Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)

Rozdział V – Zbliżając się do granicy

Autor:Shadica1stClass
Serie:Final Fantasy
Gatunki:Akcja, Dramat, Fantasy, Komedia, Science-Fiction
Uwagi:Przemoc, Wulgaryzmy
Dodany:2019-05-22 21:43:55
Aktualizowany:2019-05-22 21:43:55


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Rozdział V - Zbliżając się do granicy

Wobec każdej osoby można śmiało zastosować stwierdzenie, że zawsze da się znaleźć w znacznie gorszej sytuacji niż w chwili obecnej, czyli przysłowiowo wpaść z deszczu pod rynnę. Ta pocieszająca myśl pozwala otrząsnąć się z poniesionej porażki z nadzieją, iż przecież mogło być jeszcze mniej przyjemnie. A jednak Angeal Hewley, SOLDIER 1st Class, był święcie przekonany, że nic już nie zdoła przebić tej, w której właśnie musiał brać średnio atrakcyjny udział.

Zgodnie z planem Genesisa obaj górnym szybem wrócili do pomieszczenia, z którego Angeal zabrał raport o wadliwych materiach. Rudowłosy podejrzewał przyjaciela o przeoczenie jakichś ważnych dokumentów, a w takich wypadkach rzadko kiedy się mylił. Walizę przezornie zostawili w szybie i, jak zawsze, tuż przed zdjęciem kratki nasłuchiwali, czy w pobliżu nikogo nie ma. Na szczęście nie usłyszeli żadnych podejrzanych odgłosów, więc bezzwłocznie opuścili kryjówkę i już po sekundzie Genesis z wielką dokładnością przeszukiwał każdą z trzech szafek, Angeal zaś stał na straży, aby w razie czego szybko i bezszelestnie zniknąć, zanim ktoś wejdzie. Do tego momentu wszystko jeszcze szło jak płatka, jednak żaden nie przewidział, że to od początku mogła być zasadzka i za drzwiami będzie w zupełnym bezruchu czatował oddział wroga. Ku zaskoczeniu obydwu SOLDIER wpadli do sali akurat wtedy, gdy Genesis znalazł dokument, który pozwoliłby im dotrzeć go miejsca, gdzie składowano materie. Na widok grupy terrorystów pośpiesznie schował papier do kieszeni, porwał za Rapier, Angeal chwycił rękojeść swojego miecza i bez słowa wspólnie ruszyli do walki. Przeciwnicy widząc słynnych SOLDIER, cofnęli się lekko, jakby spodziewając się kogoś innego a nie akurat tych dwóch, lecz zaraz podjęli przerwany atak. Jeden z nich upadł już po sekundzie, dławiąc się własną krwią, kiedy ostrzejszy od brzytwy Rapier z idealną precyzją rozciął mu gardło. Towarzysze zabitego odpowiedzieli strzałami z pistoletów, ale Genesis z kocią zręcznością uskoczył przed pociskami, które zamiast w niego wbiły się w ścianę. Wykorzystawszy moment ich nieuwagi ze śmiechem dopadł kolejnego. Krew trysnęła na wszystkich dookoła, poza samym sprawcą, który w porę zdążył się uchylić. Bezwładne ciało głucho runęło na posadzkę...

I wtedy zaczęło dziać się coś dziwnego.

Przeciwnicy usilnie stali się okrążyć Angeala, ale SOLDIER zabijał każdego, kto podszedł za blisko. Zdoławszy w końcu oczyścić sobie pole do następnego manewru, czarnowłosy poczuł, jak ręka zaczyna podejrzanie drżeć mu pod ciężarem miecza, a Buster Sword ciąży na plecach znacznie mocniej niż zazwyczaj. Energicznie potrząsnął głową z przekonaniem, że ma omamy i przygotował się do odparowania kolejnego ataku. Ledwo go odparował, kiedy ręka o mało co nie ześlizgnęła się mu z rękojeści. Kątem oka zauważył, jak Genesis walczy coraz wolniej, jak ta zabójcza błyskawica, którą był przed chwilą, z sekundy na sekundę staje się słabsza. A sekunda podczas walki była rokiem życia. Co to ma znaczyć? pomyślał ze zgrozą Angeal. Ich ataki były nieporównywalnie gorsze, tracili na zręczności, sam z trudem unosił miecz. Wreszcie nie zdążył odpowiednio zareagować i dostał potężnego kopniaka w brzuch. Zataczając się, dostrzegł zdziwioną twarz jakiegoś mężczyzny. No tak, w końcu jestem z SOLDIER... Usłyszał wściekły krzyk Genesisa, który chciał mu pomóc, a nie był w stanie, ponieważ też miał niemałe kłopoty. Rudowłosy został otoczony przez sześciu mężczyzn i jeszcze nie tak dawno to oni byliby martwi lub ciężko ranni, lecz teraz nie mógł sobie z nimi poradzić. Angeal przez mgłę widział, jak cofa się pod ścianę i powala jeszcze jednego z nich. W końcu Genesis został trafiony w prawe ramię i osunął się na podłogę. Sam Angeal wytrzymał kilka następnych sekund, jednak wytrącono mu miecz z ręki. Nim dobył Buster Sworda, przeciwnicy wycelowali w niego ze swoich karabinów, a SOLDIER tym razem był pewien, że nie chybią. Za plecami dosłyszał jęk Genesisa, którego uderzyli, kiedy ten próbował wstać. Ktoś kopnął Rapier, by był poza jego zasięgiem i nie mógł zaatakować.

