Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

One Piece: Alternative Version - Shin Sekai

6. Plan

Autor:barry13
Serie:One Piece
Gatunki:Akcja, Fantasy, Fikcja, Komedia, Przygodowe
Uwagi:Utwór niedokończony, Przemoc
Dodany:2013-10-13 11:49:37
Aktualizowany:2013-10-13 11:49:37


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Zabrania się kopiowania fragmentów lub całości utworu bez zgody autora.


Słomiani w napięciu oczekiwali na połączenie, wpatrując się intensywnie w ślimakofon i leżące obok niego serce Caesara.

- Cholera, odbierz wreszcie!

- Halo? - Ślimakofon zmienił nieco wygląd, teraz jego oczy przypominały okulary jakie zwykł nosić Doflamingo, a na usta krył się ten sam złośliwy uśmieszek.

- Witaj, Joker. - Law jako pierwszy zabrał głos.

- Law? Myślałem że więcej cię nie zobaczę, a tym bardziej że nie usłyszę twojego głosu. - Ton Shichibukai nabrał podejrzliwości. - Skąd masz ten numer, gnojku?

- Nie twój interes, jak zdobywam informacje. Dzwonię, bo mam coś, czego bardzo byś chciał, i proponuję wymianę.

- Coś czego bym chciał? Przecież mam już wszystko: nietykalność, władzę, pieniądze Słomianego, Caesara...

- A właśnie, jest tam Caesar obok ciebie?

- A co to ma do rzeczy...

- Zobaczysz. - Powiedział Law i jednym szybkim ruchem ścisnął serce naukowca. Z głośnika telefonu dobiegł głośny wrzask. - Czyli jednak Caesar był z tobą. Szkoda że się nie przywitał.

- Law, ty draniu! - Głos Jokera kipiał gniewem. - Jak śmiałeś? Darowałem ci życie na Punk Hazard, ale nie myśl, że teraz unikniesz konsekwencji!

- Sam wiesz, że nic nie zrobisz, dopóki mam jego serce. W końcu bez niego, nie wyprodukowałbyś już ani jednego Smile, prawda?

- Och, a więc to o to chodzi. - Głos w telefonie na powrót się uspokoił. - Muszę powiedzieć, że mi zaimponowałeś. Ale wspominałeś coś o wymianie... co chcesz za serce Caesara?

- Oddaj naszego kapitana! - Krzyknął wprost do słuchawki Usopp. Law natychmiast go odepchnął, wracając do rozmowy ze swoim dawnym kapitanem. - Dokładnie, chcemy Słomianego z powrotem. Nie porwałeś go bez powodu, nie? Zobaczymy kto jest dla ciebie cenniejszy: on czy CC.

- Słomiany za serce? Zgoda. - Odparł Joker po chwili zastanowienia. - Gdzie chcesz się spotkać?

- Coś tu jest nie tak. - Szepnął Trafalgar do Słomianych. - Zgodził się tak łatwo...

- Co teraz? Przecież musimy odbić Luffiego!

- Spokojnie, coś wymyślę.

- Hej, Law, jesteś tam? Nie mam całego dnia. Powtarzam pytanie: gdzie chcesz dokonać wymiany?

- Spotkamy się na północnej plaży Green Bit, jutro w samo południe. Ale mam jeszcze jeden warunek.

- Ach tak? Jaki?

- Masz zrezygnować z tytułu Shichibukai!

- Chcesz wyrównać szanse? Naprawdę grasz ostro, Law. Jako twój stary szef, jestem pod wrażeniem.

- Po prostu chcę się zabezpieczyć, na wypadek gdybyś próbował wciągnąć w nasz układ Marynarkę. - Powiedział, ale po tonie jego głosu słychać było, że komplement Jokera miło połechtał jego ego. - Zatem jeśli w jutrzejszej gazecie nie przeczytam, że na powrót zostałeś zwykłym piratem, zabiję Caesara. Do zobaczenia.

- Czekaj chwi...

Law przerwał połączenie.

- Teraz możemy tylko czekać.

- Myślisz że to zadziała? - Spytał nieufnie Usopp. - W końcu Donquixote Doflamingo jest nazywany najcwańszym piratem na Grand Line. Nie jestem pewien, czy da się tak łatwo oszukać.

