Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Moja Księga Bingo

Pułapka na rybę z pióropuszem

Autor:TeresaODelikatnymUśmiechu
Serie:Naruto
Gatunki:Akcja, Dramat, Fikcja
Uwagi:Utwór niedokończony, Przemoc, Wulgaryzmy
Dodany:2015-05-16 08:00:08
Aktualizowany:2017-04-29 20:38:08


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Proszę nie kopiować. Prawa autorskie zastrzeżone.


VI. PUŁAPKA NA RYBĘ Z PIÓROPUSZEM


Coś ostatnio za dużo tej spontaniczności w moim życiu. Pozbawi mnie to czasu na odpoczynek, ale byłoby ignorancją, gdybym nie wykorzystała takiego obrotu spraw. Zapewne tamci dwaj już wyruszyli moim śladem. Ten Kakuzu … Jego chakra mnie intryguje, a zdolność manipulacji nią może być nadzwyczaj zbliżona do mojej. Skoro tak, to na niego muszę uważać najbardziej. Czas sprawdzić, czy to co mówiłeś jest prawdą, Sho.

Mistrzu, gdybyś tu był, sprzedałbyś mi teraz solidnego kuksańca, żeby mnie otrzeźwić. Postaram się nie złamać danego ci słowa. Zapewne kiedy związałeś mnie przysięgą, zdawałeś sobie sprawę z tego, że okrężną drogą będę dążyła do tego, by urzeczywistnić swoje zamysły. Chciałeś mnie spowolnić wystarczająco, bym przejrzała na oczy. Fascynujące, że niemal ci się to udało. Nie, udało ci się to w zupełności. Dałeś mi czas, bym to wszystko zrozumiała. Nie zmienia to jednak faktu, że muszę skończyć to co zaczęłam i spróbować przy tym nie zginąć.

Zabawne. Znów nazwałam cię mistrzem. To już drugi raz. Że też właśnie ja mianuję mistrzem takiego głupca. Gdybyś to usłyszał, byłabym zmuszona kolejny raz wyprostować ci zaciśniętą pięścią ten fircykowaty uśmieszek. Nie wiem jeszcze czy powinnam być za to wdzięczna, ale dzięki tobie wciąż żyję. Jeśli obserwujesz mnie, gdzieś z góry, tymi pustymi, rybimi ślepiami, to odwróć swój wzrok. Tylko przez ten jeden dzień.

Powiedziałeś, że od początku nie chciałeś w żaden sposób wpływać na moje decyzje. Więc niech ktoś mi powie, dlaczego mimo tego, że już nie żyjesz, nadal czuję jakbyś mną kierował? Nawet zza grobu mącisz mi w głowie, Togebara, ty stary mataczu.

Usta kobiety bezwiednie wygięły się nieznacznie w łuk uśmiechu. Wspomnienie tego roztrzepanego mężczyzny w słomianych klapkach wywoływało u niej taką reakcję. Jednak nie zawsze tak było. Tuż po jego śmierci nękały ją wyłącznie obrazy ostatnich chwil życia mistrza. Za dnia obwiniała się sama, nocą zaś duszę dręczyły makabryczne koszmary. Któregoś dnia, tak bez przyczyny zignorowała wszystko co nie łączyło się z ich treningami, wspólnym podróżowaniem i jego bezwstydnymi nawykami, z którymi nawet nie starał się ukrywać. Od tej pory świadomość wizualizowała go wyłącznie jako jeszcze żywego i jakże upierdliwego mentora. Zapewne przewidział również i to. Niefrasobliwe podejście do świata nie kolidowało z jego zdolnością do wnikliwej i zawsze trafnej oceny sytuacji.

Togebara niezaprzeczalnie wiele ją nauczył, świadomie i nieświadomie. Jako pierwszy zauważył w niej zbuntowanego dzieciaka z trudną przeszłością, a nie ludzką broń, bezdusznego zabójcę. Tak ją traktował - jak wychowanka, wypierdka proszącego się o resocjalizację. Paradoksalnie, swoją rozchwianą osobowością potrafił ustabilizować młodociany temperament. Dlaczego przypomniała sobie o nim właśnie teraz? Powód był oczywisty. Planowała wkroczyć na tereny, które opuściła dawno temu i spotkać tam to, czego obiecała unikać. Czy jest już na to gotowa? Jeśli nie, to kiedy będzie? Bez sensu w to wnikać - należało działać.