- Związać ich - polecił jeden z nich, którego Angeal uznał za dowódcę oddziału, a nie widział go dokładnie, bo stał z boku.

Poczuł jak zdejmują mu Buster Sworda, jednocześnie złorzecząc na ciężar miecza, co trochę go uspokoiło. Nie są pod wpływem mako pomyślał. Mocno związali mu ręce i to samo zrobili z Genesisem, którego brutalnie dźwignęli na nogi. Mimo boleśnie rozciętego ramienia postawiony do pionu SOLDIER natychmiast spróbował wyrwać się oprawcom, ale zaraz któryś uderzył go w twarz. Z rozciętej wargi poleciała krew.

- Zabierzcie też ten czerwony miecz - powiedział mężczyzna - Szef będzie z nas bardzo zadowolony.

Wkrótce po licznych popychaniach naprzód, pośpieszaniach, a także nieprzyjemnie wesołych dla uszu obydwu SOLDIER okrzykach, że ujęto niezwyciężonego Genesisa Rhapsodosa oraz Angeala Hewleya, dotarli do innej części bazy. SOLDIER zdążyli już ją trochę poznać, ale ta, w której się znaleźli, znacznie się różniła od reszty kompleksu. Korytarze były tu na tyle szerokie, że bez problemu mógłby nimi przejechać samochód wcale niemałych rozmiarów. Ich wręcz nienaturalna czystość przelotnie skojarzyła się Genesisowi z identycznie czystymi korytarzami i pomieszczeniami ShinRy. W ogóle cała ta sprawa budziła jego podejrzenia, jednak w tej chwili szczególnie zajmowała go sprawa materii, których pełną walizę na powrót odzyskali terroryści.

Wraz z Angealem był prowadzony przez dziesięcioosobową grupę, tą z którą nie tak dawno stoczyli walkę i której to solidnie przerzedzili członków. Na czele z dumnie wypiętą piersią kroczył dowódca, co pewien czas odwracając się, więc mogli dokładnie oglądać jego porytą bliznami twarz, przepaskę na lewym oku i ciemne włosy, które częściowo zasłaniały tą szkaradę. Tuż za nim szła czwórka ludzi, niosąc miecze SOLDIER - Buster Sworda taszczyły aż dwie osoby, a dalej oni ze skrępowanymi rękami. Genesis nie dostrzegał nigdzie walizy z materiami, ale prawdopodobnie zdążyła już na powrót trafić w ręce naukowców. Mogło też być tak, że uczestniczyła w tym radosnym marszu, lecz każda próba dokładniejszego rozejrzenie się skutkowała nagłym przyłożeniem lufy broni do pleców.

W którymś z kolei korytarzy cały oddział został na krótko zatrzymany przez potężnie zbudowanego mężczyznę z brodą, którego Angeal zdążył poznać.

- Stójcie! Tak, już wiem, Rasac, bo to wasze kretyńskie wycie słychać w całej bazie i szef też wie! - uprzedził słowa dowódcy - Wspaniale! Mamy aż dwóch SOLDIER z tej cholernej ShinRy!

Zbliżył się go Angeala i Genesisa i spojrzał na nich z pełnym szyderstwa wzrokiem. Zadowoliwszy się widokiem ich w tak żałosnym stanie, szczególnie zaś rannego Genesisa, wziął od jednego z żołnierzy Rapier. Zupełnie wprawnie chwycił jego rękojeść i z zainteresowaniem zaczął oglądać misterne zdobienia.

- Łapy precz! - krzyknął Genesis.

Brodaty bez śladu najmniejszych emocji wolną ręką pstryknął w palce, na co ten, od którego wziął miecz, pięścią uderzył SOLDIER’a w brzuch.

- Radziłbym uprzejmiej, o ile chcesz dłużej pożyć - powiedział, patrząc jak wypluwa krew na podłogę. - Nie wiem, czy wiesz, ale jest tylko jedna osoba ważniejsza ode mnie, więc moje słowo wystarczy, żeby cię zabić, Rasodosie.

- Jak już… to Rhapsodosie, jeśli łaska - wykrztusił wyzywająco Genesis.

Pstryknięcie. Uderzenie. Nowa porcja krwi i śliny.

- Czy zgodzi się pan, żebyśmy od razu zaprowadzili ich do szefa? - zapytał spokojnie Rasac.

Ten niecierpliwie skinął głową, po czym oddał Rapier. Stojący obok Angeal bezradnie zaciskał pięści, nie mogąc pomóc przyjacielowi. Przeklinał jedynie w myślach każdy aspekt tej misji i czuł przemożne pragnienie zabicia tego mężczyzny. Znowu dźgnięto ich w plecy, nakazując dalszą drogę. Brodacz dołączył do grupy i teraz sam szedł na czele, jakby to on odpowiadał za to, że zostali schwytani.

A oni nie mogli nic zrobić.

***

- TO ON! ZABIJCIE GO!

