Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

There's Hole in the Sky...

Rozdział 6

Autor:Kh2083
Serie:X-Men
Gatunki:Akcja, Science-Fiction
Uwagi:Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość
Dodany:2016-12-15 21:11:54
Aktualizowany:2016-12-15 21:11:54


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Rozdział 6.

Kanzar wszedł do długiego, prostokątnego pomieszczenia oświetlanego przez wiszące pod sufitem kuliste lampy. Na środku pokoju był długi stół w kształcie wydłużonej elipsy, a dookoła niego siedziało wiele różnorodnych istot. Kanzar usiadł w jednym z jajowatych krzeseł opierając ręce na zimnym blacie lekko fosforyzującego stołu.

- Czy udało ci się namówić twojego więźnia do współpracy? - zapytał pokryty zielonymi łuskami reptiloid w białym stroju.

- Niestety nie. Okazało się, że prawdopodobnie coś podejrzewa. Będę musiał dłużej nad nim popracować.

- Może to my powinniśmy zająć się jego kondycjonowaniem? - reptiloid powiedział patrząc na długowłosego mężczyznę oczami węża.

- Nie ma potrzeby unosić się gniewem, towarzyszu. - do rozmowy włączył się szaroskóry Zeta Reticulianin o dużych ciemnych oczach w kształcie migdałów ubrany w długie, czerwono-złote szaty.

- Udowodnienie prawdziwości kolejnej tezy o stanie Kosmicznej Świadomości jest czynem godnym wyróżnienia. Kanzar zasługuje na uznanie i miejsce przy naszym stole. - dodał. Do konwersacji dołączył insektoid o wyglądzie wielkiej zielonej modliszki. Wydał z siebie kilka skrzeczących, wysokich dźwięków, które natychmiast zostały przetłumaczone przez komputer zabudowany w ścianie pomieszczenie.

- Zgadzam się z naszym towarzyszem. - oznajmił elektronicznie brzmiący głos.

- Wniosek: należy przypomnieć nam wszystkim prawdy, które już ustaliliśmy. Dołączyć nową prawdę do bazy danych. - powiedziała blada dziewczynka o czarnych włosach. Trzymała w rękach sześcian z którego wychodziły wiązki kabli oplatających jej głowę i znikających w jej gęstych włosach.

- Teza pierwsza: kontrola "Zbawcy" nad Kosmiczną Społecznością staje się mniejsza wraz z każdym asymilowanym nowym światem na Kosmicznej Drabinie Stworzenia.

- To oczywiste. Inaczej nie moglibyśmy teraz swobodnie się spotykać i rozmawiać o tych sprawach. - powiedział mężczyzna w złotej masce ubrany w jasny garnitur.

- To dlaczego nie chcesz zdradzić swojej prawdziwej tożsamości? - krzyknął jaszczur uderzając pięścią w stół.

- Nie muszę się tłumaczyć przed gorszym intelektualnie gatunkiem! - odpowiedział zamaskowany człowiek.

- Zakończmy natychmiast tą niepotrzebną wymianę złośliwości. Musimy być silni, jeśli chcemy rozegrać sprawy według naszego planu. Musimy być jednością, towarzysze. - oznajmił szary obcy wstając z krzesła i jednocześnie rozpościerając ręce. Modliszkowaty insektoid zaskrzeczał głośno, a komputer przetłumaczył jego słowa: "Przejdźmy już do następnej tezy." Czarnowłosa dziewczynka westchnęła ściskając trzymane przez nią sześcienne pudełko.

- Teza druga: Potęga naszego "Zbawcy" maleje z każdym następnym pochłoniętym światem. - powiedziała. Tym razem nikt z sali się nie odezwał.

- Teza trzecia: Potęga naszego "Zbawcy" jest uzyskiwana kosztem poprzednich zajmowanych przez niego światów.

- Tego nikt nie potwierdził. - odparł gad.

- Naukowcy pracujący dla nas nie mają wątpliwości. To jedyny sposób, aby racjonalnie wytłumaczyć kim on jest i w jaki sposób mógł tworzyć wszystkie cuda, które widzieliśmy. - oznajmiła starsza kobieta o krótkich, siwych włosach.

- Racjonalna wizja świata nie jest prawdziwa. Aby zrozumieć jak działa twórca potęgi Kolektywu trzeba wyjść poza wąskie ramy pojmowania. - człowiek w złotej masce znów włączył się do rozmowy.

- Nikt z nas nie próbował wracać do domów naszych przodków, dlatego nie możemy być tego pewni. - odezwała się inna kobieta, o długich czarnych włosach i ciemnych oczach.

- Moi podwładni z Instytutu Nauki potwierdzają obserwacje zakłóceń w czasoprzestrzeni, które zgadzają się z teorią pani Mahler. Może to oznaczać początek powolnego procesu, który zniszczy rzeczywistość w tej części multiwersum i odnowi energię śpiącego zbawcy. - dodał Kanzar.

- Dodaję nową tezę. W naszym mieście pojawiła się osoba zdolna do wytworzenia stabilnej bramy do rzeczywistości nie zajmowanej przez Kosmiczny Kolektyw. Wniosek: Podróż do innego świata jest możliwa bez pomocy potęgi jaką dysponuje Istota Spoza, nazywana również Zbawcą. - czarnowłosa dziewczynka wróciła do rozmowy.

- Mój plan nie powiódłby się, gdyby nie poświęcenie naszych tajemniczych przyjaciół. - oznajmił Kanzar wskazując ręką na osobę siedzącą obok niego. Postać ubrana w złotą zbroję, zdobioną różnorodnymi wzorami geometrycznymi i z głową ukrytą w hełmie przypominającym odwróconą miednicę wstała z krzesła podchodząc do długowłosego mężczyzny. W umysłach wszystkich obecnych rozległ się telepatyczny głos.

