Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Pieśń dla Feniksa - recenzja

Autor:Enevi
Redakcja:IKa
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2013-03-08 23:05:24
Aktualizowany:2013-03-08 23:22:24



Ilustracja do artykułu




Tytuł: Pieśń dla Feniksa

Autorka: Danuta „Kaamos” Miklaszewska

Redakcja i korekta: Anna Ćwik

Współpraca: Roksana Szuszkiewicz

Projekt okładki: Marcin Bronicki

Grafika na okładce: Barbara Mościcka

Wydawca: Wydawnictwo Kotori

Liczba stron: 333

Rok: 2012





Jak zapewne większość fanów gatunku wie, yaoi, tak jak inne kategorie (np. shoujo czy shounen), rządzi się swoimi nieśmiertelnymi prawami i w każdej szanującej się historii spod tego znaku nie może zabraknąć dobrze znanych schematów. Pytanie brzmi: czy autor wszystkie „dobrze znane schematy” właściwie wykorzystał? Z tym bywa różnie, jak ze wszystkim w życiu zresztą. Złoty środek znaleźć trudno, ale niektórym się to udaje. No właśnie, niektórym.

Najprawdopodobniej niejedna fanka yaoi marzy o napisaniu czy nawet wydaniu czegoś swojego. Potrzeby te zostały już zauważone jakiś czas temu, gdy zaczęły się ukazywać pierwsze antologie pióra miłośników gatunku. Podobnie, niedawno powstałe wydawnictwo Kotori zadebiutowało zbiorem opowiadań, by następnie wydać kilka mang. W grudniu 2012 roku ukazała się zaś pierwsza powieść Danuty Miklaszewskiej, Pieśń dla Feniksa, której punktem wyjściowym jest opowiadanie Chryzantema zawarte w antologii wydawnictwa Omikami.

Akcja powieści osadzona jest w nieokreślonej, ale wcale nie tak odległej przyszłości. Światowy kryzys gospodarczo-polityczny doprowadził do tego, że z coraz większą tęsknotą spoglądano w przeszłość i ostatecznie zdecydowano się na powrót do tradycji. Oznaczało to ni mniej ni więcej przywrócenie władzy absolutnej w wielu państwach. Tym sposobem na tronie mocarstw (np. w Rosji czy Chinach) ponownie zasiedli ich dawni władcy. Chiny już w naszych czasach znacząco urosły w siłę, a w Pieśni dla Feniksa autorka postanowiła pójść jeszcze dalej i uczynić z Państwa Środka międzynarodową potęgę, przed którą na kolana padają pozostałe kraje. Chiny rozkwitają pod twardą ręką władającego nim Czerwonego Cesarza. Oczywiście, rządzenie tak potężnym mocarstwem jest nie lada wyzwaniem i potrzeba naprawdę charyzmatycznej i zdolnej jednostki, by całość nie rozpadła się na drobne kawałki. Niestety jego syn, Shen Li, wyraźnie nie zapowiada się na tak zdolnego władcę. W końcu nadchodzi nieuniknione - stary władca umiera, nadchodzi czas nowego monarchy, Niebiańskiego Feniksa. Jednak chłopak zmuszony do powrotu z kilkuletniego pobytu w Rosji, co oznaczało również rozstanie z ukochanym, nie jest w najlepszej kondycji psychicznej, a w dodatku nad jego głową zbierają się czarne chmury, bo komuś ewidentnie zależy na tym, aby wywołać chaos w państwie. Pytanie tylko komu? I czy naprawdę wszystko jest tak oczywiste, jakim się wydaje na pierwszy rzut oka? Do zagubionego władcy pomocną dłoń niespodziewanie wyciąga utalentowany i charyzmatyczny Xiah Changmin - ulubieniec poprzedniego władcy, znienawidzony przez prawie cały dwór i przez samego Shen Li. Kto tu jednak tak naprawdę knuje?

