Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

Slasher

Wróżby i przepowiednie

Autor:O. G. Readmore
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Horror, Komedia, Kryminał, Parodia
Uwagi:Przemoc
Dodany:2017-02-02 08:00:19
Aktualizowany:2017-01-30 17:03:19


Poprzedni rozdział

Mimo traumatycznych przeżyć jakich doświadczyła zeszłego wieczoru, Marysia nie mogła liczyć na taryfę ulgową u profesor Jędrus.

- Dziwię ci się - stwierdziła matematyczka. - Siedzisz w szkole do późna, rzekomo odrabiasz lekcje i ich nie masz.

- Morderca musiał je zabrać - jęknęła rozpaczliwie.

- Morderca! - zakpiła nauczycielka. - A jaki z niego morderca? Zabił cię? Nie, bo jesteś tu dziś z nami. Co najwyżej możemy nazwać go złodziejem zeszytu od matematyki - po czym dodała: - Siostry Kubińskie jak zwykle nieprzygotowane.

Marysią aż coś zatrzęsło w środku. Znowu siostry! Nie miała jednak siły kłócić się z wstrętnym babskiem od matematyki. Po chwili doznała lekkiego pocieszenia, bo okazało się, że Zuzia miała odrobioną pracę.

- A pan Ostrowski, dlaczego się nie pojawił? - zaciekawiła się nauczycielka.

Leszek znał powód nieobecności kolegi z ławki, która wiązała się bezpośrednio z Adą. Dziewczyna nie pojawiła się w szkole drugi dzień, a Paweł uparł się, porozmawiać z nią o nawiedzonym domu, a z racji, że się nie pojawiała, postanowił odwiedzić ją osobiście.

- Czyżby bał się dzisiejszej niezapowiedzianej kartkówki z wielomianów?

- Jakiej kartkówki?! - przeraził się Szczepan.

Po klasie przeszedł dziki szmer wertowanych na szybko zeszytów.

- U... - ucieszyła się Jędrusowa. - Ktoś się nie przygotował! Posypią się jedyneczki!

I się posypały.


Nie trafił od razu. Osiedle składało się z parterowych domków jednorodzinnych, które jak na złość nie różniły się niczym. Dodatkowo, numeracja domów rządziła się własnymi prawami. Ulica Prusa osiem, dwanaście i pięć stały ogok siebie. Numery jeden, cztery, dziewięć do jedenaście przecinały się z ulicą Orzeszkowej. O mało kołowacizny nie dostał, gdy trafił pod właściwy adres. Ada wieszała pranie na linkach przed swoim domem. Zauważyła go z daleka. Szybko rozwiesiła resztę ubrań i wyszła mu na powitanie.

- Cześć, co tu robisz? - nie wyglądała na zaskoczoną, ale też ton jej pytania nie sugerował zbytniej gościnności.

- Przyszedłem cię odwiedzić - odpowiedział. - Dlaczego nie było cię w szkole?

Ada wzruszyła ramionami.

- Miałam kilka spraw do załatwienia.

- Słyszałaś o Marysi Kubińskiej?

Przytaknęła.

- Nazwali go Kapturnikiem, bo chodzi w długim, zimowym płaszczu, na głowę ma narzucony kaptur, twarz ukrywa pod białą maską, a za pasem nosi siekierę - scharakteryzowała mordercę. - Może to głupi żart, a może jest to ta sama osoba, która zabiła Julię, nie wiadomo. W każdym razie całe Lipki o nim gadają.

- Widziałem tego faceta w piątek.

- Gdzie? W nawiedzonym domu? Mówiłeś o tym policji? - ożywiła się.

- Nie, widziałem go po powrocie do domu z komendy - pozwolił sobie na szczerość. - Skracał sobie drogę przez nasze podwórze.

- Czyli to nie żart - mruknęła. - Kapturnik zabił Julię, a potem próbował zabić Marię.

- Policji nic nie powiedziałem, bo nie miałem pewności, a teraz nie widzę sensu - kontynuował. - Tobie mówię o tym pierwszej i ostatniej.