- Poświęcenie moje i moich braci jest niczym w porównaniu z możliwością powstrzymania marszu Kolektywu przez rzeczywistość. Przybyliśmy tutaj, aby naprawić największą pomyłkę w historii całego multiwszechświata. Naszą pomyłkę.

- Teraz wszystko zależy od Kanzara i mężczyzny, którego Rycerze sprowadzili do naszego miasta. - powiedziała czarnowłosa kobieta.

- Pozostaje niewiadoma w postaci dziecka trzymanego w obozie dla rebeliantów i jej niezwykłych zdolności. - szary kosmita zaczął nowy temat.

- Może nasz towarzysz w zbroi ma jakieś teorie na jej temat? - spytał humanoid o gadzim wyglądzie.

- Nie wiem w jaki sposób mogła powstać taka anomalia. To nie zdarzyło się nigdy przedtem w żadnym świecie zajętym przez Kolektyw. Mam zbyt mało danych, aby dojść do jakichkolwiek wniosków.

- Powinniśmy ją schwytać i użyć przeciwko Śpiącemu Zbawcy! - gad znów zareagował wybuchowo. Insektoid zaskrzeczał coś co zostało przetłumaczone na "Zgadzam się z naszym towarzyszem."

- Tak radykalny krok zwróci jego uwagę w naszą stronę. Pamiętajmy, że nadal większa część świata jest pod jego kontrolą lub kontrolą posłusznych mu istot. - Zeta Reticulianin oznajmił spokojnie wskazując na niezbyt rozsądne rozumowanie swoich poprzedników w rozmowie.

- To prawda, nie możemy na razie sprowadzić jej na teren naszego miasta. Twórca kolektywu miał z nią bardzo niemiły kontakt i wiemy doskonale jaki padłby rozkaz odnośnie jej osoby. Dlatego tolerujemy istnienie obozu rebeliantów wprost pod naszymi stopami. Jakakolwiek próba zaatakowania obozu mogłaby doprowadzić do ucieczki rebeliantów z ruin starego Tokio i bezpowrotnej utraty tej dziewczynki. - odpowiedział Kanzar.

- Dokładnie. I dochodzimy do kolejnej sprawy. Dlaczego kilku żołnierzy podlegających bezpośrednio twojemu dowództwu przekroczyło tereny obozu i już nigdy stamtąd nie powróciło? Czy nie było to ryzykowne i nierozsądne posunięcie? - spytała czarnowłosa kobieta.

- Nie miałem wyboru. Nasz gość nie pojawił się w anomalii samemu. Towarzyszyła mu grupa ludzi, wszyscy obdarzeni mocą. Musiałem rozkazać śledzić drogę ich ucieczki, aby nie narazić się nikomu wiernemu przywódcy Kosmicznego Kolektywu. On zapewne także zauważył anomalię czasoprzestrzenną.

- Czy to oznacza, że w mieście są inni, pochodzący ze świata nie zajętego przez Kosmiczny Kolektyw? - spytał mężczyzna w złotej masce.

- Tak, ale nie mają żadnego znaczenia dla naszej sprawy. - powiedział Kanzar.

- Dostali się tutaj przez naszą pomyłkę. - dodał telepatycznie osobnik w złotej zbroi.

- Nie zgodzę się z tym. - oznajmił szary, łysy obcy.

- Mechano-organiczna istota trzymana w Instytucie Nauki jest niezwykle interesująca. Mam nadzieję, że będę miał dostęp do wyników badań przeprowadzanych na niej. - dodał.

- Oczywiście. Pani dr Mahler udostępni wszystkie raporty z analiz. - Kanzar poinformował, a siwa kobieta tylko pokiwała głową na znak zgody.

- Nasze spotkanie trwa już zbyt długo. Najwyższy czas je zakończyć i wrócić do własnego miejsca w ogromnej maszynie jaką jest nasza kosmiczna społeczność. - powiedział mężczyzna w złotej masce jednocześnie wstając ze swego krzesła. Wkrótce pozostali członkowie tajnego zgromadzenia opuścili salę narad: reptiloid, czarnowłosa dziewczynka i starsza kobieta, a także insektoid i Zeta Reticulianin. W pomieszczeniu pozostali tylko Kanzar, kobieta o długich włosach i mężczyzna w zbroi górujący nad nimi swą wielką posturą.

- Możesz wrócić do siebie. Nie chciałbym, aby Istota Spoza wyczuła obecność kogoś, kogo mogłaby uznać za zagrożenie. Nie teraz, kiedy wreszcie jesteśmy tak blisko naszego upragnionego celu. - powiedział Kanzar.

- Oczywiście. Kolejna szansa już się nie trafi. Jestem jedynym z Rycerzy, który wciąż pozostał na Drabinie Kosmicznego Stworzenia. Wszyscy moi braci zaginęli w zniszczonej czasoprzestrzeni wadliwych i nie nadających się do życia kosmosów, zbyt młodych lub zbyt starych, aby można było w nich zamieszkać. - mężczyzna oznajmił, a jego zbroja zaczęła falować. Wkrótce opancerzona postać zniknęła, teleportując się w nieznane. Kanzar i towarzysząca mu kobieta udali się do owalnej windy reagującej automatycznie na obecność osób wewnątrz kabiny.

- Nie wiem jak ty możesz tak spokojnie znosić obecność reptiloida, insektoida i Zeta Reticulianina w jednym pokoju. - oznajmiła czarnowłosa dziewczyna.

- Są przydatnymi sprzymierzeńcami. - siwy mężczyzna odparł chłodno.

