkę chwilę się jej przyglądając. Trząsłem się w gniewie zaciskając pięści w twardej ziemi. Jednak to był bardziej strach niż wściekłość. Zawiodłem siebie samego.

- Nie waż się jej tknąć - Warknąłem - Jeśli coś jej się stanie…

- To pewno będziesz miał ochotę zabić naszego pana - Zakpił najniższy - Też mi nowina.

- Nie masz najmniejszych szans - Poparła go kobieta.

Bojack rzucił Sarą jak szmacianą lalką w pobliski budynek z taką siłą, że ten się pod nią osunął. Przysypana była cegłami a ja mogłem jedynie na to patrzeć. Niemal żałowałem, że się obudziłem. Czy naprawdę to był nasz koniec? Jednak gdzieś w środku znalazłem odrobinę siły i ze łzami w oczach podniosłem się ponownie. Nie mogłem patrzeć! Ale nie mogłem być ślepy… Ranili moje uczucia bardziej niż Sara odtrącając mnie. Choć nie robiła tego całkowicie. Patrzeć na jej śmierć? Nigdy!

Ponownie przybrałem złote barwy zaciskając brudne od ziemi pięści. Przestąpiłem krok do przodu chcąc pokazać kosmicznym łotrom, że właśnie nadepnęli mi na odcisk. Choć nie miałem w sobie tyle energii co przed ich atakiem wiedziałem, że muszę dać z siebie wszystko, a przynajmniej tyle ile mogłem w tej chwili. Wystartowałem wprost na lidera szajki uderzając go w twarz pięścią a następnie wykonując salto kopnąłem go w brodę powalając na ziemię. Potrzebowałem chwili by wyciągnąć Sarę z tego miejsca. Chciałem by była bezpieczna a potem rozegrać to tak by w razie czego mogła nas pomścić. Nie chciałem jej śmierci. Przyśpieszyłem więc do tego budynku i starałem się jak najszybciej wyciągnąć ją z niedoszłego grobu. Miałem mało czasu gdyż pomagierzy Bojacka już szykowali się do ataku. Gdybym był nimi, co bym zrobił? Oczywiście użył tej przeklętej techniki telekinetycznej, ale by ją wykonać mając pewność, że nie wstanę potrzebne były im wszystkie sześć rąk. W pojedynkę byli za słabi by mnie unieruchomić choć jakby się zastanowić, nie posiadałem całej swojej energii. Razem póki co byli niepokonani. Wystrzeliłem salwę pocisków w kierunku Bujina starając się by choć raz dobrze w niego trafić. W większości odbijał moje ataki lecz jeden trafił niemalże pod nogi rudej, na moją korzyść także ją spowalniając. Zdejmując ostatni betonowy głaz z ciała saiyanki i delikatnie podnosząc ją by następnie w zawrotnym tempie odlecieć jak najdalej od niebiesko-zielonych kreatur. To było oczywiste, że ruszą za mną w pogoń, jednak starałem się być szybszy. Chciałem tylko ją odstawić na bezpieczną odległość, by nie znęcano się nad nią kiedy będę walczył o życie ziemian i oczywiście swoje. Już raz Bojack zobaczył, że czternastolatka nie jest mi całkiem obojętna i mógłby chcieć to wykorzystać, a nie mogłem na to przystać.

Niespodziewanie dostałem pociskiem w głowę, a czarnowłosa wypadła mi z objęć. Widziałem jak spada równo ze mną w dół. Ta jej nieprzytomna twarz… Chciałem aż krzyczeć by się obudziła! Wychodząc z oszołomienia ruszyłem jej na ratunek by uniknęła zderzenia z powalonymi budynkami jednak uprzedziła mnie Zangya zadając jej cios, który spowodował przyspieszenie upadku, a tym samym silniejszym. Wściekłem się ruszając na nią lecz i ja oberwałem od brodatego. Jednak nie spadłem tam gdzie księżniczka, a wprost pod nogi ich przywódcy, który stał na pobliskim moście.

