Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Love My Enemy

Złoty Interes

Autor:Donia
Serie:W.I.T.C.H.
Gatunki:Komedia, Kryminał, Romans
Uwagi:Utwór niedokończony
Dodany:2018-02-12 21:23:01
Aktualizowany:2018-02-12 21:23:01


Poprzedni rozdział

Opowiadanie zostało opublikowane również na fanfiction.net.


Parę minut później obie Strażniczki przeniosły się na Ziemię do ciemnego pomieszczenia i… GRUCH! Potknęły się, powpadały na siebie, robiąc przy tym straszny hałas. Po chwili zapaliło się światło. Okazało się, że Will i Hay Lin wylądowały w kuchni „Srebrnego Smoka" i przewróciły postawione na podłodze skrzynki z żywnością, a te zgodnie z efektem domina zrobiły to samo ze stertą garnków. Towarzyszący temu harmider obudziłby zaklętego w skałę olbrzyma stojącego na straży Meridianu. W świetle lampy zobaczyły zdumioną twarz ubranej jak zwykle w ciemnozielony szlafrok Yan Lin (albo Miry).

- Dziewczęta! Co wy tu robicie?! Nic wam nie jest?! - zawołała była Strażniczka rzucając się do swojej wnuczki i jej przyjaciółki.

- Nie… nic. - odparła Will, która ciągle jeszcze była śpiąca. Ale ta niespodziewana wpadka podziałała na nią jak kubeł zimnej wody. - Wybacz, Hay Lin, coś mi się pomieszało, chyba jeszcze nie do końca się obudziłam… Chciałam zabrać nas do piwnicy, ale wylądowałyśmy w kuchni… Przepraszam, Pani Lin…

- Nic, nie szkodzi, to dobrze, że nie przeniosłyście się od razu do piwnicy, bo zostałaby z was miazga… Ale widzę, że ty wnusiu, chyba rozbiłaś sobie nosek, jest cały czerwony… Dlaczego nie było was tak długo, martwiłyśmy się o was z Yan Lin… i resztą. Dobrze, że rodzice pojechali na wycieczkę.

Acha, czyli to musi być Mira, pomyślały jednocześnie obie Strażniczki z nowego pokolenia.

- Ten nosek to nic takiego. - zaczęła pośpiesznie opowiadać Hay Lin. - To długa historia, zasnęłam na schodach i… - nagle ją olśniło i zaczęła mówić takim tonem jakby dostrzegła poszlakę w czasie śledztwa. - Zaraz, zaraz, co to znaczy: „dobrze, że nie przeniosłyście się od razu do piwnicy, bo zostałaby z was "miazga"?! Coś się wydarzyło kiedy nas nie było?!

Bliźniaczka jej babci zrobiła niepewną minę. Już miała odpowiedzieć kiedy do kuchni weszła identycznie ubrana Yan Lin. Pośpiesznie przemówiła lekko zniecierpliwionym głosem:

- Och, Mira gdzie one są, wszyscy już zaczynają się niecier… - urwała, bo jej wzrok padł na Will i Hay Lin. Natychmiast zmieniła ton głosu na bardziej niewinny. - O, już jesteście. Jak dobrze, czekaliśmy na was…

- Stop! - przerwała jej Will. - Zapytam jeszcze raz: Czy pod naszą nieobecność, wydarzyło się coś o czym my nie wiemy?!

Obie identyczne eksstrażniczki spojrzały na siebie z lekko kwaśnymi minami. Po chwili namysłu powiedziały jednocześnie:

- Zapytajcie lepiej naszego „meriadiańskiego biznesmana"!

Obie W.I.T.C.H. spojrzały na siebie z takimi minami jakby ktoś właśnie dał im do rozwiązania wyjątkowo trudną zagadkę. W głębi duszy domyślały się o kogo chodzi. Tylko jeden znany im Meridiańczyk mógł zostać nazwany biznesmanem (poza Jeekiem, ale on aktualnie siedział w więzieniu). Ale co on miał z tym wszystkim wspólnego?! Chyba panie Lin nie pozwoliły mu zawalić całej piwnicy śmieciami do tego stopnia, że gdyby ktoś tam wszedł zostałby zasypany odpadową lawiną i zmienił się w miazgę. Niemożliwe, przecież wtedy nie mówiłyby o tym tak spokojnie

Jednak dziewczyny nie dostały szansy na zastanowienie się nad tym, bo w tym momencie drzwi kuchenne ponownie się otworzyły i… obu W.I.T.C.H. opadły przysłowiowe szczęki. Do najważniejszego pomieszczenia w restauracji wszedł… Blunk, ale wcale nie wyglądał jak znany wszystkim zielony półmetrowy stworek! Zamiast tradycyjnego pomarańczowo-białego wdzianka ubrany był w kilka warstw najróżniejszych pobrudzonych i podniszczonych fatałaszków, nie tylko z różnych pór roku ale nawet epok. Miał na sobie fragmenty zbroi jakie nosili Meridiańczycy, parę fartuchów kuchennych, kilka krawatów, kurtek z podwiniętymi rękawami, bokserek, parę kostiumów kąpielowych, a także wystający spod tego wszystkiego skurczony smoking. Na rękach passlinga znajdowały się najróżniejsze uszkodzone pierścionki i bransoletki (mi. jedna cała obklejona zieloną i różową plasteliną). Jego pomarszczoną szyję zdobiły (poza Zębem Tonga) porysowane, popękane wisiorki i paciorki. Na nogach tkwiło kilkanaście różnokolorowych skarpet (każda inna, ani jednej pary) a do tego stare trampki Matta (jak zauważyła Will), poprzewlekane makaronem sojowym wyrzuconym z restauracji 3 tygodnie temu (jak zauważyła Hay Lin). Ale nawet dziwaczny wygląd kończyn passlinga nie mógł się równać z tym, co Blunk miał na głowie: podziurawionym przez mole moherowym beretem z przypiętymi setkami znaczków-przypinek (w tym jedną z Vance'm Michaele'm Justinem). Na domiar złego Przechodzący przykleił sobie sztuczne, rude wąsy oraz czarną bródkę i nałożył na prawe oko pęknięty binokl ze złotym łańcuszkiem. Gdyby nie fakt, że Blunk tradycyjnie pachniał niczym świński chlewik lub nie sprzątana od roku szatnia piłkarska, to Will i Hay Lin w ogóle by go nie poznały. Teraz obie Strażniczki doznały lekkiego szoku. Przywódczyni W.I.T.C.H. pomyślała, że jeszcze dobrze się nie obudziła i śni, więc uszczypnęła się w rękę. Nie podziałało. Nadal stał przed nią Blunk wystrojony jak choinka świąteczna na wystawie Ciucholandu. Natomiast Hay Lin po dłuższej chwili uśmiechnęła się i swoim jak zwykle radosnym głosem powiedziała:

- No, no widzę, że zacząłeś interesować się modą! Brawo!

