Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Upiorna uczta - recenzja książki

Autor:Grisznak
Redakcja:IKa
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2018-08-11 19:56:07
Aktualizowany:2018-08-11 19:58:07



Ilustracja do artykułu




Tytuł: Upiorna uczta

Autor: Robert Cichowlas

Liczba stron: 226

Rok wydania: Kwiecień 2018

Wydawca: Phantom Books

Gatunek: Horror

ISBN: 978-83-949706-4-2






Robert Cichowlas to bez wątpienia jeden z bardziej znanych i cenionych twórców polskiej grozy. Ma na sumieniu kilka książek oraz sporą ilość opowiadań publikowanych tu i tam. W jego dorobku jest kilka tytułów, które zapewne staną się istotnymi pozycjami w dziejach polskiego horroru - weźmy choćby Duckfuckera, nie bez kozery uważanego za pierwszą polską pozycję z gatunku bizarro, czy świetne Pradawne zło napisane do spółki z Łukaszem Radeckim. Summa summarum, nie jest to w żadnym razie debiutant, toteż kupując zbiór jego opowiadań traktowałem ten zakup raczej jako pewniaka niż eksperyment.

Całość otwiera znany dość dobrze Duckfucker, wspomniane już wyżej krótkie opowiadanie, które swego czasu nad Wisłą wywołało spore zamieszanie w światku fanów grozy i doczekało się swoistego kultu. Nie kryję, bizarro to niespecjalnie moje klimaty i choć doceniam fakt, że opowiadanie to wprowadziło na polski rynek trochę świeżego powietrza, to daleko mi do zachwytu nad perypetiami człowieka, który ma skłonność do kaczek. Ale taka już specyfika gatunku, który nawet w obrębie horroru stawia sobie za cel szokowanie i nie pozwala sobie na jakiekolwiek ograniczenia. Acz skłamałbym, gdybym napisał, że autorowi nie udało się mnie zaskoczyć - bo odkładając na bok kwestie tematyki, to dobrze napisana rzecz.

Propozycja to w sumie dość typowa wariacja na temat klasycznego motywu diabła-kusiciela, napisana sprawnie i odpowiednio makabrycznie. Autor nie cofa się tu przed sporą dozą obrzydliwości, nadal traktując ją jednak bardziej jako środek do osiągnięcia celu, a nie, jak wielu twórców grozy, jako cel sam w sobie. Dzięki temu nawet przewidywalna początkowo rzecz potrafi w finale zafundować czytelnikowi niespodziankę, co mnie bardzo ucieszyło. Niemniej to tekst, który podejrzewam, że u niejednego czytelnika wywoła wrażenie w rodzaju „O rany, ale to powalone!”.

Króciutki Fryzjer to taki przerywnik, choć zgrabnie napisany. Za to Szkieletowy Poznań to jeden z najmocniejszych punktów tej książki, rzecz, która nadawałaby się na szkielet (nomen omen) dla pełnowymiarowej fabularnie powieści. Historia, gdzie po współczesnym Poznaniu zaczynają chodzić szkielety, takie jak z klasycznych gier RPG, pokazuje, że Robert Cichowlas ma talent do wykorzystywania absurdalnych pozornie motywów (przypomnieć można tu jego Szóstą Erę) i snucia wokół nich naprawdę fajnych opowieści. Opowiadanie czyta się bardzo przyjemnie i gdy dobijamy do finału, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ten nadchodzi jakby nieco za szybko, że chciałoby się więcej. Podbudowa historyczna fabuły jest oparta na niby ogranym motywie, ale znowu, autor pokazuje, że nawet z okultystycznych nazistów można jeszcze wyciągnąć coś, co da czytelnikom przyjemność. Mocną stroną tego tekstu jest ponadto ukłon w stronę klasycznej grozy klasy B, zrobiony z wdziękiem i polotem. Czytając to opowiadanie naprawdę przypomniałem sobie czasy dawnego Phantom Pressu.

W Pokucie Robert robi zwrot w stronę pornohorroru, opisując kolejne perypetie pewnej nimfomanki i stopniowo wprowadzając w nie elementy niesamowitości, a następnie grozy. Nie idzie tu w taką ekstremę jak np. Edward Lee, ale w finale uderza młotkiem makabry naprawdę solidnie, nie pozwalając czytelnikowi zapomnieć, że to jednak horror pełną gębą. W efekcie jest to jeden ze zdecydowanie bardziej „chorych” tekstów w tym zbiorze. Nawiedzone mieszkanie to z kolei króciutka, humorystyczna w sumie wariacja na temat niezbyt już dziś chyba popularnego gatunku grozy, jakim jest ghost stories.