Zdumiewające. Nie mieli zamiaru uciekać, a to wzbudziło w nim mimowolny podziw. Ale, paradoksalnie, ułatwią mu tym pracę.

- NIE! Nie…! Co ty…! - dalej nie usłyszał już nic treściwego, bo przeciwnik skupił swoją uwagę na kikucie ręki, która przed ułamkiem sekundy była cała i zdrowa. Jego wrzaski raniły mu uszy, zatem litościwie go dobił.

Oni strzelali do niego z rosnącym przerażeniem, on z opanowaniem kroczył ku nim pośród ruin zniszczonego budynku. Nie byli w stanie go trafić, pociski zatrzymywały się kilka centymetrów od niego, odbijając z rykoszetem.

Masamune cicho zaśpiewała.

***

- Wiesz Angeal… mamy problem - usłyszał szept Genesisa.

Nawet nie musiał mu tego mówić. Zostali schwytani, zabrano im miecze, wadliwa materia nie pozwalała używać magii i, co najgorsze, tłumiła ich zdolności, redukując do rangi zwykłych ludzi. Nie, jednak najgorsze było to, co właśnie ujrzeli, kiedy opuścili korytarz i weszli do nowego pomieszczenia, czy jakby to trafniej określić, długiego przejścia nad olbrzymim hangarem. Jednak w tym hangarze stały tylko trzy niewielkie airshipy, które ulokowano tuż przy wyjściu, tak by w razie potrzeby były w pełnej gotowości do odlotu. W pobliżu maszyn niczym prawdziwi żołnierze maszerowali w równych szeregach terroryści. Na oko była ich nieco więcej niż setka, co w porównaniu z rozmiarami pomieszczenia, z całkowitą pewnością będącego w stanie pomieścić z dziesięć takich oddziałów, nie prezentowało się dość okazale. Angeal, który poruszał się nad salami pełnymi ćwiczących ludzi i kilka razy słysząc o planowanym ataku na Midgar, mógł wywnioskować tylko jedno: oddziały już wyruszyły. A zebrani tu ludzie byli w pełni gotowi do walki i w dowolnym momencie mogli wsiąść do machin i wspomóc tych, których wysłano wcześniej.

- Jazda! Ruszać się! - na środku pleców poczuł znajomy już ostry kant lufy i wraz z Genesisem niechętnie przyspieszyli kroku.

Wbrew przypuszczeniom SOLDIER nie doszli do końca łącznika, lecz przed drzwiami prowadzącymi z powrotem do zwykłej części bazy skręcili i zeszli po metalowych schodach na sam dół hangaru, który z tej perspektywy wydawał się jeszcze większy. Hen wysoko w górze dostrzegał zarysy ciemnych belek, podtrzymujących rozległy strop.

Wszyscy terroryści na krótki rozkaz swoich dowódców zatrzymali się i błyskawicznie uformowali równe, zwarte szeregi. Mimo to każdy ukradkiem czy nawet otwarcie patrzył na schwytaną dwójkę, zaś wielu miało w oczach najzwyklejszą w świecie drwinę. Na widok brodacza jednocześnie zasalutowali, co ten przyjął z pobłażliwym uśmiechem. Uniósł lekko rękę, gestem tym zatrzymując grupę Rasaca, tak iż teraz stali na samym środku.

- Grant! - krzyknął ku zebranym.

Po paru sekundach z szyku wyszedł dokładnie uzbrojony osobnik z karabinem.

- Powiadomiłeś go? - zapytał bez ogródek brodacz.

- Tak, panie Carpine, niedługo przyjdzie.

- Świetnie, możesz wracać - ucieszył się, po czym ponownie ryknął na całe gardło - Dobra, hołoto!

Zaraz do nas przybędzie najważniejsza osoba w tym cholernym miejscu, więc… BAAACZNOŚĆ!

Przez hangar z donośnym hukiem potoczyły się charakterystyczne stuknięcia buta o but i każdy zamarł w bezgłośnym oczekiwaniu. Angeal i Genesis wykorzystali chwilę zamieszania na szybkie rozejrzenie się po pomieszczeniu. Były cztery wyjścia - właz dla airshipów, równolegle do niego tak samo szeroki, ale już niższy dla "żołnierzy" oraz te dwa z łącznika.

- A wy… - podszedł do nich brodacz zwany Carpine - Żadnych podejrzanych ruchów, bo inaczej nasze kule przedziurawią was jak sito. Zrozumiano?

- Na odpowiedź "tak jest" połączoną ze żwawym salutem możesz nie liczyć - odparł chłodno Genesis, nie zaszczycając go spojrzeniem, gdyż za bardziej atrakcyjny widok uznał swój oddalony o kilka metrów Rapier - Pragnę jednak z satysfakcją zauważyć, iż do tej pory uważałem się za jedyną osobę z niefortunnym nazwiskiem.

- Gen! - syknął ostrzegawczo Angeal, ale Genesisa już podchodził żołnierz. Właśnie miał go uderzyć, kiedy…

- Stop. Co to ma znaczyć? - nagle z łącznika dobiegł ostry głos.