Po książkę Danuty Miklaszewskiej sięgnęłam z czystej ciekawości i bez znajomości pierwowzoru, aczkolwiek nie okazała się ona konieczna, bo całość została wzbogacona o stosowne retrospekcje. Wydanie opowiadania jako jednego z wielu, a wydanie osobnej książki to zupełnie co innego i dla mnie przynajmniej stanowi pewnego rodzaju wyróżnienie. Nie można powiedzieć, że miałam jakieś szczególne wygórowane oczekiwania w stosunku do tej historii, ale nie można też powiedzieć, że nie było ich w ogóle. W czasie lektury jednak zaczęły pojawiać się kolejne kwestie, które sprawiły, iż byłam zmuszona ocenić całość tak a nie inaczej. Ale może przejdźmy do konkretów.

Zacznijmy od samych podstaw - świata przedstawionego. Niedaleka przyszłość, powrót tradycji do chwały, a wszystko w smakowitym dalekowschodnim sosie. Pomysł ciekawy i jak się z czasem okazało całkiem odważny, biorąc pod uwagę kolejne nawiązania do czasów współczesnych. Napięta sytuacja polityczna, duszna atmosfera dworu cesarskiego - to wizja na pewno obiecująca i posiadająca spory potencjał, ale jednak nieco mglista i niejasna. Na pewno zbyt powierzchowna, aby stanowić bazę dla poważnej intrygi politycznej na szczeblu międzynarodowym. Odniosłam wrażenie, że autorka, skacząc na tak głęboką wodę, porwała się z motyką na słońce. Wyraźnie widać bowiem, że wątek polityczny jest nawet nie tyle niedopracowany, co skrajnie nierealistyczny. Dziur w fabule jest niestety dużo, a tak przedstawiona rzekomo światowa potęga przestałaby istnieć w mgnieniu oka pożarta przez konkurencję.

Aby przedstawić nawet proste intrygi trzeba posiadać elementarną wiedzę na temat funkcjonowania państwa i systemów politycznych, a niestety w tym przypadku wyraźnie jej zabrakło. Efektem są nadmierne uproszczenia i brak podstawowych elementów, które powinny pojawić się w tego typu tekście. Naprawdę trudno mi uwierzyć, żeby władza w którymkolwiek z państw dała się tak łatwo sprowokować i nie podjęła działań, które w obecnych czasach wydają się oczywiste. Pamiętajmy, że Chiny to olbrzym zarówno pod względem powierzchni jak i gospodarczo, a do tego istnieje masa ludzi odpowiedzialnych za każdą najdrobniejszą śrubkę w tej machinie. Tymczasem powieść ogranicza się do ukazania wąskiego grona bezradnych dworzan, dwóch spiskowców, zagubionego władcy i zdawałoby się jedynej myślącej osoby w postaci cesarskiego doradcy. Plan wprowadzany w życie jest naiwny i niewykonalny w normalnych warunkach, a na pewno nie na takim szczeblu. Niestety, pani Miklaszewska bardzo utrudniła sobie zadanie, które wyraźnie ją przerosło. Mam wrażenie, że gdyby nie wykraczać poza Chiny, ba, nawet za mury Zakazanego Miasta i skupić się na intrygach dworskich i samym romansie, całość miałaby szansę wypaść znacznie lepiej.

Autorka, z zamiłowania sinolożka, starała się również przemycić ciekawostki na temat Chin oraz pozostałych „zamieszanych” w całą aferę państw. Szczegóły, takie prawdziwe drobiazgi, wypadają całkiem nieźle i faktycznie mogą wzbogacić wiedzę czytelników, którzy jeszcze nie mieli okazji, by bliżej poznać tradycje Azji Wschodniej (pomijając jeden „kwiatek” w postaci przedstawienia ikebany i bardzo wątpliwego sposobu jej wykorzystania do zaszyfrowania rzekomo istotnych informacji). Faktycznie nieźle wypadł opis olbrzymich metropolii czy opisy przyrody (aż sama nabrałam ochoty, żeby zobaczyć Góry Żółte). Problem pojawia się, gdy dochodzimy do portretu ogólnego, gdyż czytając o Chińczykach, Japończykach, Rosjanach czy nawet Koreańczykach, miałam wrażenie, że jest to zbiór stereotypów, momentami podawany nieco zbyt nachalnie.