Czymś z zupełnie innej beczki jest Opowieść z bardzo szczęśliwym zakończeniem, którą sam autor opisuje jako inspirowaną twórczością Jacka Ketchuma - i w rzeczy samej to te klimaty. Jest to chyba najnormalniejszy tekst w tym zbiorku, pozbawiony zarówno metafizyki jak i nawet szczególnie intensywnej makabry, za to ze sprawnie skonstruowaną i trzymającą czytelnika do końca w niepewności historią. Nie jestem całkiem przekonany, czy pasuje on do reszty opowiadań w tym zbiorku, jest jakby za mało „horrorowaty”, przynajmniej w moim odczuciu. Co w niczym nie zmienia faktu, że jest to po prostu dobrze napisana opowiastka.

W Willi Greisera Rober po raz drugi eksploatuje wątek niemieckiej okupacji Poznania. Tym razem jednak robi to nieco bardziej eksperymentalnie, tworząc dość osobliwe ghost story z finałem, który zostawia czytelnika w mocnej niepewności. Ta zręcznie napisana historyjka to kolejny mocny punkt tego zbiorku, zbudowana w oparciu o stopniowo rozwijany nastrój i dość oszczędna pod kątem klasycznie horrorowych rekwizytów. Umiejętnie zbudowany klimat to mocna strona tego tekstu, a kreacja głównego bohatera, dość nietypowego detektywa, jest kolejną zaletą.

Wieńczący całość Duckfucker 2: Monkeyfucker to jeszcze bardziej przegięta kontynuacja pierwszej części tej historii. Tym razem autor postawił w większym stopniu na ekstremę, docierając niemal do granic, choć zabrakło tu pewnej finezji, którą niewątpliwie mogła się pochwalić poprzedniczka. Niemniej, trudno się po zakończeniu lektury oprzeć pytaniu, jaki będzie nosiła tytuł część trzecia, o ile kiedykolwiek powstanie...

Wydawca nie bez kozery pisze, że jest to pozycja skierowana do „najtwardszych fanów literackiego horroru”. Są to w większości teksty bardzo mocne, stawiające nie tyle na epatowanie czytelnika klimatem lub nastrojem, ale na wywołanie szoku, obrzydzenia lub nawet lęku. Nie jest to typ literatury, która będzie poddawana wnikliwym analizom czy też będzie budziła zachwyty krytyków, ale nie to jest jej zadaniem. Tu liczy się przede wszystkim siła uderzeniowa szoku - w tym Robert Cichowlas jest naprawdę niezły. Dlatego na pewno nie polecę tej książki nikomu, kto dopiero chciałby postawić swoje pierwsze kroki w poznaniu literackiej grozy. Upiorna uczta to trochę jak granie w Dark Souls czy słuchanie Sodom lub Carcass - doświadczeni miłośnicy będą zachwyceni, nieprzygotowani - odpadną bardzo szybko. Czytając opinie czytelników, bardzo często spotykałem się z takimi, które zdradzały owo nieprzygotowanie - ale, co ciekawe, nie zawsze towarzyszył temu zawód,.

Jedynym problemem tego zbiorku jest fakt, że jedno opowiadanie wyraźnie góruje nad całą resztą. Owszem, wspomniany Szkieletowy Poznań jest po prostu tak udany, że inne opowiadania, skądinąd przecież niezłe (bo ewidentnej kaszany w tej książce nie ma) ciut bledną w jego cieniu. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Robert stracił okazję, aby historię tę rozwinąć, rozbudować i napisać dobrą, a może nawet i bardzo dobrą powieść. Choć zaraz można zapytać, czy w dłuższej formie tekst ten byłby tak samo udany?

Upiorna uczta dała mi, jako fanowi rasowego horroru, sporo radochy, udanie dowodząc, że da się po polsku pisać horror ekstremalny - a tego nigdy do końca pewien nie byłem. Robert pokazał, że w swojej klasie jest naprawdę zdolnym autorem i może pochwalić się udanymi pomysłami, nie ograniczając się przy tym. Mam nadzieję, że następnym razem będę miał sposobność przeczytania jakieś pełnowymiarowej powieści, łączącej to wszystko, co czyni ten zbiorek tak udanym.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.