Ręka szeregowca zawisła w powietrzu, dosłownie tuż przed twarzą Genesisa i jak wszyscy zebrani odwrócił głowę ku trzem nowym osobom, które właśnie schodziły z góry. Czy ściślej rzecz ujmując dwójce ochroniarzy i owianym tajemnicą szefowi. Ci dwaj wyglądali identycznie; zamiast nosić ciężkie uzbrojenie jak większość tu zebranych mieli na sobie lekkie, a wytrzymałe pancerze, podobne do tych z SOLDIER. I tak samo nie mieli na głowach hełmów, więc widać było analogiczne ciemnoblond włosy zaplecione w kucyk i beznamiętne spojrzenia, co sprawiało pozór, że są maszynami, nie ludźmi. Jeden i drugi posiadał przy boku po dwa krótkie miecze, ale nie widać było żadnej broni palnej. Jednak Angeal podświadomie czuł, że gdyby ta dwójka otrzymała rozkaz wspomożenia ataku to pozbawiony ich i Sephirotha Midgar mógłby polec. O ile tak zarządziłaby osoba przez nich eskortowana.

Angeal już nieraz widywał przywódców grup terrorystycznych i przestępczych, niemniej człowiek, który właśnie do nich podchodził, zrobił na nim mimowolne wrażenie. Nie był ani chudy ani gruby, tylko po prostu szczupły, nie odznaczał się też sędziwym wiekiem, bo sądząc po jego sprężystym kroku i czysto czarnych włosach bez śladu siwizny nie miał nawet pięćdziesiątki. Ubrany był w jasny garnitur, nie biały, tylko jakby beżowy, ale Angeal nie potrafił tak dobrze rozróżniać kolorów jak Genesis… Lecz nie o to mu chodziło. Większość przywódców, z którymi miał styczność była mniej lub bardziej zestresowana i nerwowa w ruchach, chociażby sam Prezydent ShinRy, z byle powodu wzywający Sephirotha do ochrony jego osoby. A ta tutaj osoba szła z zupełnym spokojem na malującym się na twarzy, jakby nie miała najmniejszych powodów do zmartwień i atak na Midgar był czymś wpisanym w jego codzienny harmonogram. Chociaż wiedział o pojmanej dwójce, to nie zwrócił na nich uwagi, zamiast tego odwrócił się i z przyjemnością spoglądał na salutujący mu tłum. Podobnie jak wcześniej Carpine uniósł ukrytą w rękawiczce dłoń.

***

- UCIEKAJCIE! JUŻ!

Matka z kilkuletnią córką natychmiast posłusznie zniknęły w głębi ciasnej uliczki. Kobieta obejrzała się za nim w niemej podzięce. Sephiroth zaraz po ich odejściu magią zawalił przejście, żeby nie podążyły za nimi przyzwane psopodobne bestie. Dwa potwory wpadły w poślizg i z impetem uderzyły o ścianę budynku, ale zaraz z warkotem dołączyły do pozostałych, które biegły prosto na srebrnowłosego. Ten zdążył odskoczyć przed atakiem wściekłego stada, jednocześnie samemu ciął bestie mieczem, tak iż szybko rozwiewały się w chmurach ciemnego pyłu. Kiedy zdematerializowały się wszystkie, ruszył dalej.

***

Genesis z oporem przeniósł spojrzenie ze swojego miecza na tego dziwnego szefa, który z zadowoleniem pogładził ostrze Buster Sworda, później zaś Rapiera. Całą siłą zmusił się do milczenia, choć i tak czuł, że się w nim aż gotuje ze złości. To były ich miecze i nikt nie miał prawa ich dotykać! Jednak nie śpieszył się do otrzymania kolejnego ciosu. Bolało go ramię, czuł jak wolno spływała po nim krew.

Skończywszy oglądać obie bronie, mężczyzna wykonał krótki gest i jego dwaj ochroniarze przejęli je. Do uszu Genesisa dotarł jęk Angeala - jeden trzymał Buster Sworda sam, bez żadnej pomocy i sądząc po jego niczym nie spowolnionych ruchach ten miecz kompletnie mu nie ciążył. Ochroniarze zajęli miejsca po bokach szefa, a z mieczami SOLDIER ich wizerunek znacznie zyskał.

- Przykre uczucie - stwierdził z uśmiechem - Własne miecze, wykute specjalnie dla was, używane wyłącznie przez was, zaś po tylu latach zwrócone przeciwko wam. Ironia losu, czyż nie?

- Rzeczywiście widok bardzo przyjemny, chociaż nie chciałbym używać cudzego miecza z obawy przed gniewem prawowitego właściciela - nie wytrzymał Genesis.

- Czy mam…? - wtrącił Carpine, obok którego natychmiast stanął „znajomy” żołnierz rudowłosego.

Szef niedbale machnął ręką.

- Nie, nie trzeba. Niech wraca do szeregu, ale ty nigdzie nie odchodź.

- O-oczywiście - w głosie brodacza zabrzmiała nutka niepokoju.

- Bardzo dobrze. Mam do ciebie małą sprawę, a chciałbym ją załatwić na oczach oddziałów. Dobiegły mnie słuchy o twojej niesubordynacji, co mnie przygnębiło. Powierzyłem ci pieczę nad materiami, a dowiedziałem się, że wkrótce kazałeś Ramonowi to samo. Wiem, masz za dużo na głowie… Dopuściłeś jednak do ich zaginięcia i tego, żeby wpadły w ręce Genesisa Rhapsodosa, najlepszego użytkownika materii jakiego miała ShinRa. Zgubiłeś je na ponad trzy godziny, co jest… niedopuszczalne. Otrzymasz więc karę.