Przerwała swój bieg i podeszła do znajomego strumyka, by zaczerpnąć wody. Przemyła nią spoconą twarz i szyję. Po tym co zobaczyła w zmąconym odbiciu uświadomiła sobie, że zapomniała o swojej rozdartej w ferworze walki chuście. Spojrzała na siebie z niezrozumiałym obrzydzeniem i dotknęła rozległego znamienia na lewym policzku. To osobliwe memento, pozostawione przez nieprzyjaciela doskonale spełniało swoją rolę. Dręczyło napiętnowaną, wprowadzało zamęt w umyśle i wręcz nawoływało, by nawet nie próbowała zatrzeć wspomnień z nim związanych. Drążąc delikatną, młodą twarz niczym ropiejący czyrak, kalało zarówno duszę jak i ciało.

Zmęczenie. Biegła całą noc. Zużyła dużo chakry, a zabawa jeszcze nawet nie zaczęła się na dobre. Odpoczynek był wskazany, nawet kilkunastominutowy. Usiadła pod drzewem i przymrużyła powieki. W świetle poranka, na pobladłej twarzy wyraźnie odznaczały się sine plamy pod oczami. Czuła nienaturalne mrowienie pod skórą, na całym ciele. Nadwyrężone mięśnie dawały o sobie znać w najbardziej niepożądany sposób. Po chwili wyciągnęła spod płaszcza kilka listków zasuszonego mięsa, które zjadła pośpiesznie. Kalkulowała, że wcześniej spotkani członkowie Akatsuki powinni w kilka godzin odnaleźć ją w tym miejscu. Dokładnie tutaj wpadną w kolejną pułapkę, w którą zamierzała ich wciągnąć. Jeszcze nigdy nie było konieczności, by uwzględniać tak wiele zmiennych w taktyce. Dodatkowo, jeśli nie zgra się idealnie w czasie, zapewne zginie. Chwila, w której stanie sama naprzeciw ludzi pragnących jej śmierci zbliżała się niechybnie.

Wyjęła prostokątną notkę i ścisnęła ją między dłońmi, złożonymi niczym do modlitwy. Papier zmienił kolor z beżowego na jarzący jasnoniebieski. Wstała z wolna i położyła na ziemi połyskujący skrawek, pół metra przed sobą. Wykonała kilka pieczęci i wraz z kłębem dymu ukazał się klon. Bez słowa zerwał się on do biegu w kierunku, z którego wcześniej przybyła. Następnie przykucnęła, chwiejąc się przy tym, przygryzła kciuk do krwi, wypowiedziała słowa przyzwania i oparła dłoń na podłożu.

- Hej - mały przybysz spojrzał na nią badawczo po czym dodał - Stęskniłaś się, czy znowu wpadłaś w jakieś szambo i chcesz wciągnąć w to również mnie?

- Co jeśli ci powiem, że jedno i drugie, mój drogi Aza? - odpowiedziała natychmiastowo, zmuszając się do wyraźnie sztucznego uśmiechu. Nowoprzybyły prychnął z niezadowoleniem. Określił stan kobiety bez problemu. Trupi wyraz twarzy i ręce drżące w skurczu były aż nadto wymowne. Zatrzymał wzrok na jej policzku, lecz szybko uświadomił sobie niestosowność takiego zachowania i skrzyżował spojrzenie z Enenrą. To prawda, dawno się nie widzieli. Powodowało to to, że po prostu tego nie chciała lub nie było to zwyczajnie konieczne. Właśnie, ostatnio samodzielnie radziła sobie z każdym wrogiem. Kto więc śmiał ingerować w tą rutynę? Co istotniejsze, kto był w stanie tego dokonać?

- Masz nóż na gardle. Nie sil się na zbędne uprzejmości i wyjaśnij mi szybko sytuację, w której teraz oboje się znajdujemy.

Łowczyni zaśmiała się na głos, tym razem szczerze i serdecznie.

- Gdybyśmy nie znali się wcześniej, wzięłabym cię za kolejne wcielenie Togebary - zaskoczyła tym stwierdzeniem rozmówcę, który zawahał się, jakby uciekł na moment do wspomnień. Mówiła o nim z taką łatwością, że przybysz, odczuł jakby miał do czynienia z obcą osobą, a nie pamiętliwą i porywczą zabójczynią, której w pewien sposób się obawiał.

- Wtajemniczę cię, ale najpierw zapytam: masz przy sobie Złotą Wodę?

- Zawsze witasz mnie tymi słowami. Zmieni się to kiedyś? - obruszony interesownością łowczyni, obrócił się do niej bokiem i skinął głową na niewielki bukłaczek, przyczepiony do wąskich szelek opasających jego tułów. Kobieta odpięła go szybko, by wypić całą jego zawartość w mgnieniu oka.

