Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Fate/Zero: Nieznana historia czwartej wojny o świętego Graala - recenzja książki

Autor:Grisznak
Redakcja:Avellana
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2018-02-05 19:31:32
Aktualizowany:2018-02-05 19:31:32



Ilustracja do artykułu





Tytuł: Fate/Zero: Nieznana historia czwartej wojny o świętego Graala

Autor: Gen Urobuchi

Ilustracje: Takashi Takeuchi

Liczba stron: 218

Rok wydania: Grudzień 2017

Wydawca: Kotori

Gatunek: urban fantasy

ISBN: 978-83-65722-47-8

Cena okładkowa: 29,90





Nie było chyba dla nikogo szczególnym zaskoczeniem, że wydawnictwo Kotori traktowało Puste granice: Ogród grzeszników jako swego rodzaju balon próbny, jeżeli idzie o wybór kolejnych licencji light novel. Eksperyment najwyraźniej okazał się udany, bo oto w moje ręce trafił pierwszy tomik Fate/Zero, kolejnej light novel ze „stajni” Type-Moon. Przy całej mojej rezerwie do tego gatunku na ten konkretny tytuł bardzo liczyłem i fakt, że wreszcie go otrzymałem po polsku, bardzo mnie ucieszył.

Fate/Zero jest prequelem Fate/stay night. Niby to oczywista oczywistość, ale gdy weźmie się pod uwagę, że w Polsce nigdy nie wydano rzeczonej pozycji czy też którejś z jej adaptacji, decyzja o publikacji tego akurat tytułu może zaskakiwać. Ba, życzeniem autora (co przyznaje on w posłowiu) było, by powieść ta trafiła do fanów twórczości Kinoko Nasu i do ludzi znających wspomnianą grę. Ta niecodzienna sytuacja może nieco dziwić, ale zauważmy, że popularność Fate/stay night stała się na tyle duża, że trudno chyba o fana mangi i anime, który by o tym tytule nie słyszał. Zrządzeniem losu zaś to właśnie prequel, Fate/Zero, wyśmienicie zrobiony przez studio ufotable w wersji animowanej, walnie się do tego przyczynił. Ergo, wydanie jego papierowego pierwowzoru było ze wszech miar racjonalną decyzją. Szczególnie że nie bardzo widzę szanse, abyśmy kiedykolwiek mieli zobaczyć polską wersję Fate/stay night (acz bardzo bym chciał się tu mylić).

Akcja Fate/Zero rozgrywa się na dziesięć lat przed wydarzeniami z Fate/stay night. W mieście Fuyuki staraniem trzech rodzin taumaturgów, Mato, Tosaka i Einzbern, udało się wytworzyć energię magiczną, która przyniosła na ten świat artefakt zwany Świętym Graalem. Ów przedmiot, o wielkiej mocy oraz znaczeniu symbolicznym, posiada zdolność spełnienia jednego życzenia tego, który wejdzie w jego posiadanie. Aby go zdobyć, siedmioro taumaturgów przywołuje Sługi, istoty z dziejów i legend, by co kilka dekad toczyć przy ich pomocy wojnę o Graala. Po trzech kolejnych nierozstrzygniętych starciach właśnie rozpoczyna się czwarta odsłona konfliktu.

Ród Einzbern, który walnie przyczynił się do pojawienia się Graala, ale który w walkach o jego posiadanie ponosił klęskę za klęską, decyduje się na rozwiązanie sprzeczne z wartościami, na jakich przez wieki się opierał. Adoptuje Emiyę Kiritsugu, zawodowego zabójcę, specjalizującego się w likwidowaniu taumaturgów. Jego zdolności mają zapewnić Einzbernom sukces. Problem polega na tym, że związany z Einzbernami Kiritsugu pojął za żonę Irisviel von Einzbern i spłodził córkę - Iliyasviel. Życie rodzinne dość mocno zmieniło go jako człowieka i choć pozostał wyszkolonym mordercą, to pewne priorytety uległy zmianom. Jakby zaś tego było mało, przywołany przezeń Sługa okazuje się Królem Rycerzy, Arturem Pendragonem, której rycerska moralność nijak ma się do metod powszechnie stosowanych przez jej mistrza. Jej? Ano właśnie, w tym tkwi kolejny haczyk...