- Nie wiem co knułeś dzieciaku, ale daruj sobie te gierki - Warknął przygniatając mi klatkę piersiową nogą - Pora umierać.

Z każdą chwilą ból był silniejszy. Postanowiłem sturlać się na krawędź betonowej kładki by tym samym się uwolnić. Co prawda pomysł wydawał się łatwiejszy niż w rzeczywistości. Mrużąc oczy dostrzegłem lądujących nieopodal sługusów. Mogłem odetchnąć, Sarę zostawili w spokoju. Chwyciłem oprawcę za kostkę próbując oderwać ją od mojego torsu. Z ledwością mogłem oddychać. Im miałem mniej sił oraz tlenu tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że jestem w tej samej pozycji co poprzednio, zanim przyleciała siostra Vegety. On ponownie łamał mi żebra, tym razem oszczędzając kręgosłup, póki co. Zawyłem z bólu wypluwając sporą ilość krwi. Poczułem jak pęka mi kość żebrowa. Moja siła odeszła i ponownie byłem tym słabszym, jeszcze słabszym chłopakiem. Zawiodłem. Czułem jak uchodzi ze mnie powietrze i brakuje mi sił na zebranie kolejnych wdechów. Mój wrzask rozniósł się po okolicy. Teraz to już nie miało znaczenia. Przed oczami zatańczył mrok, wiedziałem, że poniosłem klęskę. Rozczarowałem wszystkich, zawiodłem siebie, sprawiłem zawód ojcu.

Ścisk żelaznej nogi zelżał. Czułem, że spadam, jednak nie tak jak powinienem. Nie leciałem z impetem w dół. Wyraźnie moje ciało odczuwało dotyk, tak silny i delikatny.

- Son Gohan! - Usłyszałem - Pokaż im swoją prawdziwą moc.

Z ledwością otworzyłem oczy nie mogąc uwierzyć co słyszę, jeszcze bardziej zaskakujące było to co zobaczyłem. Tyle lat… Nie wiedziałem co mam powiedzieć i czy powinienem.

- Tato - Wydukałem z ledwością.

On nawet się nie uśmiechnął do mnie tylko przybrał surową twarz, jak wtedy gdy znajdowaliśmy się w pokoju ducha i czasu.

- Nie hamuj swojej siły, synu - Pouczył mnie - Musisz ratować Ziemię. Musisz ocalić ich.

Kiedy się ocknąłem już go nie było. Ojciec mnie uratował. Nie zdawało mi się! To na pewno był on. Pomimo śmierci czuwał nade mną każdego dnia, a teraz powierzył mi zadanie, którego nie był w stanie wypełnić - ocalić planetę. Obróciłem się na brzuch próbując się podnieść. Ojczulek miał rację, czas było dorosnąć. Już pora było przejąć jego obowiązki. Poczułem napływ energii w prawej dłoni. Wzburzony podniosłem się z ziemi nie zwracając uwagi na przeraźliwy ból w piersi. Wezbrał we mnie potężny gniew i uwolniłem z siebie złocistą moc rozjaśniając mroczną okolicę.

- Mój ojciec mnie ocalił - Warknąłem wściekle zaciskając pięści - I mówił bym nie dopuścił do waszego zwycięstwa!

Muzyka

Uwolniłem w sobie potężny gniew. Moje ciało spowiła nie tylko złota aura, a także wyładowania elektryczne. Moja moc wybuchła i można było niemal ją dotknąć. Byłem gniewny jak wtedy gdy walczyłem pierwszy raz w obronie planety, tak samo groźny gdy chodziło o życie najlepszej przyjaciółki. Moja werwa była tak wszechobecna, że ziemia zadrżała. W tym stanie nie liczyło się, że nienawidziłem zabijać. Teraz nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Jeśli nie ocalę Ziemi wszyscy zginą, a ci co przeżyją będą żałować, że nie umarli. Za pewne w końcu padli by z wycieńczenia przez podłość ich nowego pana. Nie mogłem pozwolić by ich plany się ziściły. Wszyscy na mnie polegali, ona na mnie liczyła. Zawsze powtarzała, że jestem najsilniejszym saiyanem jakiego w życiu spotkała i widziałem jaka była dumna, że jest moją ostoją. Teraz potrafiłem udowodnić, że sam mogę wszystkiego dokonać, że jestem godzien miana bohatera Ziemi.

