Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Nadprzyrodzony

Jenny

Autor:O. G. Readmore
Serie:Pokemon
Gatunki:Horror
Uwagi:Przemoc
Dodany:2019-04-22 21:46:30
Aktualizowany:2019-04-22 21:46:30


Następny rozdział

miasteczko Lavender, region Kanto, rok 1996

Paniczny krzyk rozciął ponurą, nocną ciszę. Młodzieniec ostatkiem sił wypadł z wnętrza cmentarnej wieży. Straciwszy równowagę upadł w wysoką trawę. Dla bezpieczeństwa postanowił nie podnosić się. Gdyby jeszcze potrafił wymazać z pamięci to, co zobaczył wewnątrz tej przeklętej wieży, o nieludzkiej istocie i dudniącym dźwięku młotka uderzającego o podłogę. Wiedział, że to, coś słyszy nawet najcichszy szmer. Powoli zaczął czołgać się w stronę bramy. Usłyszał zawodzący odgłos potwora. Strach sparaliżował chłopaka na moment. Odgłos powtórzył się. Tym razem brzmiał inaczej. Nie tłumiły go ściany zatęchłego budynku. Teraz miał pewność, że to coś wylazło za nim na zewnątrz. Nie było czasu. Pośpiesznie przesuwał się w stronę wyjścia, aż wreszcie wyrżnął głową w metalowy pręt. Ostrożnie wstał z czworaków i delikatnie spróbował przesunąć zardzewiały uchwyt furtki. Wrota uchyliły się nieznacznie hamując o nierówny chodnik. W oddaleniu jakichś pięciu metrów od niego to, coś lazło po czworakach dysząc głośno. Było jak pies myśliwski tropiący ofiarę. Już miał z krzykiem szarpnąć furtkę, gdy zauważył dziewczynę przyglądającą mu się z drugiej strony ogrodzenia.

- Po... Pomóż mi - wymamrotał, usiłując się przecisnąć przez szparę.

- Czy wierzysz w duchy?

- Tak.

- Naprawdę? A więc są wierzący... - westchnęła w zadumie.

Bestia stanęła tuż obok niego. Chwyciła go chłopca za ramię i jak kukłę poniosła do wnętrza cmentarnej wieży. Rano bramę zamknięto na kłódkę.


***


miasto Saffron, region Kanto, rok 1997

Do gabinetu komisarza weszła zdecydowanym krokiem. Stanęła przy ścianie, na której wśród dyplomów i wycinków z gazet wisiało jedyne zdjęcie przełożonego z jego kobietą. Była ładna, raczej młoda. Ilekroć tu przychodziła chciała zapytać o imię dziewczyny, ale z jakiegoś powodu nigdy tego nie robiła.

- Usiądź, Jenny - poprosił.

Przeszła od ściany do biurka. Wysunęła niewygodne drewniane krzesło i zajęła miejsce na przeciwko mężczyzny.

Komisarz Locker wyglądał na zmęczonego. Po jego twarzy przesuwały się pojedyncze zmarszczki. Szare oczy pozbawione blasku tkwiły w monitorze. Odruchowo raz jeszcze spojrzała na fotografię. Tam również wydawał się zmęczony, ale jednak szczęśliwszy. Zapragnęła poznać imię kobiety.

- Nazwisko Raymond Hamm - powiedział, odrywając wzrok od komputera: - mówi ci coś?

Raymonda Hamma kojarzył każdy, kto czytywał gazety. Jego nazwisko padało często w rubryce gospodarka. Ostatnio również zrobiło się o nim głośno za sprawą plotek o rzekomej kandydaturze do rady miasta. Jednak przede wszystkim był właścicielem Sliph. "Sliph. Firma jutra" - brzmiało hasło reklamowe. Korporacja zatrudniała około siedemdziesięciu procent mieszkańców Saffron, a w tym również rodziców Jenny. Wielkie gmaszysko wybijało się na tle innych wieżowców, jakby wskazując im drogę do nieba. Każdego ranka mijała pracowników Sliph śpieszących się na pierwszą zmianę w fabrykach ustawionych wokół biurowca. Długie, ciągnące się na kilka kilometrów magazyny produkcyjne były jak poddani klękający u stóp wielkiego drapacza chmur. Przerażająca korporacja mająca monopol na futurystyczne technologie trzęsła rynkiem i wszystko wskazywało na to, że będzie nim trzęsła następne dekady. Z pewnością obok Giovanniego i rodziny Prima, Raymond Hamm był najbogatszą osobą w Kanto.

