Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Coś na progu 10 - recenzja wydania

Autor:Grisznak
Redakcja:IKa
Kategorie:Recenzja, Magazyn
Dodany:2015-04-30 20:27:48
Aktualizowany:2015-04-30 20:27:48



Ilustracja do artykułu

Magazyn "Coś na Progu" to jedno z najciekawszych zjawisk na rynku polskiej prasy fantastycznej. O ile bowiem zwykle w tym nurcie wydawcy starali się przekonać wszystkich na lewo i prawo, że fantastyka też jest "ą,ę", że Lem, Tolkien, Sapkowski itd, a wszelkiego rodzaju pulp to niegodne wzmianki śmieci, tak Łukasz Śmigiel i spółka stworzyli czasopismo poświęcone tym odmianom popkultury, na które zwykle patrzy się ze sceptycyzmem, kiepsko skrywaną niechęcią i wyższością. Co nie zmienia faktu, że mają one swoich wiernych fanów, także i nad Wisłą. Dzięki nim zresztą magazyn poświęcony weird, pulp, horrorowi itd. doczekał się już dziesięciu numerów, a najnowszy z nich trzymam właśnie w ręce. Grubszy od pozostałych (aż sto pięćdziesiąt dwie strony!) został także udostępniony za darmo w formie cyfrowej.

Jak każdy poprzedni numer, także i ten ma swój temat wiodący - tym razem są to szaleni naukowcy. Ktoś może powiedzieć, że to niezbyt oryginalne i będzie to zapewne prawda, ale twórcy magazynu postarali się, aby ten wyeksploatowany wszak temat podać w sposób, który nawet jego znawców zapewne co najmniej kilka razy zaskoczy. Zręcznie wymieszano gatunki - od kreskówek przez literaturę, od kina po rzeczywistość. Mógłbym tu wrzucić kamyczek do ogródka redakcyjnego, bo pominięto całkowicie mangę i anime, acz z drugiej strony, ktoś z Japonii też się znalazł - ale o tym już później.

Na okładkę trafiła swego rodzaju maskotka magazynu - Tequila, której przygody można śledzić w wydawanym przez to samo wydawnictwo komiksie oraz powieści (fragmenty znalazły się zresztą w numerze). Można się spierać, czy okładka ma związek z tematem - ale z drugiej strony mogę przyznać, że wzrok przyciąga. To 18+, które na nią trafiło wydaje mi się ciut naciągane, bo w środku mamy tylko trochę erotyki i to takiej soft - za co zresztą wydawcę należy pochwalić, bo w końcu erotyka stanowiła zawsze bardzo dobrą przyprawę do tego rodzaju twórczości. Powiedziałbym, że wspomniane ostrzeżenie bardziej pasuje do niektórych drastycznych opisów zamieszczonych w poszczególnych tekstach.

Dziesiąty numer to sto pięćdziesiąt stron w czerni i bieli, nie licząc okładek. Trochę szkoda, bo jest w środku kilka stron, które przez to tracą - zwłaszcza tych komiksowych. W przeszłości bywało, że one akurat były drukowane w kolorze. Czcionka w większości przypadków jest wyraźna i czytelna, wyjątki wymieniłem poniżej. Od strony edytorskiej innych uwag nie mam, więc zajmijmy się treścią numeru.

Otwierający całość tekst Wojciecha Sawłowicza pt. "1.21 gigawata marzeń" poświęcony serii "Powrót do przeszłości" to potężna dawka nostalgii dla wszystkich wychowanych w latach osiemdziesiątych. Ale muszę zaznaczyć - artykuł nie opisuje detalicznie poszczególnych filmów oraz odprysków franszyzy, ale skupia się na postaci doktora Emmeta L. Browna oraz jego wynalazku. Sprawia to, że całość jest naprawdę ciekawa, zwłaszcza, że autor analizuje kwestie działania występującego tu wehikułu czasu, śledzi jego ewolucję i zastanawia się, czy i jak mogłoby coś takiego funkcjonować. Choć konkluzja wydaje się oczywista, to całość wciąga - to dobry start dla całego numeru. Po tej dawce czystej fantastyki skaczemy do rzeczywistości - w artykule "Zbuduj własnego Frankensteina" Paweł Iwanina dokonuje szybkiego przeglądu naukowców, którzy na przestrzeni kilku wieków podejmowali próby stworzenia nowego rodzaju życia. Ten tekst to przede wszystkim kopalnia ciekawostek, niektórych bardziej znanych, innych - mniej, nierzadko zresztą makabrycznych. Łączy je natomiast to, że ich twórcami byli ludzie pasujący w większości do klasycznych stereotypów szalonych naukowców - i co najbardziej przerażające, którzy istnieli naprawdę. Tekst napisany jest dobrze, z lekkim niekiedy dystansem i czyta się go przyjemnie.