- Dziękuję. Od razu czuję się lepiej. Muszę nagromadzić jak najwięcej chakry, a aktualnie podtrzymuję już jednego klona. Wahałam się, lecz uznałam, że to ty pomożesz mi najlepiej w zaistniałej sytuacji. Zamierzam udać się do rodzinnego domu, a raczej zamierzam wysłać tam ciebie.

- Więc to właśnie mnie nominowałaś do popełnienia samobójstwa? Jestem zaszczycony! Uświadomię ci, że roi się tam od Washinotsume, którzy patrolują zgliszcza i ich okolice od tamtego dnia. - Aza przerwał te absurdalne tłumaczenia. Zastanawiał się przez moment czy jej nie zostawić.

- Daj mi łaskawie dokończyć. Nie narażę cię na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Sama zajmę się dywersją i odciągnę ich uwagę.

- Och, to jednak ty planujesz samobójstwo? Wybornie. Jeśli sama wejdziesz w ich zasadzkę długo się z tobą nie pobawią.

- Dlatego liczę na to, że wykonasz swoją cześć zadania błyskawicznie. Mam pewnie informacje odnoście siedziby i jej podziemnych komnat. Dostanie się tam wyłącznie osoba zdolna używać naszych rodowych technik, toteż wyślę z tobą kolejnego klona.

- Dlaczego nie wyślesz go w łapska tych wyskubanych orłów?

- Wiedzą o mnie wystarczająco, by zauważyć, że staram się ich oszukać. Co za tym idzie, natychmiast ruszyliby do posiadłości. Poradzę sobie z nimi, więc nie martw się tym - pragnęła również spotkać swoich dawnych kamratów osobiście i rozbudzić ich nienawiść na nowo. O tym jednak nie wspomniała.

- Skoro do dostania się do tych tajemnych komnat potrzeba technik Yasuda, po co ja jestem potrzebny?

- Możliwe, że znajdę tam pewien zwój, który dla mnie przechowasz. Gdy go odbierzesz zmywaj się stamtąd natychmiast. Będę podtrzymywać kolna tylko tyle ile to konieczne, by nie marnować energii.

Oboje zamilkli na chwilę i odwrócili od siebie wzrok. Plan wyglądał nadzwyczaj ryzykownie i mógł się nie powieść na każdym etapie.

- Jeśli coś pójdzie nie tak, uciekaj. Jesteś już kobietą, a nadal widzę w tobie tą nierozgarniętą gówniarę - powiedział z dziwnym smutkiem, a może nostalgią w głosie.

Zmierzyła go wzrokiem. Stał w tym samym miejscu, w którym się pojawił. Czterdziestopięciocentymetrowy kot marmurkowy, o charakterystycznych cętkach zdobiących jego długie, błyszczące futro. Uszy przekrzywił w jej kierunku, opuścił nisko długi ogon, prawie dotykając nim podłoża, machając nieznacznie samą jego końcówką, a małe, bursztynowe ślepka świdrowały uparcie leżący przed nim spory kamień. Do grzbietu miał przymocowaną szelkami niewielką saszetkę. Przednie nogi zaopatrzone były w lekkie ochraniacze, przykrywające prawie całe łapki. Kot - shinobi. Kot - goniec. Kot - wsparcie, noszący przy sobie legendarny napój.

Enenra nie odpowiedziała. Podeszła i pogłaskała go po małej główce. Nie wiedziała dlaczego to zrobiła. Chciała dodać otuchy zwierzakowi, czy samej sobie? Aza zaskoczony tym miłym gestem, poddał się pieszczocie. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek zazna od niej życzliwości w taki sposób. Zmieniła się. To pewne. Ciągle się zmieniała.


Poruszali się w milczeniu, ze stałym tempem, w kierunku, który wyznaczał Kakuzu. Hidan biegł kilka kroków za towarzyszem. Wystarczająco blisko, by zapewniać samego siebie, że nie jest prowadzony jak bezmyślne stado owiec przez pasterza. Myślał intensywnie o spotkaniu z wrogiem, jednak jego wyraz twarzy pozostawał niewzruszony. Niespotykane. Nigdy bowiem nie starał się ukrywać miotających nim emocji. Nawet najdrobniejsza zmiana nastroju zawsze malowała się ekscentrycznymi barwami na jego licu.

- Jest blisko - rzucił zielonooki jakby od niechcenia.