Nie potrzebował gestu ani głośnego rozkazu. Na słowo "niedopuszczalne" ochroniarz z Rapierem zaszedł go od tyłu i przebił mu trzewia, po czym wyciągnął ostrze wolno je wykręcając. Kiedy Carpine odwrócił się z krzykiem, ten już z powrotem stał spokojnie obok towarzysza. Brodacz zaczął coś mówić, lecz krew zalała mu usta i leciała do brodzie. Zachwiał się i upadł, a wokół niego błyskawicznie urosła ciemnoczerwona kałuża.

- Zabierzcie go stąd - polecił szef - I niech ktoś umyje podłogę.

Z niemałym wahaniem do ciała podeszło paru młodych mężczyzn, czy raczej chłopaków. Trójka ze strachem podniosła ciało i powoli odeszła, plamiąc podłogę krwią. Kiedy kolejna trójka zaczęła ją sprzątać, szef skierował swoją uwagę na Genesisa i Angeala.

- Piękne miecze - powiedział, jakby całe zdarzenie nie miało zajścia - Musiały wiernie służyć. Naturalnie, do tej pory. Ale dajmy już im spokój. Pytanie pierwsze: jak zdołaliście nas odnaleźć? Albo nie, nie odpowiadajcie na nie - zaśmiał się - To jest ważniejsze: co chcieliście tu zdziałać sami, bez jakiegokolwiek wsparcia?

Jeden i drugi SOLDIER uparcie milczał w tej kwestii. Mężczyzna ponowił więc pytanie, ale nie doczekał się reakcji.

- Nie macie ochoty odpowiedzieć, tak? Na waszym miejscu bym tak nie robił. Może przypomnę wam cztery pewne fakty, o których dobrze wiecie: właśnie atakujemy Midgar, bez mieczy jesteście bezbronni, nasza przeznaczona do zniszczenia materia blokuje wasze zdolności, a w każdej sekundzie na mój rozkaz możecie zginąć. To jak?

- Nic wam nie powiemy - odezwał się Angeal - Midgar i tak przetrwa.

Szef znowu się zaśmiał. I nie tylko on, cały hangar.

- Zabawny jesteś, Hewley. Popatrz jeszcze raz i powiedz, co widzisz. Cóż, w tej chwili nie robi to należytego wrażenia, ale dzięki nam w waszym drogim Midgarze zapanował chaos. Ten oddział jest zwykłym wsparciem, ale liczba tych wysłanych… - urwał i zaczął mówić z nagłym ożywieniem - Jak to sobie wyobrażacie?! Ta potęga urosła tak w ciągu miesiąca czy dwóch od naszego ujawnienia się Planecie? O nie… to były długie, mozolne przygotowania w cieniu, żeby nie zwrócić waszej uwagi i zaatakować w korzystnym momencie. Airshipy, ludzie, materia… wiecie, ile czasu zajmuje nauczenie ich używania magii i poprawnego strzelania? Potwornie długo, ale cel wart jest świeczki. Zdobyć Midgar, zniszczyć ShinRę i…

- … zapanować nad Planetą? - dokończył Genesis - Żałosne.

- Nie bardziej jak ty - zdenerwował się - Pożałujesz, że pozwalasz sobie kpić ze mnie, wielkiego Jamesa Howla, który stworzył to wszystko od podstaw! - pstryknął palcami na swoich ludzi - Macie z niego wszystko wydobyć. Ale ma pozostać żywy.

Mężczyźni jednocześnie podeszli do Genesisa, który momentalnie zbladł. Angeal spróbował się uwolnić, choć z niemałym wysiłkiem, zdołano jednak go powstrzymać. Z przerażeniem patrzył, jak obydwaj pochylają się nad nim i mówią coś bardzo cicho. Genesis milczał. Na to ten z Rapierem spojrzał na swojego pana, który powiedział jedno słowo.

Naraz zalegającą w hangarze ciszę przeciął krzyk. Angeal z początku nic nie zobaczył, ponieważ ochroniarze całkowicie zasłonili widok, ale po chwili jeden się odsunął i… wolałby, żeby nadal tak stał. Żeby nie musiał patrzeć, co robią z jego przyjacielem. Ze zgrozą bowiem ujrzał jak Genesis klęczy na kolanach, kiedy mężczyzna wolno jechał mu po plecach samym czubkiem krótkiego miecza, który był na tyle ostry, że bez trudu przebił czarny pancerz, pozostawiając na skórze głęboką i bardzo bolesną ranę. SOLDIER znowu krzyknął, tym razem ciszej, po raz drugi czując na sobie zimne ostrze.

- GENESIS! - ryknął Angeal - ZOSTAWCIE GO!!!

Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Oczy wszystkich były skierowane na Genesisa, który z kolan przewrócił się na posadzkę, najwidoczniej tracąc przytomność. Mężczyzna strzepnął krew SOLDIER’a z miecza.

- Już? - zapytał Howl.

Blondyn skinął głową, ale jego zawiedziona mina świadczyła, że wolałby aby jego zabawa z jeńcem nie zakończyło się tak szybko.