- Dzięki za zaufanie - i podjęła nowy temat. - Jak myślisz, dlaczego jej nie zabił?

- Bo mu uciekła.

- Tak, tylko teraz wszyscy wiedzą, że morderca pałęta się po Lipkach w dość oryginalnym stroju. Wychodzi mi na to, że on chciał, aby wszyscy o nim wiedzieli.

Paweł milczał. Proste pytanie, dlaczego? Mógł pozbywać się kolejnych osób niezauważalnie, a teraz? Każdy na widok faceta w kapturze będzie wiał, gdzie pieprz rośnie. Wolał pozostać przy teorii o nieudolnej próbie morderstwa niż zaplanowanym pokazie.

- Kim jest morderca?

- Nie wiem - odpowiedział z rozbrajającą szczerością. - Z Lechem ustaliliśmy, że to żadne z naszej siódemki - dodał z mniejszą szczerością. Nie chciał mówić wprost, że w ich rozważaniach Ada wysuwała się na prowadzenie. - Nikt nie wyrobiłby się czasowo z zabójstwem, ukryciem ciała i ponownym powrotem do nawiedzonego domu.

- Jeżeli mówimy o jednej sztuce to masz rację - odpowiedziała. - A co jeżeli Kapturnik ma wspólnika? W ten sposób mógłby łatwo manipulować czasem i pojawiać się raz jako oprawca, a raz jako świadek.

Paweł nic nie mówił, przyglądał się Adriannie. Była śliczna. Chłopcy za szkolną piękność uważali chłodną Zuzię, a czasem elegancką Natalię, ale zapominali o niej. Nadal dziewczęca, a jednak kobieca na swój sposób. Była drobna, miała okrągłą buzię, ciemne oczy i gęste, kasztanowe włosy. Nos malutki, usta szerokie, malinowe. Sylwetkę zwyczajną.

Musi mieć ładny uśmiech - pomyślał, uświadamiając sobie, że nigdy nie widział, uśmiechającej się Ady. Zawsze była poważna. Zapragnął rozśmieszyć ją.

- A... A ty tak poważnie z tą magią? Wierzysz w czary? - podjął niezręcznie nowy wątek.

- Wróżka przepowiedziała mi, że w tym roku poznam miłość swojego życia.

- I się sprawdziło?

- Jeszcze nie, ale jeśli w Lipkach grasuje morderca to obawiam się, że ta przepowiedziana miłość może faktycznie okazać się tą trwającą do końca życia - westchnęła, po czym niespodziewanie ożywiła się. - Wróżka nam pomoże!

- Bez urazy, ale nie wierzę w takie bzdety.

- Nie oto mi chodziło - machnęła ręką. - Ta wróżka to szalona Martynka.

- Zaraz... - zmarszczył brwi. - Ta, która kiedyś uciekała przed facetem z siekierą?

- Ta sama.

Postanowili iść tam od razu.

Postać Martynki stała się żywą legendą w Lipkach. Swoim atakiem spazmów postawiła na nogi całe miasteczko, przez łzy i wrzaski wymogła zawezwanie policji i poszukiwania zboczeńca, który chciał ją pochlastać siekierą. Trzy dni szukano maniaka z niebezpiecznym narzędziem. I nic! Martynka zaczęła popadać na nerwach i przy okazji stała się obiektem kpin całej społeczności. Dzisiaj pracowała jako telefoniczna wróżka i doradca duchowy.


Burski wraz ze swoim zastępcą patrolowali okolicę, gdy natknęli się na żwawo idących szosą nastolatków. Komendant zwolnił, od razu rozpoznał w nich młodzież z nawiedzonego domu, Adrianna Lenart i Paweł Ostrowski. Zaciekawił się, dokąd idą w czasie, w którym powinni być w szkole? Zatrzymał samochód przed nimi i z serdecznym, chociaż nieco wymuszonym uśmiechem zagaił:

- Już jesteście po lekcjach?