Ruszyłem w kierunku herianów nie bojąc się tym razem niczego. Bojack automatycznie nakazał Bujinowi i Bido ruszyć do ataku. Ci nie czekając ani sekundy stanęli po mojej lewej i prawej stronie ponownie używając najsilniejszej techniki jaką posiadali - telekinezy. Te ich pełne pewności siebie twarze sprawiały, że mnie mdliło. Nie wiedzieli z kim mają tym razem do czynienia.

Muzyka

Nie z Gohanem, a z wściekłym Saiyanem, którego nie tak łatwo pokonać. Nie kiedy chodziło o życia moich bliskich. Pomimo tego, że czułem na sobie ich złodziejską sieć postępowałem do przodu nie zwracając na nich specjalnej uwagi. Moim celem był ich władca. Tylko jego w tej chwili chciałem dosięgnąć i zniszczyć. Jednak ci dwaj nie przestawali wciąż usiłując mnie zatrzymać. Wyrzuciłem z siebie sporą ilość energii zrywając więzy. Nie miałem czasu na zabawy. Ich moment się skończył, jak to wcześniej stwierdził najsilniejszy z herianów. Tak jak myślałem, ani jeden, ani też drugi nie spoczął na samej technice obezwładniania. Ruszyli na mnie chcąc jak uprzednio powalić mnie na nogi. Tym razem bez problemu obu podzieliłem na dwie części. Obiecałem, że nie zostawię nikogo przy życiu. Każde ścierwo zagrażało ludzkości. Jednak Bojack wciąż był priorytetem. Rudowłosa przeraziła się mojej mocy. Widziałem w jej oczach strach, choć wcale nie staliśmy tak blisko siebie. Cofała się bezradnie usiłując znaleźć oparcie w mistrzu, ten jednak pchnął ją w moją stronę, a następnie sam ją zabił silnym pociskiem skierowanym we mnie. Choć ich nienawidziłem, przez sekundę było mi żal tej kobiety. Być zdradzonym przez własnego pana? Uskoczyłem na bok spoglądając na paskudną, szaleńczą twarz przeciwnika. Śmiał się nie zdając sobie sprawy, że nie spocznę póki go nie zlikwiduję. Czy nie wiedział, że tym razem mu nie odpuszczę? Że winien jest przeprosiny każdemu z nas? Wyskoczył w górę i zawisł na niebie tworząc potężną energię w obu rękach. Wystrzelił zieloną falą chcąc zmieść mnie z powierzchni ziemi. Bez problemu osłoniłem się. Ta energia była niczym w porównaniu z moją nienawiścią do niego.

- Cholera! - Warknął lądując na zniszczonym podłożu.

W sekundę później ponowił atak, by polec. Przebiłem pięścią jego brzuch. Tym razem nie było czasu na gierki. Teraz nie miałem zamiaru popełniać błędu sprzed ponad dwóch lat. Poza tym nikt by tego nie zobaczył, z wyjątkiem mojego ojca, który czuwał na de mną każdego dnia. Jednak ten pyszałek potrafił znaleźć w sobie na tyle energii by ponownie utworzyć zieloną KI.

- Jak taki dzieciak mógł mi to zrobić?! - Wrzasnął niedowierzająco.

Wypluł fioletową krew z ust formując dwie potężne kule w obu dłoniach. Ojciec miał więc rację. Dzięki mojej mocy, której nie używałem na co dzień mogłem zdziałać o wiele, wiele więcej. Przybrałem postawę tworząc świetlistą falę uderzeniową. Wystrzeliłem ją w mniej niż sekundę po Bojacku wkładając w to wiele energii. Nie miałem jednak ochoty zmagać się z jego siłą i popędziłem w jego kierunku uniemożliwiając mu tym samym pola do popisu. Przeszedłem przez niego niczym grom… Rozszalała się w tym momencie niemal burza z mojej mocy. To był ostateczny koniec i kiedy wiedziałem to cały gniew przepadł, a wraz z nim moja potężna aura. Nie zdołałem nawet pół minuty utrzymać się na nogach. Jednak zanim zemdlałem zdążyłem sobie powiedzieć, iż jestem teraz prawdziwym bohaterem.