- Z pewnością wszystko pójdzie dobrze. Joker nie może sobie pozwolić na stratę Caesara, więc zrezygnuje z tytułu Shichibukai by odzyskać jego serce, jednocześnie stając się celem numer jeden Marynarki. A wtedy my wykorzystamy powstały chaos i zniszczymy fabrykę Smile.

- Powiedz mi tylko, gdzie ona jest, a wysadzę ją w powietrze moim ~super~ laserem! - Zakrzyknął z entuzjazmem Franky.

- Pozostaje jeszcze kwestia samuraja: Kinemon-san, wspominałeś że twój przyjaciel jest przetrzymywany przez Jokera na Dressrosie, tak?

- Zaiste jest jak powiedziałeś, Law-dono. Niewątpliwie Kanjuro jest jego zakładnikiem.

- W takim razie potrzebne będą cztery drużyny. - Wtrąciła się Robin. - Odebranie Luffiego, zniszczenie fabryki, odbicie samuraja... A ktoś musi jeszcze pilnować okrętu.

To co... Ciągniemy słomki? - Zaproponował nieśmiało Usopp.


***


Dressrosa, Posiadłość rodziny Donquixote

Joker z wściekłością rzucił słuchawką ślimakofonu.

- Ten Law! Myśli że kim on jest!? - Spojrzał na Caesara który wciąż wił się z bólu na podłodze gabinetu Doflamingo. - Crown! Jak mogłeś dać odebrać sobie serce!?

- Wybacz, Joker, nie miałem pojęcia! Musiałem być nieprzytomny, albo coś... - Powiedział naukowiec, kaszląc nerwowo.

- Niewątpliwie Law postawił cię w bardzo trudnej sytuacji, wasza wysokość. - Odezwał się mężczyzna stojący przy regale z książkami. Od jakiegoś czasu przeglądał opasłe tomiszcza w osobistej biblioteczce króla Dressrosy, nie zwracając dotąd uwagi na ożywioną rozmowę Doflamingo i Caesara. - Chcesz, żebyśmy się tym zajęli?

- Nie, nie ma takiej potrzeby. - Joker momentalnie się uspokoił. Na usta wpełzł mu jego zwykły, nieco okrutny uśmiech. - Chociaż... jest coś co możesz dla mnie zrobić.

- Mów. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. - Mężczyzna w masce pandy ukłonił się nisko.

- Chodzi o Punk Hazard... Marynarka zaczyna węszyć, lepiej jeśli ta wyspa zniknie... Wiesz co mam na myśli?

- Oczywiście. A co z Vergo i Monet?

- Nie sądzę żeby Monet jeszcze żyła. - Westchnął Doflamnigo. - Jeśli chodzi o Vergo, to możecie go przyprowadzić, choć nie nalegam.

- Oczywiście. - Pandaman skłonił się jeszcze raz i ruszył go drzwiom. Wychodząc, odwrócił się i zadał ostatnie pytanie. - Czy jeśli spotkamy Marynarkę na Punk Hazard, możemy się trochę... rozerwać?

- Jakim byłbym królem, gdybym zabraniał moim poddanym czasem sie zabawić? - Spytał retorycznie władca Dressrosy.

Zadowolony Pandaman wyszczerzył zęby w złośliwym uśmiechu. Od dłuższego czasu siedział bezczynnie w posiadłościach Donquixote i nie zamierzał przepuścić najmniejszej okazji by się zabawić.

- A co ze mną, Joker? - Spytał płaczliwie Caesar. - Przecież wiesz, ze nigdy nie zrobiłbym czegoś, co by szkodziło twoim intere… - Urwał w połowie, gdy ogłuszyło go Królewskie Haki.

- Strasznie się zrobiłeś gadatliwy, Caesar. - Mruknął Doflamingo. Spojrzał na SS, swoją prawą rękę. Ubrany w dziwny pancerz, którego poszczególne części połączone były ze sobą niezliczonymi zębatkami, najlepszy strzelec rodziny Donquixote jak zwykle trzymał się kilka kroków za swoim panem. - Zabierz go stąd. Trzeba też powiadomić Muchvise’a… fabryka Smile z pewnością stanie się celem Słomianych.