Możliwe, że dostrzegli grymas udający uśmiech i od razu się zaniepokoili. Burski był urodzonym ponurakiem i nawet szczera serdeczność miała ton złości albo ponuractwa.

- Tak - wysyczał przez zęby Paweł.

- Ja nie byłam dzisiaj w szkole - odparła z premedytacją Ada. - W zeszłym tygodniu znalazłam ciało koleżanki i teraz mam prawo do otrząśnięcia się z tych traumatycznych przeżyć.

- Dokąd idziecie?

- Do wróżki.

- Uważamy, że może ona pomóc... - Paweł w ostatniej chwili ugryzł się w język. Wiedza policji o ich prywatnym dochodzeniu nie byłaby mu na rękę, a poza tym stworzyłaby komplikacje, a tego nie potrzebował: - Słyszał pan, że ona też kiedyś uciekła przed szaleńcem z siekierą?

Burski już dobrze wiedział, o kogo chodzi. Nie odpowiedział zirytowany samą myślą o Martynce.

- Panie komendancie, ja mam pomysł! - zawył Tomek. - Porozmawiajmy z wróżką! Możliwe, że kapturnik i zbrodniarz to ta sama osoba.

- Z tym, że Martynka wymyśliła sobie tamtego faceta.

- Ale narzędzie zbrodni się zgadza - bronił swego.

- To, że nasz morderca i jej wyimaginowany wariat, posługują się siekierą jest zwykłym zbiegiem okoliczności! - odparł rozzłoszczony komendant.

Tomek mimo skończonych dwudziestu sześciu lat zaczął się zachowywać jak przedszkolak. On chce do wróżki! Nie, potem nie! Teraz! Muszą jechać razem z Adą i Pawłem!

Burski opanował złość. Wpakował nastolatków na tył radiowozu i zawiózł pod dom szalonej Martynki. Nie wierzył w faceta z siekierą, który zaatakował Martynkę, nie wierzył w argumenty swojego zastępcy, nie wierzył w umiejętności wróżki, powoli przestawał wierzyć, że jako komendant ma cokolwiek do powiedzenia. Ostatnią rzeczą jakiej zawierzał była wrodzona intuicja, która niczym szósty zmysł podsuwała mu właściwe rozwiązania. Gdyby tylko udało mu się zapanować nad wszystkim, co dzieje się wokoło.


Martynka nie zmieniła adresu zamieszkania. Dwadzieścia lat dla działki okazało się łaskawe i prawie się nie zmieniła. Jedynie ogródek wokół budynku zarósł i przypominał nieco ten z nawiedzonego domu. Od śmierci rodziców Martynka prowadziła gospodarstwo domowe w pojedynkę. Dzieci nie posiadała, męża, w jednej sztuce, ale szybko rozwiedli się.

Burski zatrzymał samochód pod upiornym domem, który wywoływał u niego nieprzyjemne wspomnienia. Pierwsza do drzwi podbiegła Ada.

- Pani Martyno! - zawołała. - To ja, Ada, pamięta mnie pani?

Z domu wyłoniła się kobieta z papierosem. Spojrzała na dziewczynę, potem Pawła, a na końcu na policjantów, z których jeden strasznie ociągał się z wyjściem z auta.

- Chcemy zapytać... - zaczęła.

I wtedy zrobiło się dziwnie. Martynka zaczęła mruczeć w jakimś transie.

- Chcesz zapytać, czy ów młodzieniec, którego przyprowadziłaś jest miłością twojego życia? - wymamrotała. - Nie, nie jest!

- Chcemy spytać o Kapturnika - wtrącił Tomek.

- Czy człowiek, który panią zaatakował dwadzieścia lat temu i Kapturnik to ta sama osoba? - wyrwał się Paweł.

Martynka zaprosiła ich do środka. Przeszli do niewielkiego saloniku i tam rozgościli się na kanapie. Na ponowione pytanie, Martynka wzdrygnęła się, bo w pierwszej kolejności przypominała sobie o pokrzywach, w które wtedy wleciała. W końcu niechętnie odrzekła:

- Każdy z nas ucieka przed potworem. Nawet sam potwór, ale czas ucieczki kończy się, a rozwiązanie zagadki jest przed waszymi nosami.