- O! Blunk cieszy się, że w końcu ktoś docenił jego nowy wizerunek! - ucieszył się passling. - Blunk biznesman, musi wyglądać trendy…

- Kto powiedział, że to… …to coś wygląda MODNIE?! - rozległ się wściekły głos i do kuchni weszła Cornelia z oczami przewiązanymi zieloną apaszką. Za nią wkroczyły Irma i Taranee.

- Will! Hay Lin! Jak to dobrze, że jesteście! - powitała je Irma. - Całe szczęście. Wszystko stoi na głowie, piwnica pęka w szwach, Blunk wygląda jak wieszak na ubrania, Corny boi się otworzyć oczy, klienci domagają się zwrotu zapłaty, a Napoleon…

- STOP! - przerwała jej zbita z tropu Will. Teraz nie wiedziała już czy śni, czy to dzieje się na jawie, ale bez względu na wszystko, jako przywódczyni grupy postanowiła dowiedzieć się w końcu co tu jest grane. Wzięła głęboki oddech i powoli powiedziała:

- Po 1: Co się stało z piwnicą?

Po 2: Czemu Blunk wygląda jak straszydło z odzieżowego sklepu?

Po 3: Dlaczego Cornelia zawiązała sobie oczy?

Po 4: Jacy znowu klienci?

Po 5: Co ma z tym wszystkim wspólnego Napoleon?

Irma, Taranee, Blunk, Yan Lin i Mira spojrzeli na siebie lekko zakłopotani. Po chwili zaczęli wszystko tłumaczyć dość niepewnym tonem.

- Widzicie… - zaczęła Taranee. - Na pierwsze i na czwarte od razu możemy wam odpowiedzieć… Wieści o tym, że Hay Lin i Cornelia idą dowiedzieć się czegoś w sprawie tego romansu… Szybko się rozeszły… Wiemy, że tylko kilka osób miało usłyszeć jak zdajecie raporty, ale jakoś tak wyszło… Że przyszło trochę więcej osób. Nie chcieliśmy ich wpuszczać do restauracji, więc wszyscy czekają w piwnicy.

- Jeżeli chodzi o to, że Blunk jest obwieszony niczym choinka w baraku stróża wysypiska śmieci… - zaczęła Irma, po czym urwała i po chwili namysłu dodała: - To dlatego, że on dzisiaj wygrał główną nagrodę na „Loterii Śmietnikowej" zorganizowanej przez okoliczne szczury!

- Phi! Bardzo Irma śmieszna, bardzo! - fuknął lekko urażony passling. - Blunk jest tak dobrze ubrany, bo Blunk właśnie zrobił interes życia!

- Czyli co? - mruknęła pod nosem Will. - Podpisałeś kontrakt i wszedłeś w posiadanie dwóch hektarów ziemi skażonej toksycznymi, radioaktywnymi odpadami?

- Lepiej! Blunk uznał, że skoro nasza zakochana para cieszy się taką popularnością, to na pewno wiele osób chciałoby usłyszeć raporty Strażniczek, więc czemu by na tym nie zarobić? I jak rodziców Hay Lin nie ma w domu, to można by tu zaprosić więcej ludzi. Blunk razem z Calebem zrobili zaproszenia i posprzedawali je w zamian za cenne skarby! Teraz Blunk biznesman, a Caleb jego pomocnik! - powiedział passling z taką dumą, jakby chwalił się, że on i Caleb razem kupili platformy wiertnicze za wyjątkowo niską cenę.

Dziewczęta uważnie słuchały, ale Will nie wiedziała czy się złościć (przecież wszystko miało odbyć się po kryjomu, to miało być kameralne spotkanie, a tymczasem wiedziała już o tym cała galaktyka…), czy cieszyć (nie trzeba będzie potem powtarzać każdemu z osobna tego, co usłyszą). Hay Lin natomiast miała wielką ochotę pogratulować przyjaciołom, że zrobili złoty interes ze zwykłej rozmowy na temat zakochanej pary.

- Dalej może ja powiem. - odezwała się Cornelia. - Pytasz dlaczego mam zawiązane oczy? Powód jest prosty! Nie będę podnosiła powieki nawet na milimetr póki to Uosobienie Bezguścia w Miniaturze będzie w pobliżu! Jeszcze oślepnę! A co do piątego pytania, to Napoleon nic nie zmajstrował, po prostu też tu przyszedł posłuchać naszych raportów, prawda dziewczyny? Czy jest coś, o czym ja nie wiem?

- W zasadzie to jest… - bąknęła pod nosem zakłopotana Irma. - Widzisz, Napoleon nie miał czym zapłacić za wstęp, bo trzeba było kupić oddzielny bilet na wysłuchanie twojego raportu Corny, a osobny na wysłuchanie raportu Hay Lin i… Twojego kotka nie było stać na obydwie relacje. Za pierwszy oddał swój seledynowy kłębek wełny, a za drugi… twoją szmaragdową bransoletkę!

Cornelia podskoczyła jak oparzona i jednym szybkim ruchem zdarła sobie apaszkę z twarzy, po czym rzuciła się na Blunka i złapała go za jeden z krawatów.

- Gdzie moja szmaragdowa bransoletka!? Gadaj, bo jak nie, to ci…

- T-t-tu-t-taj! N-niech się Co-co-rnelia pows-strzyma! B-Blunk z-za-ła-ładny b-by g-go ni-niszczy-czyć! - wybąkał przerażony passling wyciągając w jej stronę dłoń z biżuterią.

Strażniczka Ziemi chwyciła go za rękę i pośpiesznie zaczęła przyglądać się bransoletkom, dopóki nie zauważyła swojej.

- Aha… To o tą bransoletkę chodziło? Tą oblepioną plasteliną, to możesz sobie wziąć, miałam ją wyrzucić, nie używam jej odkąd Lilian tak ją zabrudziła. Ufffff… Ale się przestraszyłam, już myślałam, że chodzi o inną, pamiątkę z Paryża…

- A czy Cornelia mogłaby być tak miła i puścić Blunka? Blunk prosi… - wyrzucił z siebie z trudem passling.

