Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Teoria Chaosu

11. W potrzasku

Autor:erravi
Serie:Slayers
Gatunki:Dramat, Fantasy, Mroczne, Przygodowe, Romans
Dodany:2016-02-04 01:04:50
Aktualizowany:2016-02-04 01:04:50


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Zabraniam kopiowania treści bez mojej wcześniejszej zgody.


Strużka zimnego potu spłynęła po czole Liny, gdy zawalony strop oddzielił ją od przyjaciół. Zza grubej ściany gruzów i roztrzaskanych mebli nie była w stanie niczego zobaczyć, a głucha cisza tylko potęgowała jej strach.

- Lina co teraz zrobimy?! - wrzasnął Gourry i potrząsnął rudowłosą chwytając jej ramiona.

- Jak to co? Wiejemy stąd i to jak najszybciej! - odpowiedziała po dłuższej chwili wpatrywania się w niego, po czym wyrwała się z uścisku i ruszyła szukać wyjścia. Pewnie przeszła przez pusty korytarz, w towarzystwie wyczarowanej kuli światła, wpadając do dużej biblioteki. Rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu wyjścia, po czym zaczęła chodzić wzdłuż regałów.

- Wiejemy? A co z Amelią i Zelgadisem? - zapytał zdezorientowany Gourry, podążając za Liną.

- Poradzą sobie… - mruknęła pod nosem i zaczęła badać najbliższe okno między regałami.

- Poradzą? - prychnął Gourry - Chyba nie widziałaś…

- Tak Gourry, widziałam! - wrzasnęła dziewczyna, przerywając mu. - Zobaczyłam co to było, kiedy weszłam w ten przeklęty korytarz! I powiem ci, że wcale nie chcę mieć z tym nic wspólnego, a poza tym, co my teraz możemy zrobić?! Nie chcę żeby moja dusza stała się obiadem dla jakiegoś paskudnego potwora. Zel nie jest debilem, w przeciwieństwie do niektórych… - dodała pod nosem, tak żeby Gourry nie zrozumiał dokładnie jej słów. - Tak więc, poradzi sobie. Nie powinniśmy się martwić. Zobaczysz, on jest jak karaluch, przetrwa wszystko… - zaśmiała się nerwowo dalej majstrując przy oknie.

- Być może i by PRZETRWAŁ, ale chyba zapomniałaś, że całą energię zużył ratując TWOJE życie! - wtrącił, Lina spojrzała na niego zdziwiona.

- Ty, Gourry… Ja mam wrażenie czy ty naprawdę mi się stawiasz? - zapytała groźnie odwracając się od okna i podchodząc do niego. Było to coś naprawdę dziwnego, że zawsze uległy Gourry wyraża swoją opinię, sprzeciw i nie chodziło tu o jedzenie.

- Tak! Jesteś okropną egoistką - stwierdził, krzyżując ramiona na piersi.

- Ja? Ja jestem egoistką?! To chyba muszę ci przypomnieć, że Zel uratował mi życie, którego o mało nie straciłam przez twoją głupotę! - wrzasnęła, tupiąc nogami jak mała rozkapryszona dziewczynka.

- Wiesz Lina, nie sądziłem, że jesteś aż tak samolubna. Możesz sobie uciekać, ja znajdę sposób żeby im pomóc.

- Tak? To w takim razie oświeć mnie, o wielki szermierzu, co zamierzasz teraz zrobić? - zapytała kpiąco i uniosła brew w geście oczekiwania.

- To co zwykle - odpowiedział z uśmiechem i sięgnął po swój miecz, gdy jednak go wyciągnął zamiast strugi światła pojawiła się czarna, skumulowana energia rosnąca z każdą chwilą. - Aaa! Co z moim mieczem?!

- Pacan z ciebie Gourry - skwitowała Lina. - Czyżbyś zapomniał, że w tym świecie ta twoja wykałaczka na nic się nie przyda? Lepiej to schowaj, bo sobie zrobisz krzywdę i pomóż mi z tym oknem. Jeśli chcemy się do nich dostać, to musimy najpierw wydostać się stąd. Pospiesz się!

