Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Dragon Ball - Saiyan Princess

89. Radości i żale

Autor:Killall
Serie:Dragon Ball
Gatunki:Akcja, Fantasy, Fikcja, Przygodowe, Science-Fiction
Uwagi:Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość, Przemoc, Wulgaryzmy
Dodany:2017-05-22 21:27:18
Aktualizowany:2017-05-22 21:27:18


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Jakże byłam zaskoczona kiedy dwa dni wolnego od szkoły zleciały bardzo powoli. Zwykle przypominały pstryknięcie palcami, a już trzeba było ponownie wracać do szarej ludzkości. Momentami miałam wrażenie, że nie wiem co z sobą zrobić. Co prawda odbył się poranny trening na świeżym powietrzu w sobotę by później pod nadzorem Bulmy zająć się obowiązkami ucznia. Nie miałam na to ochoty, w ogóle nie interesowało mnie ich życie codzienne, jednak kobieta wciąż pytała co będę robić w przyszłości, albo kiedy jej zabraknie. Przecież bez pieniędzy i wykształcenia nie będę miała dokąd pójść. Na samą myśl robiło mi się niedobrze i dochodziło niemal do awantury.

Nie byłam przecież przygotowana na odejście moich rodziców, nawet na zniknięcie planety z map wszechświata, a mimo to nie zginęłam, zawsze miałam jakiś dach nad głową. Nawet przyszło mi mieszkać w jaskini, ale co tam. Kolorowo nie było, ale czy nie na tym polegało właśnie moje życie? Ciągła niewiadoma i szybkie dokonywanie decyzji. Czyż nie taką byliśmy nacją, my Saiyanie? Kiedy próbowałam się bronić prostym przykładem brata, ta wymachiwała z oburzenia rękoma, że Vegetę też kiedyś to czeka jeśli nie zajmie się jakąś pracą. Później już tylko się dąsała po cichu, że on i tak by wszystko zniszczył czego by nie dotknął. Powinna była się cieszyć, że w ogóle spędza czas z ich dziećmi, że zajmuje się treningiem Trunksa, oraz niańczy małą Brajlę. Oczywiście wszystko w granicach swojego limitu. W przeciwieństwie do niego lubiłam dzieci. Nie byłam pewna dlaczego tak się dzieje, ale może z powodu swojego szybkiego skoku w obowiązki dorosłego Kosmicznego Wojownika?

Niedziela była dużo gorsza. Pół dnia przesiedziałam na kanapie w salonie, zaś drugie pół na dachu „pałacu” nowej rodziny. Parę razy odwiedził mnie bratanek, który zdążył podszlifować zdolność unoszenia się w powietrzu. Nie było to łatwe, choć wyglądało  idiotycznie gdy chłopiec zamieniał się w złotowłosego, a nie potrafił latać. Zmusiłam więc Vegetę by go uczył, oczywiście prosząc chłopca by jeszcze nie zdradzał naszego małego sekretu. Miała to być przecież niespodzianka! Za parę dni jego syn miał skończyć osiem lat.

-    Widziałem Son Gohana w telewizji - oznajmił beztrosko - W tym głupim stroju, co mama mu dała.

-    Co ty powiesz? - nie okazałam specjalnego zainteresowania.

Chłopiec usiadł obok mnie po czym spojrzał w szarzejące niebo. Był taki sielankowy. Miałam niemal tyle lat co on kiedy przybyłam na tę planetę, mając przy tym więcej problemów na głowie. Czy abym nie była od niego wtedy wyższa?

-    No, mówili, że ukradł dinozaura z cyrku - podał kolejną informację.

Spojrzałam na niego jak na wariata by po chwili cicho się zaśmiać. Gohan, który kradnie? To było wręcz niemożliwe, chyba, że miał zamiar ocalić to zwierzę. Przecież nie mogłabym uwierzyć, że stał się kosmicznym złodziejem. Z resztą nie widzieliśmy się od chwili gdy go zostawiłam samego na tym dachu. Byłam zła na niego, a on jak widać, nie zamierzał przeprosić, ani przyznać mi racji, a ja swojego zdania nie zamierzałam zmieniać.

-    Jeśli lubi, w tym stroju i tak nikt go nie rozpozna - westchnęłam.

Miałam nadzieję, przecież tak niby miało być. Chociaż? Czy mnie właśnie nie zależało na tym by wszyscy wiedzieli kim jestem? By mieli do mnie respekt? Żeby każdy był pewien z kim ma do czynienia.

W końcu nastał poniedziałek. Nie zamierzałam tego dnia wychodzić z domu. Wciąż było mi przykro z powodu Gohana, a żeby uniknąć niezręcznej sytuacji wolałam się z nim tego dnia nie widzieć. Tyle czasu minęło od ostatniego omijania jego wzroku. Z każdą chwilą jednak zdawało mi się to coraz trudniejsze. Nie potrafiłam bez niego istnieć w tym świecie, mimo wszystko. Cicho westchnęłam leżąc w łóżku. Otworzyły się drzwi od pokoju, a do środka wparowała córka właścicieli.

-    Ty jeszcze nie w szkole? - zapytała ściągając usta - No jazda na zajęcia, szybko.