- Twój lud przyzwyczajony do perfekcji i piękna musi prosić o pomoc... te pomyłki ewolucji. Samo wspomnienie o czymś takim sprawia, że coraz bardziej nienawidzę naszej idealnej społeczności.

- Almea, mówisz w moim imieniu, a ja widzę doskonale, że to ty masz problemy z naszym wewnętrznym kręgiem. - długowłosy żołnierz odpowiedział jednocześnie uśmiechając się do stojącej obok niego osoby.

- Każda chwila spędzona w tym towarzystwie sprawia, że mam ochotę rozebrać się do goła i biec pod odkażający prysznic. Siedzę obok wstrętnego, zielonego robala! A ten szary kurdupel, jego oczy przewiercają moją duszę na wylot! Czuję się jakby co chwilę czytał moje myśli...

- Może tak się dzieje. Reticulianie znani są ze swojej telepatii, a on jest w ich społeczności przywódcą duchowym. Ma prawdopodobnie najwyższy stopień wtajemniczenia w kontroli umysłu. Jest na tyle silny, że mógłby z łatwością kontrolować każdą naszą decyzję. Nie robi tego prawdopodobnie tylko dlatego, że ciągłe używanie telepatii mogłoby doprowadzić do ponownego połączenia ze świadomością Kosmicznego Kolektywu. Powinniśmy być wdzięczny naszemu zbawcy. - Winda dojechała na miejsce swojego przeznaczenia, na jeden z wysoko położonych poziomów mieszkalnych metropolii. W oddali widać było szeroki plac pełen mieszkańców miasta oczekujących na zatrzymujące się co chwilę owalne pojazdy latające, będące szybkim środkiem transportu pomiędzy mieszkalnymi wieżami. Pomimo osłon i pól siłowych, wiał tutaj dość mocny, nieprzyjemny wiatr. Almea co chwilę poprawiała włosy padające jej na twarz.

- Mój transporter za chwilę przyjedzie. - powiedziała.

- Myślę, że powinniśmy się znów spotkać. Na osobności, tak jak kiedyś. - dodała.

- Ja też nie należę do twojej rasy. Nie czujesz obrzydzenia na samą myśl o zbliżeniu ze mną? - spytał mężczyzna.

- W tobie widzę istotę lepszą od siebie, koronę ewolucji. Obiekt pragnień i niespełnionych marzeń. A tamci... to zwierzęta przez pomyłkę obdarzone inteligencją. - oznajmiła kobieta. Zauważyła zatrzymujący się transporter powietrzny i natychmiast ruszyła w jego stronę. Kanzar przez chwilę stał w miejscu, ale gdy tylko maszyna latająca odleciała z pasażerami na pokładzie, uniósł się w powietrze korzystając z telekinezy i oddalił z platformy lądowiska.

Nastał świt, a z nim niezwykle ważny dzień dla każdego mieszkańca obozu dla rebeliantów i uciekinierów z metropolii założonej przez przybyszów z innych rzeczywistości. Każdy z nich zajęty był przygotowaniami do opuszczenia zrujnowanej części miasta na pokładzie antygrawitacyjnego statku powietrznego należącego kiedyś do rasy zwanej Wybrańcami. Ludzie nosili walizki i skrzynie z dobytkiem całego życia, popychali wózki wypełnione po brzegi najróżniejszymi rzeczami znalezionymi wśród gruzów lub zdobytymi w wypadach do położonych niżej części metropolii lub w walkach z jej strażnikami. Niektórzy używali pomocników w postaci przestarzałych robotów mobilnych lub autonomicznych platform, lecz większość musiała być zdana na siłę własnych mięśni. Drużyna młodych mutantów z Genoshy, również nie uniknęła pracy w przygotowaniach do wyprawy. Freakshow zamieniony w potwora o czterech rękach pomagał przenosić ciężkie przedmioty, a jego czarnoskóra koleżanka teleportowała różne rzeczy bliżej miejsca spoczynku wielkiej maszyny latającej, tak aby ich załadunek był szybszy i łatwiejszy. Shola nie pomagał w pracach ze względu na zbyt dużą niestabilność jego telekinezy. Zamiast tego brał udział w niszczeniu tego co nie mogło być zabrane i nie mogło wpaść w ręce nieprzyjaciół. Wicked i Callisto robiły dokładnie to samo co dziesiątki innych mieszkańców obozu. Czarnowłosa dziewczyna nie potrafiła jeszcze sprawić, aby jej zjawy stawały się materialne, dlatego musiała korzystać z pomocy tylko i wyłącznie swoich mięśni. Każdy z członków drużyny dostał zielono-szary mundur, który mieli także bliscy współpracownicy Johna Marcusa. Wyjątkiem była jednooka mutantka. Nie zmieniła swego czarnego stroju bo i tak nie miała się stać członkinią wyprawy do Ocean City. Kobieta planowała powrót do miasta w celu odnalezienia Magneto i Karimy Shapandar. Wszyscy podążali w kierunku terenów położonych za obozem, do ruin portu w którym nie było już żadnych statków, a wszystkie budynki obróciły się w ruinę. W miejscu tym kończyło się pole siłowe otaczające kryjówkę wyrzutków ze społeczności Kolektywu, a dalej było już tylko morze odgradzające wyspę od odległego kontynentu. Wielki pojazd transportowy, będący jedynym sposobem na wydostanie się z miasta, unosił się na wodzie w jednym z doków. Jego napęd antygrawitacyjny był włączony, ale pojazd zachowywał niski pułap ze względu na oszczędność energii, jego dolna część zanurzona była w wodzie. Statek powietrzny był wysoki na trzy piętra, a jego prostopadłościenny kształt z opływowym dziobem przynosił na myśl ogromną łódź podwodną. Trzy wejścia na pokład były otwarte i dostawiono do nich drewniane pochylnie, po których mieszkańcy obozu mogli wnosić najbardziej potrzebne rzeczy. Hub teleportowała dużą skrzynię prosto przed jedną z pochylni. Była bardzo zmęczona i musiała zrobić sobie przerwę. Usiadła na chodniku opierając plecy o drewnianą deskę. Patrzyła na przemieszczających się ludzi czując ogromną senność. W tym samym momencie pojawiła się przy niej czarnowłosa dziewczyna, która wcześniej zraniła ją strzałem z ogłuszającego pistoletu.