Abstrahując jednak od intryg politycznych, warto zauważyć, że równie istotnym elementem jest wątek romansowy. Na pewno wypada on nieco lepiej niż omówiona wyżej intryga, jednakże do ideału nadal mu zdecydowanie daleko. Na przykładzie Pieśni dla Feniksa wyraźnie widać, że autorka jest wielką fanką yaoi, gdyż jej powieść nosi wyraźne znamiona tego gatunku. Czy to źle? Trudno, powiedzieć, jest to na pewno kwestia gustu, ale to, że dana książka czy film traktują o homoseksualizmie nie znaczy, że całość od razu musi być podana w bardzo sztywnych i umownych „mangowych ramach”. Z faktu tego na pewno ucieszą się miłośniczki yaoi, bo będą miały okazję przeczytać, a nie tylko poprzeglądać coś, co znają i zapewne lubią.

„Mangowe ramy” widać przede wszystkim w przedstawieniu postaci, gdyż autorka stosuje bardzo wyraźny i wręcz nieśmiertelny podział na stronę aktywną i bierną związku, co objawia się nie tylko w przedstawieniu osobowości, ale już samego wyglądu bohaterów. Dlatego też nikogo nie powinno dziwić, że Shen Li to istota o charakterze równie delikatnym jak jego dziewczęca uroda. Fakt, nie jest on tak całkowicie bierny, ale jednak bardzo wyraźnie kontrastuje ze swoją drugą połówką. Chłopak jest całkowicie niedoświadczony, ma niskie poczucie własnej wartości, a w dodatku po powrocie z Rosji popadł w depresję. Sprawę dodatkowo komplikuje widmo wojny i chaos na cesarskim dworze. Zagubiony władca nie ma się komu wyżalić ze swoich osobistych problemów, co z kolei skutecznie uniemożliwia mu skupienie się na sprawach wagi państwowej. Mówiąc krótko: Shen Li jest osobą słabą, która potrzebuje od zaraz wsparcia silniejszej jednostki. Postawienie takiego władcy na czele państwa jest decyzją wątpliwą i aż dziwne, że nikt do tej pory nie próbował nim manipulować, ale przyjmijmy, że tak zamknął się w sobie, że dotarcie do niego graniczyło z cudem. W tym momencie jak na ratunek zjawia się Xiah Changmin - ulubieniec ojca obecnego władcy, znienawidzony przez niemal cały dwór, włączając w to samego Li. Osobnik równie utalentowany, charyzmatyczny, co bezczelny i pewny siebie, postać posiadająca wszystkie cechy, których nie ma główny bohater - słowem: doskonały materiał na drugą połówkę/wsparcie. A przynajmniej tak sprawa wygląda w teorii. W praktyce jednak bohaterowie są nieco zbyt schematyczni, by do siebie przekonać, co właśnie najlepiej widać na przykładzie Changmina - człowieka, którego określiłabym mianem „seme idealnego”. Pozbawionego jakichkolwiek większych skaz na osobowości , któremu udaje się prawie wszystko. Pan faktyczne jest dobrą przeciwwagą dla przypominającego mimozę Shen Li, ale przynajmniej moim zdaniem, takie wyidealizowanie zdecydowanie nie dodaje mu uroku.

Fakt faktem relacje tej dwójki są dość płytkie - w końcu akcja powieści nie rozgrywa się nawet w przeciągu tygodnia (acz akcja Romea i Julii też pędzi…), jednak miałam wrażenie, że mimo wszystko całość dzieje nieco zbyt szybko. Autorce trzeba oddać to, że nie wkłada w usta postaci naiwnych zapewnień o dozgonnej miłości, a zdecydowanie bardziej podkreśla aspekt fizyczny zauroczenia i zwykłą potrzebę bliskości. Rozumiem, Li jest zagubiony, ale jak na podkreślaną nieufność i zamknięcie się w sobie, otwiera się przed Changminem nieco zbyt pośpiesznie, a jego poważna depresja znika bez śladu przy pomocy tak naprawdę niewielkiego wkładu, co każe zadać pytanie, czy nie dało się wcześniej rozwiązać tego problemu?