-    Nigdzie nie idę - burknęłam odwracając się w stronę ściany - Jestem chora.

Oczywiście było to oszustwem. Nie miałam ochoty wychodzić z tego pomieszczenia nawet na chwilę. Kobieta szybkim krokiem podeszła do mnie zrzucając kołdrę na podłogę. W jej oczach była pewność siebie, za to ją właśnie lubiłam. Nie chcąc nikogo oglądać tylko rzuciłam jej obojętne spojrzenie z utęsknieniem wyciągając rękę po pierzynę.

-    Nie kłam - była stanowcza - Wy Saiyanie nie chorujecie. Zbieraj się.

Zirytowała mnie jej postawa. Sama byłam jak tykająca bomba więc bez zastanowienia zerwałam sie z leżenia i spojrzałam w jej błękitne oczy z niemal pogardą. Mimo wszystko nie do niej, wyobraziłam sobie przed oczami tę dziewczynę, która doprowadza mnie do szaleństwa.

-    Pokłóciłam się z nim - oświadczyłam sucho- Nie chcę go oglądać. Nigdzie nie idę. Koniec dyskusji.

Niebiesko włosa spojrzała z zaciekawieniem i z czymś jeszcze czego nie potrafiłam odczytać. Na pewno nie miałam ochoty rozwijać tego tematu. Dwa dni przerwy zdecydowanie było dla mnie mało. W końcu dała za wygraną widząc, że niczego więcej ode mnie nie wyciągnie. Na pewno nie teraz. Kiedy wyszła poczłapałam na balkon by usiąść na rozgrzanych kafelkach by złapać trochę promieni, które tak odprężały. Niemal miałam ochotę zabrać się nad jezioro, jednak było ono naszym miejscem. A co jeśli on też nie poszedłby dziś na zajęcia i spotkałabym go właśnie tam? Choć było to bardzo mało prawdopodobne by opuścił zajęcia z byle powodu. Przecież to ja się na niego obraziłam, nie on na mnie. A w tamtym przepięknym zielonym, zacisznym miejscu… Nie mogłam myśleć o synu Goku, za bardzo mnie to przytłaczało. Nie wiedziałam właściwie co czuję. Gniew, rozczarowanie czy jednak smutek. Westchnęłam zamykając oczy.


***


Nastało późnie popołudnie. Mniej więcej o tej porze wróciłabym z miasta Herkulesa ciesząc się powrotem do normalności, do mojego życia. A jednak byłam tu całe trzy doby i wcale nie czułam się ani trochę lepiej. Zdążyłam parę razy poprztykać się z bratem, zdenerwować Bulmę, rozczarować Trunksa i doprowadzić do płaczu najmłodszą domowniczkę. Nic tylko się radować. W normalnych okolicznościach może bym i się cieszyła doprowadzając parę osób do białej gorączki, ale tego dnia nawet to nie sprawiało mi radości. Vegeta wciąż powtarzał bym zachowywała się jak wojownik, jak prawdziwy Saiyanin czystej krwi i tym właśnie mnie rozwścieczył. Czy nie to właśnie było powodem mojej agresji? On nie rozumiał w jakiej postawiono mnie sytuacji i jak ciężko mi być kimś kim nigdy nie będę. Jak często uświadamiałam sobie, że mój świat przestał istnieć i jedynie dla siebie samej mogę być księżniczką Saiyanów. No, ewentualnie dla niego samego. Nie wytrzymując napięcia wydarłam się na niego w sali treningowej niszcząc jeden z przyrządów do ćwiczeń ciskając nim w stronę księcia. W ostatniej chwili uniknął ciosu. Miałam serdecznie dość wszystkiego i wszystkich. Przez głowę przemknęło mi nawet zdanie, że u Freezera było lepiej. Choć tak na prawdę nigdy dobrze nie wspominałam tego okresu. Wyszłam pospiesznym krokiem z sali nie oglądając się za siebie, udając że nie słyszę oburzonego tonu starszego brata.

Wtedy pojawił się on. Stał tam z synem mego brata, który właśnie wycierał twarz ręcznikiem, a kiedy usłyszał kroki spojrzał w moją stronę ze zmieszaną miną lecz i małym światełkiem w oku. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały zamarłam. To była chwilka, jednak tak długa jakby zatrzymał się czas. Nastolatek stał w bezpiecznej odległości także zastygnięty. Nie padły żadne słowa, nie było uśmiechów. Czysta pustka. Zupełnie jakby coś się zmieniło, jakby… To nie był ten sam pół Saiyanin jakiego znałam do tej pory. Otworzyły się za mną drzwi, a w nich pojawił się Vegeta z równie nadąsaną miną. Teoretycznie byłam pewna, że wyjedzie tu z kolejną wiązanką o moim zachowaniu, nie wspominając o zniszczeniu jednej z cennych zabawek konstrukcji ojca Bulmy. Odwróciłam głowę w jego stronę nie wypowiadając ani słowa po czym ruszyłam przed siebie. Jednak nie miałam nic do powiedzenia, ani jednemu, ani drugiemu. Kiedy zaczęłam wymijać przyjaciela ten zabrał niezręcznie głos:

-    Poczekaj. Mam nowinę - delikatnie się uśmiechnął - Dowiedziałem się, że niedługo będzie organizowany turniej sztuk walk. Pomyślałem, że zechcecie się na niego zgłosić.