- Dobrze… bardzo dobrze - spojrzał na Angeala - Przykro mi, Hewley, ale czas na twoją kolej. Jeśli odpowiesz na nasze pytania po dobroci, obejdziesz się bez zbędnego bólu. Jeśli zaś nie… to cóż, wyglądasz na wytrzymalszego od Rhapsodosa, więc pewnie potrwa to dłużej.

Angeal znał swoją odpowiedź. Gdyby tylko mógł zerwać te więzy i gołymi rękami udusić tego mężczyznę. Genesis ciągle leżał nieruchomo i poza nim nikt już nie zwracał na niego uwagi.

- Znowu milczenie? Zajmijcie się nim.

***

Potwór z rykiem rozwiał się w chmurze duszącego pyłu. Sephiroth stanął pośród gruzów nie tak dawno zbudowanego domu, słuchając odgłosów walk, krzyków i jęków zabijanych ludzi. Nie miał jednak czasu na chociażby krótki odpoczynek.

***

Tak jak do Genesisa, mężczyźni podeszli do Angeala. Miecz wzniósł się do góry, a SOLDIER zacisnął zęby, szykując się na falę bólu.

- An... geal…

Najpierw zignorował ten szept, myśląc, że się przesłyszał.

- Angeal - głos zabrzmiał już mocniej. Zdziwieni ochroniarze opuścili broń i także spojrzeli w tamtą stronę.

Genesis powoli uniósł głowę. Syknął cicho, ale wzrok miał zupełnie trzeźwy. Nie zważając na plecy uniósł się na kolana i…

Jednym ruchem zerwał więzy.

Stojący obok żołnierz nie zdołał się zorientować i poleciał na ziemię, kiedy Genesis podciął mu nogi. Błyskawicznie wstał, podbiegł do Angeala, odpychając przyjaciela na bok zanim miecz zdążył go zranić.

- Rusz się, stary - powiedział i Angeal też zerwał swoje.

- Jak plecy? - odparł z niemałą ulgą.

- C-CO?! Co to ma być? - krzyknął Howl, odruchowo robiąc krok do tyłu.

- Bolą, ale wytrzymam - skrzywił się Genesis, ignorując Howla - Swoją drogą kiepski z ciebie aktor… ale już koniec zabawy.

Stanęli naprzeciwko całej armii. Wyprostowani. Dumni. I groźni.

- ZA-zabić ich! - naraz cały oddział wycelował w dwójkę SOLDIER - Nie, nie wy! WY! - wskazał na ochroniarzy.

Razem jednocześnie ruszyli na Angeala i Genesisa, wyciągając przed siebie ich miecze. Buster Sword z hukiem uderzył o ziemię, kiedy Angeal sprawnie uskoczył przed jego ostrzem. Przeciwnik ponowił atak, ale z identycznym skutkiem - wtedy znikąd pojawił się Genesis i poczęstował mężczyznę celnie wymierzonym ciosem w klatkę piersiową, tak iż ten poczuł, jak pękają mu żebra i padł bez ducha. Rudowłosy zabrał jeden z krótkich mieczy i zaraz z nową zajadłością zaczął atakować oponenta z Rapierem. Angeal zaś szybko chwycił porzuconego Buster Sworda i nie tracąc czasu ruszył ku tym żołnierzom, u których zdążył zauważyć, jak wbrew zakazowi przygotowują broń do strzału. Pierwszą dwójkę dosłownie rozpłatał na pół, z ciał bryznął ogromny strumień krwi. Najbliżsi żołnierze instynktownie odskoczyli, lecz po chwili podzielili ich los. Byli jednymi z tych, którzy widzieli Angeala Hewleya walczącego Buster Swordem.

Jednocześnie Genesis starał się odzyskać swój Rapier, ale nie szło mu najlepiej. Blondyn nabrał zadziwiającej prędkości i zręczności, nie chcąc otrzymać takiego ciosu, jak towarzysz. Miał też to szczęście, że ruchy SOLDIER’a nieznacznie jego zranione plecy i ramię, przez co Genesis musiał walczyć drugą ręką. Ten atakował raz po raz, stopniowo zdobywając przewagę. Genesis był jednak bardziej doświadczony, zbierał siły, odpierając jedynie ciosy przeciwnika, bacznie go obserwował i czekał. Nagle mężczyzna zostawił niewielką lukę w obronie… Genesis poczuł znajome uczucie satysfakcji, kiedy ta pozbawiona emocji twarz stała się twarzą zwykłego, przerażonego człowieka. A po chwili stężałą, po przejściu krótkiego a wąskiego ostrza idealnie przez serce. Rapier wreszcie wrócił do prawowitego właściciela.

Ze wszystkich stron padły pośpieszne rozkazy i hangar zadrżał od huku strzelających karabinów. W pierwszej chwili Genesis skupił się na materii Rapiera, aby użyć bariery na sobie i Angealu, ale szybko się opamiętał. Wykonał niemalże dziki taniec dla uniknięcia pocisków, Angeal zaś zasłonił się mieczem.

- ZABIĆ ICH! - zawołał Howl, którego już dla ochrony otaczał mały oddział.