SS niemal niezauważalnie skinął głową i bez trudu przerzucił sobie nieprzytomnego naukowca przez ramię. Wiele osób z otoczenia Jokera zastanawiało się, kim jest zamaskowany mężczyzna w kapeluszu, zawsze znajdujący się blisko króla Dressrosy. Właściwie, to nie byli nawet pewni czy SS jest człowiekiem. Tylko Doflamingo znał prawdę.

- Mildred? - Rzucił przez interkom gdy snajper się oddalił. - Możesz coś dla mnie zrobić?

- Oczywiście paniczu, co tylko panicz rozkaże! - Odezwał się piskliwy kobiecy głos.

- Powiadom Trebola, Diamante i Spade’a że chcę się z nimi widzieć, dobrze?

- Zgodnie z panicza życzeniem. Czy powodem jest słodki Law-chan? Zamierzasz go zabić, paniczu?

- Ujmę to tak: Law chce wojny, to ją dostanie.


***


Parę godzin później Doflamingo czekał już w sporym owalnym gabinecie na swoich najwierniejszych podwładnych, a raczej ostatniego z trójki asów - była to bowiem elita, starannie wybrana by chronić interesy rodziny Donquixote na Dressrosie. Joker omiótł wzrokiem cztery trony - dwa czerwone i dwa czarne - z oparciami w kształcie symboli karcianych. Dwa miejsca wciąż pozostawały puste.

- Cholerny Trebol, znów się spóźnia! - Narzekał ubrany w popielatą koszulę wysoki mężczyzna o długich włosach koloru brudnej słomy, zasiadający na tronie z symbolem karo. Skinął na jedną z pokojówek stojących z wózkiem pełnym jedzenia pod ścianą gabinetu, a ta natychmiast podała mu kolejny talerz wypełniony pieczonymi udkami i skrzydełkami kurczaka. - Doffy, wiesz dobrze że nie powinienem przebywać zbyt długo poza Koloseum. Czy naprawdę sprawa tego tam, Słomkowego? Nie, chwila - Słomianego! - Niemal zakrzyknął z tryumfem - Jest aż tak ważna? Za trzy dni Igrzyska, mam wystarczająco dużo na głowie.

- Cierpliwości, Diamante. - Uspokoił go Doflamingo. Shichibukai podszedł do wielkiego okna zajmującego praktycznie całą ścianę i przez chwilę w milczeniu patrzył na wielkie portowe miasto, stolicę Dressrosy - Acacię. - Wierz mi, Monkey D. Luffy jest bardzo ważny, jeśli chodzi o tegoroczne Igrzyska.

- Chcesz go widowiskowo zabić, braciszku? - Spytała nagle jasnowłosa dziewczynka, dotychczas cicho bawiąca się lalkami w kącie pokoju. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwyczajne dziecko, jednak gdy odgarnęła włosy z twarzy dało się zauważyć czarną opaskę ukrywającą prawe oko. - Będę zła, jeśli to zrobisz. Monkey-chan jest taki fajny!

- Nie martw się, Swanny. Nic mu się nie stanie, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Co do Diamante, to niestety nie mogę nic obiecać.

Dziewczynka nagle wstała i szybko podeszła do Diamante. Spojrzała ze złością na mężczyznę siedzącego na czerwonym tronie. Dla nieuświadomionego obserwatora cała scena mogła wyglądać śmiesznie - małe dziecko uroczo wściekające się na dorosłego - jednak rodzina Donquixote nie była zwykłą rodziną, a dziewczynka nazywana Swanny nie była zwyczajnym dzieckiem. Wystarczył rzut oka na jej zabawki, by przekonać się że jest ona “inna”: lalki miały powykręcane i powyrywane kończyny, pluszaki - igły powbijane w całe ciało, zaś rysunki które wyszły spod jej rąk przedstawiały zwykle egzekucje lub pobojowiska pełne trupów. Szczególnie jedna scena często się powtarzała: ogromna piaszczysta arena usiana trupami, a pośród nich gladiator w czarnej zbroi.