Dziedzic tronu podszedł swoim pysznym krokiem do nas i spojrzał z zaciekawieniem na syna swojego nieżyjącego rywala.  Ja w chwili obecnej na pewno nie byłam zainteresowana durnym konkursem dla ziemian. Konkurować mogli ze mną tylko Vegeta i Gohan w chwili obecnej, czyli nic nadzwyczajnego.

-    Ty chyba zaniedbałeś trening ostatnio - zauważył Vegeta - Tylko po co mam się zapisywać na jakiś durny konkurs? Znam swoją siłę.

-    Do wygrania są duże pieniądze - przypomniał czarnooki.

Saiyanin spojrzał na niego niemal na wariata. Pieniądze, Bulma miała ich od groma. Nie były nam potrzebne, z resztą nasza rasa nigdy nie była pozytywnie nastawiona do jakichkolwiek walut. Od tak dawna byliśmy pod obcasem Freezera, że pieniądzem była nasza siła, a nagrodą jakaś wolność, przywileje.

-    Witajcie! - niespodziewanie zawołał głos.

Był jakby w mojej głowie, słyszałam go doskonale jak gdyby stał obok mnie mówca, a jednak nie należał do obecnych. Mały Trunks rozglądał się zaciekawiony, a zarazem zdezorientowany. Miałam wrażenie, że gdzieś już go słyszałam. Nie byłam jednak pewna, na pewno musiało być to dawno temu.

-    Ja także wezmę udział w turnieju - rozległ się ponownie - Dostanę jeden dzień wolnego i wrócę z zaświatów. Wielki Kaito pozwolił mi do was przemówić.

Vegeta zaniemówił, Gohan zaś niemal podskoczył z radości, a jego oczy zaświeciły się nowym życiem. W takim stanie nie widziałam go od lat. Taki był z czasów naszego dzieciństwa. Spojrzeliśmy w sufit. Widać każdemu zdawało się, że właśnie tam, u góry jest ten głos i do nas przemawia. Przez chwilę jeszcze się zastanowiłam i zrozumiałam, że był to nie kto inny jak Goku - ojciec przyjaciela mego. Ukradkiem spojrzałam na niego i byłam wielce zdumiona kiedy jego cały smutek przepadł, z którym tutaj przyszedł. Jakby wszystkie troski wyparowały. Ze mną niestety tak nie było. Moje wciąż wisiały nad moją zachmurzoną głową.

-    Tato! - zawołał radośnie - Wspaniale! Mama się ucieszy!

W jego oczach niemal tańczyły łzy, oczywiście szczęścia. Dawno nie widziałam takiego Son Gohana. Zamiast się uradować wraz z nim spojrzałam smutnym wzrokiem czując, że coś mi umknęło i prawdopodobnie już nie wróci. Tylko co? Jedynie jak? Tymczasem mały pół saiyanin nerwowo rozglądał się po korytarzu szukając właściciela głosu. Nikt jednak nie zawracał sobie nim głowy. Skrzyżowałam ręce na piersi.

-    W takim razie zmierzę się z tobą - księciu zaświeciły się oczy - Uważaj, dużo trenowałem.

-    Ja także, Vegeta - rozbrzmiał głos Goku - Mam nadzieję. Do zobaczenia!

Na twarzy mojego brata odmalowała się chęć rywalizacji, nadzieja i coś jeszcze. Choć stał dumny jak paw widać było, że cieszył się na przybycie konkurenta, przyjaciela nie widzianego już siedem lat. Syn wojownika z zaświatów nie czekając ani chwili w podskokach opuścił nasz dom chcąc poinformować innych o nadchodzącym turnieju, a także o jednodniowym powrocie jego ojca do naszego świata. To musiał być jego szczęśliwy dzień.

- Czy ktoś mi powie co to był za głos? - zapytał ponownie syn Vegety.

Mój brat nawet nie czekając ruszył z powrotem do sali treningowej by wznowić ostry trening. Miał w końcu po co się spocić. Niebieskooki chłopiec został ze mną w holu szarpiąc za niebieską koszulkę usiłując dowiedzieć się co tu się właśnie wydarzyło. On nie pamiętał Goku, był niemowlakiem kiedy ten zginął. Poniekąd sama byłam zadowolona z jego wizyty na Ziemi choć nie miałam zbytnio z nim do czynienia. Jednak w jakiś sposób odzwierciedlał towarzysza broni z innej przyszłości jaką stworzyłam.

-    Jego ojciec - burknęłam do Trunksa na odchodne.

