Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

Ten co walczy z potworami - fragment powieści 1

Autor:Piotr Muszyński
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2018-01-22 20:44:10
Aktualizowany:2018-01-22 20:45:10



Ilustracja do artykułu






Tytuł: Ten co walczy z potworami

Autor: Piotr Muszyński

Liczba stron: 556

ISBN: 978-83-643-074-61

Rok wydania: 2017

Wydawca: Oficynka

Fragment powieści zamieszczony dzięki uprzejmości autora.






- Dewastacja mienia, zniszczenie pomnika kultury, kradzież, kradzież z włamaniem, kradzież i paserstwo, wymuszenia rozbójnicze „na galeriankę”, bójki, pobicia, pogwałcenie ustawy o ochronie języka polskiego, pogwałcenie ustawy o wychowaniu w trzeźwości, notoryczne uchylanie się od obowiązku szkolnego... - major Janusz Zielonogórski czytał listę już dobre dziesięć minut. - Razem trzysta sześćdziesiąt trzy zarzuty. Jeszcze dwa, moja panno, a będziesz mieć po jednym na każdy dzień roku.

- Ale z niektórymi to pan jednak przyjebał - odezwała się siedząca przed nim nastolatka. Drobna budowa i krótkie, jasne włosy sprawiały, że wyglądała na młodszą niż w rzeczywistości. Sposób, w jaki rozpierała się na krześle, piercingi i koszulka z gigantycznym „JP na 100%” sprawiały, że wprost promieniowała nonszalancją.

- Na przykład?

- Z tym planowaniem ludobójstwa to pan chyba jaja sobie robi! - oznajmiła radośnie, chociaż musiała przyznać, że wojskowy wcale nie wyglądał na żartownisia. Długi czas błąkania się po dworcach i ulicach nauczył ją oceniać ludzi. Zielonogórski mógł siwieć, mógł zasłaniać oko przepaską jak pirat, ale już jedno jego spojrzenie podpowiadało, że to kawał sukinsyna. Był kimś, kto częściej pociągał za spust niż się uśmiechał.

- Przypomnij mi, dziewczynko, której kategorii „psychicznym” jesteś?

- Nie mam zielonego pojęcia! - odpowiedziała zgodnie z prawdą.

- Już ci wyjaśniam - oznajmił Zielonogórski, wstając. - W Trzeciej Rzeczpospolitej klasyfikujemy wszystkie obiekty, że tak powiem „dziwne”, dzieląc je na trzy grupy.

Dziewczyna całą mową ciała demonstrowała, że kompletnie go nie słucha. To akurat nie była rzecz dziwna. Każdy nastolatek, który trafiał do siedziby Oddziału Wydzielonego z Wojska i Policji Celem Zwalczania Zagrożeń Niekonwencjonalnych, do Wydziału Śledczego Ministerstwa Administracji Sprawami Dziwnymi lub nawet na komendę zwyczajnej policji, zaczynał od tego. Całkiem jakby chciał pokazać sobie i kumplom, jak fajny, niezależny i bohaterski jest oraz jak to nie da się złamać systemowi.

- Pierwszą kategorię oznaczamy literką A i są to obiekty, które prawidłowo użytkowane nie powodują żadnego zagrożenia, dopuszczone do obrotu na terenie Polski. Druga kategoria, czyli B, oznacza rzeczy, których użycie może się wiązać z zagrożeniem dla zdrowia, życia lub mienia obywateli, wymagają więc fachowej obsługi i podlegają kontroli. Do tej kategorii przykładowo zalicza się wszelkie leki. Trzecia kategoria...

- Którą nazwaliście C, żeby było oryginalnie.

- Trzecia kategoria to obiekty stanowiące zagrożenie dla życia ludzkiego i dzieli się na trzy typy: rzeczy po prostu niebezpieczne, rzeczy mogące służyć jako ekwiwalent broni i trzeci, czyli takie obiekty, które można wykorzystać w charakterze broni masowego rażenia.

- Czyli ja jestem pewnie ten ostatni.

- Bingo... Każdy obiekt należący do kategorii „C” podlega u nas rejestracji. Uchylanie się od niej wiąże się z karami. W przypadku jednej gwiazdki jak za nielegalne posiadanie broni, a dwóch...

- Planowanie ludobójstwa - zgadła. Zielonogórski z satysfakcją odnotował, że mina jej trochę zrzedła.

- Dobrze więc. A teraz kolejne pytanie: zdajesz sobie sprawę, ile ci za to wszystko grozi?

- Pewnie dużo... Niektóre to pierdoły, ale jest tego masa. Powiedzmy, że średnio po dwa lata za każde, czyli tak z siedem setek. Dożywocie...