***


Obudziłam się w…? Poważnie bolała mnie głowa i niemal wszystkie mięśnie. Co właściwie się stało? Zerwałam się z łóżka dopatrując się paru sińców i bandaży. Nie wyczuwałam żadnego zagrożenia. Jeśli nie ja, to kto? A może byłam w piekle? Ale czy ono by wyglądało jak przebrzydła sala z kroplówką? Wybiegłam przez drzwi wrzeszcząc na całe gardło czy ktoś jest tu obecny. Vegeta siedział na końcu korytarza wpatrując się tempo w sufit.

- Co się stało?- Zapytałam pospiesznie - Gdzie jest Gohan i wszyscy?

- Uspokój się - Burknął nie patrząc na mnie - Są w szpitalu. Tutaj.

Zaskoczona niemal wbiłam się w posadzkę. Jak to w szpitalu?! To co się stało? Czemu się nie ocknęłam. Kiedy… Padłam wszyscy byli nieprzytomni, więc kto? Odszukałam energię Son Gohana i ruszyłam w tamtą stronę przez pobliskie okno. Będąc na miejscu wylądowałam na dachu skupiając się, w której sali go znajdę. Na moje szczęście był tuż pode mną, na samej górze. Ciesząc się, że okno jest otwarte wskoczyłam do środka jakbym miała co najmniej kogoś zabić w tym pokoju. Groźnie spoglądając na zebranych dostrzegłam przerażone miny obecnych. Bulma stała przy łóżku swojego już dorosłego syna z przyszłości a Chi-Chi była blisko swojego. Na sali również leżał Kuririn w niejednym gipsie.

- Sara! - Warknęła Bulma gdy oprzytomniała - Co tu robisz? I dlaczego włazisz oknem?!

- Jak to dlaczego? - Fuknęłam pokazując jej pięść - Chcę odwiedzić przyjaciela, a ty zostawiasz mnie w obskurnym pokoju?

Wściekle spoglądałam na kobietę swojego brata nie wierząc, że właśnie mnie opieprzała gdy przed chwilą mogła przestać istnieć.

- Pięknie! - Załamała ręce - A mówiłam Vegecie by cię pilnował! Faceci.

- Nic mi nie jest, Saro - Uśmiechnął się Gonan - Tylko parę złamań.

Gdy spojrzałam na niego dokładnie dostrzegłam jak bardzo był pokiereszowany, nawet bardziej niż gdy go spotkałam na miejscu batalii. W jego oczach dostrzegłam radość. Czy cieszył się, że go odwiedziłam, czy może z powodu iż lepiej wyglądałam od niego? Najwidoczniej sam się zastanawiał, dlaczego mnie nie było tutaj już wcześniej. Podbiegłam do jego łóżka oglądając jakie miał obrażenia. Niemal cały był w bandażach i gipsie!

- Co się gapisz pierniku - Warknęła Bulma.

W tej chwili dostrzegłam, że w pokoju także znajduje się stary pustelnik mając bardzo dziwny wyraz twarzy. Był niemal czerwony!

- C-co ja! To…

Bulma podeszła do mnie spoglądając jak sroga matka. Czy aby wszystko było w porządku?

- Młoda damo! - Zwróciła się do mnie - Nie zauważyłaś, że jesteś w szpitalnej piżamie?