Chłopiec zastygł na moment by później pognać do swojej matki i wszystko jej opowiedzieć. Dnia następnego byłam w szkole. Przeszło mi obrażanie się, za to byłam zdumiona nieobecnością przyjaciela. Nie pojawił się przez cały dzień, nawet inni byli zaskoczeni jego brakiem obecności. Pytania na które nie mogłam odpowiedzieć wierciły się w mojej głowie, bo skąd miałam wiedzieć dlaczego nie przyszedł. Nie rozmawiałam z nim od paru dni, a dzień poprzedni nie zaliczał się do rozmownych. Jakby nie spojrzeć nie odezwałam się słowem podczas rozmowy z Son Goku.

-    Mówił ci Son Gohan o turnieju sztuk walki? - zapytała niespodziewanie Videl.

Właśnie skończyły się zajęcia i wolnym krokiem wymaszerowałam z budynku by na jakimś zakręcie wzbić się w powietrze. Spojrzałam na nią niechętnie. Oczywiście, że mnie poinformował! Niemal krzyczałam w myślach.

-    Ta - jedynie odpowiedziałam nie spoglądając na nią.

Nie miałam nastroju z nią rozmawiać. Nie była moją koleżanką z którą chciałabym mieć coś wspólnego. Prawdę mówiąc miałam ochotę delikatnie skopać jej tyłek gdyż siłą mogłabym ją zabić. Gohan by mi tego nie darował.

-    Mam nadzieję, że weźmiesz udział - uśmiechnęła się pysznie - Potrzebuję dobrego przeciwnika, a z tego co wiem jesteś dobra.

-    Dobra? - spojrzałam na nią zaskoczona.

Nie byłam dobra, byłam piekielnie potężniejsza. Ale co tu miałam do gadania. Nie miała tego wiedzieć, przynajmniej na razie. Ta patrzyła na mnie swoimi wielkimi niebieskimi oczyma czekając na odpowiedź. Tak bardzo chciała się ze mną zmierzyć?

-    Nie dorastasz mi do pięt - odparłam po chwili ciszy - Nie masz żadnych szans dziewczyno.

Nie czekając na jej reakcję ruszyłam przed siebie słysząc za plecami jakieś oburzenie z jej strony. Z wysoko poniesioną głową zniknęłam z jej oczu zastanawiając się czy jednak zapisać się na ten przeklęty turniej i nakopać jej dla zasady. Wygrywając oczywiście w nierównej walce. Wzbijając się wysoko w powietrze zmieniłam kostium oraz poziom swojej mocy by w spokoju przemierzyć miasto z dala od znajomych twarzy, a przynajmniej by mnie nie rozpoznano.  Dla odreagowania pomyślałam by uprzykrzyć życie jakiemuś niedobremu ziemiankowi, który potrzebowałby lekcji bądź po prostu lania. Nie musiałam szukać długo takiego delikwenta. Z góry dostrzegłam niezbyt masywnego mężczyznę szarpiącego się z szczupłą blondynką. Krzyczała do niego, a może wołała o pomoc. Wylądowałam za nim tak by napastowana mnie dostrzegła jako pierwsza. Ze skrzyżowanymi rękami patrzyłam na jego plecy ze swoją niezmienną miną gotową do ataku.

-    Pan zostawi panią - rzekłam sucho.

Facet odwrócił się na pięcie popychając przy tym przerażoną dziewczynę. Ta upadła na brudny beton ze łzami w oczach. On zaś ze swoją pewną miną podparł boki uważając, że właśnie trafiła mu się druga, którą można ograbić bądź po prostu skrzywdzić.

-    Co proszę, dziewczynko? - zaśmiał się pewny swojej wygranej - Lalunia chce lekcji od tatusia?

Zrobiłam wielkie oczy na jego słowa. Że niby on? Dobre sobie.

-    Nie jesteś moim ojcem - warknęłam - Jak śmiesz!

Muzyka

Zacisnęłam w złości pięść. Nikt nie miał prawa bezcześcić imienia króla Saiyan. Na pewno nie taki brudny pyszałek jak on. Spojrzałam na kobietę i stanowczo kiwnęłam jej głową by zmykała stąd czym prędzej. Niezdarnie ale w miarę szybko pozbierała rzeczy z podłogi wciskając je do swojej czerwonej torebki i w pośpiechu opuściła zaułek. Dookoła walały się śmieci, a z przepełnionego kontenera cuchnęło jakby trupem. Skrzywiłam się chcąc jak najszybciej opuścić tę melinę. W tym czasie mężczyzna z dużą bransoletą na lewym nadgarstku pocierał dłonie jakby swędziały go, albo przynajmniej się mocno spociły. Powinny, jednak delikwent nie miał pojęcia z kim ma do czynienia. Stałam niewzruszona wpatrując się w jego oblicze. Ruszył do ataku jak ślimak, a może po prostu moje oko było zbyt szybkie? Uderzył mnie z rozmachem w policzek z pięści, lecz natarł na nią jak na skałę. Nawet nie drgnęłam. W głębi duszy chciałam parsknąć śmiechem, mimo tego zachowałam powagę. Stałam niewzruszona niczym posąg, a jego kostki  w dłoni niemal popękały. Czułam jak chrzęszczą na moim policzku. Przekrzywiłam głowę jak dziecko wciąż nań spoglądając. Niemal cisnęło się do ust : Tylko na tyle cię stać? To pytanie mogłam zadać komuś silniejszemu, a nie byle człowiekowi. Zrównoważyłabym się z Changelinhiem, a do tego stopnia jeszcze nie upadłam. Mężczyzna potarł obolałe kłykcie z kwikiem.