- Miliarder.

- Zaginęła mu wnuczka.

- Porwanie dla okupu.

- Zaginęła prawie cztery dni temu, ale żaden porywacz nie zgłosił żądań - wyjaśnił Locker.

Teraz on spoglądał na fotografię na ścianie.

- Ucieczka?

- Niewykluczone - przyznał ostrożnie: - pojechała na kilkudniową wycieczkę ze swoim chłopakiem i ślad po nich zaginął.

- Cztery dni temu zniknęła dziedziczka wielkiej fortuny, a my zajmujemy się tym dopiero teraz?

- To delikatna sprawa - zaakcentował środkowe słowo: - dziadek nie chce rozgłosu, dlatego o jej zniknięciu poinformował mnie dopiero dzisiaj.

Rozumiała. W pamięci miała błąd policji z upublicznieniem informacji o zaginięciu Giovanniego. Posterunki zalała fala fałszywych informacji. Każdy widział zaginionego na ulicy i liczył na nagrodę za nawet najbzdurniejszą wiadomość. Do tego dochodziły jeszcze próby wyłudzenia okupu. I zrobił się prawdziwy cyrk. Trzy czwarte policji zajmowało się zaginięciem jednego człowieka mozolnie odcedzając fałszywe informacje, a resztę szlag trafiał przy pozostałych sprawach. Rozgłosu należało uniknąć za wszelką cenę.

- Sprawa jest trudna, bo nie możemy pozwolić sobie na jakikolwiek przeciek.

- Jakikolwiek? Co to znaczy?

Locker westchnął w zadumie.

- Wczoraj przeprowadziłem długą rozmowę z Hammem. Facet kocha wnuczkę, co do tego nie mam wątpliwości, ale martwi się także o Sliph.

Jenny spróbowała wyobrazić siebie w podobnej sytuacji. Chciwość rzecz ludzka. Wnuczkę mógł kochać, ale nie wykluczało to dziedzictwa, jakie jej pozostawi.

- Dziewczyna jest jego jedyną rodziną. W innym przypadku firma w całości przejdzie w ręce udziałowców - tłumaczył dalej.

- Podejrzewa, że ktoś z firmy ją porwał?

- Ma ograniczone zaufanie.

- W takim razie, co mam robić? Rozumiem, że w razie, gdyby nie została porwana przez kogoś z korporacji...

- Tak. Obawia się, że nawet w przypadku, jeśli jego podwładni są czyści, mogliby próbować utrudnić śledztwo. Jak to powiedział - sięgnął pamięcią do rozmowy - oceniaj innych swoją miarą, czy coś podobnego.

On skorzystałby z takiej szansy. Gdyby komuś zaginęło dziecko wykorzystałby to dla własnych celów - tak miała rozumieć jego wypowiedź. Dotąd Jenny znała Hamma wyłącznie z gazet. Prasowe fotografie przedstawiały starszego, wychudzonego pana o bujnej, acz siwej czuprynie. Sprawiał wrażenie rzetelnego człowieka, uczciwego pracodawcy, inteligentnego inżyniera. Teraz jednak właściciel Sliph wydał się wyrachowany. Nie zmieniało to sytuacji. Zaginęła dziewczyna. Należało jej szukać.

- To robota pod biurkiem, a nie prawdziwe śledztwo. Niech wynajmie detektywa.

- Ufa policji. Po prostu nie chce, aby ktoś poza nim, mną i tobą dowiedział się o zaginięciu dziewczyny.

- Jeśli się odnajdzie w ciągu najbliższych dni o sprawie wszyscy zapominamy.

- A jeśli nie?

- Wtedy będzie musiał poinformować mnie oficjalnie o jej zaginięciu. Byli w okolicach Lavender - kontynuował: - pojedź tam, popytaj. Taki wyjazd może wyjść ci na dobre - powiedział ostrożnie.

Nawet ostrożna sugestia zabolała.


***


Mówi się, że nowe domy mają w sobie coś dobrego. Oczywiście, ludzie narzekają na przeprowadzki; mnogość kartonów, firmy przewozowe, remonty i dorabianie kluczy, ale podświadomie czują radość albo ulgę związaną ze zmianą adresu, albo dopiero ją poczują, gdy ustawią stół w jadalni, czy szafkę na obuwie w przedpokoju.

Moja matka tak uważała. W ten sposób tłumaczyła nasze przeprowadzki - wspominała Rachela dla dodania otuchy.