W tym momencie Corny zorientowała się, że właśnie DOTYKA tego obrzydliwego, brudnego, śmierdzącego krawatu, dyndającego na obleśnej szyi króla bezguścia. Ale to nic w porównaniu do kontaktu jej szlachetnej dłoni z plugawą kończyną stwora! Na dodatek patrzy na znajdujące się przed nią najgorsze połączenie kolorów, fasonów i stylów, jakie Strażniczka Ziemi kiedykolwiek widziała! Z jej gardła wydobył się zduszony wrzask. W jednej chwili puściła to podziurawione przez mole paskudztwo oraz łapę właściciela i rzuciła się do zlewu. Odkręciła kran, wycisnęła mydło w płynie i zaczęła pieczołowicie myć rękę aż do łokcia, jakby się bała, że jej uschnie.

Reszta towarzystwa wybuchnęła śmiechem widząc minę czwartej W.I.T.C.H., która w tym momencie wyglądała i zachowywała się jak skropiony święconą wodą wampir. Nawet Will poprawił się humor. W końcu kiedy Strażniczka Ziemi pozbyła się wszystkich mikrobów ze swojej rączki (wraz ze sporą częścią naskórka), nasi bohaterowie postanowili udać się wreszcie do piwnicy, by posłuchać raportów Corneli i Hay Lin.

***

Kiedy Hay Lin mówiła, że powtórzy to „całemu wszechświatowi" miała na myśli: Will, Irmę, Taranee, Cornelię, Matta, Caleba, Blunka i obie babcie. Niestety okazało się, że wywołała wilka z lasu, bo naprawdę ona i Corny będą zdawać swoje raporty przed „całym wszechświatem"! Już przy wejściu do piwnicy na dziewczyny czekał Caleb z taką miną, jakby ktoś zmusił go do założenia balowej sukienki i zagrania głównej roli w przedstawieniu o „Kopciuszku". Na szyi miał zawieszoną tabliczkę zrobioną z tektury z czarnym napisem „OHLONA". Hay Lin i Will żeby wejść musiały pokazać mu powycinane z tektury kartoniki z napisami „PSZEPUZDKI", które dostały od Blunka. Po wejściu do piwnicy obie Strażniczki omal nie zemdlały, kiedy zobaczyły ile osób przyszło wysłuchać ich raportów. Pojawiła się chyba połowa Meridianu (może nie dosłownie, bo połowa wszystkich mieszkańców tej planety nie zmieściłaby się w 10 takich piwnicach). Mówiąc dokładniej pojawili się prawie wszyscy przyjaciele W.I.T.C.H. z Meridianu od Aldarna po panią Galgheite Rudolph, wszyscy mieszkańcy Heatherfield, którzy wiedzieli o istnieniu magii i innych światów, dokładnie 4/5 ludności Kondrakaru i parę osób, które Strażniczki pierwszy raz widziały na oczy. Już na wstępie przywitał je jakiś mierzący półtora metra fioletowo-różowy krzak o bardzo pompatycznym głosie (zapewne posłaniec królowej Ironwood z Zamballi). Hay Lin przyglądając się temu całemu towarzystwu zaczęła się zastanawiać, ile właściwie osób zmieściło się razem w tej piwniczce. Chciała ich policzyć, ale szybko się poddała, ponieważ wszyscy byli ściśnięci niczym sardynki w puszce, a na dodatek przynajmniej pięć osób było „wepchniętych" w Sandpita i ducha Cassidy (oni jako jedyni nie posiadali materialnej struktury ciała). Strażniczka Powietrza uznała, że łatwiej będzie jej policzyć kogo nie ma, gdyż nie dostrzegła paru znajomych twarzy. Hay Lin zaczęła więc przeszukiwać wzrokiem tłum sprawdzając kogo brakuje i zastanawiając się, dlaczego właściwie dana osoba nie przyszła na spotkanie. Wśród Meridiańczyków nie dostrzegła min. Gargoyle'a (któremu na pewno powtórzy wszystko Sandpit), ale to nic dziwnego, że nie przyszedł, bo nie zmieściłby się w piwnicy. Nie pojawili się też ojcowie Caleba i Aldarna - Julian i Aketon (im opowiedzą wszystko synowie, a w ten sposób obu rodzinom uda się zaoszczędzić na biletach), ani Elias (który ostatnio był bardzo zajęty, gdyż malował na zamówienie portret pary, o której mieli dyskutować). Z Rady Kondrakaru brakowało jedynie Luby (nie zostawiłaby Auramere bez opieki na tak długi czas). Trudno, będzie musiała usłyszeć wszystko z ust Halinor czy Wyroczni. Z Zamballi nie pojawił się nikt poza wspomnianym wcześniej posłańcem (całe szczęście, dopiero byłby bałagan, gdyby tu przyszedł cały fioletowy las!). Jeżeli chodzi o Ziemian to pojawili się wszyscy „wtajemniczeni" mieszkańcy Heatherfield, poza matką Cassidy, której tego typu sprawy raczej nie interesowały. Kiedy Hay Lin skończyła liczyć pomyślała jak to dobrze, że wieści o romansie nie dotarły jeszcze do Aridii, bo nie daj Boże gdyby przyszłyby tu ogromne, ruchome skały, zniszczyłyby przy okazji pół restauracji.

W piwnicy brakowało miejsca do tego stopnia, że jedynym skrawkiem wolnej przestrzeni były prowadzące do niej schody. Cała piątka W.I.T.C.H. musiała się na nich zmieścić razem z Blunkiem, Calebem i obiema starszymi paniami Lin. Nie było to wcale takie łatwe jak się wydawało, gdyż za każdym razem gdy jedna osoba się przesuwała, druga wpadała na trzecią, potykała się, zderzała z kimś, albo wkładała rękę do brzuszka Cassidy. Kiedy wreszcie udało im się wygodnie usadowić, Blunk poprawił sobie binokl, wyjął z kieszeni tłuczek do mięsa ze złamaną do połowy rączką i zastukał nim w poręcz. Zapadła cisza. Przechodzący odchrząknął i zaczął mówić takim tonem, że Strażniczkom skojarzył się z... (Co za horror! W czasie wakacji!) z dyrektorką Knickerbocker! Tylko, w przeciwieństwie do niej, nie rapował kiedy mówił do wszystkich.