-   Kim u diabła jesteś? - jęknął - taka chudzina jak ty nie może mieć szczęki ze stali!

-    Lata praktyki, durniu - warknęłam - Trzeba było nie podnosić na mnie ręki.

Zrobiłam parę kroków w jego stronę, a ten widać było się przestraszył gdyż każdy mój krok w przód kończył się jego w tył. Po części mnie to bawiło. Śmiałam sobie wyobrazić zamiast jego brodatej twarzy postać Videl, której tak nie trawiłam. W tej chwili pomyślałam, że ten idiotyczny turniej o który wspominał Gohan ,a później córka pseudo bohatera jest właśnie idealnym momentem by się odegrać choć w minimalnym stopniu, a czy miałam wziąć udział jako księżniczka Saiyanów czy Sara nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Machnęłam ręką starając się już nie przejmować sprzeczką z Gohanem. W gruncie rzeczy oburzyłam się o to, czego tak na prawdę pragnęłam! Wymierzyłam szybki jednak słaby cios w głupiego człowieka powalając go na pośladki. Chcąc się minimalnie zabawić  przetransportowałam go na drugi koniec miasta by się troszkę zastanowił nad swoimi poczynaniami. Atakujemy wrogów, nie słabszych.

-    Następnym razem cię zabiję - szepnęłam mu do ucha - Bądź grzeczny.

Mogłabym powiedzieć to w żartach, ale właśnie tak pomyślałam więc i tak mu powiedziałam. Powoli brakowało mi cierpliwości do tych stworzeń.


***


Gnałam w stronę domku w górach co jakiś czas robiąc salto, piruet, albo publicznie pokazując się w miastach. Czarne chmury jak zniknęły znad głowy tak miałam ochotę być prawdziwą ja. Nie żałowałam sobie niczego. Miałam zamiar oznajmić przyjacielowi, że koniec z moimi dąsami, że wezmę udział w tym durnym turnieju, ale nie przyznam się, że tylko po to by załatwić dziewczynę „króla” ulic tego świata. Mego brata także miałam w planach pokonać, ale do tego musiałabym się przyłożyć. Ostatnio trenował więcej niż ja więc prawdopodobne było, że mógł dorównać w końcu mojej sile. Ten czas kiedyś musiał w końcu nadejść.  Miał zwyciężyć lepszy.

Dotarłam do celu, lecz matka synów oznajmiła mi, że trenują w okolicy i muszę ich poszukać, gdyż nie zna ich lokalizacji. Nie czekając ani chwili skoncentrowałam się by ustalić ich położenie. Chi-Chi tego dnia była w skowronkach. Wieść o wizycie jej mężczyzny musiała postawić ją na nogi. Z resztą nie było się co nad tym zastanawiać. Gdyby moi rodzice mogli znaleźć się tutaj choć na pięć minut nie wyglądałabym inaczej od niej. Siedem lat było ogromnym okresem, niestety. Ruszyłam w kierunku sił witalnych Gotena, bo ten zdawał mi się być bliżej. Ten mały chłopiec wykazywał dużo większy zapał do wali niż jego odzwierciedlenie z innego świata, gdzie nie interesowała go walka, choć pokazał, że coś potrafi kiedy to ja miałam zginąć w tamtym świecie, bez możliwości powrotu do domu, do żywych.  Czułam się odpowiedzialna za jego stan fizyczny więc kiedy mogłam trenowaliśmy troszkę by utrzymać jego kondycję. Jego moc oraz Trunksa była zaskakująca jak na ten wiek. Potrafili więcej od nas się na uczyć w krótszym czasie. To było niesamowite! Nie mogłam zapomnieć o poświęceniu młodszego syna, który w tamtej chwili było ode mnie starszy. Miałam powiedzieć o tym młodszemu bratu kiedy przyjdzie na to pora.

Wylądowałam na górzystym terenie z soczyście zielonymi łąkami. Wszędzie ćwierkały ptaki, latały motyle, goniły jakieś zwierzęta. Wyczułam Son Gotena po czym podeszłam do niego z ogromnym uśmiechem na twarzy. Nie wiedząc skąd przed oczami przemknął mi odległy moment gdy, to jego odzwierciedlenie pocałowało mnie w usta na szczęście, a ja przyłożyłam mi z pięści.

-    Patrz! Saro co znalazłem! - zawołał entuzjastycznie malec wymachując ogromną jaszczurką - Jest piękna!

Był taki niewinny. Delikatnie uniósł się w powietrze z jeszcze większym uśmiechem na buzi.

-    Gohan uczy mnie latać!

-    Wspaniale, będziesz mógł częściej nas odwiedzać - zauważyłam - Trunks się ucieszy.

-    Super! - zawołał po czym upadł na trawę.

Jego wesoła mina gdzieś przepadła, a zamiast tego dostrzegłam łzy w oczach. Nie był zadowolony ze swoich dotychczasowych wyników w poruszaniu się w przestworzach.