Siła jego ludzi drastycznie malała, bo nie byli w stanie równać się z dwójką najlepszych SOLDIER, ich przerażającą zręcznością i lekkością z jaką używali mieczy. Jednak za większość szkód odpowiadał Angeal, jako że Genesis bardziej skupiał się na znalezieniu walizy z materiami, która jedynie blokowała im magię. Nie chciał ryzykować jej użycia z obawy przed fatalnymi następstwami. Żaden z żołnierzy i dowódców jej nie miał. Chyba, że…

Howl. Szybko odwrócił głowę w jego stronę.

Któryś z żołnierzy widocznie musiał ją mieć i mu oddać. Waliza stała tuż obok niego. Otwarta. Trzymał w ręku ognistą materię… i Bahamuta.

- Nie… - Genesis przyspieszył kroku - NIE UŻYWAJ JEJ!

Zajęty walką Angeal nie widział, co się dzieje.

Nowi ochroniarze zaatakowali Genesisa po sekundzie padając na ziemię. Howl na ten widok uśmiechnął się pod nosem i materia zalśniła czerwonym światłem. Tuż po tym Genesis przyłożył mu miecz do gardła.

- Za późno, Rhapsodosie - powiedział, wypuszczając kulkę z ręki, ale SOLDIER go nie słuchał.

Zerknął na materię, która spadła koło jego stopy. To była…

- Bahamut? - teraz to on się uśmiechnął i opuścił miecz, odskakując od zdziwionego jego reakcją Howla. .

W tym samym momencie wokół Howla pojawiły się języki ognia, które otoczyły go niczym ogromny wąż. Na ten widok przerażeni żołnierze zaprzestali walki z Angealem i patrzyli, jak coraz ciaśniej owijają się, paląc ciało. Przez hangar przetoczył się potworny wrzask. Żar był na tyle potężny, że stojący obok Genesis dłonią przysłonił sobie twarz, ale nie odszedł. Pośród płomieni mógł jeszcze dostrzec sylwetkę mężczyzny, w agonii bezsensownie machającego rękami i wyjącego z bólu. I jak to się zaczęło, tak się skończyło. Magiczny ogień szybko się dopalił, zostawiając po sobie jedynie mizerne szczątki dumnego przywódcy terrorystów.

Po tak okropnej śmierci swojego przywódcy wszyscy pozostali przy życiu zbili się w ciasną grupkę, niepewni tego, co zrobią z nimi dwaj SOLDIER. Nie wykonali przy tym żadnego ataku, tylko zrezygnowani po prostu czekali. Angeal, cały czas mając ich na oku, podszedł do Genesisa.

- Co to właściwie miało być? - zapytał go.

- Tragiczny w skutkach błąd i to, o czym mówiłem wcześniej - odparł ten ze znużeniem - Nie sądziłem jednak, że będzie to polegało na obróceniu się materii przeciwko jej użytkownikowi. Tamten raport jasno mówił o wybuchu…

- Albo to zależy od samej materii - Angeal spojrzał na zwęglone zwłoki - Zobacz.

Obok szczątków leżała waliza, a raczej to, co z niej zostało, ponieważ niemal doszczętnie spaliła się w tym żarze. Wysypały się z niej wadliwe materie, które świeciły coraz słabiej i w końcu zupełnie zgasły. Genesis delikatnie wziął jedną do ręki i uważnie się jej przyjrzał. Na chłodnej kulce widniały liczne rysy, podobnie na pozostałych.

- Popękały… - rzekł do Angeala - Przez ten ogień. Już nie ma w nich śladu magii, więc możemy używać naszej.

- To możliwe? - zdziwił się.

- Wygląda na to, że tak. Były niestabilne, więc łatwo było je uszkodzić. Ale to już sprawa dla naszych naukowców. Teraz musimy się nimi zająć - wskazał mieczem resztę terrorystów.

Wolnym krokiem zbliżyli się do nich. Ci, którzy jeszcze trzymali jakąkolwiek broń, upuścili ją na ziemię, całkowicie poddając się tej dwójce.

- Kto z was jest najwyższy rangą? - spytał Genesis.

Cisza.

- Odpowiadajcie, bo nie mamy ochoty się z wami bawić - machnął łagodnie ręką i nad jego dłonią rozbłysnął jasny, wysoki płomień.

Na to ludzie automatycznie rozstąpili się i z grupy wyszedł jasnowłosy mężczyzna i jakaś kobieta. Rudowłosy pozwolił zatem, żeby płomienie zniknęły.

- Oni byli na tej naradzie, o której ci wspominałem - powiedział cicho Angeal.

- Zróbcie z nami co chcecie, ale błagam na Boginię, nie zabijajcie nas! - krzyknął mężczyzna.

Ledwie skończył mówić, a już poczuł pod brodą czubek Rapiera. Genesis spojrzał na niego złowrogo.

- Jeszcze raz powołaj się na Boginię, a przysięgam, że nie dożyjesz następnego dnia - warknął.

- Przepraszam! Nie chcę umierać!

- Dobrze, więc milcz, jeśli nie chcesz… zabieramy was stąd.

Związali mężczyznę i Jaspin, która nazwała ich potworami w ludzkiej skórze i klęła przy tym okropnie. Oni jednak ją zignorowali.

Airshipy zostawili w spokoju, gdyż nie mieli ochoty wracać do Midgaru maszyną wroga.