Jak wygląda sytuacja z resztą obsady? Cóż, pomijając zbytnią łatwowierność i brak logicznego myślenia spowodowane takimi a nie innymi założeniami scenariusza, nie jest tak tragicznie, ale raczej również bez rewelacji. Trudno napisać o nich coś konkretnego, bo owszem, pokazują się na chwilę, ale jednak dla mnie pełnili bardziej rolę narzędzi fabularnych niż pełnokrwistych postaci. Widać to zwłaszcza w przypadku jednego z doradców, któremu z pewnych względów przypadł zaszczyt wypowiadania się w pierwszej osobie. Nie mam nic przeciwko różnorodnej narracji, ale w tym razem był to niezbyt dobry pomysł, owszem uzasadniony (nieważne jak umownie) fabularnie, ale sam charakter postaci i jej sposób wysławiania się zupełnie nie przekonują.

Styl autorki chyba najłatwiej scharakteryzować jako nieco zbyt podniosły. Fakt faktem książkę czytało się w miarę łatwo, bo język powieści nie jest przesadnie przeładowany metaforami czy innymi zbędnymi ozdobnikami, jednak odniosłam wrażenie, że momentami robi się nieco zbyt górnolotnie. Mamy tu do czynienia głównie z narracją trzecioosobową, która lubi jednak wchodzić bohaterom do głowy i obnażać ich myśli (większość wydarzeń przedstawiono z perspektywy cesarza, co teoretycznie usprawiedliwia taki a nie inny styl, ale chwilami miałam wrażenie, że jest tego nieco za dużo). Wspomniałam już, że pani Miklaszewska zdecydowała się również wpleść narrację pierwszoosobową, która co prawda nie wprowadza chaosu do samej historii, bo już na samym początku jest wyjawione, któremu z bohaterów przypadła rola opowiadacza, ale biorąc pod uwagę, że znaczna ilość tych fragmentów traktuje w większości o tym samym, łatwo mogą się one przejeść. Z dialogami bywa różnie, chwilami zdawały mi się one wymuszone i nienaturalne. Zwłaszcza, że autorka czasami lubi się powtarzać (Shen Li trochę zbyt często podkreśla, że Changmin jest bezczelny, a retrospekcje usilnie starają się przypominać o szafirowych oczach byłego kochanka).

Dla mnie osobiście jednak największych problemem okazały się sceny erotyczne, których tu nie brakuje, acz z drugiej strony na pewno nie można powiedzieć, żeby chodziło tu tylko i wyłącznie o seks. Nie od dziś (od przeszło stu lat, bodajże…) ubolewa się nad tym, jak ubogi jest język polski, co często widać w opisach scen erotycznych. Z braku odpowiedniego słownictwa bardzo trudno stworzyć coś prawdziwie zmysłowego bez popadania w skrajności i ograniczania się do dosadnej fizjologii albo wzniesienia się na wyżyny śmieszności przy próbie upoetycznienia aktu fizycznego. Autorka Pieśni dla Feniksa może i nie skręca wyraźnie ani w jedną, ani w drugą stronę, ale chyba nie do końca sobie jeszcze z tym radzi. Najbardziej w pamięci zapadł mi jeden z zamienników do określenia członka. Wyobraźcie sobie bowiem sytuację, w której bohaterowie idą do łóżka, powoli buduje się atmosfera i niespodziewanie ni stąd ni zowąd na scenę wkracza „pal”. Jako czytelniczka nie stronię od książek zawierających mniej lub bardziej śmiałe opisy seksu, ale w życiu jeszcze nie spotkałam się z takim określeniem, które w mgnieniu oka rozłożyło na łopatki rosnące napięcie sceny. Nie piszę, że pani Miklaszewska powinna w ogóle z takich scen zrezygnować, bo jeśli nie będzie się ich próbowało opisać, nigdy nie dojdzie się do zadowalającego stanu, ale synonimów słowa „penis” jest jednak wystarczająco dużo, by nie musieć uciekać się do wyżej wymienionego koszmarka.