Drewniane schody skrzypiały pod ich szybkim biegiem, oświetlane przez zaklęcie Amelii, które przemieszczało się wraz z nimi. Zelgadis czuł, że boli go każda część ciała, ledwo miał siłę biec, a co dopiero walczyć. Najchętniej stanąłby i od razu oddał w ich ręce. Nie był jednak sam, musiał przynajmniej zapewnić bezpieczeństwo Amelii. Gdy dostali się na piętro ich oczom ukazało się kolejne rozwidlenie. Korytarze biegły w przeciwnych kierunkach, a wzdłuż ścian, na całym piętrze były wejścia do kolejnych pomieszczeń. Spróbował pchnąć Amelię do najbliższego z tych pokoi, jednak ta pociągnęła go za rękę w głąb prawego skrzydła.

- Tam nie było drzwi - wydyszała. - Tutaj! - wbiegła do jednego z opuszczonych pomieszczeń na końcu korytarza. Gdy tylko Amelia zatrzasnęła za nimi wejście, Zelgadis upadł na kolana i skulił się na podłodze z powodu przeszywającego bólu. - Zel! Nic ci nie jest?! - podbiegła do niego i delikatnie położyła mu dłoń na czole.

- Nie przejmuj się tym teraz… - jęknął, strącając jej rękę. - Amelio musimy zaryglować drzwi… - spróbował wstać, ale nowy przypływ bólu uniemożliwił to. Przez oczyma zatańczyły mu ciemne plamy, z którymi musiał walczyć o zachowanie przytomności. - Przepraszam… - jęknął boleśnie.

- Ja to zrobię - wstała i szybko rozejrzała się po pokoju. Nie znalazła niczego, co nadawałoby się do zaryglowania drzwi oprócz starej, rozwalającej się szafy. Bez większego namysłu, z trudem przesunęła ją w odpowiednie miejsce. Zaraz po tym jak to zrobiła rozległ się huk. Ktoś uderzał w drzwi wejściowe. Zelgadis z przerażeniem spojrzał na Amelie. W tym stanie nie mógł nic zrobić, nie mógł nawet się podnieść. Przeklną w duchu sam siebie i swoją słabość.

- Daj mi swój miecz - rzuciła nagle dziewczyna. Zel spojrzał na nią zdziwiony, ale nie miał siły protestować, z trudem odpiął zapięcie pochwy i wydobył miecz, który zręcznie schwyciła w dłonie.

- Umiesz się tym posługiwać? - wysapał zszokowany. Jego Amelia zawsze była przeciwniczką białej broni.

- Kirei czegoś mnie nauczył… - wymamrotała w odpowiedzi i całą swoją uwagę skierowała na drżącej szafę.

Drgania stawały się coraz silniejsze, a kolejne sekundy rozciągały się w niepewności. W końcu do Amelii dotarła bolesna prawda. Może i nie była już tą bezbronną dziewczynką, którą znał Zelgadis, ale w tej sytuacji, jakie miała szanse? Tak czy owak, byli skazani na porażkę, mimo to nie mogli oddać się bez walki, pomyślała ściskając rękojeść.

- Amelio… - jęknął nagle Zelgadis - Tak mi przykro…

Nie odpowiedziała, ale gdy się odwróciła i spojrzała w jego twarz miała wrażenie, że czegoś brakuje w niej samej, a kiedy już miała to uchwycić, myśl znowu od niej uciekała. Czuła w sobie jakieś nieznośne oczekiwanie. Było tak od samego początku, gdy tylko go zobaczyła. Najpierw sądziła, że to przez utratę pamięci, ale później zorientowała się, że w stosunku do Liny czy Gourry’ego nie miała takiego uczucia, a przecież ich także nie pamiętała. Nie… to coś zupełnie innego, stwierdziła. Wciąż przyglądała się jego twarzy, gdy nagle szafa runęła z impetem na podłogę za jej plecami, a drzwi otworzyły się z trzaskiem i wtedy coś wskoczyło na swoje miejsce w głowie Amelii. Błyskawicznie odwróciła się w stronę drzwi i krzyknęła:

- Lighting!

