Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Fate/Zero: Zgromadzenie duchów bohaterów - recenzja książki

Autor:Grisznak
Redakcja:Avellana
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2018-05-28 21:32:31
Aktualizowany:2018-05-28 21:32:31



Ilustracja do artykułu





Tytuł: Fate/Zero: Zgromadzenie duchów bohaterów

Autor: Gen Urobuchi

Ilustracje: Takashi Takeuchi

Liczba stron: 282

Rok wydania: Marzec 2018

Wydawca: Kotori

Gatunek: urban fantasy

ISBN: 978-83-65722-46-1

Cena okładkowa: 29,90





To naprawdę zaskakujące, jak bardzo mogą się od siebie różnić dwa tomy tej samej powieści. Pierwszy tom Fate/Zero rozpoczynał się powoli, autor zostawiał bohaterom sporo czasu na przemyślenia, prezentując każdego z nich w różnych sytuacjach i odstępach czasu. Skupił się na Mistrzach - pojawienie się Sług obserwowaliśmy dopiero w drugiej połowie książki. Oczywiście takie są prawa prologów do dłuższych opowieści. Ale gdy przeczytamy tom drugi, uderzy nas kontrast między tempem akcji obu części.

Podczas spaceru po Fuyuki Artoria oraz Irisviel niespodziewanie napotykają Sługę, który nawet nie stara się maskować swojej obecności. Okazuje się, że jest to Lansjer, szukający sposobności do stoczenia walki. I choć jego Mistrz pozostaje w ukryciu, to sam Sługa prezentuje klasycznie rycerskie podejście, jak ulał pasujące Artorii. Nic zatem dziwnego, że pojedynek sprawia tej dwójce niekłamaną przyjemność, choć mają świadomość, że walka toczy się na śmierć i życie.

Realia Wojny o Graala sprawiają, że o spokojnej walce zgodnej z wszelkimi zasadami honorowych pojedynków nie może być mowy. W momencie, kiedy Lansjer uzyskuje wreszcie przewagę, na pole bitwy zaczynają ściągać kolejni Słudzy. Ich obecność niezmiernie komplikuje sytuację. Jedni chcą po prostu popatrzeć na starcie, inni czują się w obowiązku ogłaszać wszem i wobec swoją wspaniałość, a jeszcze inni nie wahają się włączyć do walki. Sytuacja robi się bardzo skomplikowana i dopiero interwencja Mistrzów przecina ten węzeł gordyjski, który mógłby się skończyć finałem wojny jeszcze tego wieczora. Krótko potem następuje spotkanie Artorii z Zaklinaczem, który ujawnia swoją tożsamość. Tymczasem Kiritsugu, działający niejako samodzielnie i niezależnie od niepasującej do niego Sługi, przeprowadza pierwszy atak.

Jak wspomniałem, akcja pierwszego tomu toczyła się na przestrzeni kilku lat. Tutaj wszystko zamyka się w niespełna dwóch dniach. Zmienia to zasadniczo dynamikę wydarzeń, zwłaszcza w obrębie pierwszych dwóch aktów. Walka goni walkę, niespodzianka - niespodziankę, a czytelnik w zasadzie nie przerywa ani na moment lektury. Pierwszy tomik można było czytać powoli, „smakować” go jak tabliczkę czekolady. Tutaj takie podejście jest o wiele trudniejsze. Prawdę mówiąc, cały drugi tom przeczytałem w dwa wieczory, a gdybym poświęcił mu ciut więcej czasu, to i w jednym bym się zmieścił. Pod tym względem trochę bardziej zbliża się od do kanonów light novel. Niezaprzeczalny talent Gena Urobutchiego (a także całkiem sprawny polski przekład) sprawia jednak, że nadal nie odczuwam podczas lektury dyskomfortu, jaki pojawiał się przy lekturze wielu innych książek tego typu.

Tomik nosi tytuł Zgromadzenie Duchów Bohaterów i faktycznie oddaje im o wiele więcej miejsca niż poprzednio. To jedna z tych rzeczy które dość istotnie różnią w moim odczuciu Fate/Zero od Fate/stay night. Tam Słudzy byli bardziej „mocami” w rękach bohaterów, tylko niewielka część z nich dostała swój czas antenowy, a tożsamość wielu była dla czytelnika zagadką niemal do samego końca. Tu z kolei już w połowie drugiego tomu znamy imiona sześciu z siedmiu Sług, zaś w przypadku ostatniego otrzymujemy czytelną podpowiedź. Co więcej, Słudzy swobodnie konserwują ze sobą i z innymi Mistrzami, co czyni ich pełnoprawnymi bohaterami powieści. Ba, w niektórych przypadkach to tak naprawdę oni są motorem działań swoich Mistrzów, sprawiających czasem wrażenie kul u nóg. W kolejnych tytułach z tego uniwersum, takich jak Fate/Apocrypha czy Fate/Grand Order zachowano ideę dużej roli fabularnej wszystkich niemal Sług - i wyszło to na dobre.

Tym, co daje się na tym etapie zauważyć, jest odmienna filozofia starć. Nawet jeśli do walki dochodzi przez przypadek, to bohaterowie cały czas myślą, analizują i starają się planować swoje działania na kilka ruchów do przodu, wygrywa zaś ten, kto przewidzi działania przeciwnika. Istotnym natomiast czynnikiem, o czym przekonujemy się w tym tomie dobitnie, jest kwestia marnej kompatybilności niektórych Mistrzów z ich Sługami. Od początku wiadomo było, że problem ten dotyczy Kiritusugu, ale tomik drugi pokazuje, że na nim lista się nie kończy.

Wspomniałem, że tomik bardzo szybko się czytało. Z pewnym zaskoczeniem spostrzegłem zatem, że jest on o niemal jedną czwartą dłuższy od poprzedniego, liczy bowiem 282 strony, podczas gdy pierwszy miał ich 218. Na okładce pojawiły się Artoria oraz Irisviel, zaś na skrzydełku ostatniej strony - Lansjer. Ciut szkoda, że poza nimi w tomiku nie ma innych ilustracji przedstawiających bohaterów. Żeby bowiem nie było - nie jestem wrogiem ilustracji jako takich, w każdym razie do momentu, kiedy autorzy nie korzystają z nich jako z wymówek dla zminimalizowania ilości opisów.

Niezależnie od wszystkich wymienionych wyżej różnic, tomik czytało mi się równie dobrze jak pierwszy. Fate/Zero naprawdę pozwala uwierzyć, że lektura light novel może być czymś więcej niż tylko straconym czasem. Pozostaje zatem czekać na tomik trzeci i mieć nadzieję, że będzie równie udany.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Rinsey : 2018-05-29 19:32:59

    Świetny artykuł :) Bardzo mnie zachęcił do zakupu książki ;)

  • Skomentuj