Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Pełzająca Śmierć - recenzja książki

Autor:Grisznak
Redakcja:IKa
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2017-07-13 13:41:08
Aktualizowany:2017-07-13 13:48:08



Ilustracja do artykułu



Tytuł: Pełzająca Śmierć

Autor: Tomasz MordumX Siwiec

ISBN: 978-83-947-463-1-7

Gatunek: horror

Format: 175 x 110 mm

Liczba stron: 138

Wydawnictwo: Phantom Books







Pamiętam, jak ucieszyła mnie wiadomość o powstaniu wydawnictwa Phantom Books. Miało ono wydawać horrory klasy B, nawiązujące w poetyce do twórczości prezentowanej przez niezwykle popularne na początku lat 90 wydawnictwo Phantom Press. Niestety, pierwsza pozycja w jego ofercie, Nienasycony Łukasza Radeckiego, pozostawiła mnie z mocno mieszanymi uczuciami, o czym pisałem w recenzji. Postanowiłem wtedy, że dam wydawcy jeszcze jedną szansę, a jeśli i druga śliwka okaże się robaczywa, wtedy podziękuję. I choć Pełzająca śmierć, następny tytuł Phantom Books, okazała bez dwóch zdań robaczywa (w tematyce) to jednak spodobała mi się o wiele bardziej niż poprzednik.

Tym razem dostajemy powieść z gatunku „animal horror”, czyli maksymalnie już wyeksploatowanej konwencji zwierząt zagrażających ludziom. We wstępie autor przyznaje, że ma świadomość, iż tu nie da się właściwie powiedzieć nic nowego. Co więcej, dedykuje swoją książkę Guyowi N. Smithowi, jednemu z najpopularniejszych w Polsce początku lat 90 pisarzy grozy, wskazując na jego Odrazę (która opowiadała o zmutowanych robakach atakujących ludzi). Takie podejście sprawia, że być może oczekiwania czytelnika nieco zmaleją lub też na odwrót, w zależności od podejścia. Mnie, fana twórczości Smitha et consortes, to akurat ucieszyło i natchnęło nadzieją. Jak się okazało, słusznie.

Akcja Pełzającej śmierci toczy się w Suchej Beskidzkiej, małym i wymierającym miasteczku na południu Polski. Jego mieszkańcy w większości wyprowadzili się, pozostali właściwie tylko ci, którzy zostać musieli - ludzie starsi, rozbitkowie życiowi lub nieliczni, którzy mają tu jeszcze coś konkretnego do roboty. Co ciekawe, autor nie umieścił w książce formułki o tym, że „wszelkie podobieństwa są przypadkowe”, miasteczko, w którym toczy się akcja, istnieje naprawdę, zaś wzmianka we wstępie sugeruje celową wręcz zemstę literacką. Położona w oddaleniu od cywilizacji Sucha Beskidzka jawi się tu jak klasyczny relikt PRLu. Ale takie miejsce staje się zarazem doskonałym do różnej maści ciemnych interesów. Tak właśnie rozumują ludzie, którzy pozbywają się nielegalnych odpadów, pompując je po prostu nocami do grobów na miejscowym cmentarzu. Proceder kwitnie, jednak w pewnym momencie chemikalia zaczynają oddziaływać na żyjące w cmentarnej glebie robaki. Mutacja sprawia, że żywiące się do tej pory padliną ścierwojady wychodzą na powierzchnię, żądne bardziej świeżego mięsa.

Żaden ze mnie biolog, a więc nie będę nawet podejmował prób analizy treści książki pod tym kątem. Zresztą, sądzę, że byłoby z założenia karkołomne zadanie, jak w przypadku większości animal horrorów, bazujących zwykle na mocno absurdalnych pomysłach (na tle takich rzeczy jak Sharktopus ta książka może początkowo jawić się jako coś wręcz realistycznego...). Tu liczy się bowiem fabuła, nie jej uzasadnienie. Początkowo mamy więc pojedyncze i niemal niezauważalne przypadki zgonów, przeplatane naturalistycznymi scenami z życia mieszkańców miasteczka, a eskalacja grozy następuje stopniowo, by w końcu uderzyć mocniej. Wezwani przez miejscowego proboszcza fachowcy od pozbywania się robaków zauważają, że coś jest nie tak, ale kiedy przybywają na miejsce, zagrożenie staje się o wiele większe, a gra idzie nie o proste pozbycie się paru przerośniętych robaków, ale o przeżycie.