W tej chwili kobieta uświadomiła mnie, że tak jak wstałam z łóżka, tak popędziłam prosto do Gohana. Ale czy ja wiedziałam, że w ziemskich szpitalach są fatałaszki bez pleców? Już było wiadome, że chodzi o mój nagi tyłek. Zarumieniłam się czując, że wszyscy na mnie patrzą, a po chwili wybuchłam śmiechem, a wraz ze mną cała sala. Matka Gohana zdjęła z głowy spinki rozpuszczając długie, lśniące czarne kosmyki. Chwyciła mnie za ciuchy zgrabnie zapinając plecy tworząc nienaganną koszulę nocną. W takim ubraniu obie kobiety pozwoliły mi jeszcze tu zabawić. Mój przyjaciel choć nie zastał mnie tyłem był bardzo zakłopotany tym zajściem. Na szczęście całą sytuację zmienił Kuririn przeglądając gazetę i oznajmił, że napisano: „Satan ponownie ocalił świat”.

- Chyba sobie jaja robisz - Burknęłam.

- A czy to ważne? - Zauważyła matka Gohana - Jesteście cali.

- To prawda - Uśmiechnął się szeroko Trunks - Obolali, ale żyjemy.

Bulma chciała też zauważyć, że dzięki temu nikt o nas nie będzie pytać. Byliśmy, to znaczy oni, ja już nie, na telebimach i świat mógł oglądnąć część walki póki nie pojawił się ten wariat z domniemanym tytułem światowego mistrza, który zniszczył kamerę z transmisją na żywo. Pojawiłyby się pytania odnośnie latania, znikania, czyli szybkiego poruszania się nie dostrzegalnego przez oko zwykłego gapia i oczywiście KI, której ludzie nigdy nie opanowali. Jednym słowem nie było tego złego co by na dobre nie wyszło. Ja i tak byłam tego zdania, że rasa ludzka powinna być bardziej dokształcona i winna wiedzieć o istnieniu innych cywilizacji.

Kiedy nie było już mistrza, a Kuririn spał, niebiesko włosa zaczęła zbierać się do domu, więc Chi-Chi także to uczyniła. Jej dwu letni synek był w domu z dziadkiem. Usiadłam wtedy na łóżku uśmiechając się do Trunksa. Wydoroślał, nie przypominał już tego nastolatka sprzed ponad trzech lat.

- Możecie mi tak naprawdę wyjaśnić jak to się potoczyło? - Spojrzałam na jednego i drugiego - Jak znaleźliśmy się z powrotem?

Gohan zdrową ręką poprawił poduszkę za plecami a chłopak z przyszłości w tym czasie rozruszał zastany kark. Odwzajemnił uśmiech.

- Na mnie nie patrz - Zarumienił się - Zbyt szybko mnie pokonali.

- Nie bądź taki skromny! - Zabrał głos drugi - Zabiłeś jednego.

- Fakt - Zauważył niebieskooki.

Spojrzałam więc pytająco w oczy przyjaciela. Chyba miałam prawo dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło. Byli mi to winni! Sama próbowałam ocalić tę niewdzięczną planetę.

- Kiedy się ocknąłem byłaś już nieprzytomna - Wspomniał ze smutkiem - Próbowałem ich odciągnąć by nie znęcali się nad tobą.

Och doprawdy, dziękuję. Pomyślałam z nieudawanym zawodem. Miałam piekielnie podrapane czoło i plecy, a nie przypominałam sobie bym poleciała z impetem na twarz. Jednak jakaś cząstka mnie podskoczyła i gdyby mogła pewno by zatańczyła. Martwił się o mnie, byłam ważniejsza.

- Niestety odczytali mój plan i oberwaliśmy, a ty spadłaś w rumowisko.

- Stąd ten gigantyczny guz! - Zawołałam pokazując mu głowę.

Czarnooki się zaśmiał delikatnie. Mimo tych bandaży i gipsu wyglądał bardzo uroczo. Jeszcze nie zdążyła zejść mu z twarzy opalenizna z Vitani. Niemal dorównywał mi karnacją.

- Widzisz, gdy ponownie wpadłem w szpony Bojacka i nie było już ratunku…

- Pojawił się Goku, prawda? - Przypomniał Trunks - Nie wierzę, że tylko ci się zdawało. Im mogłeś tak powiedzieć.