- Hub? Tak na siebie mówisz? - zapytała. Murzynka spojrzała na nią niechętnie, a po chwili odwróciła od niej głowę.

- Nie powinnaś tak się przemęczać. Byłaś ranna, a moc pistoletu ogłuszającego jest na tyle duża, że powaliłaby nawet reptiloida. - Kobieta zaczęła rozmowę.

- Przyszłaś tutaj chwalić się ze swojego zwycięstwa? Jestem zmęczona i nie mam ochoty ciebie słuchać. - odparła Hub. Czarnowłosa zbliżyła się do niej i kucnęła na tyle blisko, aby znaleźć się obok twarzy dziewczyny.

- Źle mnie zrozumiałaś. Przyszłam tutaj, bo chcę cię przeprosić. Źle was oceniłam, wszyscy was źle oceniliśmy. - oznajmiła.

- Przeprosić? Ostatnio chciałaś mnie zabić. Byłaś na to gotowa o czym świadczy zraniona ręka Callisto.

- Tak, to prawda. Myślałam, że jesteś kimś zupełnie innym. Nie jesteś sobie nawet w stanie wyobrazić co się ze mną stało po tym jak Wybrańcy postanowili zająć to miasto tylko dla siebie. Przez co przechodziłam... złość gromadziła się we mnie przez te wszystkie lata aż w końcu znalazła ujście. Ale w niewłaściwym momencie i do niewłaściwej osoby... i chciałam cię za to przeprosić... jeśli...

- Dobrze. Słyszałam co masz do powiedzenia! Ale teraz lepiej zabierz się za pomoc w przenoszeniu rzeczy z obozu do tego statku! Podobno nie mamy zbyt wiele czasu. Ja też wrócę do pracy jak odpocznę. - Hub powiedziała bardzo chłodno dając dziewczynie wyraźnie do zrozumienia, że nie miała ochoty nawiązywać z nią znajomości. W tym samym czasie Wicked została zatrzymana przez blondynkę z którą wcześniej biła się na środku obozowiska.

- Zatrzymaj się! - krzyknęła blondynka. Mutantka ignorowała jej zaczepki. Przyśpieszyła kroku, aby znaleźć się bliżej procesji ludzi idących do portu. Dziewczyna zatrzymała ją, wytrącając jej z ręki trzymaną paczkę.

- Co ty robisz, do cholery! - Wicked była bardzo niezadowolona.

- Chyba powinnyśmy zakończyć to co zaczęłyśmy! - powiedziała blondynka. Wicked zacisnęła pięści.

- Ty naprawdę jesteś psychiczna! Nie dość, że pomagam wam w tym wszystkim chociaż to mi się cholernie nie podoba, to ty znowu zaczynasz swoje! Przecież wiesz już kim jestem, nie pochodzę z tamtego miasta. Co znowu ci się nie podoba?

- Nie podoba mi się to, że chociaż jesteście tu kilka dni, Marcus traktuje was jak jakieś gwiazdy. Chcę tylko pokazać ci gdzie jest twoje miejsce: w piasku, blisko ziemi. - Blondynka mówiła, a każdy jej gest wyrażał ogromną niechęć do dziewczyny z innej rzeczywistości. Mutantka robiła wszystko, aby nie dać się jej sprowokować. Spokojnie podniosła paczkę z chodnika i ruszyła przed siebie. Kobieta o krótkich włosach znów zastąpiła jej drogę.

- Nie wiem co zrobiłaś Marcusowi, ale mnie nie oszukasz. Nie wiem jeszcze co tutaj robisz, ale to na pewno nic dobrego. Zdemaskuję cię.

- Dziewczyno, ja wcale nie prosiłam się do tego obozu, ani w ogóle do tego świata! Pomagam wam tylko dlatego, że dzięki temu będę mogła wrócić do domu! Trzymaj się ode mnie z daleka i nie prowokuj mnie więcej. Nie mamy czasu na takie pierdoły!

- Jeszcze się zobaczymy. I wtedy nie będę się powstrzymywać. - Blondynka odsunęła się od Wicked wyjmując nóż. Mutantka przywołała do siebie trzy widmowe postacie. Uśmiechnęła się zwycięsko.

- Ja też nie będę się powstrzymywać. - oznajmiła.

Shola Inkosi używał wytwarzane przez swoje ciało potężne wyładowania telekinetyczne, aby burzyć budynki pozostawione przez opuszczających teren rebeliantów. Wszystkie niszczone przez niego obiekty były opuszczone, dlatego chłopak mógł nie tłumić siły swoich uderzeń. Stare obozowisko znikało w bardzo szybkim tempie pozostawiając za sobą tumany pyłu, kurzu i gruzów. Starsza, siwa kobieta, goszcząca młodych mutantów w swym domu patrzyła na dzieło destrukcji ze łzami w oczach. Kiedy Shola przerwał swe działania, aby odpocząć przez chwilę, kobieta podeszła do niego wolnym krokiem.

- Dziękuję za twoją pomoc. - powiedziała.

- Nie mogę patrzeć jak miejsce w którym mieszkałam zamienia się w rumowisko. - dodała po chwili.