Jahshinista przyspieszył, wyprzedzając go i znikając w leśnej gęstwinie. Można było się tego spodziewać. Gotów wznowić nietaktownie przerwaną utarczkę, wtargnął w rzadziej zarośniętą część lasu, gdzie na wysokości trzech metrów, na grubej, powykrzywianej gałęzi dojrzał wroga. Ciało zadrżało z podniecenia, a szeroki uśmiech rozcinał jego jasną twarz. Klon stał z jedną nogą wysuniętą lekko do przodu, gotów w każdej chwili wykonać ruch. Kobieta patrzyła obojętnie na członka Akatsuki. Nie próbowała go prowokować, jak wcześniej. Musiała zmienić taktykę, a wszystko dlatego, że Kakuzu postanowił utrudnić jej zadanie, wymyślając równie przebiegły plan. Komplikowało to znacząco jej walkę na dwa fronty.

- Złaź i walcz. Chyba nie czekasz tu na nas, by tylko stać i się gapić - Hidan starał się przeanalizować tą diametralną zmianę w zachowaniu wroga. Należało wykluczyć kolejną banalną pułapkę, której przeoczenie kompromitowałoby go jako shinobi rangi S.

Enenra zeskoczyła zwinnie z drzewa i zaczęła powoli iść w jego stronę. Zakrywała swoją twarz włosami jak najbardziej. Patrzyła w bok, bagatelizując jego obecność, jednak ewidentnie parła wprost na niego. Srebrnowłosy czuł wzburzenie, lecz nie poruszył się. W każdym jej geście węszył podstęp. Uśmiechał się maniakalnie, by ukryć swoje zmieszanie. Kiedy odległość między nimi wydała mu się niebezpiecznie bliska, pochwycił kosę. Jego umysł pragnął pobudzić każdy mięsień i zapoczątkować lawinę powielających się, śmiercionośnych ataków. Ciało, niczym sparaliżowane jadem odmawiało posłuszeństwa, a wzrok skupiony na zbliżającej się postaci, z ciekawością dziecka wyszukiwał widocznych dla oka oznak emocji. W jednej chwili zapomniał o wszystkim tym, co ustalił z Kakuzu. Może tylko efektywnie to ignorował, co było bez znaczenia, bo rezultat był identyczny. Pobudzony bezpośredniością przeciwnika drgnął przeciągle. Marzył, by zobaczyć jej twarz i upewnić się, że nadal ma do czynienia z zuchwałym psycholem.

Niespodziewanie klon przyspieszył i nim Hidan zdążył zareagować, ten stał już z nim twarzą w twarz. Kobieta ręką chwyciła trzon kosy i przytknęła jedno z ostrzy do swojej szyi tak, że naciskało ono niebezpiecznie na jej skórę. Wystarczyło lekko nią przesunąć, by wykonać cięcie. Drugą dłoń zacisnęła na jego szyi utrudniając mu znacząco oddychanie. Uchwyt był tak dostosowany siłowo, jakby idealnie znała limit miażdżonej krtani. Różnica we wzroście uwydatniła się teraz znacząco. Enenra patrzyła mu prosto w oczy, unosząc głowę w górę, chcąc zneutralizować piętnastocentymetrową różnicę wysokości. Mimo tego emanowała jakąś nieuzasadnioną wyższością. Członek Akatsuki nie skorzystał z wszelkich możliwości odparcia tej agresji i nie podjął żadnych stanowczych kroków. Krótkie palce oplatające jego kark w niepokaźny sposób, trzymały go nadzwyczaj pewnie, a otumaniający ból zaczynał sprawiać mu przyjemność. Nie był osamotniony w tych odczuciach. Kunoichi zatraciła się przez moment w drobiazgowej wiwisekcji, chłonęła dotykiem żwawo pulsujący tętent życia.

Natarczywie badał zielone tęczówki oponenta, na którego twarzy pojawił się delikatny, lecz jednoznaczny uśmiech. Szeroko otwarte oczy odciągały uwagę od rozległej blizny na policzku, czytelnej w świetle dnia.

- Patrz na mnie. To jest to czego pragniesz? - słowa niczym nóż przecięły niezręczną ciszę, którą przerywał jedynie ciężki oddech mężczyzny.

Co to miało znaczyć? Ten ton głosu. Może się przesłyszał? Na myśl przyszedł mu od razu niedawno wyśniony koszmar. Podobnie zwrócił się wtedy do niego skarbnik. Cóż za zbieg okoliczności. Nie tylko umysł płatał mu figle. Rzeczywistość też stroiła sobie z niego żarty. Oprzytomniał. Zlekceważył polecenia i instynkt sugerujący odrzucenie myślenia w takich sytuacjach. Coś, jakieś nieznane wcześniej uczucie zahamowało jego rządzę krwi i przygasiło nieopisaną pogardę i nienawiść do tego ninja.

Gdzie tak właściwie podziewał się Kakuzu? Znów bawił się w podglądacza?

