Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

NiuCon 2015 - relacja z konwentu

Autor:Son Mati
Korekta:IKa
Kategorie:Relacja, Konwent
Dodany:2015-09-24 20:26:59
Aktualizowany:2015-09-24 20:26:59



Sierpień, 35 stopni, brak wiatru. W tę piękną, letnią pogodę grupka czterech łowców przygód z Górnego Śląska postanowiła wyruszyć na kolejną wyprawę. Cel był tylko jeden - dobrze się bawić. Miejscem przeznaczenia została kolejna edycja wrocławskiego Niuconu, który w zeszłym roku okazał się jednym z najlepszych konwentów, obfitującym w dobre atrakcje i wydarzenia. Niestety, najnowsza edycja nie była już taka gościnna.

Tegoroczny Niucon odbywał się w dwóch budynkach: konwentowym, który znajdował się na terenie Uniwersytetu Przyrodniczego oraz noclegowym, położonym w Elektronicznych Zakładach Naukowych. Taki podział to standardowa praktyka, jednak tym razem budynki były oddalone od siebie o 4,5 km. Co więcej, nałożono obowiązek opuszczenia budynku konwentowego do godziny 22:00 każdego z trzech dni konwentu. Ta ogromna niewygoda skłoniła nas do jazdy samochodem, dzięki czemu transport między dwoma punktami zmniejszył się z 30 do 15 minut. Był to tak wielki luksus, że spotykając kolejnych znajomych z innych części Polski, miałem więcej chętnych do jazdy niż byłem w stanie pomieścić w swoim eSeMobilu. W czasie trzech dni konwentu pokonałem ponad 60 km kursując w obie strony.

Przyjeżdżając na dwie godziny przed rozpoczęciem akredytacji, strategicznie podzieliliśmy się na dwie grupki: pierwsza poszła zająć jak najbliższe miejsce w kolejce, druga pojechała złożyć bagaże do noclegowni, a następnie powróciła do kolejki, która z braku kontroli żyła własnym życiem. Po wejściu na konwent udaliśmy się na zwiedzanie stoisk, które były wyjątkowo bogate - na podstawie porządnie wyselekcjonowanych fanowskich artykułów zauważyłem wiele dóbr pochodzących z nowych anime. Przeglądając różne nowe wydania mang notowałem w pamięci, co po powrocie włożyć do yankowego koszyka.

Następnie wyruszyliśmy na pierwsze atrakcje, a dokładniej - próbowaliśmy wyruszyć. Jak powiedział mój znajomy, budynek był „projektowany przez samego szatana”, ze względu na liczne ślepe zaułki i dziwaczne połączenia. Odnalezienie niektórych sal, rozrzuconych po wszystkich piętrach i zakamarkach Uniwersytetu, przypominało odnajdywanie się w RPG-owych lochach lub ucieczkę z budynku w piątym filmie Kara no Kyoukai. Plan konwentowy nie pomagał - mapka nie była zbyt czytelna, nie pokazywała m.in. tego, że korytarze krzyżują się pod kątem 90 stopni, a nazwy sal rodzaju „im. Królewny Śnieżki” nie były intuicyjne. Znamienne były dwie fałszywe sale 212, które odsyłały do siebie nawzajem i nikt nie wiedział, gdzie jest ta prawdziwa. Na pochwałę zasługuje kilka wykładowych sal z klimatyzacją. Wiele atrakcji, które się w nich odbywało, miało wysoką frekwencję, ponieważ konwentowicze przychodzili się zwyczajnie ochłodzić. Z kolei przeklęta 212-tka miała okna tylko z jednej strony, co uniemożliwiało przewiew. Akurat w tej sali zaplanowano cieszącą się od zawsze wielkim zainteresowaniem „Screenówkę”, tyle że tym razem chyba pod patronatem samej Śmierci. Panel odbywał się za dnia, więc zasłonięto okna w sali, by móc coś ujrzeć z rzutnika. Drzwi zamknięto, by nie słyszeć hałasu. W środku kilkudziesięciu konwentowiczów. Jeżeli ktoś pamięta trening Vegety przy 300-krotnie większej grawitacji, te czerwone powietrze i jego przepocone mięśnie - dokładnie taka atmosfera panowała w sali. Słusznie tegoroczną edycję określono mianem Nuke-onu.