Wcześniej wyczarowane światło teraz wybuchło nad jej głową jak pocisk, oślepiając wszystkich (poza nią) w pokoju. Sama nie wiedziała, że da się postąpić z tym zaklęciem w ten sposób. Nikt nic jej o tym nie wspomniał, ale po prostu tak poczuła… Wykorzystując sytuację, rzuciła się w stronę wrogów zadając zwinne pchnięcia i ciosy.

Kiedy Zelgadis otworzył oczy po oślepiającym błysku, dwa ciała leżały już na ziemi, a Amelia stała tuż przy jego boku, próbując odepchnąć miecz jednego z napastników, dwoje pozostałych tylko obserwowało sytuacje z przeciwległego kąta.

- Jest za silny… - wysapała w końcu Amelia, siłując się z Nieumarłą.

Nie trwało to długo, nim siła ją opuściła i miecz wypadł z jej dłoni. Nim zdążyła go podnieść, wróg pchnął ją na podłogę.

- Nie! - wrzasnął Zelgadis, gdy Nieumarła uniosła broń nad dziewczyną, przymierzając się do ostatecznego ciosu…

Amelia upadła na podłogę i poczuła w ustach metaliczny smak krwi. Szybko odwróciła się w stronę napastniczki i natychmiast zamarła, widząc nad sobą błyszczące ostrze. Zamknęła oczy i zacisnęła pięści, czekając na nadejście bólu, który jednak nie nadchodził. Gdy ponownie otworzyła oczy zobaczyła, że głowę kobiety przebił sztylet i nim zorientowała się skąd mógł się tam wziąć usłyszała wołanie, tymczasem ciało Nieumarłej runęło bezwładnie na podłogę.

- Ee szuje! - wrzasnęła Lina patrząc wyzywająco na pozostałych dwóch Nieumarłych stojących pod ścianą. - Nie ładnie kopać leżącego, może byście się wzięli za kogoś równego sobie?! - zeskoczyła z przewróconej szafy i wyciągnęła swój miecz.

- Chodźcie! - zawtórował jej głos Gourry’ego.

Amelia odetchnęła z ulgą, gdy Nieumarli całkowicie ją zignorowali kierując się w stronę Liny i Gourry’ego. Zwaliła ze swoich nóg ciało martwej kobiety i podniosła się z ziemi by pomóc Zelgadisowi, ale z przerażeniem zauważyła, że go tam nie było…!

- Zelgadis? - krzyknęła Amelia i rozejrzała się ze strachem po pokoju. Miała nadzieję, że chłopak się gdzieś ukrył, schronił, jednak każda kolejna mijająca chwila odbierała jej tę kruchą wiarę. Zelgadis zniknął, a jego miecz razem z nim. Dziewczyna spojrzała z niedowierzaniem na Linę i Gourry’ego, który właśnie powalił ostatniego Nieumarłego.

- Gdzie Zel? - zapytała podejrzliwie Lina dostrzegając wzrok przyjaciółki.

- Ja… - zaczęła Amelia - On zniknął… - wykrztusiła w końcu. Sama nie wiedziała jak to było możliwe, przecież straciła go z oczu tylko na moment!

- On… co?! - wrzasnęła Lina podchodząc do Amelii i szarpiąc jej ramionami. - Cholera! Przecież byliście razem, jak możesz nie wiedzieć co się z nim stało?!

Dalsze oskarżenia rudowłosej stały się dla Amelii już tylko potokiem niezrozumiałych słów. Patrzyła niewidzącym wzrokiem w oczy Liny, aż w końcu pewne zdanie zdołało przedrzeć się przez jej otumanienie.

- To twoja wina! - krzyknęła Lina, a w Amelii coś pękło. Nie powstrzymując dłużej swoich emocji przywaliła Linie prosto w twarz, tak że ta zatoczyła się na stojącego za nią Gourry’ego, na szczęście ten w ostatniej chwili uchronił ją przed upadkiem, łapiąc w swoje ramiona. Zdziwiona czarodziejka dotknęła swojego obolałego policzka i podniosła wzrok na czarnowłosą.