Medalion. Jeden wyraz wyrwał go z otępienia. Jak śmiał zapomnieć o najistotniejszym, o tym naznaczonym świętością znaku? Przymrużył powieki, jedną ręką uwolnił się od ograniczającego uścisku, drugą próbował zadać śmiertelny cios. Nieprzyjaciel gotowy na to, uskoczył w tył.

- Hm? - wykrztusiła pytająco przekrzywiając jednocześnie głowę. - Przeszła ci ochota do walki?

Hidan w odpowiedzi zaatakował. Wymachiwał szybko kosą, lecz jego przeciwnik skupiał się wyłącznie na unikach. Kilka ciosów wyprowadzonych bez użycia kosy trafiło w cel. Wychwycił, że wykonywała ruchy bardziej chaotycznie i nieprzemyślanie. Drzewa znacząco utrudniały mu kontrowanie, co redukowało jego przewagę. Uprzedzenia partnera się potwierdziły - to bez wątpienia kolejny klon. Zatem, gdzie ukrywał się oryginał? Dlaczego zostawiła im wskazówki, a później podstawiała sobowtóra? Jashiniście nie w smak były takie gierki.

Niespodziewanie oponent przerwał starcie i stanął wyprostowany, jakby odbiegł myślami gdzieś daleko. Mężczyzna również się zatrzymał i patrzył badawczo na wroga. Dopiero w tym momencie, zainteresowała go tożsamość człowieka, którego zarówno Pain jak i Kakuzu starali się zwerbować do organizacji. Hidan podprogowo respektował jej umiejętności pomijając w ocenie ewidentne defekty. Ktoś trzymany w ryzach przez fizyczną ograniczoność potrafił tak uparcie przeciwstawiać się każdemu bez wyjątku - szacunek był więc w pełni uzasadniony. Tylko dlaczego w takim wypadku działała na własną rękę, bez żadnego wsparcia? Zwykła lekkomyślność? Impertynencja? Może coś innego? Czy to możliwe, by przejawiała tak drażliwą osobowość jak zielonooki, co skutkowało zwiększoną niepotrzebnie ilością trupów zostawianych za sobą?

- Gratuluję planu - odwróciła się w kierunku Kakuzu, który postanowił nagle do nich dołączyć.

Srebrnowłosy wiedział co to oznacza. Cel został osiągnięty i to nadzwyczaj szybko.

- Tym razem nie walczysz z zapałem. Tylko nas spowalniasz. Wygląda na to, że masz aktualnie duży problem i to nie wyłącznie z naszą dwójką - oznajmił skarbnik z wyraźnie ściszonym tonem, po czym ignorując ich zaczął się oddalać.

- O czym ty mówisz? Hej! Czekaj! - wykrzyczał Hidan.

- To klon. Nie marnujmy już więcej czasu.

- Zdajesz sobie sprawę gdzie jesteśmy. Najmniejszy błąd i oboje skończycie w kawałkach. Nie dotrzesz wystarczająco blisko. Nie żałuję, że między nami potoczyło się tak a nie inaczej, ale zawiedziesz mnie jeśli umrzesz w takim miejscu - po tych słowach klon zniknął. Członkowie Akatsuki znali już lokalizację Enenry. Przez chwilę płonąca notka przykuła uwagę kosiarza, który wraz z jej rozpadem ruszył za partnerem.


Chakra ulatniała się niczym woda w wysychającym podczas upałów strumieniu. Bezwzględnie i szybko, napawając obserwujących ten proces wszelakimi obawami. Czyżby nie zmierzyła dokładnie swoich sił na zamiary?

Wybrała miejsce odpowiadające jej najbardziej. Młode drzewa pięły się tu ku słońcu w szaleńczym tempie. Ich konary i pnie wydawały się wiotkie i liche mimo znacznych rozmiarów. Aż dziw, że utrzymywały w tajemniczej lewitacji większe ptaki na nich odpoczywające. Uniemożliwiało to więc atak i manewry z góry. Kij zawsze ma dwa końce - Enenrę również to limitowało. Kilka masywniejszych wyglądało jak matki wśród gromadki dzieci lub stojące na straży, wartownicze wieże. Bujne, zielone liście tworzyły szczelną koronę. Niższe odnogi praktycznie ogołocone z utęsknieniem liczyły na chociażby ułamek ciepłych promieni słońca. Zacieniona gęstwina nie zakłócała bardzo widoczności. Ponure, gibające się olbrzymy pochylały się ospale w rytm podmuchów wiatru, tuląc się do siebie wzajemnie.