Niemniej Kiritsugu jest tylko jednym z siedmiu taumaturgów, którzy biorą udział w starciu. Pozostała szóstka tworzy całkiem ciekawe grono postaci o zróżnicowanych motywacjach. Niektórzy biorą udział w wojnie o Graala z racji rodowej tradycji (jak Tokiomi Tosaka), inni z powodu ambicji (Kayneth El-Melloi Archibald czy jego zbuntowany uczeń Waver Velvet), inni zostali w nią wplątani wskutek niezależnych od nich planów i machinacji (jak młody ksiądz Kirei Kotomine) czy też zmusili się do tego (jak Kariya Mato) a inni - zupełnie przypadkiem (jak seryjny morderca Ryunosuke Uryu). Każdemu z nich towarzyszy Sługa, czasem skryty, o niezbyt określonym charakterze (jak Asasyn, służący Kireiowi), czasem wręcz przeciwnie (jak Strzelec, będący Sługą Tokiomiego). Warto zauważyć, że dodatkowo w pierwszym tomie pojawiają się postaci, które nie odegrają może istotnej roli w całej opowieści (wręcz znikną z kart kolejnych tomów), ale są bardzo ważne dla całego uniwersum (jak Rin Tosaka czy Illyasviel von Einzbern). Jeśli do tego doliczymy jeszcze postać pełniącą rolę arbitra w konflikcie, to otrzymuje naprawdę liczny zbiór dramatis personae - szczególnie, gdy uwzględnimy fakt, że cała historia zamyka się w sześciu tomach.

Pierwszy tom skupia się na wprowadzeniu w świat i w grono bohaterów, cofając nas czasem o kilka lat względem zasadniczej części fabuły, co pozwala poznać lepiej okoliczności, które zapoczątkowały cały ten ciąg wydarzeń. Początkowo akcja toczy się powoli, poznajemy motywacje poszczególnych taumaturgów, a czasami także mamy okazję dowiedzieć się czegoś więcej o ich Sługach (choć oni pozostają tu raczej na drugim planie). Dopiero pod sam koniec fabuła wyraźnie przyspiesza, co jest znakiem, że skończył się spokój i że Czwarta Wojna o Świetego Graala wybuchła na dobre. Warto zauważyć, że obsada składa się w sporej części z bohaterów, których trudno jednoznacznie sklasyfikować jako „dobrych” lub „złych”. Zapewne każdy będzie miał w obsadzie parę Sługa/taumaturg, której będzie kibicował, jak i taką, której będzie życzył rychłego zgonu.

Trzeba przyznać, że Fate/Zero pod wieloma względami przebiło historię, której miało być prequelem. Oddanie sceny dorosłym postaciom (najmłodszy w obsadzie Waver jest starszy od większości bohaterów Fate/stay night) sprawia, że fabuła nabiera głębi i nie mamy tutaj typowo nastoletnich wtrętów randkowo-romantycznych, których tam było pełno. Już pierwszy tom wyraźnie to pokazuje, gdyż jedyny występujący tu wątek miłosny ma miejsce między małżeństwem, zaś cała reszta postaci ma na głowie ważniejsze sprawy niż to, jak ubrać się na randkę czy jak wykarmić głodnego Sługę. Co więcej, dość wcześnie zaczynają się dziać rzeczy odpowiadające klasycznej grozie. Kto za to odpowiada?

Autorem powieści jest Gen Urobuchi, przez swoich fanów zwany pieszczotliwie „Urobutcherem”. Przydomek ten nie jest bynajmniej na wyrost, wystarczy wspomnieć scenariusze gier, których ten pan był autorem, z ekstremalnym horrorem erotycznym Saya no Uta na czele (przy którym dziełka takiego Edwarda Lee wydają się całkiem grzeczne). Szerszej publice (zwłaszcza światowej) dał się poznać właśnie dzięki Fate/Zero, a także jednemu z najgłośniejszych anime dekady - Puella Magi Madoka Magica. To właśnie jego osoba sprawiła, że mimo ograniczonego zaufania do gatunku light novel zdecydowałem się sięgnąć po tę powieść. I nie żałuję. Fate/Zero, choć mieści się w konwencji gatunkowej, nie jest napisane przesadnie prostackim językiem, a opisy wychodzą poza standardowe dwa-trzy słowa lub popularne w tym gatunku „wyglądał/a/o jak typowy/a/e...”. Jak na autora znanego z sympatii do klimatów gore, Urobuchi nie pokazuje tu może pazurów, choć niektóre fragmenty (jak choćby sceny związane z przywołaniem Sługi przez Ryunosuke) nie pozwalają nam zapomnieć, z kim mamy do czynienia.