-    A gdzie jest teraz twój brat? Dlaczego ci nie pomaga? - zapytałam pospiesznie.

-    Kazał mi czekać, potem będzie mnie uczyć dalej.

-    Na co? - zrobiłam wielkie oczy.

Co mogłoby być ważniejsze niż nauka rodzonego brata? Nie miał ważniejszych zajęć, jedynie nauka, ale skoro nie było go w domu, a niebawem miał pojawić się ich ojciec wątpiłam by matka tyranka kazałaby któremukolwiek się uczyć. Z resztą Goten miał mniej obowiązków niż pierwszy syn kiedykolwiek.

-    Bo jest z nim koleżanka i on ją uczy - wyjaśnił mało entuzjastycznie - Ona nic nie umie i muszę czekać.

-    Czego jej uczy? - zapytałam tak szybko, że niemal zachłysnęłam sie powietrzem.

-    Latać, ale ona nie wie co to energia.

Jak wmurowało mnie w trawę tak nie wiedziałam czy zapomniałam oddychać. Czy to co właśnie sobie pomyślałam było prawdziwe? A może jednak się myliłam, a spuszczenie młodzieńca na parę dni z oczu wcale nie spowodowało tragedii.  No kogo on uczył latać? Już miałam się zerwać do lotu zostawiając malca samemu sobie gdy ten złapał mnie za nadgarstek głęboko patrząc w oczy.

-    Saro, naucz mnie latać, bo Gohan nie ma dla mnie czasu.

Jego smutna mina przypomniała mi czasy dzieciństwa kiedy usiłowałam przekonać Vegetę by pomógł opanować mi tę technikę. Kiedy to był szorstki, dał kilka wskazówek, a i tak nauczyłam się szybować dopiero pod okiem Ginyu Force. Za to chyba jestem im najbardziej wdzięczna. Nie mieli przecież ze mną lekko. Byłam obrażona na każdym kroku, wredna i pyskata, wciąż trzymając się wersji autentycznej, że Freezer zniszczył nasz dom i nie jestem niczego mu winna. Kiedy wspominałam moje wszystkie wybryki zastanawiałam się jakim cudem jeszcze żyłam, że mieli do mnie tyle cierpliwości. Wszak byli ode mnie silniejsi w tamtych czasach, bo teraz nie mieliby ze mną żadnych szans.

Westchnęłam spoglądając na malca. Złość która miała eksplodować gdzieś się schowała i postanowiła czekać. Jego spojrzenie sprawiało, że czułam, iż muszę temu Saiyanowi pomóc. Pomogłam więc młodemu chłopcu udoskonalić skill latania prosząc go by nie wydawał mnie jego bratu. Nie potrzebowałam rozgłosu czyniącej dobro, a uważałam to tylko za Saiyański obowiązek. Po wszystkim, kiedy malec sunął po niebie niczym obłok ruszyłam w stronę Gohana starając się nie denerwować.

Kiedy wylądowałam nieopodal dostrzegłam gołym okiem, że siedzi z nim nawet nie początkujący wojownik. W chwili gdy mogłam dostrzec ich twarze żałowałam, że w ogóle się tutaj znalazłam. Niemal poczułam jak znika mi ziemia spod nóg. VIDEL.

[adres link=https://www.youtube.com/watch?v=wb_413C1Hy8]Muzyka[/link]

Ogarnęłam mnie gorąca złość. Tylko na parę dni zostawiłam syna Chi-Chi samego, a ten postanowił się zabrać za nauczanie córki Herkulesa. W parę sekund dopadły mnie drgawki jakbym zapadła na jakąś ciężką chorobę, a przecież Saiyanie nie chorują prawie wcale. Siedzieli na przeciw siebie. Podbiegłam jak strzała, gdzie okiem dziewczyny przypominało to jak znikanie i pojawianie się tuż obok. Jej wzrok nie był w stanie zaobserwować tego ruchu. On właśnie uczył ją jak uwalniać energię drzemiącą w naszych ciałach.

-    Co się tutaj dzieje? - wycedziłam ostrożnie każde słowo.

Czarnowłosy zerwał się na równe nogi patrząc na mnie z przerażeniem. Poruszył parę razy wargami nie wypowiadając ani słowa.

-    S-Sara? - zawołał w końcu zaskoczony.

Jego towarzyszka podniosła się z miękkiej trawy stając za moimi plecami. I dobrze. Nie miałam ochoty jej oglądać, nie w tej chwili. Nie ich razem.

-    Nie, duszki! - prychnęłam.

Po jego minie mogłam zaobserwować, że bał się mojej reakcji. Niemal odskoczył w tył szukając jakiegoś dobrego wytłumaczenia. Nie mnie jednak żadnego nie miałam zamiaru kupować.

-    Ja… Tego… - motał się.

Niebieskooka z powagą na twarzy wyszła mi na przeciw będąc pewną, że nic przy mnie jej nie grozi. Była w wielkim błędzie. Mogłabym ją rozszarpać nie przejmując się już uczuciami przyjaciela.