Wyprostowana napięła mięśnie i zamknęła powieki, oddychając przy tym głęboko. Ręce swobodnie opuściła wzdłuż tułowia. Nagle wszelkie odgłosy zamilkły, jakby nawet sama przyroda wstrzymała dech ze zdziwienia. Kilka kunai ze świstem przecięło powietrze zmuszając kobietę do uniku. Natychmiastowo objawił się nadawca tych metalowych przesyłek. Dzierżący dwa błyszczące kawaikeny, ubrany w dobrze jej znany, atramentowy, dopasowany strój. Złote oczy iskrzyły się manifestując odczucia shinobi. Bujne rzęsy je okalające stanowiły szczelną otoczkę. Nie mrugnął, nawet raz. Przylegająca ciasno maska zakrywała twarz. Włosy zaczesane dokładnie ku tyłowi schodziły się w upięty nisko kucyk, sięgający pasa, poprzecinany jeszcze kilkakrotnie pojedynczymi gumkami. Ich błękitny odcień wprawiał w osłupienie, kiedy zgrabnie i zsynchronizowanie falowały przy każdym ruchu. Yasuda poznała bez problemu tożsamość przeciwnika. Gyo, wychowana w konserwatywnej rodzinie, uznająca jako priorytet służbę klanowi. Często działała pochopnie i bez namysłu, lecz jej zdolności walki wręcz były godne podziwu.

Enenra z trudem parowała błyskawiczne ataki. Zataczała się przy każdym odepchnięciu. Dyszała głośno, jakby lada moment miała dostać ataku astmy. Nagle świdrujący impuls przeszył wnętrzności kilka centymetrów poniżej mostka. To wystarczyło, by wyprowadzić mocne kopnięcie w pierś, które odrzuciło ją w tył, na pień zwalistego drzewa. Osunęła się na ziemię podkulając nogi. Krótkie ostrze nakreśliło lodowato chłodny punkt na jej czole. Wyczuła zawahanie ze strony Gyo.

- Wystarczy - męski głos rozbrzmiał im w uszach. Nie był głośny, ale dało się odnotować jego władczy ton. To jedno słowo sprawiło, że błękitnowłosa odstąpiła od powalonej ninja i posłusznie stanęła obok ewidentnego zwierzchnika. Nieoczekiwany cios w twarz pozbawił ją równowagi, jednak nie upadła. Wyglądało to niczym niewinny klaps, lekki wymach mający przepędzić natrętną muchę, lecz w uderzenie wprowadzono wbrew pozorom dużo energii. W milczeniu przyjęła to swoiste pouczenie. Dowódca w ogóle nie przejął się tym gestem, jakby karał nieposłusznego psa, który nie wykonał polecenia pana.

- Czy nie wyraziłem się jasno? NIKT nie ma prawa jej tknąć.

Jasne było, że Gyo, która od początku nie pałała większą sympatią do sieroty z konkurencyjnego klanu, zechce wymierzyć sprawiedliwość na swój własny sposób.

Łowczyni podniosła wzrok. Asura Washinotsume. To on przemieszczał się dostojnym krokiem w jej kierunku. Uśmiechał się szeroko, przymknął prawie całkowicie powieki. Ktoś, kto obserwowałby to wydarzenie, mógłby pomyśleć że ów człowiek nie posiada się z radości w związku z tym nieoczekiwanym spotkaniem z dawnym kompanem. Powód do radości był diametralnie odmienny. W jego żądne krwi ręce wpadła w końcu zwierzyna, jedyna w swoim rodzaju, na którą polował od kilku lat.

Jego chłopięca figura zmieniła się wyraźnie. Szerokie barki i silne ramiona kołysały się miękko. Kiedyś nabijała się otwarcie z tego, że był niższy od niej. Aktualnie malował się jako ponadprzeciętnie wysoki mężczyzna, nieprzesadnie umięśniony, z mikroskopijnym, kobiecym pierwiastkiem. Nadawał mu on bardzo delikatnych i płynnych rysów. Mimo smukłej twarzy, odznaczały się na niej wyraźnie kości policzkowe. Wąski nos idealnie współgrał z filigranowymi, cienkimi brwiami. Fryzura również dodawała mu subtelności. Kruczoczarne, aksamitne, proste włosy sięgały mu ramion. Pasmo na czubku głowy, starannie oddzielone od reszty, zaplecione było w misterny warkoczyk opadający ku plecom. Strój różnił się od czarnego, tradycyjnego kostiumu. Na piersi widniał emblemat klanu. Ciemnozielone spodnie i bluza skrojone z lepszego gatunkowo materiału układały się odpowiednio i sprawiały wrażenie wygodnych. Węglowe, pełne buty sięgały połowy łydki, a cholewy luźno odstawały od nóg. Przez pierś przeciągał się szeroki pasek, do którego na plecach przymocowana była katana. Na ramieniu miał przewiązaną chabrową wstążkę.