"Przypadek pewnego doktora" to z kolei wędrówka do świata komiksu. Paweł Klimczak przybliża tu postać doktora Hugo Strange z komiksów o Batmanie. Wybór godny pochwały, bo nie jest to z pewnością postać tak znana jak Joker czy Poison Ivy, a niewątpliwie godna uwagi i jednocześnie bardzo dobrze wpasowana w tematykę numeru. Tekst dość dokładnie i szczegółowo analizuje historię tej postaci oraz jej największe sukcesy w walce z mrocznym rycerzem. Obszerny "Król Błyskawic" autorstwa Adrianny Siess to z kolei historia bodaj najbardziej kontrowersyjnego z wielkich odkrywców przełomu XIX i XX wieku - Nicoli Tesli. Autorka opisała szczegółowo jego życie, sukcesy i porażki, skupiając się na tych elementach, które dały pożywkę krążącym do dziś legendom i mitom na temat Tesli, łącznie z jego rzekomą odpowiedzialnością za katastrofę tunguską. Tekst jest długi, ale i ciekawy, nie sprawia wrażenia przegadanego, jak to się czasem w takich sytuacjach zdarza.

Zgodnie z zasadą przekładańca, wracamy do fantastyki, tym razem dość mocno cofając się w przeszłość, by w tekście "Nieśmiertelność figury Golema" autorstwa Marcina Weincetela poznać okoliczności powstania jednego z najsłynniejszych sztucznych bytów w dziejach literatury grozy. To pierwszy artykuł w tym numerze "Coś na Progu", który nie skupia się na konkretnej osobie twórcy, ale na idei Golema. Choć oczywiście są tu wzmianki na temat rabinów, którzy mieli posiadać zdolność tworzenia golemów, dla autora najważniejszą zdaje się siła, która nimi kierowała. Z tego powodu tekst, choć ciekawy, jest nieco cięższy w lekturze niż poprzednie - co nie znaczy, że zły. Do rzeczywistości, bardziej makabrycznej niż cała opisana tu fantastyka, przenosi nas artykuł o krótkim tytule "731". Zajmującym się historią Azji ludziom liczba ta mówi zapewne wszystko. Dzieje i działalność bodaj najbardziej zbrodniczej grupy naukowców w dziejach XX wieku opisała Paulina Anacka. Co warte odnotowania, autorka poświęciła też sporo miejsca zasłonie milczenia, jaką na działalność Jednostki 731 spuszczono we współczesnej Japonii. To bodaj pierwszy artykuł w tym numerze, którego fragmenty rzeczywiście zasługują na okładkowe 18+.

Historia doktora Phibesa, opisana w "Anthony Phibes: In Memoriam" to coś lżejszego, bo choć Przemysław Pieniążek opowiada tu o szalonym naukowcu-mordercy, to jednak filmowy bohater tego artykułu był w swej zbrodniczej działalności niekiedy zgoła groteskowy, przez co filmy z nim potrafiły zarówno straszyć jak i bawić. Cenię takie teksty, gdyż przybliżają one postaci niegdyś kultowe, a dziś już właściwie zapomniane. "Pan domu cierpienia" Adrianny Siess to znowu coś o klasyce - bo kto nie zna "Wyspy doktora Moreau"? A może lepiej nie pytać? Mniejsza z tym, dość dodać, że to dobry, przekrojowy tekst, opisujący historię powieści oraz jej kolejnych adaptacji, ale też nie uciekający od kwestii genezy samego pomysłu. Artykuł "Lobotomia, czyli jak szpikulec do lodu przebija twój mózg" przypomina nam znowu, że najbardziej szalone pomysły potrafią wymyślić nie autorzy książek, ale jak najbardziej prawdziwi naukowcy. Tekst Macieja Berga jest ciekawy, dość przystępnie opisujący medyczne zagadnienia towarzyszące temu procederowi - jednak pojawia się tu pewien problem, bo przeplatające całość fragmenty, zapisane kursywą, są niezbyt czytelne.