-    Son Gohan uczy mnie latać jakbyś nie zauważyła - odparła pewnie zakładając ramiona na biodra - Sądzę, że ty też potrafisz. Znam wasz sekret.

Ściągnęłam usta mrużąc przy tym oczy. Czy właśnie ona powiedziała, że zna nasz sekret? Że wie kim jesteśmy, a może jednak nie jesteśmy? Czy ona wiedziała co właśnie uczyniła? Tyle czasu walczyłam o jego niewinność, a tym czasem sam siebie podał na tacy jakby w ogóle nie liczyło się moje zdanie. Nie mieściło się to w mojej ograniczonej głowie. To ja męczyłam się każdego dnia udając ziemską nastolatkę, kiedy on od tak łamie tę zasadę! Po prostu… Od tak…

-    Znasz jego sekret, tak? - warknęłam niczym pies - Jesteś z siebie dumna? A pomyślałaś o innych? O jego rodzinie?

Trzęsłam się jak w febrze. Od początku wiedziałam, że będą z nią problemy, w końcu była córką nadętego pajaca. Niemal zebrało mnie na wymioty.

-    Uspokój się - krzyknęła na mnie - Nic złego nie robimy! Nie wydam was. Chcę umieć to co wy.

-    Posłuchaj no, nadęta krowo! - syknęłam mierząc do niej palcem.

Podeszłam tak blisko, ze niemal mogłam dotknąć swoim nosem jej. Przybrałam pozę do ataku, dziewczyna zaś wzdrygnęła się robiąc krok w tył. Jej oczy niemal znikły kiedy dostrzegła szkarłatny błysk w mojej zaciśniętej pięści.

-    Twój głupi ojczulek nigdy by nie pokonał Komórczaka! Nawet nie był w stanie drasnąć go paznokciem!

-    Saro! Przestań - wtrącił się nagle Gohan.

-    Zamknij się - syknęłam wysyłając mu wrogie spojrzenie - Dla twojej informacji, koleżanko my to zrobiliśmy. MY zabiliśmy androida. Rozumiesz?

Chłopak doskoczył do mnie w jednej chwili zakrywając usta bym nie wypowiedziała już ani jednego słowa więcej. Przecież go ostrzegałam. Niebieskooka z pozycji obronnej ruszyła na atak.

-    Nie pozwolę obrażać wielkiego mistrza! - zbulwersowała się - Nie pozwolę ci na to!

Roześmiałam się gorzko plując przy tym dookoła. Dawno nie słyszałam tak beznadziejnego dowcipu. W sumie ten o bohaterach już dawno mi się przejadł. Uderzyłam przyjaciela w żebro by się wyswobodzić, doskoczyłam do dziewczyny  ciskając z oczu piorunami. Dzieliło nas parę centymetrów.

-    Żaden mistrz! - kontynuowałam - Zabiłabym go jednym palcem. Jeśli nie wierzysz udowodnię ci to. Nie ma sprawy.

Wzruszyłam ramionami jakbym nie wypowiedziała krzywdzących słów, za to Gohan zbulwersowany zwrócił mi uwagę.

-    Gdyby nie ja, gdyby nie on - wskazałam na Saiyana palcem - Nie istniałby ani jeden z was. Na najbliższej zamieszkałej także - spojrzałam na nią spode łba - Powinniście nam dziękować, a w zamian tego musimy się ukrywać, bo macie nas za dziwolągi.

Bohaterka ulic stała jak pień wpatrując się w moją rozwścieczoną twarz.

-    Siła? Dziwolągi? - zdziwiła się - Umiecie latać! To fenomenalne!

-    To jest normalne -nie widziałam w tym nic nadzwyczajnego - To wy ziemianie jesteście zacofani.

-    Ej! - oburzyła się - Jak to my ziemianie?

Uniosłam się parę centymetrów nad ziemię zakładając ręce na piersi. Przy niej chciało mi się śmiać, i wrzeszczeć na przemian. Z wyższością postanowiłam pokazać się jej w pełnej Saiyańskiej krasie.

-    A coś ty myślała? Że jestem jedną z was?

Machnęłam brązowym ogonem parę razy, a nawet nim wykonałam parę dziwnych obrotów i skrętów by był jak najbardziej naturalny. Dziewczyna zrobiła ogromne oczy.

-    Ty masz ogon! - zawołała zapominając zamknąć usta - To byłaś ty? Tam na dachu!

Podleciałam do niej ponownie zabierając jej przestrzeń prywatną. Wisiałam na niebie niczym torpeda chcąc zrobić na dziewczynie jak najgorsze wrażenie.

-    A myślałaś, że jesteście jedynymi istotami we wszechświecie? Nie jestem człowiekiem, ani on - wskazałam na syna Goku - Jest w połowie taki jak ja.

Czarnooki złapał mnie za ramię przyciągając do siebie. Kazał skończyć mi tę szopkę i nie wyjawiać więcej informacji, bo on nawet połowy nie wygadał,  ja owszem. Czy przecież mi nie obiecałam tego? Kiedy na niego prychnęłam chcąc podjąć kolejny monolog uderzył mnie celnie w brzuch. Upadłam kilka centymetrów dalej. Spojrzałam na niego oschle przecierając krew z rozciętego kolana o kamień.