- W Polsce nie ma sumowania wyroków. Wykonana zostaje tylko najwyższa kara... - Nie była to do końca prawda, jednak Zielonogórski nie miał ochoty wdawać się w wyjaśnianie zawiłości kodeksu karnego. Zresztą sam nie do końca się w nich orientował. Nastolatce zrozumienie znaczenia jego słów też zajęło trochę czasu.

- To za to ludobójstwo pewnie i tak dużo dostanę.

- I tu dochodzimy do sedna sprawy. Nieletniego nie można skazać za ludobójstwo... Można go najwyżej ciągać za nie po sądach.

- Bez sensu.

- Oczywiście, że to bez sensu, ale nic na to nie da się poradzić, bo to jest Polska. Zresztą mnie nie płacą za wymyślanie przepisów, ale za strzelanie do potworów - warknął wojskowy.

Dziewczyna uznała, że nie ma sensu z nim dyskutować, zmieniła więc temat.

- A za tych bandytów na placu Defilad, w Częstochowie i pod Gdańskiem?

- Mieli karabiny automatyczne, granatniki i moździerz piechoty. Jeśli to nie była obrona konieczna, to co innego miałoby to być? Prokurator będzie ci zatruwać życie przez następne dziesięć lat, a w końcu i tak cię uniewinnią. W efekcie wracamy do kwestii głównej: wiesz na ile cię mogą skazać?

- W takiej sytuacji? Nie mam pojęcia... - Nastolatka wzruszyła ramionami.

Oficer wziął głębszy wdech.

- Maksymalnie na pięć lat - powiedział wreszcie. - Najwięcej przywalą ci chyba za te dwa gramy trawy, które przy tobie znaleźliśmy. Proces będzie się ciągnął ze cztery lata, które spędzisz w areszcie, więc z więzienia wypuszczą cię po roku. Jeśli udowodnisz, że w chwili popełniania czynów zabronionych byłaś niepoczytalna, a z tym, co biegły sądowy wpisał ci w kartę, raczej się to uda, całość odsiadki spędzisz na Oddziale Dzieci i Młodzieży Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lubińcu. Pijąc, paląc i rozbijając się po mieście, bo jak znam życie, w opinii napiszą, że zakład zamknięty wpłynąłby niekorzystnie na przebieg terapii.

Tym razem mina dziewczyny całkiem zrzedła. Z nastoletnimi kryminalistami zawsze było tak samo. Inaczej niż w przypadku dorosłych, poprawczak, więzienie czy areszt nie budziły ich lęku; zawsze można było kozaczyć, udowadniając, że jest się zbuntowanym, odważnym i do tego fajnym.

Ale szpital psychiatryczny?

To był obciach przed całą szkołą i kumplami z parku!

- Wygląda pan, jakby był pan strasznie niezadowolony, że tak mało dostanę.

- Mówiąc szczerze? Jestem... - przyznał Zielonogórski.

Powodem nie było to, że dziewczyna zalazła mu jakoś szczególnie za skórę. Po prostu ten rok zaczął się bardzo niepomyślnie dla służb mundurowych. Najpierw antyterroryści przeszli samych siebie i pomylili nie piętra, domy czy nawet ulice, a województwa, i zamiast do Krosna Odrzańskiego pojechali do Krosna na Podkarpaciu. Potem terenówka Ministerstwa X przypadkowo zastrzeliła ekologa, który wlazł między czołg i karnozaura. A był dopiero luty. Opinia publiczna nie była skłonna tolerować kolejnej pomyłki, tak więc pechowiec, który ją by popełnił, pożegnałby się ze stołkiem.

Fakt, że Zielonogórski posłał pancerze wspomagane i rosomaki po nastoletnią kryminalistkę - pal licho, że z supermocami - nie rokował dobrze jego karierze.

- Strasznie mnie pan musi nienawidzić!

Wojskowy westchnął. Teraz to była jego wina. Każdy psioniczny nastolatek, który siedział w tej sali przesłuchań, a było ich więcej, niż potrafił zliczyć, starał się udowodnić, oczywiście po tym, jak przestał zgrywać chojraka, że jest całkiem bez winy. Przeciwnie: to świat i organy ścigania uwzięły się na niego i nie pozwalały mu żyć po swojemu. To jest: paląc trawkę, okradając kioski i bijąc się na meczach.

- Uczciwie mówiąc, to dość umiarkowanie. Właściwie nawet trochę mi cię szkoda - stwierdził. - Ale psujesz mi statystykę... Jakby nie patrzeć, jesteś porażką polskiego wymiaru sprawiedliwościowi. Trzydzieści ofiar śmiertelnych, stado poszkodowanych, zniszczenia na placu Defilad trzeci dzień szacują, a jedyne, za co można cię skazać, to dwa gramy trawy i ogólnie pojęte chuligaństwo. A i to nie bardzo, bo gołym okiem widać, że jesteś nienormalna!