- Mówiłem, że to strata czasu - mruknął potępiająco Burski.

- Wyjawię ci sekret - wyszeptała konspiracyjnie.

- Słucham.

Wszyscy byli ciekawi sekretu, poza samym Burskim, który okazywał wyłącznie irytację.

- Widzę martwych ludzi.

- W snach? - spytał podekscytowany Tomek.

- Nie, na jawie! - ryknęła nieserdecznie. - Andrzej Burski umarł dla mnie dwadzieścia lat temu, a dzisiaj wstał z grobu, żeby mnie odwiedzić!

Ada, Paweł i Tomek wyglądali na zdezorientowanych. O czym ona mówi?

- A ty dalej o tym! - rozjuszył się komendant.

- Jak dalej? Umówiłeś się ze mną na randkę i koniec końców komary mnie pogryzły i facet z siekierą gonił. Wystawiłeś mnie!

- Nigdzie się z tobą nie umawiałem! Coś sobie ubzdurałaś, wariatko!

Cham! Najpierw olać dziewczynę, a potem przychodzić do jej domu wszczynać awantury! Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że szósty zmysł Andrzeja i brak piątej klepki u Martynki stoją do siebie w zażartej opozycji.

Wróżka zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu jakiegoś nietłukącego się (tłukącego jednak szkoda) przedmiotu, aby móc nim zdzielić policjanta w łeb.

- Wiedziałem, że przyjście tutaj było jedną wielką pomyłką! - krzyknął, kierując się do wyjścia.

Martynka poleciała do kuchni po patelnię. W stanie ogólnego rozzłoszczenia śwignęła przedmiotem tuż nad głową Burskiego. Andrzej uchylił się i tym razem nie odrywając wzroku od wściekłej baby wyszedł na zewnątrz. Martynka zaczęła ciskać kolejnymi garnkami przywleczonymi z kuchni. Tomek skoczył za kanapę. Ada i Paweł spojrzeli po sobie. Bez słów zrozumieli, że należy zwijać się z tej imprezy. Pod domem Martynki wymienili spostrzeżenia, a na koniec pożegnali się.

- Będziesz jutro w szkole? - spytał Ostrowski. - Możliwe, że Leszek czegoś się dowie i byłabyś na bieżąco.

- Może...

- To do jutra, cześć - zawołał, odchodząc.

Ada skinęła głową i ruszyła w swoją stronę.


Leszek Matuszewicz nie mógł uskarżać się na brak towarzystwa. Pod nieobecność Pawła doczepił się do niego Konrad. I "doczepił się" nie było określeniem nad wyrost. Ten dosłownie chodził za nim jak cień.

- Jedno morderstwo to kryminał, ale facet w masce z siekierą to slasher - powtarzał rozemocjonowany.

Leszek przyglądał mu się z dozą podejrzliwości. Konrad wydawał się być wniebowzięty perspektywą istnienia seryjnego mordercy dybiącego na życie uczniów. Sprawa była poważna, sam nie miał zamiaru jej lekceważyć, ale skoro Brzęcki traktował sytuację jak zabawę, proszę bardzo.

- Domyślasz się, kim jest Kapturnik? - spytał w nadziei, że ten jako zagorzały fan horrorów ma już gotową odpowiedź.

- Piękno slashera polega na tym, że mordercą może być każdy - zaczął rozważać. - Osiłek, mądrala, zołza, chłopak z sąsiedztwa albo wredna nauczycielka. Wzór jest prosty, przeżyje tylko główny bohater.

- Nonsens. To nie jest film, ziomek, nie ma scenariusza... - nie dokończył zaczynając wątpić we własne założenia.