- Diamante! - Krzyknęła Swanny i aby pokazać, że jest poważna, tupnęła nóżką. - Jeśli zrobisz krzywdę Luffiemu, zabiję cię bez wahania!

- Rany, po co się tak denerwować... - Diamante odwrócił lekko głowę by nie patrzeć w oko dziewczynki. - Jeśli twój brat nie wyda takiego rozkazu, to Słomianemu włos z głowy nie spadnie, to oczywiste.

- Trebol chyba już jest. - Doflamingo wskazał na ciemnozieloną, galaretowatą substancję która powoli wspinała sie po ścianie domu aż zebrała się na parapecie. Mężczyzna uchylił nieco okno aby galareta mogła swobodnie wpłynąć do pomieszczenia.

- Mógłbyś wejść drzwiami, jak normalny człowiek. - Powiedział gdy substancja zaczęła przybierać ludzkie kształty. Po chwili przed Shichibukai stał około czterdziestoletni, brodaty i przygarbiony mężczyzna, ubrany w czarny płaszcz przeciwdeszczowy i stanowczo za duże kalosze. Trebol, bo tak się teraz nazywał, wysmarkał głośno nos w chusteczkę którą naprędce

wydobył z jednej z wielu przepastnych kieszeni płaszcza i usiadł na miejscu oznaczonym symbolem trefl. Siedzący obok niego Diamante momentalnie zmarszczył nos i odsunął się na skraj siedziska.

- Boże, jak ty śmierdzisz. Umyłbyś się czasem, nikt jeszcze nie umarł od odrobiny wody.

- Gdybym mógł to bym się umył! I chętnie wszedłbym drzwiami, gdyby ktoś nie włączył zraszaczy! - Wykrzyczał w stronę długowłosego, a mała Swan roześmiała się głośno.

- To byłaś ty?! Ty mała, zaraz cię... - Wstał, ale zaraz zatrzymał się w miejscu.

- Uważaj żebyś nie powiedział o jedno słowo za dużo. - Powiedział Doflamingo unieruchamiając podwładnego mocą owocu Lalkarza. - Swanny, idź pobaw się ze Słomianym, co?

- OK, braciszku. - Wychodząc, młodsza siostra Jokera zdążyła jeszcze pokazać Trebolowi język.

- Czy my też mamy wyjść, paniczu? - Spytała jedna z pokojówek.

- To chyba logiczne. - Machnął ręką w kierunku drzwi. - Wynocha.

Gdy ostatnia ze służących opuściła gabinet, Doflamingo usiadł przy biurku kładąc nogi na blat.

- No, teraz gdy wszyscy już są i nikt nam nie przeszkadza, możemy porozmawiać poważnie. Diamante, jak przebiegają przygotowania do Igrzysk?

- Wszystko przebiega bez zarzutu. - Mężczyzna wyciągnął z kieszeni pomiętą kartkę. - Do dzisiejszego ranka zgłosiło się 1138 uczestników, z czego ponad 400 to piraci z nagrodami sto milionów i więcej, więc możemy liczyć na spore zainteresowanie. Ale to twoja zasługa, Doffy. Gdybyś nie zaoferował owocu Mera Mera, z pewnością nie zgłosiłoby się tyle osób. Tak w ogóle, to nie szkoda ci było tej słynnej Logii? Zdobycie jej musiało cię sporo kosztować, a teraz najpewniej trafi w ręce jakiegoś pirata.

- Mówisz tak, jakbyś nie był pewien że wygrasz, Diamante. Zresztą, może i słusznie. Kogo wybrałeś na komentatora w tym roku?

- Tego słynnego dziennikarza z South Blue, Parkera. Próbowałem skontaktować się z Absą, ale cóż... Nie wyszło.

- Może za mało mu zaoferowałeś, co? - Wtrącił się Trebol dłubiąc w nosie. - Znowu byłeś w kasynie i wszystko przegrałeś?

- Spokój, spokój. - Uciszył go Doflamingo. - Co do Igrzysk... Mam jeszcze jednego zawodnika - Monkey D Luffiego.

- Co?! Chcesz żeby ten chłystek startował w zawodach? Po to go porywałeś?