- Nie cieszy się pani, że wreszcie będzie pani mogła mieszkać gdzieś, gdzie jest bezpiecznie? - spytał murzyn.

- Cieszę się. Cieszę się głównie ze względu Natalie i innych młodych ludzi, którzy nie pamiętają niczego poza tym brudnym obozowiskiem, gdzie nie mieli prawdziwego dzieciństwa, a zamiast oglądać jasne Słońce w dzień i piękne gwiazdy w nocy, patrzyli na mury tamtej przeklętej metropolii rzucającej na nasze domy wieczny cień. Oni wszyscy są pełni nadziei czekając na spotkanie tego, co czeka na nich za polem siłowym otaczającym miasto, ale ja nie jestem już na tyle młoda by podzielać ich entuzjazm. Tutaj, pośród tych wszystkich śmieci, nie mieliśmy luksusów, ale przynajmniej mieliśmy nasz mały kraj, namiastkę wolności. A miejsce do którego się wybieramy istnieje tylko w opowieściach i snach nas wszystkich.

- Uważa pani, że nie ma Ocean City? Myśli pani, że to tylko legenda?

- Miasto pewnie istnieje... ale mam przeczucie, że jest takie samo jak to za tymi przeklętymi murami.

Kobieta odpowiedziała patrząc na wznoszące się ponad obozem ściany, za którymi leżały fundamenty wielkiej metropolii. Uśmiechnęła się.

- Nie będę cię już dalej zanudzać. Masz jeszcze tyle pracy do zrobienia. Nie słuchaj starej baby i myśl o tym w jaki sposób odnaleźć drogę do swojego domu. Ja muszę zaopiekować się Natalie. Będzie mnie potrzebowała przez ten czas. - oznajmiła udając się w kierunku portu.

Tymczasem Callisto oraz Marcus i towarzysząca mu kobieta rozmawiali ze sobą nieopodal opuszczonego budynku mieszczącego jeszcze dość niedawno kwaterę dowództwa rebeliantów.

- Za kilka godzin wyruszamy. Możesz jeszcze zmienić zdanie i lecieć z nami na poszukiwanie Ocean City. Twoja grupa nie powinna być pozbawiona przywódcy. - zaproponował mężczyzna.

- Nie jest. Shola doskonale nadaje się do tego zadania. Kiedy nie będzie mnie w pobliżu, sam będzie musiał podejmować decyzje nie patrząc na moje przyzwolenie. Muszę wracać na górę. - odpowiedziała mutantka.

- Muszę odnaleźć Magneto i Karimę i razem z nimi wrócić do mojej rzeczywistości. - dodała.

- To twoja decyzja. Pamiętaj o tym, że nie będzie łatwo.

- Nie myślałam, że będzie.

- Callisto, jak będziesz już gotowa do wyprawy to pokażę ci miejsce w którym można przejść przez mur i dostać się do wewnętrznej części miasta, tam gdzie mieszczą się fundamenty wszystkich wież mieszkalnych. Chcę abyś zabrała ze sobą Xiriel. - brodacz przedstawił stojącą obok siebie kobietę o jasnej cerze, niebieskich oczach i włosach zakrytych przez niebieską tkaninę.

- Ona jest z jedną z nielicznych osób znających drogę przez labirynt jakim są fundamenty miasta Wybrańców. Jej pomoc na pewno ci się przyda, a poza tym, kiedy dwie osoby wykonują jakieś zadanie to jest dużo większa szansa, że przynajmniej jedna z nich wykona je do końca.

- Dobrze. Jeśli będzie mogła za mną nadążyć. - odparła jednooka kobieta. Xiriel spojrzała na nią surowym wzrokiem.

- Możemy ścigać się w drodze na górę, jeśli takie jest twoje życzenie. - powiedziała.

- Mam nadzieję, że szybko się ze sobą dogadacie. Obie macie ważne sprawy do załatwienia tam na górze i bez współpracy wasza podróż skończy się bardzo szybko.

- Nie miałam zamiaru nikogo urażać. To moje poczucie humoru. - oznajmiła jednooka.

- Rozumiem korzyści płynące ze współpracy. - odparła blada dziewczyna.

Tymczasem w równoległej rzeczywistości Charles Xavier, Amelia Voght, Book oraz odnaleziona przez nich Carmella Unscione przebywali w szpitalu w którym pracowała ruda kobieta. Profesor czekał w jednym z małych pokojów będącym prawdopodobnie miejscem odpoczynku lekarzy. Był tam całkowicie sam, jednakże wkrótce dołączyła do niego Amelia. Patrzyła na mężczyznę podejrzliwie, ale to on pierwszy zaczął rozmowę.

- Jak ona się czuje? - zapytał.

- Śpi. Zatruła się czymś i to bardzo osłabiło jej organizm. Ale nic jej nie zagraża. To raczej my powinniśmy się bać, kiedy ona odzyska przytomność.

- Dobrze. Możemy zacząć poszukiwania następnych członków twojej drużyny. Zaraz powiadomię Book i razem odnajdziemy Kleinstocków.

- Charles. Nigdzie się nie ruszę dopóki mi czegoś nie wytłumaczysz.

- Tak? - Łysy mężczyzna był zdziwiony zachowaniem jego znajomej.

- To wszystko co się tutaj działo odkąd wróciliśmy z chorą Carmellą... to wszystko jest zbyt dziwne żeby było jedynie zbiegiem okoliczności. Lekarze nie zadawali mi żadnych pytań co do tożsamości Carmelli, wykonywali posłusznie wszystkie moje polecenia... zgodzili się bez chwili zastanowienia na położenie Unscione w sali przeznaczonej dla ważnych ludzi. A teraz to... siedzisz sobie w pokoju dla lekarzy chociaż jesteś tylko gościem i nikt przez kilka godzin nie zapytał dlaczego. Co więcej nikt nie zaglądnął tutaj odkąd się tu pojawiłeś. Co tu się dzieje Charles? - Profesor milczał patrząc się na ścianę okrytą białymi tapetami.

