Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Księżycowe blizny - recenzja książki

Autor:moshi_moshi
Redakcja:Avellana
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2017-07-18 23:11:48
Aktualizowany:2017-07-18 23:11:48



Ilustracja do artykułu



Tytuł: Księżycowe blizny

Autor: Katarzyna Clio Gucewicz

Opracowanie graficzne: Krzysztof Wosiński

Ilustracje w książce: Katarzyna Wasylak

Format: 15 cm x 21 cm

Liczba stron: 384

Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2017

Wydawca: Kirin

ISBN: 978-83-62945-62-7

Cena okładkowa: 39,90 zł





Opis z tyłu książki sugeruje, że jest ona poświęcona dziecięcym latom Date Masamune, czyli jednego z najsłynniejszych daimyō okresu Azuchi-Momoyama. Ale to tylko częściowo prawda, bo chociaż fabuła kręci się właśnie wokół pięcioletniego Bontenmaru (dziecięce imię Masamune), poznajemy go oczami innego wybitnego wojownika tamtych czasów, Katakury Kojūrō. A właściwie Katakury Kagetsuny, bo takiego imienia używał przed uroczystością genpuku, podczas której młodzieniec stawał się dorosłym wojownikiem, co wiązało się ze zmianą imienia i otrzymaniem samurajskich mieczy. Nie wybiegajmy jednak zanadto w przyszłość.

Opowieść rozpoczyna się w chwili, kiedy piętnastoletni Kagetsuna przybywa do świątyni Ungan-ji, gdzie ma pobierać nauki u mistrza Kosaia. Los chce, że w tym samym czasie i w tym samym celu, przebywa tam pierworodny syn przywódcy klanu Date, Bontenmaru. Jest to dziecko śliczne i wyjątkowe, o czym ma okazję przekonać się Kagetsuna już podczas pierwszego spotkania. Małomówny, ale niezwykle bystry chłopiec od razu zwraca uwagę Katakury, którego przyciąga do Bontenmaru jakaś tajemnicza siła. Następca Date Terumune wydaje się urodzonym przywódcą, już w wieku pięciu lat jest ucieleśnieniem idealnego księcia - pilnie się uczy i zawsze potrafi dostosować się do sytuacji, a do tego okazuje się bacznym obserwatorem, potrafiącym wyciągać właściwe wnioski. Podczas formalnych spotkań nie można mu nic zarzucić. Tyle że obdarzony nadzwyczajną intuicją i równie doskonałym zmysłem obserwacji Kagetsuna dostrzega także to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. A mianowicie małego, zagubionego chłopczyka, przygniecionego olbrzymią odpowiedzialnością i spragnionego odrobiny matczynej miłości i uwagi, na które nie może liczyć. Zresztą Kagetsunę także dręczą różnego rodzaju wątpliwości - mimo piętnastu wiosen na karku, nadal nie przeszedł genpuku, a więc formalnie pozostaje dzieckiem, nie wie również, jaką drogą podążyć. Decyzji nie ułatwia mu fakt, że należy do osób rozkładających wszystko na czynniki pierwsze, przez co często nadinterpretuje różne rzeczy. W tym przypadku decyzja właściwie zostaje podjęta za niego i w rezultacie zostaje najbliższą Bontenmaru osobą. Jednak opieka nad księciem wiąże się z ogromną odpowiedzialnością, która nie raz i nie dwa zaciąży Katakurze, choć sprawi również, że odnajdzie swoje powołanie.

Wspomniałam już, że opis z tyłu książki jest nieco mylący, nie inaczej ma się kwestia okładki, na której widzimy dorosłego już Date Masamune w jego słynnym hełmie z półksiężycem, w otoczeniu płomieni. Po pierwsze czytelnik nie ma okazji „spotkać” zasłużonego już dla rodu Masamune, a po drugie fabuła nie obfituje w sceny walki czy jakiekolwiek bitwy, a nawet pożary. Można natomiast traktować płomienie jako metaforę trudów, jakie muszą pokonać bohaterowie, zanim staną się nierozłącznymi towarzyszami. Księżycowe blizny to fabularyzowana biografia, niebędąca jednak dziełem naukowym. Literacka fikcja miesza się tu z historycznymi faktami, ale miesza się w sposób przemyślany i interesujący. Katrzyna Clio Gucewicz z pietyzmem kreśli obraz Japonii pod panowaniem słabych Ashikagów, w której poszczególne księstewka zawierają i zrywają sojusze, tocząc ze sobą krwawe wojny. Jest to jednak tylko tło dla opowieści o dwóch chłopcach, między którymi rodzi się specyficzna więź, mająca trwać całe ich życie. Co więcej, ta więź będzie mieć także niemały wpływ na losy Kraju Kwitnącej Wiśni. Kolejne rozdziały wypełniają sceny z życia codziennego bohaterów, które w szesnastym wieku było dalekie od spokojnego, zwłaszcza jeżeli należało się do arystokracji lub pochodziło z samurajskiej rodziny. Ale oprócz politycznych zawirowań, zdarzały się też rzeczy, na które nawet sam cesarz czy szogun nie mieli wpływu, chociażby takie jak zarazy. Autorka bardzo zgrabnie łączy te doniosłe, ważne czy przerażające wydarzenia z sielskimi obrazkami wspólnych zabaw i rozmów. Urzekł mnie rozdział, w którym Kagetsuna i Bontenmaru odwiedzają dom tego pierwszego, gdzie spędzają czas wspólnie z Katakurą seniorem, z daleka od wielkiego świata, za to bawiąc się, jak na chłopców przystało. Równie duże wrażenie zrobiła na mnie część poświęcona epidemii ospy, zupełnie odmienna nastrojem, pesymistyczna, melancholijna i pełna grozy, a przy tym bardzo realistycznie nakreślona.