- Dobry wieczór! Dyrektor Blunk wita was wszystkich na pierwszym w historii wspólnym spotkaniu zorganizowanym w celu…

- Do rzeczy Blunk! - warknął przez zaciśnięte zęby zniecierpliwiony i zdenerwowany Caleb, który zdążył już cichcem pozbyć się tektury ze swojej szyi.

Po chwili odezwały się kolejne równie zniecierpliwione głosy.

- Szybciej! Mówcie wreszcie czy oni kochają się czy nie!

- Nie wygrałem czasu na loterii! Ja chcę wiedzieć, czy to co mówią to prawda!

- Odczytajcie to w końcu!

- CISSSSSSSSSZZZZA! - przekrzyczała ich wszystkich Cornelia. Wzięła głęboki oddech i powiedziała już normalnym głosem. - Rozumiem to wielkie poruszenie, bo KRÓLOWA MA ROMANS Z BYŁYM PRZYWÓDCĄ GRUPY PREZSTĘPCZEJ, ale błagam pohamujcie entuzjazm! Też czuję się podekscytowana, w końcu to moja najlepsza przyjaciółka, ale proszę spo-koj-nie! Jasne!?

Znów zapadła cisza.

- Dobrze. Która z was zaczyna? - spytała Will.

- Corny, najpierw ty. - odparła Hay Lin. - Pierwsza wróciłaś, więc pierwsza przeczytasz swój raport.

Cornelia w głębi duszy troszeczkę bała się opowiadać o tym, co usłyszała. Czuła się nieswojo wiedząc, że musi mówić tym wszystkim ludziom jak jej najlepsza przyjaciółka radzi sobie z nowym chłopakiem. Ale trudno, nie ma odwrotu. Wyjęła z kieszeni swój zapisany notatnik, przełknęła ślinę, wzięła głęboki oddech i zaczęła czytać. Starała się przy tym nie podnosić wzroku, by nie dostrzec przypadkiem Blunka.

- Elyon Brown alias Królowa Elyon, dziś około godziny 15:47 sekund 18, siedziała na trawie w pałacowym ogrodzie pod drzewem lipy i rysowała rosnącą przy nim stokrotkę. Podeszłam do niej i powiedziałam, że chciałabym porozmawiać o jej nowym facecie. W momencie gdy wspomniałam o Raythorze kąciki jej ust zadrgały i uniosły się ku górze, a policzki przybrały barwę trzeciego paska flagi Francji. Gdy zaczęłam mówić stawała się coraz bardziej rozmarzona…

- Przepraszam. - wtrąciła Will. - Corny, rozumiem, że raport miał być szczegółowy, ale może przejdźmy już do tego, co Elyon mówiła, a jakie emocje odczuwała opiszesz nam później, OK.?

Cornelia westchnęła, przewróciła stronę i zaczęła powtarzać wszystko to, co usłyszała od Królowej. Gdyby podniosła teraz wzrok, zauważyłaby, że im dłużej czyta, tym więcej obecnych tu gości otwiera usta ze zdumienia.

- …Chciałabym widywać go codziennie. Bardzo często o nim myślę. Kiedy jestem razem z nim wiem, że on zawsze mnie wysłucha, pocieszy, zrobi dla mnie wszystko. Czuję, że jestem dla niego ważna. Wiem, że mu na mnie zależy. Zawsze kiedy mam jakiś problem mogę na niego liczyć. Uwielbiam ten jego sposób bycia. To jaki jest wierny, lojalny, uczciwy, słowny, sympatyczny, miły… Bardzo cenię jego odwagę, szlachetność, męstwo, poczucie humoru, wytrwałość, determinację, zdolność do empatii, prawdomówność. Mamy ze sobą wiele wspólnego. Kiedy on jest przy mnie to… Robi mi się lżej na sercu. Nie mogę się wtedy oderwać od tego uroczego uśmiechu. Mogłabym cały dzień patrzeć w jego szarawo-złote, błyszczące niczym agaty oczy. Uwielbiam jak mnie obejmuje i trzyma za rękę. Wtedy po całym moim ciele rozchodzi się takie przyjemne ciepło i napływa na mnie fala szczęścia. Mogłabym wciąż dotykać jego lekko szorstkiej a jednocześnie delikatnej skóry. Lubię jego zapach. Nigdy nie miałam do niego pretensji za to, że pracował kiedyś dla mojego brata. To już przeszłość. Nie przeszkadza mi to, że między nami jest różnica ponad 20 lat. Odkąd zerwał ze mną Brian czułam się trochę samotna. Ale musze przyznać, że ani przy Mattcie, ani przy Brianie nie czułam się tak dobrze jak przy Raythorze. Pamiętam moment, gdy dowiedziałam się o tym, że mam w żyłach błękitną krew. Pomyślałam, wtedy że chciałabym mieć swojego księcia z bajki albo rycerza, który uważałby mnie za Damę Swego Serca. Oczywiście nie przypuszczałam, że kiedyś moim mężczyzną zostanie były przywódca grupy przestępczej, która terroryzowała moje królestwo, a nawet uwolniła Phobosa i przypuściła atak na mój pałac. Od początku kiedy Raythor się zrehabilitował wiedziałam, że będzie on dobrym rycerzem. Dużym zaskoczeniem dla mnie było to, że zaledwie po kilku tygodniach od zmiany frontu nasza przyjaciółka zaczęła się z nim przyjaźnić. Ale nawet wtedy gdy byli parą Raythor pozostał dla mnie jedną z najlepszych osób, jaka kiedykolwiek pracowała na zamku. Potem kiedy ze sobą zerwali miałam wrażenie, że on… stał się jeszcze bardziej oddany władczyni: zawsze traktował mnie jak… swoją Panią, dla której był gotowy nawet oddać życie. Na zawsze zapadł mi w pamięć ten moment, gdy po raz drugi odzyskałam tron: razem z Raythorem staliśmy na balkonie w pałacu i ja pozdrawiałam innych. Cieszę się, że go mam. Mam nadzieję, że jak najszybciej znowu wybierzemy się na randkę. Ach jaka szkoda, że nie możemy spotykać się częściej, ale nasze obowiązki nam na to nie pozwalają…

Kiedy Cornelia skończyła podniosła wzrok znad notesu i zauważyła, że większość słuchaczy ma takie miny jakby zaraz mieli zemdleć ze zdumienia.