- Zapewniłem potrzebną nam dyskrecję. - odparł po chwili.

- Czy oznacza to, że ty kontrolujesz tych wszystkich ludzi? Tak po prostu? - Xavier znów milczał, nie chcąc odpowiadać na pytania kobiety.

- Charles, powiedz mi chociaż ilu jest pod twoją kontrolą. Proszę.

- Każdy kto wchodzi na to piętro. - Xavier oznajmił bardzo niechętnie, odwracając głowę w kierunku okna.

- Całe piętro? Czy ty sobie zdajesz sprawę co to oznacza? Czy nie zauważasz tego, że zachowujesz się teraz dokładnie tak jak on?

- Czas jest dla nas krytyczny. Nie możemy pozwolić sobie na pomyłkę, jeśli chcemy sprowadzić moich studentów do tej rzeczywistości. To co zrobiłem było najszybszym rozwiązaniem.

- Ale zupełnie nie pasującym do twojej filozofii życiowej! Kontrolować ludzi jak jakieś automaty tylko po to by pomogli ci w spełnieniu celu? Zachowujesz się dokładnie tak jak Magneto.

- Życie moich podopiecznych jest zagrożone. Zrobię wszystko, by im pomóc i sprowadzić ich tutaj.

- On tak samo tłumaczył sobie wszystkie okropności których dokonał.

- Gdy podążyłaś jego ścieżką, jakoś ci to nie przeszkadzało.

- Charles... nie mam teraz ochoty na rozpamiętywanie przeszłości. Nie będę ci przeszkadzać w tym co zamierzasz, ale zanim zrobisz następny krok, przypomnij sobie do czego doprowadziło go takie myślenie i działanie.

- Amelio, bądź gotowa na transport siebie i mnie do miejsca pobytu Kleinstocków, jak tylko razem z Book dowiemy się gdzie przebywają. - Profesor Xavier zakończył rozmowę całkowicie zmieniając temat. Nie miał zamiaru dyskutować aspektu moralnego jego planów z kobietą należącą kiedyś do grupy ludzi fanatycznie oddanych ideologii Magneto.

- Jak chcesz... teraz widzę doskonale dlaczego nie chciałeś mieszać w to swoich X-Men. Oni by cię powstrzymali Charles. Za wszelką cenę. - Kobieta wyszła z pokoju zostawiając mężczyznę samego ze swoimi myślami.

Nastał wieczór, a wraz z nim dobiegały końca wszystkie prace związane z załadunkiem rzeczy należących do mieszkańców obozu na pokład maszyny latającej szykującej się do startu w jednym z doków portu zrujnowanego miasta. Wszyscy młodzi mutanci odpoczywali przy zapalonym ognisku, a wkrótce dołączyła do nich również Callisto. Kobieta wiedziała, że niedługo miała się rozstać ze swoją grupą i nie mogła ich już dalej chronić. Obawiała się o ich przyszłość, ale wiedziała, że nie mogła zabrać ze sobą żadnego z nich. Miasto za murami było zbyt niebezpieczne dla przybyszy z innego świata, chociaż odwiedzenie go było koniecznością.

- Marcus jest już na pokładzie statku. Za chwilę będziecie startować. - powiedziała patrząc na światła lśniące na kadłubie gigantycznej maszyny.

- Na mnie też pora... ona nie może się już doczekać. - dodała wskazując na Xiriel stojącą w pogrążonych w mroku ruinach obozowiska.

- Jesteś pewna, że nie chcesz iść tam z kimś z nas? - spytał Shola.

- Rozmawialiśmy o tym i myślę, że ja mogłabym się tam dostać dużo szybciej. Skoro teleportowałam się z góry na dół, to jaki problem w zrobieniu tego w odwrotnej kolejności? - dodała Hub.

- To zbyt niebezpieczne. Wtedy to było jedyne rozwiązanie, ale teraz nie pozwolę ci ryzykować materializacji w jakieś skale albo budynku.

- Tam na górze jest Magneto i Karima... my też chcemy im pomóc. - powiedział Freakshow.

- Dokładnie. Wszyscy jesteśmy X-Men, prawda? Dlaczego mamy uciekać przed zagrożeniami? Dlaczego mamy pomagać nieznajomym zamiast członkom grupy? - zapytała Wicked.

- Wiem, że wszyscy jesteście na tyle odważni, aby iść ze mną i nie musicie mi tego udowadniać. Ale tam na górze będę potrzebowała działać w ukryciu, a zdolności większości z was nie należą do najcichszych. A poza tym obiecałam Xavierowi was chronić, a nie narażać na śmierć. Na statku będzie z wami setka innych ludzi i jestem pewna, że wasza podróż nie będzie wycieczką! Jestem pewna, że będziecie mogli wykazać się swoim bohaterstwem. A teraz idźcie już, bo odlecą bez was jeśli się nie pośpieszycie!

Przez chwilę mutanci nie odzywali się do siebie, nie mogąc pogodzić się z decyzją ich przywódczyni. W końcu jednak zrozumieli, że nie zmienią jej decyzji.

- Uważaj na siebie. - powiedział Freakshow.

- Sprowadź ich z powrotem. - dodała Hub. Shola i Wicked pożegnali się z Callisto milcząco, jednocześnie udając się w kierunku portu, gdzie odbywały się ostateczne przygotowania do poderwania statku powietrznego z powierzchni morza. Xiriel zbliżyła się do jednookiej kobiety.