Czytało mi się Pełzającą śmierć naprawdę dobrze. Autor we wstępie już zauważył, że książka ta nie rości sobie pretensji do bycia oryginalną czy szczególnie wyrafinowaną. I owszem, taka właśnie jest. To rasowy horror klasy B (czy może nawet C), z dużą ilością makabry, przerysowaniem pewnych motywów, a także z nieźle zbudowanym nastrojem degeneracji i zgnilizny. To ostatnie umożliwiło przekonujące wykreowanie atmosfery upadającego miasteczka w południowej Polsce, jednego z tych, których w tamtych stronach zapewne nie brakuje. Jeden z moich znajomych, mieszkający w tamtych okolicach, co jakiś czas raczy mnie opisami życia na południu ściany wschodniej i przyznam, nieźle się to uzupełnia z tym, co tu czytałem.

W odróżnieniu od poprzednio wydanego przez Phantom Books Nienasyconego, tym razem dostaliśmy książkę prostszą, ale znacznie bardziej „mięsną”. Autor hojnie epatuje nas mocnymi, drastycznymi opisami oraz bulwersującymi zapewne niektórych nawet scenami. Tak, dokładnie tego po takich pozycjach oczekuję. Co więcej, autor miał jakiś pomysł - co widać zwłaszcza w finale, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. A i owszem, właściwie w przypadku takich książek ciężko mówić o zaskoczeniach, niemniej podejrzewam, że wielu czytelników końcówka Pełzającej śmierci wprawi w nader przyjemną konfuzję. Ciekawie by było, gdyby powstał ciąg dalszy.

Mniejszy nacisk autor położył na kreacje bohaterów, czyniąc ich bardziej postaciami epizodycznymi. Nikt z obsady nie występuje przez cały czas fabuły, większość dostaje stosunkowo niewiele miejsca, a zaledwie dwie - trzy pojawiają się ciut dłużej. Ma to swoją logikę - przy takim układzie nie wiemy nigdy, kto za chwilę zginie, a kto nie. W większości horrorów bowiem mamy głównego bohatera i jego bliższe czy dalsze otoczenie. O ile w tym otoczeniu trup zwykle się ściele gęsto, tak główny bohater powinien do samego końca żyć. Brak tego rozwiązania sprawia, że los postaci staje się bardziej niepewny. Natomiast zarzutem sensu stricte, jaki mogę uczynić tej książce, jest jej długość, a w zasadzie krótkość. Zasadnicza powieść, czyli tytułowa Pełzająca śmierć to zaledwie 75 stron. Zdecydowanie za mało. Można zrozumieć, że autor bał się zapewne przegadania i zanudzenia czytelników powtarzalnością, ale uważam, że nic by się nie stało, gdyby historia ta okazała się o połowę dłuższa. Był tu potencjał i mam wrażenie, że jednak został nieco zaprzepaszczony. W rezultacie drugą połowę książki musiały wypełnić pojedyncze opowiadania, odmienne od Pełzającej śmierci tak w treści jak i w tematyce.

Skóra to historyjka rodziny, w której ojciec z problemami alkoholowymi doprowadza do tragedii. Bliższe to dramatowi niż horrorowi, przynajmniej w moim odczuciu, ciut rozciągnięte, acz finał ratuje wszystko. Lepszy jest już Odlew, mocno bluźnierczy w treści, poruszający temat fantazji erotycznych u osób przesadnie religijnych. Rozumiesz, skarbeńku? kojarzy się ze Skórą - podobna tematyka, podobny problem i w sumie nawet miejscami podobne prowadzenie fabuły. Zdecydowanie, nie moje klimaty. Tylko przez chwilę to ciut mocniejszy tekst, potrafiący „złapać” czytelnika i chyba w sumie najlepszy z tych opowiadań. Ale dopiero finałowa Misja to faktycznie rasowy, brutalny, wręcz drastyczny horror o mocno kontrowersyjnej tematyce. Swoją drogą, nasuwa mi się pewna refleksja - horrory zwykle lubią epatować erotyką. Autor od czasu do czasu po nią też sięga, ale, co nie każdemu musi się spodobać, koncentruje się na relacjach homoseksualnych między mężczyznami. Może to też jakaś forma szokowania czytelnika?

Podsumowując, druga pozycja wydana przez Phantom Books nie do końca może rozwiała wszystkie moje wątpliwości, ale sprawiła, że uległy one jednak redukcji. To kawał zacnej grozy, którą znamy i lubimy. Nie próbuje ona udawać czegoś, czym nie jest, nie sili się na ambicje, ale daje dokładnie to, czego od niej oczekujemy. Zaledwie zaś kilka dni temu wydawca ogłosił, że jedną z jego kolejnych książek będzie horror autorstwa samego Guya N. Smitha, króla taniego horroru z początku lat 90. Może i to bezwstydne jechanie na nostalgii, ale cóż poradzić, łapię się na to całkowicie.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.