- Gdyby nie ta twoja cholerna brawura i nieostrożność, w ogóle by do niczego nie doszło! Ale nie, bo oczywiście zawsze musisz najpierw coś zrobić, a dopiero później użyć mózgu! - wrzasnęła Amelia dysząc ze zdenerwowania. Zostali sami w jakimś walącym się budynku, dopiero co zaatakowała ich zgraja Nieumarłych bydlaków, a żeby było ciekawiej Zelgadis dosłownie wyparował, a oni nie mieli nawet pojęcia, co mogło się z nim stać, tego było stanowczo za dużo. Łzy złości napłynęły jej do oczu.

- Moja brawura? - powtórzyła Lina otrząsając się z szoku wywołanego zachowaniem przyjaciółki. - I że to niby moja wina? Powtórz to maleńka jeszcze raz, a pokaże ci, co to znaczy „moja brawura”! - syknęła chcąc rzucić się w stronę Amelii, ale Gourry ani myślał ją puścić.

- Dziewczyny! - przerwał im blondyn wzmacniając uścisk wokół szarpiącej się Liny. - Jak będziecie na siebie wrzeszczeć i skakać sobie do oczu, to nigdy nic nie zdziałamy! Chcecie znaleźć Zelgadisa to lepiej zacznijcie ze sobą współpracować. To już chyba nie ważne czyja to wina, tak się po prostu stało więc teraz zróbmy coś z tym - dokończył puszczając Linę i wychodząc z pokoju.

- Gourry… - Lina odwróciła się gwałtownie i popatrzyła za wychodzącym blondynem. Próbowała pogodzić sens jego słów ze swoją dumą, a nie było to łatwe. Czuła się wręcz urażona, że ten półgłówek miał rację. Tak, bo tym razem to rzeczywiście należało mu przyznać, jemu, a nie wielkiej, potężnej Linie Inverse - Ech… - jęknęła speszona i spojrzała na Amelię. - Myślę, że on ma rację… ja… - zaczęła, ale nim zdążyła dokończyć, Amelia po prostu podeszła do niej i uścisnęła z całej siły. Dopiero po chwili Lina poczuła, że ciałem dziewczyny wstrząsa tłumiony szloch.

- Lina, powiedz mi, że go znajdziemy… - wyłkała w ramię przyjaciółki i pozwoliła swoim emocją wydostać się na powierzchnię.


***



Pragnienie. Zelgadis obudził się czując, że język przykleił mu się do podniebienia, miał wrażenie, że nie pił niczego od kilku dni. Otworzył oczy i powoli podniósł się z brudnej podłogi, stwierdzając ze zdziwieniem, że jego poprzednie zmęczenie całkowicie zniknęło, ustępując miejsca całkowitemu wypoczęciu.

- Już myślałam, że nigdy się nie obudzisz - znajomy głos zabrzmiał za jego plecami. Na moment zamarł w bezruchu by po chwili ostrożnie spojrzeć za siebie. Białowłosa dziewczyna, która napadła na niego kilka godzin wcześniej, patrzyła na niego z zainteresowaniem. Odwrócił się w jej stronę bez słowa, nie wiedząc, co myśleć o tej dziwnej sytuacji.

Znajdowali się w małym pokoju, pełnym starych, zakurzonych mebli. Przy jednej ze ścian stał masywny regał, który obwalony był najróżniejszymi książkami. Grube, skórzane woluminy połyskiwały groźne w przyciemnionym świetle. Naprzeciwko znajdowała się wiekowa sofa z dwoma ogromnymi fotelami do kompletu. Całość obita była beżową boazerią, która już dawno zapomniała czasy swojej świetności. Przy sofie ustawiony był obdrapany stół, na którego blacie ktoś wyrył dziwaczne, niezrozumiałe symbole. Szczególną uwagę Zela przyciągnęło leciwe pianino stojące naprzeciw drzwi, pod oknem. W pierwszym momencie chłopak zastanawiała się czy ono wciąż jest użyteczne? Poza tymi najważniejszymi meblami w całym pomieszczeniu walała się masa najróżniejszych przedmiotów i staroci. Na podłodze leżał gruby, zakurzony, ciemnozielony dywan, a ze ścian zdrapywała się tapeta niezidentyfikowanego koloru.