-    Nie słuchaj już jej Videl, proszę - lamentował doskakując do niej - Jest wściekła, bo miałem nic nie mówić. Chce ciebie nastraszyć! To nie jest ta sama dziewczyna.

Muzyka

-    Zapomniałeś kim jesteś - westchnęłam spoglądając w ziemię - Gdybym była moim bratem powiedziałabym, że to ja zabiłam ostateczne C21. Przecież ja broniłam miasta Południa przed Yonanem i o mało nie straciłam życia. To ja pokonałam go w ostatecznej walce i ty Gohanie mi pomagałeś! Sam zabiłeś Bojacka! I co jej powiesz? - wskazałam brodą na zdezorientowaną dziewczynę - Że były to zasługi Satana?

Wstałam i podeszłam do nastolatka spoglądając mu głęboko w oczy. On był przerażony, ale czy on wiedział co ja czułam? Bał się prawdy? Że nie jesteśmy ludźmi? A może tego, że ziemianka będzie miała długi język? Ja sobie bym poradziła, jeśli miałabym zabić - zabiłabym by móc dalej żyć.  Kiedy chciał zabrać głos przerwałam mu cichym „szzy”.

-    Zrobisz jak zechcesz, lecz mnie w to nie mieszaj. Nie mam zamiaru więcej udawać kogoś kim nie jestem - wbiłam mu palec w pierś - Nie jestem ziemianką, ty też nie jesteś nim, Son Gohanie. Pamiętaj o tym.

Ciężko westchnęłam. Chciał dalej bawić się w klauna? Chciał być taki jak oni, zwykły, nie inny niż oni sami. Bolało mnie to. Ściągnęłam usta  przecierając je zewnętrzną stroną dłoni. Byłam taka zdezorientowana.

-    Nie płacz kiedy przyjdzie śmierć, bo byłeś słaby.

Po tych słowach splunęłam dziewczynie pod nogi. Spojrzałam na niego jak na wroga. Coś w nim było czego nie znałam, nie rozumiałam i chyba nie chciałam. Był jak obca mi osoba. Uniosłam się ponad ich głowy wciąż ze złością patrząc na syna Goku.

-    Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi, a wolisz tych ziemian ode mnie - przełknęłam głośno ślinę - Nienawidzę cię…

Nie kontrolując się po tych słowach buchnęłam mocą tak, że powaliła nie tylko dziewczynę,  ale i mojego byłego przyjaciela. Moje dłonie zaiskrzyły blaskiem szkarłatu. Córka Herkulesa cofnęła się na klęczkach w tył obawiając się, że zrobię jej krzywdę. Nie rozumiała jeszcze do końca co się działo. Nie bacząc kto co zrobi lub pomyśli wystartowałam nie słuchając co do mnie wołał pół Saiyanin. Uczył ją LATAĆ! Gnałam przed siebie na oślep. Chciałam znaleźć się jak najdalej. Musiałam z siebie wyrzucić to całe zło, które zalewało mnie od środka. Skopać komuś tyłek, może i zabić? Gdy byłam dostatecznie daleko  wbiłam się w ziemię jak w masło. Nie wylądowałam, nie dbałam teraz o wygląd swój czy planety. Musiałam się wyładować więc zaczęłam okładać grunt pięściami marząc o jakiejkolwiek uldze, która się nie zjawiała. Do oczu napłynęły mi łzy, ciało całe drżało. Miałam wrażenie, że moje serce rozsypało się na miliony kawałków, i nie mogę ich samej pozbierać. W dodatku brakowało mi tchu i byłam całkowicie bezsilna. Tylko nie rozumiałam dlaczego, tak właśnie jest kiedy w tym czasie krzyczałam i biłam pięściami, a mojej energii nie brakowało na wysadzenie może jakiegoś dużego miasta. Czułam się jak jakiś potwór.  Tak na mnie patrzyła, prawda? Byłam w ich świecie istotą okropną. Bo miałam ogon? Prawie niczym nie różniłam się od tych istot wyglądem, choć reszta była zupełnie inna. Byłam zdradzona. Padłam na pooraną ziemię cicho roniąc łzy. Nie rozumiałam swojego położenia, ale było mi tak potwornie źle jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Nawet śmierć Vegety nie była dla mnie tak przytłaczająca. Czułam, że właśnie straciłam chyba najbliższą istotę w moim życiu. Ta czarnula owinęła go sobie wokół palca, a ten znając mnie tyle lat i tak wybrał jej stronę. Powiedział, że kłamię! Tylko po to by urosnąć w jej oczach. Było widać, że Son Goten także nie lubi tej panny. Zabrała mu brata, kiedy ten najbardziej potrzebował jego rad i samotnie siedział dalej czekając aż łaskawie ten przypomni sobie o nim. Leżałam w ogromnym kraterze z nieregularnym lejem patrząc na zakrwawione ręce. Czy właśnie tymi dłońmi miałam ochotę dziś zabić? Spojrzałam w niebo i jego leniwe obłoki. Tak bardzo nie potrafiłam odnaleźć drogi. Zawsze był on…

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.