- Nie jestem nienormalna! - dziewczyna uderzyła pięścią w stół i zerwała się z krzesła. Zielonogórski zignorował ten wybuch gniewu.

- Tak? To jak masz na imię?

- Już panu mówiłam, że nie wiem! Niech pan wpisze cokolwiek.

- Wpisałem „Maria”.

To nie przypadło dziewczynie do gustu.

- Czemu tak obciachowo? - zgłosiła sprzeciw.

- Bo na potrzeby śledztwa nazywaliśmy cię „Sierotką Marysią” - wyjaśnił.

- Znaczy się co? Mam imię po bohaterce najgłupszej bajki na świecie? A nazwisko? - warknęła. - Też jakieś obraźliwe mi wymyśliliście?

- Po dziewczynie z plakatów.

- Maria Gotteborg. Z ciekawości: a jak doszliście do mojej narodowości? Rzucaliście strzałkami w globus?

- Otrzymałaś obywatelstwo polskie. Zgodnie z prawem międzynarodowym każdy przynależy do jakiegoś państwa. Jeśli nieletni nie ma obywatelstwa, automatycznie staje się obywatelem pierwszego kraju, w którym się znalazł.

- Aha...

Na chwilę zapadło milczenie.

- Chciałbym wrócić do jednego z wcześniejszych wątków - przerwał ciszę major. - Tego moździerza piechoty konkretnie. Wiesz, ile grozi za samo posiadanie takiego?

- Pewnie więcej niż trawkę - zgadła.

- Tak, ale niewiele - wyjaśnił ponuro wojskowy. - Polskie ustawodawstwo strasznie nie lubi miękkich narkotyków, ale w mediach lepiej wygląda: „Major Zielonogórski rozbił uzbrojony gang” niż: „Okradała kioski. Policja potrzebowała wozów pancernych, żeby ją zatrzymać”.

- Nic na to nie poradzę! Ale wie pan? Może pan mnie rozkuć i wypuścić! Obiecuje, że popełnię taką zbrodnię, jaką tylko będzie pan chciał! Gwałt na przykład... Wtedy będzie mógł mnie pan jeszcze raz złapać! Jeśli oczywiście da pan radę! - dodała zadziornie.

- Mówiąc szczerze, wolałbym raczej, żebyś doprowadziła mnie do tych ludzi od broni automatycznej i moździerzy piechoty.

- Czyli chciałby pan, żebym została konfidentem? - jej ton sugerował, że prędzej popełni harakiri niż zgodzi się na taki dyshonor.

- Chciałbym, żebyś wybrała, gdzie chcesz spędzić następne lata: w szkole dla trudnej młodzieży Ministerstwa X czy w oddziale szpitalnym więzienia o zaostrzonym rygorze w Chełmie.

- Mówił pan, że trafię tylko do zwykłego psychiatryka...

- Mówiłem - warknął Zielonogórski, przechodząc do ofensywy. - Bardzo dużo zależy od tego, co powiem albo napiszę, zwłaszcza przed sądem. Przemyśl to! - dodał i wyszedł z pomieszczenia.

***

Major nie miał dobrego humoru. Ogólnie nie często go miewał i zasadniczo nie był łatwym człowiekiem, a nawał obowiązków, jakie spadły na jego głowę w ostatnim czasie specjalnie jego podejście do życia nie zmienił. Wprawdzie od początku stycznia leżał śnieg, a temperatura oscylowała w okolicy minus trzydziestu stopni, co nie zachęcało do popełniania przestępstw, jednak nie znaczyło to, że wszyscy bandyci czekali na nadejście wiosny. Tak więc Zielonogórski musiał lecieć na interwencję pod Suwałki, gdzie jakiś kretyn miał fantazję hodować welociraptora. Gdy wrócił, czekało na niego zaproszenie do kostnicy miejskiej w Toruniu, czyli kolejna przyjemność.

Major w swoim życiu trupów się już naoglądał i zdecydowanie nie miał ochoty na więcej. Tym bardziej że potrafił zidentyfikować zmarłego.

- Szef EuroMedu - powiedział. - Zaginiony od tygodnia. Gdzie go znaleźliście?

Trupy i morderstwa nie były jego domeną, zajmowała się nimi policja kryminalna. On natomiast brał na siebie przestępstwa dziwne, niekonwencjonalne i pacyfikowanie domorosłych supermanów.

- Pływał w Wiśle, jak poprzedni.