- Jesteś już gotowa? - spytała. Callisto nie odpowiadała jej przez chwilę patrząc na oddalających się przyjaciół. W końcu ruszyła w przeciwną stronę.

- Jestem. Pokaż mi gdzie jest to wejście. - odparła chłodno. Obie kobiety udały się w miejsce wskazane przez bladoskórą znajomą Johna Marcusa. Po minięciu ruin obozu i placu na którym był zgromadzony różnorodny złom nie nadający się do zabrania na pokład statku powietrznego, dotarły do metalowej ściany zagrodzonej przez drewniane skrzynie i beczki.

- To tutaj. - powiedziała Xiriel. Po chwili zastanowienia podeszła do jednej z beczek z zamiarem przesunięcia jej w inne miejsce.

- Na co czekasz? Pomóż mi usunąć to wszystko sprzed wejścia! - Dodała po chwili. Czarnowłosa mutantka spełniła jej prośbę i także zabrała się za usuwanie przeszkód stojących przed wejściem do wewnętrznej części miasta. Kiedy kobiety skończyły swoją pracę, przed ich oczami ukazały się stalowe drzwi zamknięte na kłódkę. Xiriel wyjęła z kieszeni klucz pokazując go Callisto.

- Za tymi drzwiami kończy się strefa chroniona przez pole siłowe naszego obozu. Kiedy przejdziemy przez bramę, będziemy zdane tylko i wyłącznie na siebie, bo tam na górze nie znajdzie się nikt, kto mógłby nam pomóc. Mam nadzieję, że wiesz na co się zdecydowałaś. - oznajmiła.

- Nie mam pojęcia. Ale nie mam też wyboru. Tam na górze zostali członkowie mojej drużyny.

- Podziwiam twoją lojalność. Najtrudniejszy będzie dla nas pierwszy etap naszej wędrówki. Za drzwiami znajdują się takie same ruiny jak te w których mieścił się nasz obóz, ale dodatkowo stoją tam fundamenty wielkiego miasta. Nie myślę tutaj o jakiejś prostej konstrukcji z jednym korytarzem i drogą prowadzącą na górę, ale raczej o prawdziwym labiryncie do którego nie istnieją żadne mapy. To miejsce jest mroczne i nieprzyjazne dla każdego kto przez nie podróżuje. Jego architektura sama w sobie zdaje się być stworzoną tylko po to, aby zagubić swego gościa, na zawsze uwięzić go w swoim wnętrzu, sprawić aby nigdy nie odnalazł celu swej wędrówki. Mówię tutaj o drzwiach prowadzących w przepaść, schodach biegnących donikąd i wszechobecnym wietrze szepczącym coś niezrozumiałego i przerażającego zarówno za dnia jak i w nocy.

- Podziemia Nowego Yorku nie były zbyt miłym miejscem. A ja się w nich wychowałam. - odparła Callisto.

- To nie wszystko. Podziemia nie są puste. Są zamieszkane nie tylko przez duchy dawnych rezydentów miasta. Mieszkają tam ludzie zbyt szaleni, aby pozostawać z nami w obozie, ci którzy podążyli tam z własnej woli i ci którzy zostali tam zesłani przez Marcusa za różne zbrodnie. Ale najgorsze jest to, że to miejsce jest śmietnikiem metropolii. Nie mam na myśli zwykłych odpadów, które produkuje wielkie miasto, chociaż miejsca ich utylizacji także tam są i być może będą jedyną drogę na górne piętra, ale raczej żywe odpady. Ofiary nieudanych eksperymentów szaleńców z Instytutu Nauki. Te zdeformowane kreatury są pełne nienawiści do każdego kogo spotykają na swej drodze. - Callisto wysłuchała wypowiedzi kobiety do końca po czym sama się odezwała.

- Xiriel, jeśli tam jest tak potwornie to dlaczego zdecydowałaś się iść ze mną? Nie mogę tego zrozumieć. Ja muszę tam iść, bo tam są moi przyjaciele, ale ty? Twoje miejsce powinno być przy boku rebeliantów. Nie pragnęłaś razem z nimi ruszyć na poszukiwania Ocean City?

- Nie jestem jedną z nich. Byłam tam tylko dlatego, że Marcus się mną zaopiekował. Tak naprawdę należę do tych co mieszkają tam, na górze...

- To dlaczego twierdzisz, że nie znajdziemy tam nikogo kto mógłby nam pomóc? - Callisto zdziwiła się odpowiedzią kobiety. Xiriel zdjęła z głowy chustę odsłaniając swe długie, białe włosy i spiczaste uszy.

- Urodziłam się jak jedna z Wybranych, ale nie jestem już wśród nich mile widziana. Tam na górze wyznaczono nagrodę za moją głowę. Tak najprawdopodobniej się stało. On jest do tego zdolny. Pomimo tego muszę wrócić na górę, bo podobnie jak ty mam tam kogoś na kim mi zależy i z kim chciałabym załatwić pewną bardzo starą sprawę.

- Dobrze. W takim razie musimy tam iść. - Callisto oznajmiła przeczuwając, że obecność Xiriel mogła na nią sprowadzić dodatkowe kłopoty.

W tym samym czasie, wielki statek powietrzny ugościł na swym pokładzie wszystkich rebeliantów, a także grupę młodych mutantów z innego świata. Jego silniki były gotowe do pracy, a napęd antygrawitacyjny unosił go znacznie wyżej niż do tej pory, tak wysoko, że żadna z jego powierzchni nie dotykała wody z zatoki. John Marcus siedział na fotelu w centrum dowodzenia okrętu, a jego najbliżsi pracownicy sprawdzali gotowość wszystkich pokładowych komputerów. Mężczyzna zwrócił się do jednej z kobiet siedzących za panelem sterowniczym.