Krótki, ale udany tekst o filmie "They live!" to bodaj pierwsza w tym numerze rzecz poświęcona innym kwestiom niż szalonym naukowcom. Kamil Dachnij przybliżył nie tylko samą, i tak osobliwą, produkcję, ale zgrabnie nakreślił jej tło polityczne, co w tym przypadku nie pozostaje bez znaczenia. Paweł Klimczak w "Lori Lovecraft, czyli macki pin-upu" trochę oszukuje tytułem, bo samej bohaterki i komiksów o niej dotyczy może połowa artykułu, reszta zaś skupia się na jej autorze, którym był Mike Vosburg, w pewnych kręgach postać zresztą kultowa dzięki "Opowieściom z Krypty". O przygodach Toksycznego Mściciela można już było kiedyś w "Coś na Progu" przeczytać przy okazji szerszego tekstu o wytwórni Troma. Dlatego miałem pewne obawy, czy kolejny tekst o tej postaci, autorstwa Pawła Iwaniny, nie będzie powtórką z rozrywki - na szczęście tak się nie stało, autor postarał się, aby całość była słusznie nafaszerowana mniej znanymi ciekawostkami na temat tej jakże kuriozalnej produkcji.

Horror w muzyce reprezentuje artykuł poświęcony mrocznej odmianie rapu, czyli horrorcore. Tematyka jest mi całkowicie odległa (bo rapu nie cierpię...), ale Tomasz Olkowski postarał się, aby tekst był ciekawy nawet dla laików, takich jak ja, szczególnie, że poświęcił też trochę miejsca polskim klimatom związanym z tym gatunkiem. Kolejne dwa teksty - "Niegrzeczny Kubuś" Wojciecha Sawłowicza i "Licencja na Bonda" Bartosza Naskręckiego są ciekawe i sprawnie napisane, ale na dobrą sprawę eksploatują dość znane i opisywane już wiele razy motywy. Ale i ludzie lubią o nich czytać, więc może nie powinienem się przesadnie czepiać? Za to "Z miłości do sztuki" Nikoli Sperewki, kolejna część cyklu o słynnych kradzieżach dzieł sztuki, to znowu coś świeżego, mało znanego i bardzo ciekawego.

Dział literacki otwiera "Drahma Dionizosa", krótkie, ale całkiem udane opowiadanie Ernesta Bramaha z cyklu historii o Maksie Carradosie, detektywie o tyleż nietypowym, bo ślepym. To opowiastka w starym stylu, bez dynamicznej akcji, gdzie detektyw rozwiązuje zagadkę dzięki dedukcji, nie ruszając się z fotela. Kontynuując publikowanie archiwalnych wywiadów z ojcami fantastyki, tym razem "Coś na Progu" podarowało nam pochodzący z z 1894 wywiad z Juliuszem Verne, miejscami dość zaskakujący, zwłaszcza jeśli chodzi o nader gorzkie wypowiedzi pisarza na temat recepcji jego dzieł w ojczyźnie. Cztery kolejne teksty to opowiadania. "Technokrata z konieczności" Raya Bradburyego to cokolwiek przewrotna i zaskakująca miniaturka jednego z klasyków XX-wiecznej fantastyki. "Geniusz Profesora Sama Sulivana" Tomasza Kaczmarka to udany powrót do tematyki numeru - historia zgrabnie ujęta w całość, wciągająca i zręcznie balansująca między groteską, grozą a opowieścią akcji. "Wytrzeszcz Tysiąca Jardów" Pawła Iwaniny może się z kolei pochwalić całkiem sugestywnie zbudowanym klimatem i udanym, choć niedopowiedzianym, finałem. Kolejny już fragmencik "Liczby Bestii" Łukasza Śmigla przedstawia tym razem Tequilę jako lesbijkę - i jest jednocześnie lepszy od tego, który zamieszczono w komiksie "Władca Marionetek", gdyż tamten wydawał się wyjęty z innej bajki, a ten utrzymany jest w zbliżonym do komiksu klimacie. Zaraz po nim pojawia się miniaturka komiksowa o Tequili, niestety czarno-biała.