Prawdę mówiąc, spodziewałam się, że Księżycowe blizny będą utrzymane w klimacie Po słowiczej podłodze, czyli dostanę powieść przygodową z historią w tle. Tymczasem książce bliżej do powieści obyczajowej, w której historia okazuje się pełnoprawnym bohaterem i to bynajmniej nie jest zarzut. Tym bardziej, że wspomniane „obrazki z epoki” czyta się znakomicie, a małoletni bohaterowie z miejsca zyskują sympatię czytelnika. Pełen wewnętrznych dylematów i mający problemy z pewnością siebie Kagetsuna jest rozczulający, a i myśl, że malutki Date Masamune mógł być tak rozkosznym dzieckiem po prostu rozbraja człowieka. Warto przy tym zaznaczyć, że bohaterowie nie zostali wycięci z papieru i nie sprawiają wrażenia destylatu autorskich marzeń i wyobrażeń. Ich sposób bycia nie wynika tylko z charakterów czy otoczenia, ale także z obowiązków, jakie ciążą na nich z powodu takiego, a nie innego pochodzenia. Tak naprawdę gdybym miała się do czegoś przyczepić, to byłoby to uwielbienie Katarzyny Gucewicz dla opisywanych czasów i ogólnie kultury samurajskiej, a przynajmniej tak to dla mnie wyglądało. Charakter opowieści sprawia, że zupełnie zbędna okazała się obecność antagonisty, ale mam wrażenie, że autorka odrobinę przesadziła z krystalicznością bohaterów. O ile ma to sens w przypadku Kagetsuny i Bontenmaru, tak trochę zgrzytali mi ci wszyscy szlachetni samuraje, poniekąd składający się tylko z kodeksu honorowego. W sensie, to nie byli ludzie, ale chodzące ideały wojownika - ożywione piękne posągi. Owszem, wspomina się w książce, że zdarzają się również samurajowie, dla których kodeks honorowy to tylko pretekst do okazywania własnej wyższości i zyskiwania korzyści, ale żadnego bohatera tego rodzaju tu nie uświadczymy. Tak naprawdę jedyną moralnie dwuznaczną postacią jest matka Bontenmaru, księżniczka Yoshihime. Cóż, być może to tylko dysonans spowodowany faktem, że wszystkie wydarzenia i ludzi widzimy oczami Katakury, czyli młodzieńca podchodzącego do życia idealistycznie i marzącego o zostaniu samurajem. Mimo to trochę żałuję, że autorka nie zdecydowała się na zrobienie kilku rys na gładkiej powierzchni osobowości występujących w opowieści wojowników. Tym bardziej, że pomijając protagonistów, to właśnie te niejednoznaczne postaci (Yoshihime i Andō Chikasue) okazały się najciekawsze.