Atrakcje, jakie oferował Niucon, nie były specjalne porywające. Było ich mniej niż w zeszłym roku, a nawet ich różnorodność zeszła na psy. Tematycznie najciekawsze z nich prowadzili członkowie PZTA. Wyjątkowo dobre były atrakcje Mike'a, jak „Historia anime w Polce” oraz „Animcowa Loteria”, na których świetnie się bawiłem, a moja ambicja programistyczna została pobudzona. Najlepszą atrakcją okazało się „Spotkanie z wydawnictwem Kotori”, na którą przyszliśmy dla ochłody. Dorosłe, dojrzałe fujoshi opowiadały o swojej pracy oraz perełkach wśród tłumaczeń, jakie przychodziły im do głowy po wielu godzinach pracy. Wszyscy pękaliśmy ze śmiechu, niektóre teksty nawet zanotowałem, części z nich nie można by przytoczyć w tej kulturalnej relacji. Proszę się domyślić, co tłumaczki proponowały jako polski tytuł mangi, której nazwa mówi o ptaku, który nie trzepoce skrzydłami. Orzeł nie może to jeden z lżejszych pomysłów. W przeciwieństwie do spotkania z Kotori, spotkanie z Waneko okazało się słabe. Prowadzące nieboraki nie potrafiły ciekawie zaprezentować swoich mang bez spoilerowania (nieszczęsne Higurashi no Naku Koro ni można było zareklamować na dziesiątki sposobów, nie zdradzając ani jednej „Odpowiedzi”), a po pewnym czasie zacząłem liczyć ile razy padło sakramentalne „nie wiem co powiedzieć”. Warty uwagi był jeszcze „Kierowca w Japonii”, gdzie pokazano uczestnikom, jak wyglądają japońskie drogi, samochody i przepisy, a także świetnie objaśniono jak wyglądały wyścigi w Initial D pod kątem prawnym i organizacyjnym. Były to jednak nieliczne ciekawe atrakcje na przestrzeni trzech dni konwentu. Niektóre, jak projekcja klipów z Melonpanem, ku mojej rozpaczy się nie odbyły.

Budynek noclegowy zaliczył kilka potężnych porażek. Po pierwsze, wszystkie DDRy, Osurumy, Ultra-stary, Rock-bandy i inne miejsca, gdzie jest głośno i tłoczno, znajdowały się właśnie w niej. Co więcej, 4 maty do DDRa znajdowały się na korytarzu. Nie wiem jakim cudem nieszczęśni uczestnicy, którym przyszło leżeć pod sleepami, mogli w ogóle zmrużyć oko. Po drugie, jedyna sala z atrakcjami jaka była w tym budynku, nie została wyposażona w potrzebny sprzęt (komputer, rzutnik, głośniki), przez co siłą rzeczy część atrakcji nie mogła się odbyć. Ja sam miałem przeprowadzić tam swój panel, lecz brak sprzętu mi nie straszny - miałem swój. Niestety, już w sobotę sala z atrakcjami została zlikwidowana, czy to z woli orgów czy uczestników, i zmieniona w dodatkowy sleep połączony ze stołem do mahjonga. Po trzecie, prysznice miały zostać zamknięte na noc, co byłoby porażką niezwykłego kalibru, gdyż w tę pogodę wszyscy konwentowicze marzyli o kąpieli o każdej porze. Na szczęście jakiś dobrotliwy helper otworzył bramy pryszniców i zablokował możliwość zamknięcia ich przekręcając zamek na zewnątrz. Szlachetność ludzka jeszcze nie umarła. Dla mnie samego, w tę pogodę, gorące prysznice były nie tylko najlepszą z atrakcji, ale jedną z najlepszych rzeczy jaka mnie w życiu spotkała. Prawdę mówiąc, najlepszym elementem noclegowni był polecany bar naprzeciwko, w którym można było naprawdę dobrze zjeść.

Wśród cosplayów konwentowych tradycyjnie można było się utopić w morzu przeciętności. Niektóre wdzianka były tak nieudane, że oglądanie ich sprawiało frajdę jedynie turystom z aparatami. Mimo to na konwencie można było spotkać kilka perełek jakimi były cosplayerki z grupki KanColle. Już od czasów Kolejkonu nasze oczy syciła dziewczyna w ślicznym stroju Shimakaze, co prawda z niekanoniczną, dłuższą spódniczką, ale wyglądała jak z gry wzięta. Ponadto można było podziwiać wspaniałą Kongou oraz pyszną Yuudachi, której psie uszka wyglądały naprawdę czarująco. Co prawda przez trzy dni, spacerując po konwencie, dało się usłyszeć tu i tam wyrzuty ignorantów, ale rzut oka na plujące żółcią dziewczyny wystarczył by zauważyć, że to zawiści. Cosplayerki zdobyły mój szacunek i utwierdziły mnie w przekonaniu, że we Wrocławiu zawsze znajdę ładne przebieranki.

Koniec końców, nie mogę uznać tego Niuconu za dobrą imprezę. Wiele rzeczy kulało, panowały duchota, tłok i niedobór ciekawych atrakcji. Co prawda wszystkie wymienione wcześniej zalety oraz spotkanie z dobrymi kumplami sprawiły, że nie żałuję przyjazdu, jednak poziom konwentu był niski, wg mnie znacznie niższy niż rok i nie jestem pewien czy będę chciał tę przygodę powtórzyć. Do Wrocławia zawsze mogę przyjechać dla innych imprez.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.