- Dobrze… Hay Lin teraz twoja kolej.

Strażniczka Powietrza wyjęła swój notesik, wzięła głęboki oddech i zaczęła czytać. Chciała zacząć tak jak Cornelia, od opisania okoliczności w jakich spotkała obiekt, który przesłuchiwała, ale niestety przez to, że zasnęła najważniejsze szczegóły uciekły jej z głowy…

- Raythor po kolacji poszedł do sypialni Elyon i jak mniemam rozmawiali ze sobą… eee… ponad 2 godziny?

- Ponad 2 godziny? - zdziwił się Drake. - To co on tam robił, zdawał jej raport z tego jak czuje się jej brat w celi?

- Ekhem! - chrząknęła Hay Lin. - To o czym rozmawiali to już nie nasz interes, jak jesteś ciekawy to sam go zapytaj. Wracając do tematu… Kiedy się z nim spotkałam był raczej w dobrym nastroju, nieco podekscytowany, a kiedy mówił to jego policzki przybrały barwę… - rozejrzała się po piwnicy. - O! Mniej więcej tego lampionu w kącie!

Wskazała na zawieszony w kącie piwnicy bordowy chiński lampion z ryżowego papieru, ozdobiony na górze i na dole złotymi obręczami. Natychmiast wszystkie pary oczu skierowały się we wskazaną stronę.

- Bez przesady! - odezwał się po chwili namysłu Aldarn. - To zbyt intensywny odcień! Nikt nie potrafiłby aż tak się zarumienić!

- A poza tym przecież Raythor ma skórę w takim piaskowo-szarym kolorze. - dodał Tynar.

- Cóż, może troszeczkę przesadziłam… - speszyła się Hay Lin. - Ale właśnie dlatego, że on ma taką nietypową karnację, to i jego rumieńce też przybrały niespotykaną barwę. To w zasadzie była taka brudna czerwień… Taki mix czerwonego z szaro-beżowym…

- Ale jak się połączy czerwony z beżowym to chyba powstaje raczej brąz. - włączył się do rozmowy Vathek. - Ja się co prawda na tym nie znam, ale Elias mówił kiedyś, że…

- Hej! - przerwała im Will. - Może wystarczy tej dyskusji na temat urody Raythora i odcieni koloru czerwonego! Robi się późno!

Hay Lin ponownie wzięła głęboki oddech i zaczęła cytować to, co powiedział jej Raythor starając się naśladować jego rozmarzony głos.

- „…Mam nadzieję, że ona myśli tak samo. Zrobiłbym dla niej wszystko." KONIEC. - skończyła czytać i ukłoniła się. - I jak, podobało się wam?

Rozległy się brawa, ale Strażniczki dostrzegły, że parę osób (głównie Meridiańczycy) ma lekko ponure miny.

- Podsumowując - zabrała głos Will - możemy śmiało powiedzieć, że Raythor i Elyon są razem szczęśliwi i nie ma się czym martwić. Prawda?

Niestety od razu odezwały się głosy sprzeciwu.

- Nie ma się czym martwić?! Dobry żart!

- Oni nie mogą być razem!

- Ten związek może doprowadzić ich jedynie do nieszczęścia!

- Z tym trzeba coś zrobić i to szybko!

- Miałam nadzieję, że to tylko chwilowe zauroczenie…

- Niech się do siebie nie przyzwyczajają…

Will próbując uspokoić wszystkich podniosła rękę do góry i parę razy wystrzeliła w powietrze różowe petardy. Po kilku sekundach zapanowała cisza.

- Spokojnie… - zaczęła przywódczyni Strażniczek. - Nie będziemy się przekrzykiwać… Przedyskutujmy to na spokojnie. Jeśli ktoś chce zabrać głos niech się po prostu zgłosi … Tak Irma?

Strażniczka Wody opuściła rękę, która przed chwilą podniosła i lekko speszonym głosem przemówiła:

- Więc tak… Sorry, za to pytanie, ale… Można wiedzieć dlaczego wszyscy jesteście przeciwni temu związkowi…? Nie rozumiem, co jest złego w tym romansie.

Po chwili klika innych osób podniosło ręce. Will spojrzała na nich i zastanawiała się, komu udzielić głosu jako pierwszemu.

- Hmmmm… Drake? - mruknęła niepewnie i przełknęła ślinę. Już się domyślała, co zaraz usłyszy,od jednej z niewielu osób, które pomimo upływu czasu ciągle nie ufały Raythorowi.

- Jeśli chcecie znać moje zdanie… - zaczął. - To jestem absolutnie przeciwny temu związkowi. I to z kilku powodów. - Podniósł dłoń i zaczął wymieniać przyczyny zginając przy tym kolejne palce. - Po pierwsze: Oni w ogóle do siebie nie pasują! Po drugie: Między nimi jest zbyt duża różnica wieku. Po trzecie: Królowa nie może się związać z kimś, kto ma taką przeszłość. Po czwarte: Skąd możemy mieć stuprocentową pewność, że on jej nie skrzywdzi?! On był kiedyś kryminalistą, a jeśli Elyon tego nie rozumie to…

- Och Drake! - przerwała mu Taranee. - Mówisz jak moja mama, wiesz?

Wszyscy spojrzeli na nią z zaciekawieniem.

- Chodzi o to, że.. - zaczęła Strażniczka Ognia. -Ja też kiedyś zaczęłam chodzić na randki z jednym kolegą, który zadawał się z bandą łobuzów. Moja mama dowiedziała się o tym i powiedziała, że nie chce abyśmy się spotykali. Ale ja wiedziałam, że mój Nigel to w gruncie rzeczy dobry chłopak. W końcu zaprosiłam go do nas do domu, mama poznała go bliżej i zaakceptowała nasz związek. Myślę, że z Elyon jest teraz tak samo. Ona sama najlepiej wie, jaki naprawdę jest jej chłopak. I trzeba to uszanować.

Irma pstryknęła palcami.

- A może… - zaczęła - Poprosimy naszą zakochaną parę, żeby na następną randkę umówili się do domu Drake'a? Wtedy on, tak jak mama Taranee pozbyłby się wątpliwości! Co ty na to Drake?

Wszyscy parsknęli śmiechem, ale Drake zrobił kwaśną minę.