Katarzyna Clio Gucewicz w posłowiu przyznaje, że pisanie Księżycowych blizn było rodzajem terapii mającej jej pomóc w walce z własnymi problemami. Cóż, mam nadzieję, że będzie ona kontynuować przygodę z pisarstwem, ponieważ ma talent, który zdecydowanie warto rozwijać. Nie mam zamiaru bezmyślnie „słodzić” autorce - uczciwie przyznaję, że pierwsze strony nie nastrajały mnie zbyt optymistycznie, ponieważ początkowe przemyślenia Kagetsuny przetykane opisami czytało się trochę trudno. Nie przeszkadzała mi niewielka stylizacja języka, ale czuć było, że te ładnie dobrane słowa nie układają się w płynną całość. Zdania nie kleiły się tak, jak powinny. Na szczęście im dalej tym lepiej, tak jakby autorka potrzebowała trochę czasu, żeby się rozkręcić. Początek jest odrobinę nieporadny językowo, sztywny, ale opisy i dialogi szybko nabierają rumieńców, stają się melodyjne i rytmiczne. Duży plus należy się za prostotę - Katarzyna Gucewicz nie kombinuje, nie próbuje naśladować szesnastowiecznego języka, ale też nie wkłada w usta bohaterów wyrażeń używanych współcześnie. Dzięki temu całość nie jest zmanierowana i dziwaczna, za to bez problemu trafia do czytelnika, nawet nieobeznanego z kulturą japońską. A skoro przy niej jesteśmy - w publikacji zdecydowano się zachować niektóre cechy języka japońskiego, takie jak kolejność imion i nazwisk oraz honoryfikatory. Jakkolwiek jestem fanką „tłumaczeń totalnych”, szybko przyzwyczaiłam się do wspomnianych rzeczy, tym bardziej że w powieści historycznej wydawały się zupełnie na miejscu. Nieco gorzej wspominam samogłoski z makronem, bo chociaż wiem jak je czytać, nie przepadam za takim zapisem (w recenzji używam ich tylko dlatego, że tak właśnie wyglądały w książce). Oczywiście autorka lojalnie uprzedza czytelników w przedmowie o zastosowanych terminach oraz zapisie, wyjaśnia także, jak takie samogłoski czytać, oraz poświęca kilka zdań kwestiom chronologicznym. Kończąc temat językowy, chciałabym zwrócić uwagę na kilka drobiazgów - po pierwsze, autorka nieco nadużywa szyku przestawnego i ma skłonność do powtórzeń. Część z nich jest zasadna, ale wiele można by bez szkody dla tekstu usunąć. Po drugie, trafiło się kilka literówek i nieodmienionych wyrazów japońskiego pochodzenia (sensei), jednak na szczęście były to sporadyczne przypadki.

Technicznie wydanie prezentuje się dobrze - okładka jest miękka, pokryta matowym lakierem z błyszczącymi elementami. Książkę wydrukowano na szarym, ale dobrym jakościowo papierze. Nie mam żadnych zastrzeżeń do druku, wyraźnego i nasyconego, cieszą mnie też szerokie marginesy. Tak naprawdę zgrzytało mi tylko klejenie, tak mocne, że trzeba porządnie rozchylić tom, żeby wygodnie przeczytać tekst znajdujący się po wewnętrznej stronie. Podejrzewam, że również z powodu klejenia okładka natychmiast po wyjęciu z koperty zaczęła się odwijać do góry. A skoro przy niej jesteśmy, wróćmy na chwilę do niezbyt trafionej ilustracji i ogólnie jej projektu - niby kompozycyjnie jest w porządku, chociaż dałoby się i chyba warto było trochę pobawić się nie tylko czcionką, ale i całym układem literniczym. Pomijam fakt, że okładka ma niewiele wspólnego z treścią, podstawowy problem z nią jest taki, że po prostu wygląda dosyć tandetnie i nieszczególnie zachęca do sięgnięcia po publikację. Co innego ilustracje wewnątrz książki, te są cudne i naprawdę żałuję, że nie wydrukowano ich na papierze kredowym w kolorze! Jeszcze bardziej żałuję, że wydawnictwo Kirin nie zdecydowało się na umieszczenie jeszcze jednej pracy Katarzyny Wasylak (autorki między innymi Materii Dziwactwa) na okładce. Na pewno wyróżniałaby się w morzu innych, stworzonych ze zdjęć, i przyciągała wzrok mocnym konturem, piękną kompozycją i nieco geometryczną kreską. Ale żeby nie było, że tylko się pastwię - bardzo przypadł mi do gustu pomysł z herbem Date umieszczonym na początku każdego rozdziału.

Księżycowe blizny pozytywnie mnie zaskoczyły, zarówno pod względem fabularnym, jak i językowym. Sam pomysł na historię jest na tyle nietuzinkowy i wyróżniający się, że warto poświęcić książce uwagę. Widać, że autorka przemyślała i zaplanowała wszystkie wydarzenia, dzięki temu opowieść ma odpowiedni rytm i nie wydaje się przegadana czy nudna, nawet jeżeli nie uświadczymy tu pojedynków ani wielkich bitw. Doceniam wspaniale i realistycznie nakreślone ramy, nadające całości autentyzmu, a także sympatycznych bohaterów, będących zwyczajnymi ludźmi mimo wielkich nazwisk. Ale chyba największą zaletą recenzowanej publikacji jest jej przystępność i fakt, że może zainteresować zarówno osoby zafascynowane historią Japonii, jak i kompletnych laików. Księżycowe blizny to udana wariacja na temat i po prostu kawał całkiem solidnej, dobrze napisanej rozrywki. To przede wszystkim literatura, a nie coś, co literaturę udaje.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.