Konrad mógł mieć w pewnej części rację. Morderca był szajbusem, a więc możliwe, że miał plan i jakąś kolejność dokonywania zbrodni. Najpierw Julia, potem Marysia. Obie zostały po lekcjach, aby przygotować imprezę szkolną. Czyżby zobaczyły coś, czego nie powinny i dlatego wybrał je na ofiary? Był jeszcze woźny. Wrócił myślami do Konrada i spytał:

- Kto jest głównym bohaterem tego filmu?

- Oczywiście, że Paweł, bo to typ spoko kolesia z sąsiedztwa, ale z drugiej strony jest facetem, a to w slasherach jest jak wyrok śmierci. Obstawiam, że przeżyje Ada - oświadczył, wybierając spośród siódemki będącej tamtego dnia w nawiedzonym domu.

- A my?

- Kumpel głównego bohatera umiera w połowie filmu, a neurotyczne dziwadło mojego pokroju jest drugie lub trzecie na liście ofiar. Mam nadzieję, że chociaż Szczepana przeżyję - dodał zmartwiony.

Zeszli do szkolnej piwnicy. Za ostatnimi szatniami znajdował się niewielki składzik, w którym przesiadywał woźny. Moment przed dotarciem do niego Leszek zwolnił kroku. Dopiero teraz uświadomił sobie, że nie wie, o co ma pytać. Zacząć z marszu? Bez owijania w bawełnę? Czy może rozpocząć dyplomatycznie, od pogody i samopoczucia?

Zapukał i wszedł. Tuż za nim do kantorka wślizgnął się Konrad. Trafili akurat na jego przerwę śniadaniową. Siedział na niskim krzesełku, jadł kanapki i popijał je kawą.

- Dzień dobry - zaczął wesoło Leszek.

Trzeba było mu oddać, że potrafił rozpoczynać rozmowę z ogromną ilością niewymuszonej serdeczności, która zjednywała sobie większość rozmówców. Większość, bo zdarzały się także okazy specjalne jak na przykład wiecznie nabzdyczony woźny.

- Smacznego, nie chcemy przeszkadzać...

- Czego? - spytał z zapchaną gębą, jednocześnie odkładając śniadanie.

Konrad był bliski paniki. W jednej chwili ugruntowało się w nim przekonanie, że Kapturnikiem jest woźny. Zaraz wyciągnie skądś siekierę i pomorduje ich nim przerwa dobiegnie końca. Spłoszony przysunął się bliżej drzwi i starał się przysłuchiwać rozmowie.

- Rozmawiali z panem policjanci?

- No, a co?

- Bo z nami też.

- A... - uśmiechnął się. - To wy jesteście tymi szczęściarzami, którzy znaleźli tamtą pannicę?

- My - potwierdził Leszek nie tracąc pewności siebie. - Chcemy zapytać, czy...

- Czy widział pan morderstwo Julii Kołacz? - z gardła Konrada wyrwał się piskliwy, niekontrolowany odgłos, po którym już zupełnie zamilkł.

- Nie - odparł niegrzecznie.

- A o co pytała pana policja?

- Nie wasza sprawa.

I jak tu z takim gadać? - pomyślał, podejmując ostatnią próbę dialogu:

- Nie nasza, ale jesteśmy ciekawi, bo jednak się wplątaliśmy - brnął dalej: - Może widział pan coś niezwykłego tamtego dnia?

Woźny nic nie widział i nic nie słyszał. W piątek w ogóle ogłuchł, oślepł i zdurniał do tego poziomu, że Kapturnik mógł się przechadzać przed jego nosem, a i tak by go nie dostrzegł. Rozmowa stanęła na niczym.


Był taki punkt, w którym mógł się wycofać. Z bastować, udać, że to głupi i niesmaczny żart, zapomnieć, ale wtedy tego nie zrobił. Był zbyt zawzięty, rozgoryczony, wściekły. Potem przyszły refleksje. Czy powinienem się w to mieszać? Powiedzieć policji? Wtedy tego nie zrobił, a potem wydarzyła się sprawa z Julią Kołacz, pojawił się Kapturnik i wszystko wokoło zwariowało.

- Zgoda, wchodzę w to - oznajmił z pełnym przekonaniem Adrian.