Enenra wstała, opierając się początkowo o drzewo. W lekkim rozkroku czekała, by spojrzeć mu w twarz. Kiedy zatrzymał się przed nią na wyciągnięcie ręki, otworzył szeroko oczy. Brązowe i ciemne. To co w nich zobaczyła wprawiło ją w lęk. Uświadomiła sobie, że przez cały ten czas, gdy jej poszukiwał, doskonale przemyślał sobie każdy element zemsty. Tylko, że ona też miała się za co mścić.

- Nie wyglądasz najlepiej. Czyżby ciężka noc? Szukasz tu schronienia? Nie mogłaś gorzej trafić. Śledzi cię dwóch shinobi i to bardzo zawzięcie. Zastanawia mnie kim mogą być, że popchnęli cię do desperackiej ucieczki na nasze tereny.

- Wasze tereny? Nie żartuj.

- He? Rozejrzyj się. Wszystko tutaj należy do naszego klanu. Nawet ty - zerknął na jej lewy policzek, który starała się zakrywać.

- Wygląda na to, że jednak trochę się zmieniłeś. Awansowałeś. Twoje ego z pewnością też urosło.

- Ty za to nic się nie zmieniłaś - impertynencka jak zawsze.

Chwycił ją mocno za podbródek i przyciągnął do siebie. Skupiona wyłącznie na utrzymaniu klonów poddała się bez oporów jego woli. Drugą ręką odgarnął kosmyki z jej policzka i przyjrzał się znamieniu.

- Nie rozumiem. Wszystko na swoim miejscu, a jednak coś tu nie gra. Nie obdarowałem cię tą pamiątką byś próbowała ją ukryć. Powinnaś nosić ją z dumą i cieszyć się, że hojnie ostemplowałem tutaj twoje imię - przejechał palcem po przypalonej bliźnie i westchnął. - Niewdzięczna jesteś.

Z bliska dostrzegła jego obłęd. Pewnikiem pogłębiał się on przez te wszystkie lata do granic możliwości. Gardził nią, a stopniowo zaczął gardzić nawet swoimi podwładnymi. Jeśli jej plan się nie powiedzie, czeka ją naprawdę nieelegancki i bolesny koniec. Tak, bezsprzecznie bolesny.

- Nie masz się czym chlubić. Napadłeś na mnie z trzema koleżkami. Na jedną dziewczynę. Gdyby nie to skończyłbyś z tym prętem w tyłku - z głową uniesioną nienaturalnie do góry mówiło jej się źle. Coś nie pozwoliło jej pominąć tego komentarza. Odnotowała poruszenie wśród ninja, którzy się z nim pojawili. Szybko jednak umilkli.

- Do konkretów. Zamierzam wysłać cię do twojego mistrza. Uprzednio zabawimy się nieco. Stęskniłem się trochę więc nie wypuszczę cię tak łatwo. A propos, staruch Togebara błagał mnie o litość jak najgorszy śmieć. Zdecydował o swoim losie, gdy postanowił cię wspierać. Gnida, skończył jak gnida.

Enanra na wspomnienie o mistrzu oprzytomniała. Nagły przypływ mocy sprawił, że chwyciła pewnie za nadgarstek Asury.

- Co jeśli ja pierwsza odeślę cię do twojej siostry? - syknęła drwiąco, niczym plujący jadem wąż.

Zaskutkowało to uderzeniem pięścią w brzuch. Splunęła krwią. Głowa z impetem zrykoszetowała o chropowatą korę. Pewny uścisk miażdżył jej krtań. Mężczyzna błądził dłonią pod fałdami jej płaszcza. Wzdrygnęła się, gdy odnalazł jeden ze sztyletów. Zaśmiał się krótko i kontynuował przeszukiwanie. Tylko czego szukał? Jego oddech znacząco przyspieszył. Przysunął się do niej tak, że ich policzki niemal się stykały. Ciepłe, wilgotne wydechy muskały jej wygiętą szyję. Sprawne palce buszujące pod peleryną, nagle, jakby dla zabawy, wepchnęły głęboko jedno z żeber. Jęknęła. Dźwięk łamanej kości można było wyraźnie usłyszeć. Usta Asury drażniły delikatnie małżowinę małego ucha.

- To było głupie ... Jednak się zmieniłaś … - szeptał niczym kochanek do zawstydzonej dziewczyny. - Pamiętasz co mi kiedyś powiedziałaś? - odczekał chwilę, jakby dawał jej czas na odpowiedź. Absurdalne - zgniatał jej szyję, nie bacząc z jakim trudem łapie każdy kolejny wdech.