- Nie do końca. Chciałem po prostu znaleźć kogoś na miejsce Lawa - wskazał czerwony tron kier - ale niestety tradycje rodziny nie pozwalają na to ot tak.

- Więc chcesz żeby został przyjęty gdy wygrał turniej? - Spytał nieco podejrzliwie Diamante. - To nie w twoim stylu, Doffy. Zresztą, taki dzieciak jak on... To z pewnością byłby dla nas ogromny kłopot!

- Raz w życiu muszę się zgodzić z tym co gadasz. - Nawet Trebol był oburzony. Drżał jak galareta, a nerwy sprawiły, że jego twarz zaczęła eis dosłownie rozpływać. - A c-co z Dra-dra-dragonem? - Zająknął się.

- Ja także muszę wyrazić swój sprzeciw, Dofla-sama. - Głos wydobył się z ogromnej, czarnej zbroi zajmującej tron pik. - Jeśli Słomiany weźmie udział w Igrzyskach...

- Za bardzo panikujecie. - Przerwał rycerzowi Joker. - Decyzja została już podjęta. Co do Dragona, to rzeczywiście mógłby być problemem, ale - spojrzał na stojącego w rogu pokoju snajpera - to nie ma powodu do obaw, SS wszystkim się zajął. Kolejna sprawa, to to. - Blondyn postawił na biurku mały ślimakofon. Nacisnął przycisk z tyłu muszli, a po chwili urządzenie zaczęło odtwarzać nagranie jego ostatniej rozmowy z Lawem.

- Jak właśnie słyszeliście, Law postawił mnie w dość nieciekawej sytuacji. - Powiedział gdy nagranie się zakończyło. - Z oczywistych względów, jestem zmuszony zrezygnować z pozycji Shichibukai.

- Zrezygnować z tytułu?! - Wybuchnął Trebol zrywając się z tronu. - Przecież to by oznaczało…

- … że musimy opuścić Dressrosę. - Dokończył Diamante. - Doffy, nie sądzisz że twoja decyzja jest nieco pochopna? Poza tym, chcesz mu oddać Słomianego?

- Oczywiście że nie. W końcu nie po to szukałem go przez ostatni rok, by teraz pozwolić, by wyślizgnął mi się kiedy w końcu dostałem go w swoje ręce. Jeśli chodzi o wymianę, nie ma się czym martwić. Problem stanowią Słomiani: niewątpliwie przyjdą po swojego kapitana gdy dowiedzą się o porażce Lawa.

- Co więc zamierzasz zrobić, Dofla-sama?

- Cóż, plan jest prosty: zabijemy Słomianych!


***


O wschodzie słońca wszyscy Słomiani, a także samuraj Kinemon z synem i Trafalgar zebrali się na pokładzie Sunny’ego wyczekując pocztowego ptaka. Od tego co ujrzą na okładce porannego wydania prasy mogło zależeć życie Luffiego, więc każdy był mocno zestresowany.

- Law, a co jeśli Doflamingo nie zrezygnował z tytułu Shichibukai? - Nerwowo dopytywał się Usopp. - Cały plan pójdzie na marne.

- Pytałeś się o to już chyba sto razy, - odparł ze zniecierpliwieniem Law - i setny raz odpowiadam: nie ma mowy by Joker zaryzykował życie Caesara.

- Ale jesteś na sto procent pewien tak? - Spytała ze zdenerwowaniem Nami. - Jeszcze tego brakuje, by miał wsparcie Marynarki.

- Tak, na pewno. Zresztą, zaraz się przekonamy. - Wskazał na ptaka kołującego nad okrętem.

Po chwili jedenaście osób pochylało się nad gazetą.

- Mówiłem, że wszystko pójdzie po naszej myśli. - Powiedział po chwili Law. - Joker nie jest już Shichibukai.

- Czyli teraz możemy uratować Luffiego, tak? - Upewnił się Chopper.

- Tak, ale zanim przystąpimy do wymiany z Jokerem… Będę potrzebował twoich umiejętności jeśli chcemy by nasz plan się powiódł.

- Do czego potrzebny ci Chopper? - Spytała podejrzliwie Robin.

- Cóż, ujmę to tak - nie każdą operację można wykonać samodzielnie.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.