Leszek, Paweł i Konrad przez moment wpatrywali się w niego, jakby oczekując dalszych wyjaśnień. Zrozumiał i dodał niezbyt chętnie:

- Nie pytajcie mnie o powód, bo wy także go nie macie.

- Mamy - odparł nieco kąśliwie Leszek. - Bawimy się w detektywów dla hecy, a ty?

- Dla takiej samej hecy.

- Dlaczego ci nie ufam, ziomek? - zaśmiał się w odpowiedzi.

- Masz jakiś trop? - spytał chytrze Paweł. - Też mi się nie chce wierzyć, że po prostu zmieniłeś zdanie.

Chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, po czym odparł bardzo ostrożnie:

- W dniu, w którym doszło do ataku na Marysię, widziałem Kapturnika. On naprawdę istnieje i czuję, że dopiero rozpoczął.

Zamilkł.

- A powiesz nam, gdzie byłeś w tej niby wypożyczalni? - spytał zachęcająco Konrad.

- Nie, bo to nie wasz interes. W czasie morderstwa byłem u Natalii. Kapturnikiem nie jestem i tyle wam wystarczy wiedzieć - odparł gniewnie.

Konrad nieco się wzdrygnął.

- Być może - zmienił ton na delikatniejszy - za kilka dni dowiem się i wtedy pogadamy, teraz muszę już iść - zaczął się zbierać do wyjścia. - A, byłbym zapomniał, w przyszły piątek Natalia organizuje osiemnastkę, zapraszam was.

- A to nie kłopot? - strapił się Paweł.

- Nie, dlaczego?

- No, bo ona chyba niespecjalnie za nami przepada - wydukał Konrad. - Zwłaszcza po tej całej aferze z trupem w nawiedzonym domu.

- Dodatkowi goście to jednak kłopot - przerwał mu Paweł.

- E tam - machnął ręką, prawie zapominając w jakiej sprawie przyszedł. - Znając ją, zaprosiła połowę szkoły, także trzy osoby więcej nie zrobią żadnej różnicy.


Kapturnik przechadzał się ciemnymi korytarzami szkoły i tylko od czasu do czasu nieco znudzony stukał trzonkiem siekiery o ścianę. Wchodząc do głównego holu nieco przyśpieszył, przeszedł na lewe skrzydło budynku i schodami skierował się do piwnicy. Woźny kończył sprzątać szatnie, gdy zauważył zmierzającego ku sobie Kapturnika. Nie wydawał się ani zaskoczony, ani przestraszony.

- A, to ty! - zawołał, nie kryjąc radości.

Kapturnik zatrzymał się. Najwidoczniej zgłupiał przez tak serdeczne przywitanie.

- Nieźle sobie poczynasz - mówił dalej woźny nie przerywając pracy. - Byłem wielkim fanem twoich wcześniejszych zbrodni.

Morderca najwyraźniej zaintrygowany oparł się o ścianę, gotowy wysłuchać wywodu ciecia.

- Te zaginięcia ludzi przed dwiema dekadami to twoja sprawka, czy może jesteś jego następcą? Musisz bardziej uważać. Twój mistrz ukrywał ciała w taki sposób, że do dzisiaj ich nie znaleziono.

Kapturnik trochę się rozdrażnił. Mistrz? Dobre sobie! Nikomu nieznany kretyn, któremu nie przypisano żadnej śmierci. Każda z tych dziesięciu osób została uznana za zaginioną z adnotacją w policyjnych dokumentach o możliwości utonięcia na bagnach. Kapturnik miał napisać nową legendę.

- Bądź ostrożniejszy, naśladowco - poradził mu woźny.

To było już chamskie. Jak byle konserwator powierzchni płaskich może udzielać mu porad? Nazywać go naśladowcą? Tego było za wiele! Kapturnik ścisnął trzonek siekiery w dłoniach i zamachnął się. Ostrze uderzyło woźnego w kark. Mężczyzna bezgłośnie upadł na ziemię.

Poprzedni rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.