- Co się stało? - zapytał Zelgadis, starał się, aby jego głos zabrzmiał pewnie, jednak nie zdołał ukryć nuty zdenerwowania i dezorientacji. Dziewczyna nie odrywała od niego wzroku, a na pytanie tylko uśmiechnęła się sarkastycznie, pozostawiając je bez odpowiedzi.

- Pij - powiedziała, w zamian rzucając mu bukłak pełen wody. Zegadis spojrzał na to podejrzliwie - Nie martw się, nie zatrułam jej… - dodała wyjaśniając jego wątpliwości.

Zmierzył ją przeszywającym spojrzeniem. Gdyby chciała go zabić, już by to zrobiła, pomyślał i zdecydował się upić łyk świeżej wody. Nigdy w życiu woda tak mu nie smakowała. Upił jeszcze kilka dużych łyków, łagodząc ból gardła i odrzucił bukłak w jej stronę. Dziewczyna zręcznym chwytem złapała nadlatujący przedmiot i schowała go do swojego płaszcza. Po chwili wstała i podeszła do swojej torby zawzięcie czegoś w niej szukając. Zelgadis przyjrzał się jej uważnie. Stwierdził, że była dość wysoka jak na dziewczynę, mniej więcej jego wzrostu, a on sam też do najniższych nie należał. Ciało miała zgrabne i wysportowane, nie ma się co dziwić skoro posługiwała się mieczem. Jednak to, co najbardziej spodobało się Zelgadisowi, to jej włosy. Długie, białe strugi spływające gładko po jej ramionach. Chłopak sam przed sobą się zawstydził, ale musiał przyznać, że była naprawdę ładna. Kiedy ponownie odwróciła się w jego stronę, w ręku trzymała jego miecz.

- Skąd masz ten miecz? - zapytała oglądając uważnie jego rękojeść.

- Mam go od zawsze. Dostałem od krewnego, a bo co? - odparł, nie rozumiejąc tego nagłego zainteresowania jego bronią.

- Doprawdy? - mruknęła w odpowiedzi i przejechała opuszkiem palca po ostrej klindze.

Zel przyglądał się uważnie, w oczach dziewczyny widział coś znajomego, ale nie mógł złapać tego dokładnie. Gdy już miał odgadnąć skąd brało się to dziwne odczucie, myśl o tym ponownie od niego uciekała.

- Jak masz na imię? - zapytał czując narastają fascynacje i ciekawość odnośnie tego, kim jest owa nieznajoma. Gdy pytanie zawisło w powietrzu, oderwała wzrok od miecza i spojrzała wiercąc mu dziurę w brzuchu.

- Dlaczego cię to interesuje? - zapytała ironicznie oczekując odpowiedzi.

- Czy to aż tak brzydkie imię? - zadrwił chłopak podnosząc się z ziemi, nie chciał, aby odkryła jego chwilową słabość i zainteresowanie. Zanim jednak stanął na równe nogi, dziewczyna już doskoczyła do niego grożąc mu jego własnym mieczem.

- Nie drwij sobie ze mnie chłoptasiu… - ostrzegła lodowatym, bezwzględnym tonem i ostrzem broni przejechała po jego piersi.

- No więc? - ponaglił ją, ignorując całą tę groźbę. Musiał się czegoś od niej dowiedzieć.

- Hm… - zamyśliła się przez chwilę, wciąż trzymając ostrze przy jego piersi. - Myślę, że nie muszę ci odpowiadać… - mruknęła patrząc mu głęboko w oczy, po czym zaczęła mocniej napierać na niego mieczem. Zelgadis uśmiechnął się złośliwie w odpowiedzi i zanim białowłosa zdążyła zareagować, odtrącił przedramieniem miecz i za pomocą zwinnego chwytu obrócił dziewczynę plecami do siebie, tak że mógł unieruchomić w silnym uścisku jej ręce. Może i to ona była uzbrojona, ale on nadal miał swoje zdolności i szybkość chimery, z którymi przeciętny człowiek nie miał szans.

