Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

Marcelino, chleb i wino - recenzja

Autor:Sulpice9
Redakcja:Avellana
Kategorie:Recenzja, Animacja
Dodany:2012-12-18 20:33:23
Aktualizowany:2013-02-24 22:54:23



Ilustracja do artykułu

Dwa zdania o:

Ugrzeczniona wariacja na temat słynnej hiszpańskiej legendy… Pomimo szalonego pomysłu, efekt jest całkiem niezły. Przynajmniej częściowo.

Recenzja:

Nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że najtrudniej recenzować to, co pokochaliśmy jako dzieci i musimy teraz rozkładać na czynniki pierwsze. Podobnie było z Marcelino… - serial emitowany w ramach wieczorynki w 2000 roku wzbudził chwilowe zainteresowanie, ale na pewno nie takie, jak Tajemnicze złote miasta czy Czarodziejka z Księżyca.

Emisja Marcelino, chleb i wino w Polsce była posunięciem ryzykownym. Jak można się spodziewać po produkcji, w której maczali palce Japończycy, chrześcijańska historia została potraktowana dość swobodnie. W wersji oryginalnej hiszpańscy franciszkanie znajdują osieroconego chłopca, którego nazywają na cześć św. Marcelina (akurat przypadało jego święto). Psotne i źle wychowane dziecko pewnego dnia natrafia na figurę ukrzyżowanego Chrystusa, z którym nawiązuje przyjaźń (choć trudno tę relację określić jednym słowem). W międzyczasie chłopak musi odpowiedzieć sobie na kilka pytań natury egzystencjalnej (oczywiście sam nie używa takich słów), zwłaszcza na temat matki, której nigdy nie widział…

Jak łatwo się domyślić, oryginał nie jest wystarczającym materiałem na dwudziestosześcioodcinkowy serial. I faktycznie, „Tygodnik Powszechny” nie zostawił na scenariuszu suchej nitki, opisując go jako odpychający gniot, gdzie „scenarzyści Boga się nie boją”. Trzeba przyznać, że spora część materiału jest dziwna, ale nie tak bardzo nieudana. Oczywiście większość wątków „ugrzeczniono”: Marcelino z rozwydrzonego dzieciaka stał się dobrze ułożonym chłopcem pomagającym zwierzętom (nad którymi znęcał się w książkach), książę przeobraził się we wredny szwarccharakter, ponadto więcej miejsca poświęcono zakonnikom, stworom mitycznym (?), duchom (??!) i zwierzętom. Bo Marcelino, w przeciwieństwie do swojego pierwowzoru, potrafi komunikować się ze zwierzętami.

Poszczególne epizody są zwykle podzielone na kilka odcinków (np. przymusowe zesłanie Marcelina do pałacu księcia i pobyt w książęcych apartamentach trwa cztery odcinki). Większość z nich skupia się na problemach ekologicznych, a nasz bohater staje po stronie uciskanych zwierząt. Ponadto odwiedza świat dziwnych, wiecznie kłamliwych stworzeń, stara się przywrócić spokój zbłąkanej duszy, czy odkryć tożsamość pewnego magika. Moim ulubionym epizodem był podwójny odcinek, gdy do klasztoru zawitała pewna Austriaczka… Z głębokiej religijnej historii przeszliśmy do ekologicznej łopatologii i profanacji chrześcijaństwa? No właśnie nie do końca. Przy wszystkich „dodatkach” (mniej lub bardziej udanych) twórcom udało się zachować główny motyw: wizyty Marcelina na poddaszu - luźno powracające scenki, gdy Marcelino rozmawia z Chrystusem zostały znakomicie przedstawione. Z jednej strony słowa dzieciaka są rozczulająco naiwne („Jak wrócę z pałacu, przywiozę ci ciasto”), z drugiej - idealnie przedstawiono Chrystusa jako dobrego, ale nieco odległego bohatera, który wznosi się ponad problemy naszej egzystencji, jednocześnie dbając o boże stworzenia. Przy wszystkich głupich dodatkach i problemach, tu właśnie twórcy wiedzieli, co robią - motyw człowieka na poddaszu (rozsądnie nie pokazano nigdy jego twarzy) powraca regularnie, często w dziwnych momentach. Paradoksalnie, Chrystus jest fałszywym akordem całej tej sielanki, domagając się nieuniknionego. A ciągłe poszukiwania jakichkolwiek informacji o matce pchają Marcelina do zaskakująco mrocznego finału (przynajmniej dla serii pierwszej, bo powstały jakimś cudem jeszcze dwie, nigdy nieemitowane w Polsce).

Należy powiedzieć co nieco o bohaterach - Marcelino stracił oczywiście sporo ze swojej oryginalnej dwuznaczności (święty, który znęca się nad zwierzętami, nieposłuszny, okradający zakonników), jest jednak ciekawą postacią. Naiwny i niezbyt pilny, ale odważny i obrotny, gdy przyjdzie co do czego. Choć zupełnie inny, wciąż na szczęście pozostaje przede wszystkim dzieckiem. Zakonnicy również zyskali - oczywiście głównie za sprawą czasu antenowego (mieli go dość, by się bliżej pokazać). Wystarczająco zabawni dla dzieci, wystarczająco dojrzali dla dorosłych oglądających serial ze swoimi pociechami. Książę winnic… cóż, nie będę ukrywał, że ta disnejowska skłonność do „bycia złym, by być złym” mnie trochę irytowała, ale wciąż da się go oglądać. Podobali mi się natomiast jego słudzy - żaden z nich nie był postacią kryształową i umieli trzymać się razem (pokazano nam ich życie „od kuchni”), zwłaszcza, gdy niebezpieczeństwo wisiało w powietrzu. Spośród bohaterów epizodycznych najlepiej prezentuje się Sylwia (z historii o balonie) i pan Czwartek. Pozostali niespecjalnie mnie przekonują i to faktycznie istotny problem serialu. Tak samo zresztą jak oklepane postacie zwierząt.