- Czy mamy możliwość połączenia się z systemem głośników w całym statku? - spytał.

- Nie ma pewności czy ze wszystkimi, ale mamy dostęp do większości pokładów. - odparła dziewczyna.

- Dobrze. Mam do przekazania ważną wiadomość.

- Proszę mówić. Komunikacja została otwarta. - odpowiedziała kobieta. Marcus zastanawiał się krótką chwilę po czym zaczął swą przemowę.

- Przyjaciele. Dzisiaj zaczyna się dla nas nowy dzień, dzień na który czekaliśmy od wielu lat, dzień w którego nadejście wielu z nas nie wierzyło. Dzisiaj opuszczamy przeklęte miejsce w jakim przyszło nam żyć i wyruszamy na poszukiwania naszej Ziemi Obiecanej. Dzisiaj rozpoczynamy naszą podróż do Ocean City, miejsca w którym każdy z nas będzie mógł żyć w spokoju, nie obawiając się, że żołnierze Kolektywu wtargną do naszych domów w najmniej spodziewanym momencie. Nasza podróż będzie trudna, pełna zagrożeń, bo ludzie z miasta nad nami mogą zechcieć nas zniszczyć, tylko po to aby dostać Natalie. Musimy spodziewać się, że już w pierwszym etapie naszej wędrówki zostaniemy zaatakowani. Nie powinniśmy się obawiać, bo mamy ze sobą niezwykłych przyjaciół o zdolnościach równych tym dysponowanym przez wybrańców. Pamiętajmy o tym, żeby wspomóc ich w godzinie największej potrzeby. Życzę wam wszystkim szczęśliwego dotarcia do Ocean City i proszę, aby Natalie była dla was najważniejsza. Musicie chronić ją za wszelką cenę, bo tylko ona jest zdolna do starcia ze złem, które zniszczyło naszą planetę.

Wszyscy rebelianci słuchali swego przywódcy z mniejszą lub większą uwagą, również członkowie grupy Excalibur, zgromadzeni w jednym z pomieszczeń, a także mała Natalie przebywająca pod opieką Mary. Każdy z nich wiązał nadzieję z miejscem do którego miał trafić po podróży, a jednocześnie obawiał się tego co czekało poza polem siłowym chroniącym miasto. Wielka maszyna uniosła się jeszcze wyżej niż dotychczas, a następnie ruszyła w kierunku morza. Pole siłowe chroniące ją miało częstotliwość idealnie pasującą do pola otaczającego zatokę, dlatego maszyna bez problemu przeszła przez nie jakby było zwykłą mgłą unoszącą się nad opuszczonym portem.

W tym samym czasie Kanzar przebywający w swym gabinecie został zaalarmowany przez jednego ze swoich ludzi.

- Lordzie Kanzar! Jeden ze statków bojowych opuścił granice miasta w okolicach starego portu.

- Czy były przewidywane jakieś manewry? - spytał zdziwiony mężczyzna.

- Nie. Nic mi o tym nie wiadomo. - odparł żołnierz.

- Czy sprawdziliście sygnaturę energetyczną maszyny?

- Nie.

- No to na co czekacie?!

Zdenerwowany żołnierz przez chwilę milczał po czym oznajmił:

- Wprowadziliśmy dane do węzła komputerów. Zaraz otrzymamy odpowiedź.

Po niewielkim czasie oczekiwania na wyniki mężczyzna odezwał się przejętym głosem.

- Mamy dane maszyny. Ale to niemożliwe... to numer pojazdu, który straciliśmy podczas wojny z rebeliantami. Jak to...

Kanzar wyłączył połączenie z żołnierzem. Wstał z fotela, jednocześnie podchodząc do okna.

- Przecież to oczywiste ty idioto. - pomyślał.

- Rebelianci. - powiedział na głos po czym wrócił do biurka. Uruchomił kilka połączeń wideo.

- Oddział 12. Odkryto działalność rebeliantów w obrębie miasta. Powtarzam, odkryto działalność rebeliantów w obrębie miasta. Dokładne informacje o ich pozycji znajdują się w węźle komputerowym we wiadomości o nieautoryzowanym uruchomieniu statku bojowego poza barierą miasta. Oddział AS-2, Odkryto działalność rebeliantów w obrębie miasta. Szczegóły w komunikacie dla Oddziału 12.

W tym samym czasie w jednym z wielkich białych wieżowców, rozległ się alarm, a z głośników dobiegły słowa komunikatu wydanego przez Lorda Kanzara. Żołnierze ubrani w szare mundury zostali oderwani od codziennych zajęć i zmuszeni do stawienia się do hangaru gdzie czekały na nich ich pojazdy. Wielka przestrzeń zajęta była przez skutery, smukłe samoloty o lśniącej powierzchni i kilka większych statków transportowych. Wkrótce wszystkie pojazdy opuściły wieżę niczym rój metalowych owadów. W innym miejscu z głośników rozległ się skrzypiący dźwięk. Rzesze insektoidów nasłuchiwały go z uwagą, aby chwilę później bardzo szybko udać się w głąb swego gniazda. Jeden za drugim wchodziły do wnętrz swych zielonych, organicznych pojazdów transportowych, a ich dowódcy wydawali rozkazy językiem pełnym zgrzytów i trzasków.

Kanzar uruchomił ostatnie połączenie, tym razem prywatne, nie należące do wojskowej linii.

- Almea, rebelianci opuszczają miasto. Skontaktuj się z zaufanymi ludźmi z okolic krańca miasta i wyślij im w koordynaty, które ci prześlę. Musicie złapać tamtą dziewczynkę żywą. I bądźcie ostrożni bo może tam być więcej obcych obdarzonych zdolnościami. - powiedział przerywając połączenie ze znajomą kobietą.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.