Dział gier komputerowych retro to faktycznie retro pełną gębą - obie opisane w nim produkcje pochodzą z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Cóż, horror w grach żyje i ma się dobrze, więc wydaje mi się, że warto jednak sięgać także i po ciut nowsze rzeczy. Choć z drugiej strony, mogę potwierdzić, że oba opisane tytuły - MDK i Sin to gry dobre. Pytanie, czy dzisiaj, niemal dwadzieścia lat po ich wydaniu, ktoś jeszcze będzie chciał po nie sięgać? Abstrahując jednak od tego, zarówno recenzja MDK autorstwa Red Sonji jak i artykuł o Sin pióra Rocha Wekslera to ciekawostki, chociaż chyba bardziej dla takich graczy jak ja, którzy niegdyś w te gry grali, ale zdążyli o nich zapomnieć. Zaraz po nich mamy króciutką, liczącą zaledwie jedną stronę recenzję gry 7 Ronin, za którą odpowiada Paweł Wernic. Ten tekst pokazuje, że w minimum można zmieścić maksimum - autor zwięźle, językiem prasowym opisuje wzmiankowaną grę.

Do klimatów retro wracamy na kolejnych stronach. Najpierw mamy tłumaczenie tekstu Roberta Louisa Stevensona, autora jednej z najsłynniejszych powieści pirackich w dziejach - "Wyspy Skarbów". Sporo tu informacji o kulisach powstania i genezie tej książki, choć jednocześnie i niemało typowo XIX-wiecznego gadulstwa o wszystkim i niczym. W kategoriach ciekawostek należy też potraktować przedruk odczytu Bolesława Prusa z 1873 na temat wynalazków. Podobnie rzecz się ma z przedrukiem komiksu z lat 50, będącego adaptacją jednego z opowiadań E.A. Poe autorstwa E. Allgora. Niestety, tu znowu czerń i biel odbierają część frajdy płynącej z lektury.

W finale dostajemy jeszcze krótką (a na dodatek machniętą bardzo małą i średnio czytelną czcionką) relację z konwentu OldTown oraz mający niestety tylko dwie strony dział Retro Dziewczyny, w którym swoje wdzięki (acz i tak dość oszczędnie) prezentuje Edwige Fench, włoska seksbomba z lat 70 (naturalnie na zdjęciach z epoki, nie współczesnych). O dziwo, tutaj akurat czerń i biel dodają całości pewnego klimatu.

Podsumowując - temat główny został przedstawiony ciekawie. Oczywiście, nie było szans by ogarnąć go w całości, mi osobiście brakowało tu kogoś z naszego, mangowego światka, ale jak to mówią, nigdy nie można mieć wszystkiego. Więcej uwag miałbym do drugiej połowy magazynu, a właściwie do jego ostatnich fragmentów - trochę za dużo tego retro. Nie, żeby mi ono wybitnie przeszkadzało, ale w sytuacji, gdy na świecie dzieje się sporo, jeśli chodzi o weird, trzymanie się zbyt mocno tego, co było sto czy nawet więcej lat temu sprawia wrażenie pójścia na łatwiznę i szukania prostych zapchajdziur. "Coś na Progu" zachowuje sensowny stosunek treści do grafik, chociaż z powodu czerni i bieli te ostatnie czasami tracą wyraźnie na jakości. Ten numer był także dość ubogi, jeśli chodzi o klimaty mackowe - ale tu znowu, co za dużo to niezdrowo, a wszak w poprzednich dziewięciu numerach tych ostatnich nie brakowało.

Nie wiem, czy można uznawać numer dziesiąty za początek nowej ery w dziejach tego magazynu, czy raczej powinno się mówić o logicznej, konsekwentnej realizacji postawionych od samego początku istnienia "Cosia" celów. Tak czy owak, sam czytam to pismo od siedmiu numerów ze sporą przyjemnością, a dziesiąty numer, mimo wspomnianych wcześniej mankamentów, mnie nie rozczarował. A jako że można go pobrać za darmo z sieci, to zapraszam wszystkich do lektury na stronę http://cosnaprogu.blogspot.com/.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.