Przed wyjściem z hangaru Genesis przyzwał Ifrita i Shivę, każąc im dokładnie przeszukać całą bazę i przyprowadzić do niego każdą osobę, jaką znajdą. Istoty skinęły głowami i szybko wyruszyły, aby wykonać rozkaz.

***

Pik pik pik.

- Słucham, Sephiroth się melduje.

- Sektor 4 i 5 czysty?

- Tak.

- Świetnie, możesz wracać do ShinRy. Żołnierze i reszta SOLDIER już sobie poradzą.

- Tak jest.

- Otrzymaliśmy wiadomość od Hewley’a i Rhapsodosa. Nic im nie jest, zabili przywódcę terrorystów i mają zakładników. Właśnie wysłaliśmy po nich oddział. Czekamy na ciebie.

Srebrnowłosy schował komórkę do kieszeni i ruszył w stronę ShinRy. Od chwili obudzenia go w Wutai po raz pierwszy się uśmiechnął.

***

Angeal wraz z zakładnikami stali w pobliżu wejścia do bazy, oczekując airshipa ShinRy. Mimo bliskości lasu nikt nawet nie próbował ucieczki, z powodu strachu przed SOLDIER i pilnującym ich Ifritem, który nieprzyjemnym warknięciem dawał znać temu, kto podejrzanie odszedł za daleko, że on ciągle tu jest. Sam Genesis zaraz po opuszczeniu bazy wrócił do niej z krótkim wyjaśnieniem, że "musi coś załatwić", a wcześniej w okamgnieniu wyleczył zranione plecy i ramię. Jego przyjaciel siadł więc w trawie, z zachwytem podziwiając wschód słońca. Zatęsknił za Banorą, otaczającą ją naturą, którą znał od dziecka, wspaniałymi jabłkami, matką… Jak to dobrze, że niedługo obaj dostaną przepustki.

Z rozmyślań wyrwały go czyjeś kroki. Instynktownie poderwał się na nogi, chwytając Buster Sworda.

- Też mi powitanie - westchnął Genesis.

Oczywiście. Cóż innego chciał on załatwić, jak nie odzyskać swój płaszcz? Idąc tutaj przewiesił go sobie przez ramię, teraz jednak rozłożył i zaczął mu się uważnie przyglądać. Odkrywszy, iż poły są całe podarte, westchnął ponownie i włożył go ku szczeremu zdziwieniu Angeala.

- Bo są jeszcze gotowi mnie nie rozpoznać - wyjaśnił.

Rzeczywiście, ktoś kto nie znał Genesisa mógł mieć z tym problem, bo aktualnie SOLDIER znajdował się w opłakanym stanie. Włosy nadal były szare, mundur w paru miejscach podarty i zakrwawiony… Angeal wyglądał lepiej, ale Genesis jakby dopiero co wrócił z samotnej wyprawy do Northern Crater.

- Odchorujesz to w domu, bo przypominam o zbliżającej się przepustce - pocieszył go, ale zaraz spoważniał - Ale muszę ci powiedzieć, że tym razem przesadziłeś. Byłem pewny, że już nie udajesz.

- Nie dramatyzuj. Przecież nam się udało - Genesis się zamyślił - Chociaż fakt, akurat nie miałem w planach tych tortur... zresztą to musiałem być ja, bo, jak przypominam szanownemu panu, beznadziejny z pana aktor.... I jednak wolałbym nie musieć tego ponownie powtarzać.

- Aż żałuję, że nie ma tu Sephirotha. Jego kazanie wybiłoby ci z głowy takie szalone pomysły.

- Hahaha, bardzo śmieszne. Wiesz, że...

Nie dokończył.

Nagle upadł na kolana, chwytając się za ramię. Poczuł dziwny, nieznany wcześniej ostry ból. Świat zawirował mu przed oczami.

...

...

Od nowa, co z nim zrobimy?

...

...

...

...

- Gen? Co ci jest?! - usłyszał głos Angeala.

Po sekundzie wszystko się skończyło, jak gdyby nic takiego nie miało miejsca. Genesis leżał w mokrej trawie, oddychając ciężko. Angeal pochylał się nad nim.

- C-co...? - znowu zabolały go plecy, a przecież je wyleczył.

- Przesadziłeś dzisiaj, ta rany musiały być poważniejsze niż się wydawało - powiedział Angeal.

- Wyleczyłem je - odparł niewyraźnym tonem.

Chciał wstać, Angeal niemal siłą zmusił go, żeby tego nie robił.

- Siedź tu i nie ruszaj się, dopóki nie przyleci airship - polecił i, choć niechętnie, poszedł sprawdzić czy z zakładnikami wszystko w porządku.

Genesis siedział zatem, cały czas masując sobie ramię i próbując zrozumieć to, co słyszał. W chwili bólu człowiek zawsze może mieć jakieś zwidy, jednak to obudziło w nich irracjonalny niepokój. Chciał go zbagatelizować, ale…

- Co ja się będę tym przejmował… - mruknął do siebie - Czy to pierwszy raz, jak coś mnie boli?

Dalej już nad tym nie rozmyślał, a przynajmniej próbował. Z ulgą spojrzał więc na nadlatujący airship.

Nareszcie koniec.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.