Nie zdziwiłbym się, gdyby dla większości czytelników kontakt z tą powieścią był efektem wcześniejszego obcowania z anime (które powstało na jej podstawie). Jak ma się jedno do drugiego? Powieść jest niewątpliwie bogatsza, zwłaszcza jeśli chodzi o przedstawienie przemyśleń i motywacji bohaterów. Choć anime nie sposób nazwać skrótowym czy źle zrealizowanym (takie zarzuty można na pewno postawić starej serii telewizyjnej Fate/stay night), to sama jego konstrukcja nie dawała tyle miejsca. Szczególnie rzuca się to w oczy w przypadku Wavera czy Ryunosuke, ale i Kariya, przynajmniej w moim odczuciu, nieco tu zyskał. Podobnie jak w anime, nieco do przodu wysunięci są Emiya i Kirei, choć nie objawia się to poprzez potraktowanie reszty obsady po macoszemu. Pierwszy tom obejmuje wydarzenia przedstawione w dwóch pierwszych odcinkach anime, ciut poszerzone, jeśli chodzi o wspomniane wyżej kwestie, acz generalnie nieróżniące się, jeśli chodzi o meritum.

Ciekawostką, która bardzo mnie ucieszyła, jest posłowie autorstwa Gena Urobuchiego. Wyjaśnia on okoliczności powstania tej powieści i przyczyny, dla których to on się nią zajął (a nie, co byłoby skądinąd bardziej logiczne, Kinoko Nasu). Wspomina także o powodach, dla których naciskał, aby powieść była początkowo rozprowadzana przede wszystkim w kręgach ludzi zainteresowanych tematem. Trochę mnie rozbawiło, gdy na koniec proponuje tym, dla których był to pierwszy kontakt z uniwersum, aby sięgnęli po Fate/stay night... w wersji Realta Nua, czyli ocenzurowaną edycję tejże gry na PS2. Czyżby dyskretna sugestia, że pełna wersja zawiera legendarnie źle napisane sceny seksu?

Do polskiego wydania żadnych pretensji nie mam. Kotori zrobiło kawał dobrej roboty, podobnie jak przy Pustych granicach. Format jest ciut większy od kieszonkowego, ale czcionka całkiem duża i czytelna. Fanów visual novel zaskoczyć może ascetyczna oprawa graficzna. Nie licząc ilustracji na okładce oraz na skrzydełku, w całej książce znajdziemy raptem trzy kolorowe grafiki, na dodatek przedstawiające nie bohaterów czy wydarzenia, ale kluczowe dla akcji miejsca. Ktoś przyzwyczajony do kilku-kilkunastu mangowych obrazków w każdym tomiku oraz kolorowych wkładek może być rozczarowany. Jednakże należy pamiętać, że rolą tych obrazków jest częstokroć zastąpienie opisu jako takiego. Tutaj opisy są bardziej rozbudowane, więc i potrzeba tego rodzaju grafik wydaje się mniejsza.

Pochwalić muszę także polski przekład. Odpowiedzialny za niego Dariusz Latoś nie bał się decyzji kontrowersyjnych, jak choćby swobodne (acz bezdyskusyjnie słuszne) użycie słowa „Strzelec” zamiast „Łucznik”. Szeroko stosowane w fandomie słowo „mag” tu zastąpiono „taumaturgiem” (dzięki czemu zachowano łączność tłumaczeniową z Pustymi granicami). Nie znalazłem tu żadnych błędów ani rzeczy, które wywoływałyby wątpliwości. Książkę czyta się szybko i sprawnie, w czym także zapewne ma swój udział porządnie zrobione polskie tłumaczenie.

Jako fan twórczości Kinoko Nasu i Type-Moon długo czekałem, aż będę mógł postawić na półce jakieś wydane w Polsce tytuły z tej „stajni”. Rok 2017 przyniósł przełom i mam szczerą nadzieję, że to nie koniec. Bo choć Fate/Zero liczy „tylko” sześć tomów, to innych mang i powieści z tego uniwersum nie brakuje. Kto wie, może Kotori zafunduje nam kiedyś polskie wydanie Fate/Apocrypha albo całkiem udaną mangową wersję Tsukihime? Podejrzewam, że nie tylko ja bym się z tego cieszył.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.