Została jeszcze jedna postać, po relacjach Chrystus - Marcelino najmocniejszy atut serialu: Kandela, przyjaciółka Marcelina. Gdy byłem dzieckiem, brałem ją po prostu za nieco zdziwaczałą Cygankę o magicznych zdolnościach, jednak oglądając serial jeszcze raz, zrozumiałem, że była wymyślonym przez Marcelina przyjacielem, odpowiedzią jego psyche na potrzebę posiadania kogoś bliskiego, kogoś, kto zastąpiłby mu matkę. Kandela wie więcej o Marcelinie niż on sam, co może sugerować, że chłopak uciekał się do tworzenia wymyślonych, często dość pokręconych historii (np. epizod ze zwierzętami w pierwszym odcinku). Ten mroczny zwrot akcji, podobnie jak dziwny religijny aspekt legendy, niestety znikają w gorszych bądź lepszych epizodach, całość jednak jest udana, o ile zaakceptujemy ekologiczne motywy, spuścimy zasłonę milczenia na kilka zwyczajnie głupich pomysłów (np. odcinek 10) i weźmiemy poprawkę na to, że grupą docelową miały być przede wszystkim dzieci.

Pamiętam, że jako szczeniak zachwycałem się grafiką. Oczywiście minęło dwanaście lat i animacja się postarzała, ale wciąż jest przyjemna dla oka. Z muzyki wpada w ucho przede wszystkim piosenka z czołówki (do dziś pamiętam tekst), ale i w samym serialu melodie dobrze budowały napięcie czy groteskowy charakter książęcego dworu.

Na zakończenie wypadałoby powiedzieć kilka słów o dubbingu. I tu chyba mam największy problem z obiektywną oceną. Oczywiście, Lucyna Malec prezentuje jak zwykle znakomity poziom, ale jakbym miał rozbić każdą postać na czynniki pierwsze, nikt by mnie nie rzucił na kolana. Pomimo to zapamiętałem z dzieciństwa praktycznie wszystkie głosy, co sugerowałoby, że nasi aktorzy nie spaprali roboty. I im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej przekonuje mnie koncepcja polskiego reżysera dubbingowego: nikt nie jest tu gwiazdą, ale wszyscy znają swoje miejsce i świetnie ze sobą współpracują, tworząc tło dla historii niezwykłego dziecka.

Pomimo wszystkich wad, pomimo zapełniaczy i ryzykownego mieszania sacrum z profanum, Marcelino... pozostaje dla mnie projektem udanym. Szalenie oryginalnym, nierównym, ale jednocześnie fascynującym. Bo czego by nie mówić, serial może się podobać lub nie, jednak zapada w pamięć i nie sposób nie docenić wysiłku, jaki twórcy włożyli w adaptację tej z pozoru nienadającej się do serialu historii.


Ocena:

Postacie - 7/10

Fabuła - 5/10

Grafika - 7/10

Muzyka - 7/10

Ogólna ocena - 7/10

________________________

Kadry:

Ilustracja do artykułu

Ilustracja do artykułu

Ilustracja do artykułu

___________________________

Ilustracja do artykułu

Ilustracja do artykułu

Ilustracja do artykułu


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż wszystkie komentarze
  • Sulpice9 : 2013-02-13 12:27:49
    Re: Wow

    Nooo... Łatwo nie było... pierwsze pięć odcinków jest na zmoderowano, reszta musiała być po angielsku, miałem jeszcze kilka odcinków na kasecie :)


    Swoją drogą, czy ktoś może trafił na sezon drugi? Aż mnie ciarki przechodzą na myśl, jak niby mieli z tego zrobić kontynuację :D

  • Apokalipsus : 2013-02-12 23:34:52
    Wow

    Aż się łezka w oku kręci. Powiedz jak udało ci się to obejrzeć, skoro na necie nie ma tego w pl?

  • Lilith : 2013-01-13 19:02:06
    Najlepsza czołówka

    Rany, uwielbiałam tę bajkę! Najbardziej oczywiście opening, był przepiękny. Raz na jakiś czas próbuję znaleźć w necie polską wersję, ale nigdzie nie ma...

    W każdym razie kiedy byłam dzieckiem, historia trafiała do mnie w stu procentach. A o to przecież chodziło :)

    Swoją drogą nie wiedziałam nawet, że to też było japońskie...

  • Ororon : 2012-12-26 11:16:07
    :)

    oglądałam wieki temu, aż mi się dzieciństwo przypomniało

  • San-san : 2012-12-20 21:59:42

    Oglądałam to dawno temu, wybiórczo, na polonii... Może czym innym. Aż dziwne, zupełnie inaczej zapamiętałam rysunek postaci. Wydaje mi się też, że oglądałam ostatni odcinek i był bardzo wzruszający, mimo iż nie jestem katoliczką.

    Podobało mi się wtedy. ;)

  • Skomentuj
  • Pokaż wszystkie komentarze