- Powiedziałaś żebym spróbował, gdy w końcu urośnie mi coś między nogami. Nie uważałaś mnie nawet za godnego, by na mnie splunąć. Spadkobierczyni potężnego rodu, wyczekiwana od pokoleń. Zawyżyłaś przesadnie swoje znaczenie. Pod pozorami jesteś słaba - cały twój klan taki był. Silni pożerają słabych. Mój ojciec był jeszcze gorszy, bo nie zniszczył was od razu. Bez wizji na przyszłość, jako staruch o przesadnym poczuciu wartości.

- Więc to wszystko Washinotsume …

- Nie domyśliłaś się wcześniej? Nadawaliśmy się do tego idealnie. Mnogość waszych wrogów stawiała nas jako jednych spośród wielu, którzy mogli tego dokonać. Bez dowodów nikt nie podjął się oskarżenia.

- Nawet Kirakuna?

- Naiwna jesteś? Myślałaś, że miał cię uratować? W sumie to kolejny idiota. Miał tylko patrolować, ale natrafił na ciebie. Nie potrafił dokończyć sprawy. Mięczak jakich mało. Przywlókł za sobą szczeniaka i zażądał azylu, ryzykując tym swoją pozycję.

- Nawet wasz klan musiał mieć zleceniodawcę - spojrzała na niego znacząco.

- Och, widzę, że popytałaś tu i tam. Nie zaprzeczę, to oni wyszli z inicjatywą. Pewnym osobom nie spodobało się wasze wsparcie względem Trzeciego Hokage. Konszachtowanie z nie tymi co trzeba może okazać się opłakane w skutkach. Kigai wiedział o zagrożeniu, lecz zaufał ślepo koalicji z Konohą, która zostawiła was na pastwę losu. Z kolei Danzo nie interesowało jak to rozegramy, mieliśmy po prostu zrobić czystkę. Pozostawił nam dowolność w działaniu i nie ingerował zupełnie w to co się stanie z waszymi terenami. Tym sposobem wszyscy mieli być zadowoleni. Podsumowując, od samego początku Korzeń planował was zniszczyć. Nam udało się zwyczajnie na tym skorzystać.

- Kto tam wtedy był? Kto był w moim domu? - starała się wykrzyczeć.

- E? Zapewne nikt szczególny. Jeden z oddziałów. Sama dobrze wiesz, że atak z zaskoczenia tylko wygląda na skomplikowany. Możliwe, że kilka osób poniosła wtedy wyobraźnia, ale kto by się przejmował takimi błahostkami - każde słowo sprawiało mu nieopisaną radość. Kiedy na nią spoglądał instynkty pobudzały jego ciało i gorącymi falami przepływały od stóp do głowy.

- Mój … Kosuke …

- Kosuke? - przerwał jej natychmiast. Popatrzył na nią z niedowierzaniem i zaśmiał się głośno. - Tak, Kosuke.

- Ty draniu - wycharczała.

- No już, już. Nie przeforsuj się. Mam dla ciebie jeszcze wiele atrakcji. Ale najpierw…

Szybkim ruchem zdarł z niej płaszcz i odrzucił go. Palcami, niczym szponami wbił się w jej bok, rażąc dokuczliwie w wątrobę.

Hidan wskoczył pomiędzy dwójkę śmiertelnych wrogów, a grupkę skrytobójców. Bez zwlekania zawołał:

- Hej, ty. Hej!

- Zamilcz. Czy nie wiesz do kogo się zwracasz? - zbulwersowana Gyo szykowała się już, by nauczyć go rozumu, ze śmiertelnym skutkiem.

Asura gestem ręki wstrzymał swoich ludzi i odwrócił się do Jashinisty. Jedną dłonią nadal oplatał dokładnie szyję Enenry, podtrzymując ją w ten sposób, niczym szmacianą lalkę.

- Ciekawości stało się zadość. Albo jesteś tak silny albo zwyczajnie głupi, by rzucać mi wyzwanie. Mam ochotę się przekonać.

- Ten koleś jest mój. Spieprzajcie stąd a uznam, że nic się nie stało. Jestem w dobrym humorze więc radzę wam z tego skorzystać - dostrzegł swój wisiorek przy pasku kobiety - Mam z nim niedokończoną sprawę. - Objął wzrokiem całą jej postać skupiając się na skrajnie umęczonej twarzy. Wszyscy skoncentrowali się na Yasudzie, skonfundowani słowami członka Akatsuki.

Zaraz … Kuknął na kluczowe części ciała … KOBIETA?!

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.