- Ja mówię poważnie! - syknął i zwrócił się do Strażniczki Ognia. - Taranee, powiedź proszę, czy ten twój chłopak dopuścił się kiedyś jakiś poważnych przestępstw?

- Hmmmm… Pomyślmy… - zastanowiła się panna Cook. - Zdaje się, że najgorsze było narysowanie serduszka na szkolnym pomniku…

- Właśnie. - odparł Drake. - Twój chłopak nigdy nie zrobił nic, co można by uznać za poważne przestępstwo. Więc nie porównuj go z Raythorem, który kiedyś przewodził najbardziej poszukiwanej szajce w całym Meridianie! Powtarzam: On nadal może być niebezpieczny dla naszej Królowej!

- Och, daj spokój… - odezwała się Irma wzruszając ramionami. - Dał byś już spokój z tym chowaniem urazy do Raythora, za to że kiedyś zostałeś przez niego porwany… To już zupełnie zamierzchłe czasy…

- Może i zamierzchłe, ale niektórzy ludzie nigdy się nie zmieniają! - kontynuował Drake. - A jak było z Phobosem, kiedy dostał od was drugą szansę?! Też niby udawał, że wam pomoże odzyskać Pieczęć, przysięgał że będzie grzeczny i jaki był efekt?! Oszukał was i zagarnął klejnot dla siebie, a potem prawie podbił wszechświat! I po tym, co się wtedy wydarzyło, nie widzicie nic złego w tym, że nasza Królowa spotyka się z kimś kto niegdyś był najwierniejszym sługą Phobosa?!

- Na litość boską, Drake! - prawie krzyknęła Cornelia. - Nie porównuj Phobosa i Raythora pod względem uczciwości! Zresztą, to że Raythor był kiedyś jednym z najwierniejszych ludzi Phobosa, wcale nie znaczy, że jest taki sam jak jego były pan! Dobrze wiesz, że gdyby nie przysięga wierności, to Raythor znacznie wcześniej porzuciłby służbę u księcia i przyłączyłby się do nas!

- Może i nie znaczy, że jest taki jak on, ale na pewno tego nie wyklucza. - bronił się Drake. - A niby skąd możesz wiedzieć, że Raythor naprawdę porzucił przestępczą karierę? Nikt nie wie, czy kiedyś nie będzie chciał do niej wrócić… Kto wie, co się przez te wszystkie lata działo w jego głowie? Nikt nie wie jaka jest jego prawdziwa twarz, ani dlaczego zaczął spotykać się z Królową… Musimy pamiętać, że dawno temu to właśnie on zarządził, by Rycerze Zemsty zaatakowali pałac Elyon, pamiętacie?

Cornelia już chciała mu odpowiedzieć, że to jakieś bzdury, kiedy do rozmowy przyłączył się Vathek.

- Przepraszam, czy teraz ja mogę zabrać głos? - zapytał. - Dobrze. Posłuchajcie. Jak zapewne większość z was wie, ja i Raythor jeszcze kilka lat temu… Powiedzmy… Nie za bardzo się lubiliśmy…

- Powiedzmy raczej: „Byliśmy największymi wrogami" - mruknęła pod nosem Irma.

- Ale teraz… - kontynuował Vathek. - Pracujemy razem i jakoś się dogadujemy. Nie kłócimy się tak jak dawniej… I jeśli mam być szczery, to jak da mnie… Raythor nie jest już tym ponurym, nieczułym rycerzem, którym był kilka lat temu. Teraz stał się dosyć miły, sympatyczny i pomocny! Mógłbym przysiąc, że on… Naprawdę polubił pracę u Królowej! Chyba bardzo dobrze mu zrobiła ta zmiana Pana… Tak jak kiedyś był gotowy oddać życie za Phobosa, tak teraz jest gotowy skoczyć w ogień za Elyon. Na pewno by jej nie skrzywdził…

- Zgadzam się z Tobą. - odparła Taranee. - Jakby spojrzeć na to z psychologicznego punktu widzenia, to faktycznie wszystko się zgadza. Gdy Raythor pracował dla Phobosa to z powodu przysięgi wierności, którą mu złożył, zmuszony był robić wiele rzeczy, będących w pewnym sensie dla niego psychicznym obciążeniem… Raythor jest bardzo uczciwym i prawym człowiekiem. A Phobos wielokrotnie uciekał się do wręcz nieludzkich i sadystycznych zachowań, pozbawionych jakiejkolwiek etyki i współczucia. To automatycznie powodowało, że wszyscy, którzy służyli Księciu, by być mu wiernymi i sumiennie wykonywać jego rozkazy w pewnym stopniu musieli przyjmować i jego sposób patrzenia na świat i jego zachowania. Nawet jeżeli było to całkowicie sprzeczne z ich regułami. Krótko mówiąc Raythor i jego pan, któremu musiał się w pełni podporządkować, stanowili mocne przeciwieństwo. Więc możemy z tego wywnioskować, że Raythor w pewnym stopniu czuł się… Jakby to powiedzieć… Skrępowany. Albo raczej psychicznie zniewolony. Wiem, że nigdy się nie uskarżał na swój los, ani nie sprzeciwiał swojemu panu, ale zapewne w głębi duszy dręczyło go to i nie mógł się pozbyć nieczystego sumienia. Fakt, że zawsze był wierny Phobosowi i został przywódcą Rycerzy Zemsty mógł wynikać z tego, że chciał w ten sposób sam narzucić sobie pewien rygor i pogodzić się z losem. To musiało być bardzo trudne, tym bardziej, że przecież Phobos tak strasznie go skrzywdził… A służba u Elyon to zupełnie co innego. Ona jest wrażliwa i szczera, nigdy nie krzywdzi niewinnych… I co najważniejsze: uczciwa! Dużo łatwiej jest zaakceptować reguły Elyon, niż reguły jej brata. Dzięki temu, że ona i Raythor mają podobne poglądy, on nie jest zmuszony sam ciągle narzucać sobie posłuszeństwo wobec swej Pan, bo po prostu to posłuszeństwo.. przychodzi samo. Dzięki temu służba u niej przestaje być obowiązkiem i najzwyczajniej w świecie staje się dobrowolną przyjemnością. A co za tym idzie, nie stanowi dla Raythora takiego psychicznego obciążenia jak służba u Phobosa. Więc jak możemy łatwo wywnioskować, to naturalne, że Raythor wielbi swoją panią. Logiczne.