EuroMed, znana z nowatorskich metod i skuteczności spółka akcyjna zdecydowanie nie miała szczęścia do wyższego zarządu. Poprzedniego dyrektora zamordowano cztery lata temu. Podejrzewano, że przyczyną zabójstwa był jakiś konflikt w radzie nadzorczej, jednak nigdy nie skazano winnego.

- Znaleźli go kłusownicy - wyjaśnił patolog pracujący przy zwłokach. - Łowili ryby „na sapera”.

Odkąd ryby w Wiśle ponownie zaczęły nadawać się do jedzenia, kłusownictwo stało się sporym problemem. Metoda „na sapera” polegała na umieszczeniu w wodzie ładunku wybuchowego, zwykle wykonywanego domową metodą z nawozu i opiłków metalu, detonacji i wyłowieniu ogłuszonych ryb. Kiedyś stanowiła tylko ciekawostkę, bo tańszy, bezpieczniejszy i wygodniejszy był sposób „na elektryka”, jednak odkąd niemieckie Stielhandgranate zaczęły zalewać internetowe aukcje, zyskała na popularności.

- Wycięli przerębel między Dzierżączką a Nowogródkiem i wrzucili pod lód kilka granatów - patolog opisywał działania „rybaków”. - Za Nowogródkiem Wisła meandruje, a między nim a Zieloną Kępą są łachy piaskowe.

- Tak zwane Trupie Rafy - zgadł Zielonogórski. Okolica była dobrze znana policji. Lesisty teren pozwalał ukryć wszelkie niecne poczynania. Jednocześnie blisko było do Torunia, miasta na tyle dużego, by obfitować w przestępców i świry wszelkiej maści. Jeśli któryś z nich chciał się pozbyć zwłok, to wykorzystywał właśnie to miejsce, w nadziei, że nurt poniesie trupa do Bałtyku.

Przestępcy, jak Zielonogórski zauważył już dawno temu, byli w większości głupi i popatrzenie na mapę satelitarną okazywało się dla nich za trudne. W efekcie ciała płynęły dwa kilometry i osiadały na płyciźnie.

Nawiasem mówiąc, okolica służyła nie tylko do tego. W przeszłości dawała już schronienie bimbrownikom, miniplantacjom trawki i dziuplom złodziei samochodowych. Oraz oczywiście kłusownikom. Ci ostatni, lepiej zorientowani w otoczeniu niż przeciętny dresiarz, wykorzystywali jego naturalne właściwości w swoim procederze. Nurt na Trupie Rafy wyrzucał bowiem nie tylko zwłoki, ale też ogłuszone wybuchami ryby.

- Dokładnie. Nasi bohaterowie skruszyli lud i znaleźli tego pana. A potem dorwało ich nadleśnictwo.

- I do czego mnie potrzebujecie? Bo wiślane trupy nie są moją specjalnością.

- Chodzi nam o przyczynę zgonu. Denat był martwy już w chwili wrzucenia do wody. Oględziny nie wykazały żadnych obrażeń, z wyjątkiem poważnych uszkodzeń centralnego układu nerwowego.

- To znaczy?

- Mózg w stanie rozkładu wylewa się przez nos i uszy.

Zielonogórski niekoniecznie chciał to wiedzieć, a tym bardziej oglądać.

- Poza tym brak obrażeń zewnętrznych. No, może oprócz tego - patolog pokazał niewielką kropkę jak od oparzenia papierosem na czole ofiary. - Przypomina poparzenie zepsutym aparatem rentgenowskim. Po drugiej stronie czaszki jest identyczne. Nie wiemy, co to jest.

Major przyjrzał się ranie. Widział coś podobnego już kilka razy.

- Kontaktowaliście się z „Iksami”? - zapytał, wyjmując papierosa.

- Tak. Też nie wiedzą, co to.

- Bo są dobierani po znajomościach - skomentował Zielonogórski. - To ślad wiązki xaserowej. W Zonie czasem używają tego typu broni: promień jest niewidzialny gołym okiem i niewykrywalny dla typowych detektorów, jednocześnie porusza się z prędkością światła, co uniemożliwia unik, oraz przenika wszystko, co nie jest zrobione z ołowiu. „W przyszłości” używano tego niekiedy jako broni wyborowej. W sumie nie dziwię się ministerialnym, że nie wiedzieli, co to takiego. To raczej egzotyczny sprzęt.

- Sugeruje pan, że to było morderstwo?

- Tak. Poza produkcją broni i laboratoriami fizycznymi xasery nie miały szerszego zastosowania - wyjaśnił major. - No, jest jeden psion w Szaraszce, który potrafi generować odpowiednie promieniowanie siłą myśli. Ale to, żeby ktoś z tamtejszej ekstraklasy przyjeżdżał do Polski mordować, jest chyba mało prawdopodobne.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.