- Naprawdę? - Byłam zdumiona - Twój ojciec? Ale jak, on przecież…

- To trwało sekundę - Wyjaśnił - Przypomniał mi, że muszę ocalić planetę i nie mogę ukrywać swojej mocy.

Jego słowa wchłonęłam jak gąbkę cały czas potakując i świecąc oczami jak perełkami. Jego tata miał tę technikę znikania i pojawiania się gdziekolwiek chciał, gdzie wyczuł konkretną moc, no chyba że było naprawdę za daleko. Więc było to faktycznie możliwe.

- Uratowałeś świat - Uśmiechnęłam się krzywo - Ja chciałam to zrobić, ty zebrałeś laury na Vitani.

Trunks parsknął śmiechem po tym jak chwilę bacznie nas obserwował. Przez moment zastanawiałam się czy się nie zadławi, albo czy jego szwy nie popękają. Nawet z głupią i pytającą miną spojrzałam na przyjaciela. O co chodziło? Czy powiedziałam coś tak śmiesznego?

- Wytykacie sobie zwycięstwa jak stare dobre…

- Co? - Ponagliłam go kiedy nie skończył a w sali zapanowała cisza.

Dorosły już Trunks poczerwieniał kręcąc głową, że zrozumiemy jak dorośniemy po czym odwrócił głowę na bok próbując ją jakoś ułożyć. Tym czasem Gohan zarumienił się spoglądając w okno. Zostałam sama z niedokończoną myślą nie rozumiejąc jej przekazu. Jak dorosnę to zrozumiem. Tylko tyle? Niestety nie dało się dokończyć tej rozmowy gdyż niemal chwilę później zasnął, albo udawał! Piętnastolatek wyjaśnił mi, że znalazła nas Osiemnastka. Nie specjalnie kwapiła się do przylotu, bo nikt jej na miejscu nie spotkał póki nie skończyła się walka. Podobno zainteresowało ją iż wszystkie energie były nie wyczuwalne więc postanowiła sprawdzić czy aby nie skończyło się to źle, choć nie wątpiła, że zagrożenie minęło. Odnalazła nas bez problemu, wiedziała gdzie odbył się turniej. Son Gohan podejrzewał, że pomyślała o nas ze względu na Kuririna, bo on się dziwnie zachowywał gdy była o niej mowa i przede wszystkim my. Spędziliśmy razem rok w kosmosie. To nie mało czasu. Byłam pewna, że w jakiś sposób nas polubiła, no i saiyanin uratował jej życie już dwa razy! Była mu coś winna. Tak więc kobieta poinformowała Bulmę by przetransportować nas do szpitala. Ja mogłam wyjść po paru dniach, a łysy po tygodniu jednak z temblakiem. Niestety obaj pół saiyanie nie mieli tyle szczęścia. Ich połamania były paromiesięczne. Jednak czy powinno nie być tyle czasu Trunksa w swoim świecie?

Odwiedziłam ponownie Dendie’go by wyprosił Karina o dwie fasolki. Tylko dwie, ale jeśli to problem wystarczyłaby jedna by saiyanin z przyszłości mógł wrócić do domu nie pozostawiając swojego świata bez jakiegokolwiek nadzoru. Co prawda przypomniało mi się, że mają cyborga 16 jednak wolałam już o tym nie wspominać. Kiedy wylądowałam na wierzy kota nie miałam zamiaru bawić się w żadne gierki. Potrzebowałam tylko odpowiedzi: dostanę, czy nie dostanę magiczne nasionka. O dziwo nie musiałam się wykłócać. Uznał, że dzielnie walczyli, a w szczególności syn Goku wykazał się nie lada odwagą. Wszyscy byli tak dumni z niego, że aż mu zazdrościłam. Kiedy to ja uratowałam planetę nikt mi nie pogratulował. Wspomnienia z tam tego okresu wciąż nie smakowały, tylko Gohan patrzył na nie z nieco innej perspektywy. Pomimo złych wydarzeń twierdził, że są rzeczy których nie żałuje.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.