Od strony wydawniczej książka prezentuje się naprawdę nieźle, choć jest kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę. Czytelnika wita ładnie zaprojektowana okładka (miło, że ze skrzydełkami, które bez problemu mogą pełnić rolę zakładki) z ilustracją przedstawiającą młodego cesarza. Tytułowy feniks jest bardzo „mangowy”, ale nie powinno to dziwić, skoro książka przeznaczona jest dla fanów yaoi. Sam obrazek jest zresztą naprawdę ładny i odpowiada powieściowemu opisowi bohatera. Druk jest czytelny, wielkość czcionki w sam raz, choć przeszkadzać może niektórym szczątkowy margines wewnętrzny z jednej strony, co utrudnia nieco czytanie, w sumie jednak nie musiałam rozrywać książki, żeby przeczytać tekst, więc ostatecznie nie jest aż tak źle. W samym tekście pojawiło się kilka literówek i bodajże jedno czterowyrazowe monstrum bez spacji, ale to jedyne rzeczy, które rzuciły mi się w oczy. Spis treści też jest, więc czytelnik na pewno się nie pogubi.

Jak wspominałam, za Pieśń dla Feniksa zabrałam się z czystej ciekawości, bez jakiekolwiek wcześniejszego kontaktu z twórczością autorki, w skrócie: całkiem w ciemno. Opis brzmiał dosyć dobrze, prolog też prezentował się względnie nieźle, więc pomyślałam „czemu nie?”. Niestety, wykreowana przez panią Miklaszewską historia - głównie wątek polityczny - zdecydowanie nie jest dobra. Inspiracja inspiracją, ale umieszczanie akcji w świecie rzeczywistym, nawet w niesprecyzowanej przyszłości, stawia pewne ograniczenia i jednocześnie spore wymagania. Nie powiem, sam pomysł jest naprawdę ciekawy, ale sposób jego realizacji wypada już gorzej. Całość powinna zostać zdecydowanie lepiej przemyślana i skonsultowana z osobami, które choć odrobinę mają pojęcie o polityce. Sam wątek romantyczny nie jest ani szczególnie porywający, ani szczególnie tragiczny - jest wzorem schematu mang yaoi, a szkoda, bo podejrzewam, że sporej liczbie osób coś takiego się przejadło… Z drugiej jednak strony pewnie drugie tyle osób taką konwencję gatunkową uwielbia i połknie książkę za jednym posiedzeniem, bo mimo wszystko, związek głównych bohaterów nie popada w żadną skrajność, co jest zdecydowanym plusem.

Napiszę tak: autorka zdecydowanie powinna więcej pisać, bo ma całkiem niezłe pomysły, ale jednocześnie należałoby chyba więcej czasu poświęcić na dopracowanie szczegółów, które w tym przypadku zawiodły. Komu się ta książka powinna spodobać? Na pewno fan(k)om wspomnianego yaoi, bo powieść bardzo dobrze wpisuje się w ramy gatunku. Przede wszystkim jednak tym, którzy skupiają się głównie na relacjach między bohaterami i uznają polityczne przepychanki za ozdobę, choć przeszkadzać może fakt, że ta intryga jest centralnym elementem scenariusza. Tak czy inaczej: jesteś osobą ciekawą, jak radzą sobie początkujący pisarze/pisarki i chcesz przekonać się na własne oczy, jak wygląda yaoi przeniesione na karty książki? Jeśli tak, to zapraszam. Jeśli nie? Cóż, sami zdecydujcie, czy powyższe argumenty przemawiają za czy może przeciw.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • SILVA : 2013-04-22 20:44:56

    Bardzo dobra recenzja. Zgadzam się w większości.

  • Czytelniczka : 2013-03-13 22:36:35

    Tytuł brzmi jak poezja, obrazek na okładce podsuwa wizję pięknej, poruszającej historii miłosnej, jednak zawartość książki jest zgoła inna. Niezgrabne, ocierające się o sprośność sceny "łóżkowe" nie przemawiają do mnie. Spodziewałam się czegoś innego, czytając notkę autorską. Szkoda.

  • Morri : 2013-03-09 14:16:59

    Kiedy sięgam po historię yaoi oczekuję przede wszystkim wątku romansowego między głównymi bohaterami. Cała reszta jest jedynie ciekawym ozdobnikiem i urozmaiceniem. Gdybym wymagała idealnej historii politycznej, wybrałabym po prostu coś innego. Poza tym polityka jest strasznie nudna i dobrze, że w tej książce jest jej tylko tyle, ile trzeba. Za to romans gra główną rolę, czyli jest dokładnie tak, jak się spodziewałam ^^ Dla kogoś, kto nie lubi yaoi, oczywiście będzie wszystko na odwrót.

  • Skomentuj