Gdy Taranee skończyła swój „psychologiczny monolog" przez całą piwnicę przeleciało westchnienie zdziwienia i podziwu.

- Wow… - mruknął Blunk. - To się nazywa specjalistyczna wiedza, córki sędziny i ekspsychologa…

- Dziękuję - odrzekła Strażniczka Ognia. - To nic takiego… Zwykła wiedza nabyta w czasie pracy czarodziejki…

Drake'a jednak to nie przekonało.

- Może i psychologiczny punkt widzenia jest dobrym pomysłem, ale to tylko przypuszczenia, prawda? W końcu żadna nauka, nawet psychologia nie jest nieomylna, nieprawdaż?

- Oczywiście, że nie, ale właśnie na tym polega psychologia! Nie zawsze można uzyskać pożądany efekt, ale zawsze można spróbować wydedukować co się dzieje w głowie drugiego człowieka… Co ty jeszcze mówiłeś…? Acha, że dzieli ich zbyt duża różnica wieku?… No nie rozśmieszaj mnie! Przecież tak się często zdarza, że osoby między którymi jest duża różnica wieku zostają parą i są z tego powodu bardzo szczęśliwe!

- Ale nie aż taka! - bronił się Drake. - On jest od niej starszy o 22 lata! To lekka przesada… I ciekawe jak oni mają znaleźć wspólny język?! Na pewno są też w różnym stopniu dojrzali emocjonalnie …

- Niekoniecznie. - odparła Will. - Myślę, że Elyon jak na swój wiek jest bardzo dojrzała. Przecież naprawdę dużo w życiu przeszła i w bardzo młodym wieku została Królową. Czyż nie? Zresztą.. gdyby naprawdę nie mogli się ze sobą porozumieć, nie zostaliby parą!

- Właśnie. - odrzekła Hay Lin. - Myślę, że oni świetnie się nawzajem rozumieją, inaczej nie byliby tak szczęśliwi. Tak… - dodała rozmarzonym głosem - wspaniała para… Pomyślcie tylko… Księżniczka i jej rycerz… Jak w jakiejś pięknej bajce!

- Taa, jasne… - odparł Drake głosem pełnym ironii. -Tylko zwykle w takich bajeczkach królewna i jej „rycerz na białym rumaku" są w podobnym wieku!

- Nie zawsze. - odpowiedziała po chwili namysłu Irma. - Myślisz, że królewicz, który obudził Śpiącą Królewnę miał... Tak jak ona… 116 lat…?

Na te słowa parę osób zaczęło chichotać, Drake ukrył twarz w dłoniach, a Cornelia wzruszyła ramionami i znużonym głosem spytała:

- A możecie podać jakiś bardziej realny przykład?

- Słuchajcie, może już wystarczy?- przerwała dyskusję Will. - Wystarczy tego analizowania różnicy wiekowej?! - I zwróciła się do Drake - O czym jeszcze mówiłeś..? Że oni do siebie nie pasują… A mógłbyś to uściślić?

- Oczywiście! -zdecydowanie odpowiedział Drake. - Wystarczy im się przyjrzeć i ze sobą porównać… Za bardzo się od siebie różnią… Na pewno nie będzie z nich dobrej pary… I wydaje mi się, że nie tylko ja tak uważam…

Od razu odezwały się głosy:

- I masz rację!

- Nie uzupełniają się nawzajem…

- Na pewno prędzej czy później będą musieli się rozstać…

- Za dużo różnic…

- I za mało podobieństw…

- Nawet kolor skóry mają inny…

- Bez przesady z tą karnacją! Mówisz jak członek Kukułczego Klanu!

- Ku Klux Klanu, Irmo…

- On mógłby być jej ojcem, ale na pewno nie partnerem…

- Stop, stop, stop! - przerwała im Taranee. - Może rzeczywiście Elyon i Raythor bardzo się różnią, ale to wcale nie oznacza, że nie mogą być razem szczęśliwi. Przecież często przeciwieństwa przyciągają się mocniej niż podobieństwa. Jak w magnesach…

- Przepraszam, czy mogę zabrać głos? - odezwała się podnosząc rękę Wyrocznia.

- Oczywiście, że tak Panie. - odparła pośpiesznie Will.

Władca Kondrakaru zaczął mówić spokojnie i przekonująco:

- Serce nigdy nie było, nie jest i nie będzie sługą. Sami powinniśmy decydować o tym komu je oddamy i sami wiemy najlepiej, kto na nie najbardziej zasługuje. Czasami zdarza się, że są to ludzie z pozoru nie wyglądający na takich, którzy powinni je dostać. Natomiast złamane serce to prawdziwa tragedia, do której nigdy nie powinno dojść. Chcę przez to powiedzieć, że miłość to największa magia, która kroczy swoją drogą i nikt nigdy jej nie okiełzna, ani nie zrozumie. Dlatego też, choćbyśmy nie wiem jak się starali nie pojmiemy tego co dzieje się w sercach Królowej i jej partnera.

Gdy skończył mówić parę osób spojrzało na niego z podziwem. Po dłuższej chwili odezwała się niepewnie Irma:

- To znaczy… Wyrocznia chce nam uświadomić, że… Cała nasza dyskusja prowadzi donikąd, bo i tak do niczego nie dojdziemy tak?

Kilka osób zachichotało, Hay Lin zakryła sobie buzię, żeby nie parsknąć śmiechem, Corny i Tara głęboko westchnęły, a Will uderzyła się ręką w czoło. Cóż, Irma chyba nic nie zrozumiała..

Po chwili rękę podniosła kolejna osoba - pani Galgheita Rudolph. Will natychmiast udzieliła jej głosu.

- Posłuchajcie moi drodzy… Mam wrażenie, że w tej dyskusji pomijacie jeden ważny szczegół. Ma on niezwykle istotne znaczenie w całej sprawie i to właśnie on powinien rozstrzygnąć kwestię tego romansu.

Wszyscy zebrani zamilkli i wpatrywali się w panią Rudolph. Co to za ważny element?

- Mam na myśli fakt, że wedle zasady Iure uxoris* mężczyzna, którego Elyon wybierze sobie na męża… Zostanie władcą Meridianu!

W tym momencie wiele osób zrobiło bardzo zaniepokojone miny, a w całej piwnicy dało się słyszeć niezliczone szepty.