- Nigdy więcej nie groź mi moją bronią - szepnął chłodno, kładąc głowę na jej ramieniu. - A teraz oddaj mój miecz - poprosił z udawaną grzecznością. Dziewczyna z początku próbowała się wyszarpnąć z uścisku, jednak gdy zobaczyła, że nie ma szans, posłusznie wypuściła z dłoni broń, która z łoskotem uderzyła o podłogę. Stali tak długo w ciszy, w której Zelgadis mógł wychwycić przyspieszone bicie serca i nierówny oddech towarzyszki. Był pewien, że jego własny także zostawiał ślad na jej delikatnej skórze.

- Nirali - odpowiedziała w końcu białowłosa, tym samym przerywając ciszę. - Na imię mi Nirali - powtórzyła, bojąc się, że z początku nie zrozumiał, co miała na myśli.

Na dźwięk tego imienia wnętrzności Zelgadisa skręciły się w proteście, którego nie mógł zrozumieć.

- Miło mi Nirali, jestem Zelgadis - odszepnął i przyciągnął ją mocniej do siebie wzmacniając uścisk. - A teraz powiedz mi, co ja tu robię i co stało się z moimi przyjaciółmi? - ton wciąż pozostawał zimny.

- Powinieneś mi podziękować, uratowałam cię przed Nieumarłymi… - jęknęła w odpowiedzi, najwyraźniej chwyt Zelgadisa sprawiał jej trochę bólu, jednak teraz go to nie obchodziło. Chciał wiedzieć więcej.

- Jakim sposobem zdołałaś mnie tutaj przenieść? - dopytywał, a gdy Nirali nie chciała odpowiadać wzmacniał swój chwyt, jeszcze bardziej wykręcając jej ręce.

- Użyłam magii… - wyjęczała przysuwając się jeszcze bliżej niego, aby złagodzić ból. Teraz byli już praktycznie przyklejeni do siebie.

- Skąd wiesz jak używać magii? Mów! - wrzasnął groźnie.

- Mój Pan dał mi tę moc! - odkrzyknęła, gwałtownie próbując się wyrwać, ale i tym razem Zelgadis był silniejszy.

- Kto jest twoim Panem?

- Nie powiem ci! - sprzeciwiła się. - Poza tym na twoim miejscu, lepiej by było, gdybyś zaczął się interesować swoją małą, uroczą dziewczyną… - wysączyła jadowicie i korzystając z nagłej dezorientacji Zelgadisa wyrwała się z jego uścisku.

Mimo to, nie mogła uciec zbyt daleko, bo już po chwili chłopak, korzystając ze swojej nadludzkiej szybkości, przyparł ją do ściany. Schwycił jej dłonie w swoje własne i skrzyżował ponad głową, tak żeby nie mogła użyć żadnego zaklęcia. Ich spojrzenia spotkały się i nie mogły oderwać. Duże, błękitne oczy spoglądały na niego z dziwnym blaskiem i nim się zorientował, Nirali przysunęła się i subtelnie musnęła jego usta. Zelgadis zamknął oczy i całą swoją koncentracje przeniósł na jej delikatne, pełne wargi. Z każdą chwilą nieśmiały pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny. Przyciągnął ją mocniej do siebie i puszczając jej dłonie zaczął wodzić palcami po jej ciele. Dziewczyna wczepiła palce w jego włosy, a prawą nogę zarzuciła na jego biodro. Zegadis nie potrafił się oprzeć, czuł jak rosła w nim ta nieposkromiona żąda, gdy jego dłoń zaczęła dotykać jej uda…

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu
  • Xellia : 2016-02-26 22:19:55
    mile zaskoczona

    A już myślałam, że seria slayers nie doczeka się ładnych ficów, a tu proszę. Jestem mile zaskoczona, że to anime nadal pływa w odmętach naszej pamięci i tak chętnie do niego wracamy nawet po tylu latach. Świetne opowiadanie. Bardzo dobry język i świetny humor. Wielki ukłon dla Ciebie :D

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu