Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

Przeklęci - recenzja książki

Autor:Grisznak
Redakcja:IKa
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2018-08-29 17:13:08
Aktualizowany:2018-08-29 17:14:08



Ilustracja do artykułu




Tytuł: Przeklęci

Autor: Guy N. Smith

Liczba stron: 272

Rok wydania: Marzec 2018

Wydawca: Phantom Books

Gatunek: Horror

ISBN: 978-83-949706-0-4







Nigdy bym nie przypuszczał, że przyjdzie mi recenzować nowo wydaną w Polsce książkę autorstwa Guya N. Smitha. Autor ten, na którego horrorach po części się wychowałem, pozostał w mojej pamięci jako jeden z symboli początku lat dziewięćdziesiątych, Dzikiego Zachodu na naszym rynku wydawniczym. Jego książki, zarówno cykle (Sabat, Kraby) jak i pojedyncze opowieści (Szatański Pierwiosnek, Wyspa) stały się symbolami horroru klasy B, mało wymagającego, ale dającego fanom pulpowej grozy dużo frajdy. Twórczość Smitha była u nas jak kometa - przemknęła nagle, intensywnie zalśniła i równie szybko znikła. Ale dzięki bibliotekom jeszcze długo potem ludzie raczyli się jego dokonaniami, tak że ten pogardzany przez krytyków autor dorobił się u nas specyficznego kultu, zaś współcześni polscy pisarze grozy nie wstydzą się przyznawać do inspiracji jego książkami.

Wydawnictwo Phantom Books, w samej swojej nazwie nawiązujące do Phantom Pressu (odpowiedzialnego także i za pojawienie się Smitha w Polsce), wydawało pozycje jak żywo kierowane do fanów horrorowej pulpy, wychowanych nierzadko na pozycjach z początku lat 90. Zatem swego rodzaju wykonaniem pełnego obrotu stało się wydanie przez to wydawnictwo Przeklętych - powieści Guya N. Smitha, którą pierwotnie, dwadzieścia pięć lat temu, zapowiadał Phantom Press. Jako że mam na półce pokaźną ilość książek tego autora, to i tej nie mogło tu zabraknąć.

Smith ma w dorobku wiele różnych pozycji, ale u nas znany jest tylko z horrorów. Jednak nawet i tu mieliśmy różnorodność - od klasycznych animal horrorów (Kraby, Odraza, Węże), poprzez próby napisania czegoś w stylu Stephena Kinga (Mania), Henry’ego Kuttnera (Dzwon Śmierci) czy nawet rzeczy całkiem bliskie nurtowi young adult (Neofita). Tymczasem w Przeklętych poznajemy Guya w jeszcze nieco innym wydaniu, autor czerpie tu bowiem z klasycznych w grozie wątków egipskich, osadzając je w realiach „ery atomowej” początku lat osiemdziesiątych. Zrezygnował tu też z typowej dla siebie makabry na rzecz czegoś bardziej klimatycznego. Zupełnie jakby miał na ochotę na pójście w kierunku nieco bardziej ambitnej odmiany grozy.

Zaczyna się bardzo typowo. Ksiądz, kolekcjoner egipskich ciekawostek, wchodzi do grobowca, do wnętrza którego nie chcą zanim podążyć zabobonni miejscowi. Tam przeżywa dość upiorną przygodę, ale w efekcie wraca do rodzinnej Anglii z dwiema mumiami. Po wielu latach cieszenia się tymi ciekawostkami, postanawia jednak się ich pozbyć i kierując się skrupułami, urządza mumiom pogrzeb. Problem w tym, że nie przejmując się za bardzo klątwą, jaka się z mumiami wiąże, doprowadza do czegoś o wiele gorszego.

Można by się po takim wstępie spodziewać historyjki o ożywających mumiach itd., nieprawdaż? Tymczasem Smith funduje nam rzecz z zupełnie z innej beczki. Fabuła koncentruje się na nowobogackiej, angielskiej rodzinie, w której codzienne życie wkracza coś dziwnego. Początkowo dotyka to męża i ojca, który nagle postanawia wykopać w ogródku schron przeciwatomowy. Pretekstem dla tego działania są coraz to bardziej realne pogróżki jednego z dyktatorów. Jednak dość szybko okazuje się, że i kolejni członkowie rodziny zaczynają się zachowywać nietypowo, a schron upodabnia się do staroegipskiej świątyni. Okolicę zaś zaczynają nawiedzać plagi jak żywo przywodzące na myśl klasyczne siedem plag egipskich.

Przeklęci to horror, w którym kluczowym motywem jest postępujący w wyniku opętania obłęd. Smith nie raczy nas tutaj typowymi dla siebie wymyślnymi metodami mordowania ludzi, prawdę mówiąc pod tym względem jest to chyba jedna z jego najbardziej spokojnych książek. Przyznam, podczas lektury zaskoczyło mnie to mocno, bo byłem pewien, że już za chwilę coś wyskoczy i ukatrupi którąś z postaci. A tymczasem nic z tych rzeczy, nawet makabra dawkowana jest tu wręcz aptekarsko. W zamian autor stawia na rozpad ludzkiej psychiki i niszczenie więzów rodzinnych, pokazując, jak bohaterowie stopniowo ulegają czemuś, czego nawet dobrze nie rozumieją. Trudno się oprzeć wrażeniu, że autor chciał napisać coś trochę bardziej pod Stephena Kinga. Oczywiście, to nie ta klasa, nie ten styl, więc tak przekonująco jak Stefanowi wyjść to nie mogło. Guy to wciąż raczej Krul niźli Król.

Klasyczną cechą tzw. „guyozy” było wykorzystywanie jednostrzałowych bohaterów epizodycznych. Smith bardzo lubił wprowadzać jakąś postać, dawać jej nawet względnie dopracowane tło tylko po to, aby ją efektownie rozsmarować lub wybebeszyć. Ten patent sprawdzał się zwykle nieźle, bo gdzieś tak do połowy książki czytelnik nigdy nie wiedział, kto zaraz zginie, a kto pożyje dłużej. Tym razem jednak i to rozwiązanie zostało odłożone ad calendas graecas, obsada książki jest dość nieliczna, za to takich czysto epizodycznych postaci praktycznie tu nie ma (poza chyba jednym urzędnikiem, wtrąconym pod koniec i też wykorzystanym raczej nietypowo).

Pomysł, który Smithowi natomiast udał się całkiem nieźle to próba pożenienia tego mrocznego nastroju opętania z klimatem czasów zimnej wojny i zagrożenia atomowego. Nakładające się na siebie dwie psychozy oddziałują na bohaterów jak i na czytelnika, choć w przypadku tego drugiego to już bardziej wspomnienie przeszłości. Pamiętać jednak trzeba, że w czasach, kiedy książka ta trafiała do sprzedaży na Zachodzie, kwestia ta była jak najbardziej aktualna. To u tego autora raczej mało typowe, bo w swoich książkach zwykle unikał „aktualnych” motywów, trzymając się klasycznych rekwizytów grozy.

To nieco inny Guy N. Smith niż zwykle - przez co niektórzy mogą nawet być trochę zaskoczeni brakiem tego, za co różne „smithowe świry” (jak ostatnio określa się tych, którzy czują słabość do autora Krabów i Sabata) pokochały tego autora. Nie twierdzę, że gorszy, doceniam fakt, że próbował stworzyć coś innego. Co więcej, patrząc na zapowiedzi naszych wydawców, widać, że pomysł na reintrodukcję Smitha nad Wisłą chwycił, co mnie zresztą, jako kolekcjonera jego twórczości, bardzo cieszy.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.