- Faktycznie! - wyrwało się Will. - O tym nie pomyśleliśmy…

- Oh, nie przeciągajmy strun… - odparła Cornelia. - Przecież to tylko taki mały, niewinny romansik… Nikt nie powiedział, że zaraz mają iść do ołtarza… Znam Elyon nie od dziś i wiem, że być może… Jeszcze nie podejmie tej ostatecznej decyzji! W końcu jest jeszcze taka młoda… A kobieta zmienną jest…

Blunk, dostrzegł że kiedy Strażniczka Ziemi to mówiła, skrzyżowała za plecami dwa palce, a po twarzy spłynęła jej mała stróżka potu.

- Trudno mi to powiedzieć, ale zgadzam się z Corny. - powiedziała Irma. - To, że Elyon znalazła sobie chłopaka, wcale nie znaczy, że to on będzie jej przyszłym mężem. Może za jakiś czas się rozstaną… Ale póki co pozwólmy im cieszyć się szczęściem.

- To nie takie proste. - skwitowała ich była nauczycielka matematyki. - Zastanówcie się, to poważna sprawa… A co będzie jeśli Elyon tak po prostu przyzwyczai się do niego? Nie powinno do tego dojść, bo prędzej czy później i tak będą musieli się rozstać: przecież Elyon musi znaleźć sobie kogoś, kto obejmie tron! W efekcie taki romans może nawet zakończyć się dla niej złamanym sercem. Krótko mówiąc ten związek do niczego ich nie zaprowadzi. I mogą jedynie narobić sobie kłopotów.

- Czyli… - zaczęła Taranee. - Królowa może mieć romans tylko z mężczyzną, który mógłby później zostać władcą? Przecież jeśli mnie pamięć nie myli prawo Meridianu pozwala władcom poślubić tego kogo chcą. Nie musi to być osoba pochodząca z arystokratycznego rodu, prawda?

- Niby tak, ale… - zaczęła pani Rudolph wzruszając ramionami. - To powinien być ktoś, kto w przyszłości mógłby zasiąść na tronie… By sprawować władzę trzeba mieć odpowiednie cechy, charyzmę, umiejętności, cieszyć się sympatią wśród poddanych, wiecie… Dlatego rozważałam nawet pomysł , by zacząć jej szukać kogoś innego…

- Pani Rudolph, przepraszam… - przerwała jej Irma. - Przecież nie można ich rozdzielać jeżeli oni są razem szczęśliwi! Z tego co przeczytała i Hay Lin i Corny wynika, że chyba między nimi naprawdę zaiskrzyło… A jeżeli będzie się Elyon wiązać z kimś, kogo nie ona chce, bo kocha innego, to.. to nic dobrego z tego nie wyniknie! Zawsze kiedy swata się kogoś na siłę i aranżuje związek - kończy się to katastrofą! Naprawdę, wiem co mówię!

- Niekoniecznie. - odparła pani Rudolph. - Kilka lat pracowałam na Ziemi razem z profesorem Collinsem i wiem co nieco o waszej historii. Ponoć królowa Wiktoria i książę Albert też zostali zeswatani i namówieni do małżeństwa przez swoje rodziny. I z tego co słyszałam od Collinsa byli bardzo szczęśliwi, doczekali się dziewięciorga dzieci i jednocześnie wspaniale wypełniali swoje obowiązki, byli bardzo lubiani przez poddanych.

- Tak, wielka miłość… I po dwudziestu jeden latach gdy on nagle zmarł, ona popadła w żałobę na kolejne czterdzieści… - dodała Irma. - Dobrze, im się udało, ale to chyba jedyny taki przypadek w historii… Bo jak było z innymi, np. z Marią Antoniną? Zmuszono ją do ślubu z facetem w koronie, którego ledwo znała, a potem lud ciągle miał do niej pretensje, że romansowała z tym Szwedem… eeee… Jak on się nazywał? No tym… Alexem von… Von… Fre… Coś tam!

- Oj, Irma.. Hansem Axelem von Fersenem! - poprawiła ją Taranee. - Cóż, zostawmy już te historyczne dociekania, bo za bardzo odbiegamy od naszych problemów... Słuchajcie! - zwróciła się do wszystkich. - Myślę, że jak na razie nie mamy się czym martwić! W końcu Elyon i Raythor na pewno są świadomi tego wszystkiego, o czym teraz rozmawiamy i wiedzą co robią! A skoro jest już tak późno…

- Oj, faktycznie… - powiedziała Will patrząc na zegarek. - Już prawie jedenasta! O rany, a ja miałam jutro pomóc w sklepie panu Olsenowi! I jeszcze trzeba się będzie spakować… Zatem - donośnym głosem zwróciła się do zebranych - dziękujemy wszystkim Państwu za przybycie! Na dziś koniec wywiadu i koniec naszych dyskusji! Dobrej nocy!

Wszyscy zaczęli się żegnać. Blunk również podziękował gościom i zaczął otwierać przejścia do poszczególnych wymiarów, by odprowadzić każdego do domu. Zajęło to prawie kwadrans, ale w końcu piwnica w „Srebrnym Smoku" przestała przypominać puszkę przepełnioną sardynkami. Zostały tylko W.I.T.C.H., Yan Lin, Mira, Caleb, Blunk oraz Matt z Hugglesem na ramionach.

***

Gdy Meridiańczycy kładli się do łóżek odczuwali zmęczenie, ale i odrobinę ulgi, że mogli w końcu opuścić ciasną piwniczkę, w której powoli zaczynało brakować tlenu… Nie przeczuwali, że powinni cieszyć się spokojem póki jeszcze mają czas, nie wiedzieli, że zostało go im naprawdę niewiele… Absolutnie nie podejrzewali, że już niedługo to poczucie bezpieczeństwa będzie musiało ustąpić miejsca zupełnie innym stanom: strachowi, niepokojowi i przerażeniu…

*Iure uxoris (łać. Prawa żony) - zasada wg której małżonek królowej otrzymuje tron z faktu bycia mężem dziedziczki korony.

W następnym odcinku:

Jaki koszmar spotka naszych bohaterów w domu Hay Lin?

Jak bardzo zmieniło się życie naszych bohaterów od czasu pokonania Phobosa i Nerissy?

Czego nauczyły się Strażniczki Kondrakaru przez ten czas?

Jak W.I.T.C.H. przedstawią portrety psychologiczne zakochanych?

Kim jest była dziewczyna Raythora?

Gdzie Czarodziejki pojadą na wakacje?

Poprzedni rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.