Gdy była dzieckiem traktowała wszelkie tłumaczenia z najwyższą obojętnością. Zmiany adresu uszczęśliwiają ludzi. Teraz znajdowała się w tej samej pozycji, co jej matka dwadzieścia kilka lat temu. Matka miała rację - nowe domy powinny nas uspokajać. Pobudzać uczucie szczęścia i bezpieczeństwa. Jednak dom w Lavender od początku wzbudzał w niej trwogę. Niewytłumaczalne obrzydzenie i złość. Jednak jako dobra żona i matka nie mogła kłaść na szalę własnej intuicji oraz ich szczęścia.

Wyjrzała przez okno kuchenne, z którego roztaczał się widok na podwórko i brzydki drewniany płot zamykający przestrzeń w idealnym kwadracie. Zaraz za płotem zaczynała się spokojna szosa i rząd niewysokich, działkowych domków, które pięły się na niewielkie wzniesienie wyżej i wyżej. Tam w oddali znajdowała się cmentarna brama. Ponure groby z okna kuchni przypominały skulone w sobie stworzenia, które w bezruchu kajają się przed ogromną wieżą stojącą po środku cmentarza.

Rachel wzdrygnęła się w momencie, w którym objął ją Abe.

- Nasz nowy dom.

Spojrzała na męża.

- Czy Sabrina będzie tutaj szczęśliwa?

- Wszyscy będziemy.

Rachel rozejrzała się wokoło. Kuchnię stanowiła niewielka izdebka, która z jednej strony łączyła się z korytarzem, a z drugiej ze spiżarnią. Nad kuchennym blatem rozciągało się okno. Po środku stał stół; jeden z niewielu mebli pozostawionych przez właścicieli.

- Zobaczysz - zapewnił Abe.

W jego oczach nie było strachu. Po ośmiu latach w dziale technologicznym Sliph otrzymał awans - stanowisko kierownicze oddziału w Lavender. Z nową pracą przyszły nowe obowiązki, podwyżka i kupno domu.

Ich nowy dom z ulicy wydawał się ciasny. Miał wysokie ściany, ostry, spadzisty dach, małe okna na poddaszu i wąskie drzwi frontowe. Przypominał bliźniaka pozbawionego brata. Perspektywa zmieniała się wewnątrz. Szeroki korytarz rozwidlał się na kuchnię, gabinet, salon i łazienkę. Schody prowadziły do piwnicy oraz do dwóch sypialni oraz na strych. Dom był ładny. Nie było powodu, aby go nienawidzić, a jednak w Rachel budził najstraszniejsze emocje.

- Szafeczka na obuwie w przedpokoju - wymamrotała Rachel przypomniawszy sobie słowa matki.

- Co?

- Musimy ją ustawić.


***


- Mama! Mama! Mama!

Piskliwy wrzask Sabriny przyciągnął Rachelę i Abe'a pod wyjęte z zawiasów drzwi na strych.

- Patrzcie - zawołała śmiało wchodząc do pomieszczenia.

- Myślałam, że strych jest zakluczony.

- Był - odparł z urazą: - agent nieruchomości obiecał otworzyć drzwi na nasz przyjazd, ale myślałem, że znajdzie do nich klucz.

Rodzice ruszyli za Sabriną w głąb pomieszczenia. Dopiero po zapaleniu światła złowrogie cienie zmieniły się w niegroźne, acz zaskakujące przedmioty. Pokój na poddaszu służył wcześniejszym właścicielom jako bawialnia. Na podłodze znajdował się poszarzały dywan we wzorek z Pikachu. Między zakurzoną kanapą, a regałem z książeczkami leżała góra maskotek. W kącie stał wysłużony konik na biegunach, a pod jego nogami upchano kilka piłek, z których przez lata uciekło powietrze. Pod oknem stała komoda z lusterkiem i zabawkowymi przyrządami fryzjerskimi. Sabrina zaczęła przeglądać maskotki. Ładne odkładała obok, a brzydkie i zniszczone odpychała w stronę regału. Abe stanął w progu. Teraz zastanawiał się nad odmalowaniem pokoju. Rachel podeszła do okienka. Z pokoju na poddaszu miała widok na cmentarz i czarną iglicę wieży. Tym samym widokiem raczyła się z okna kuchni.

- To ty mnie wołałaś - powiedziała Sabrina wyciągając z kopca lalkę niemal tak dużą jak ona sama - mogę ją zabrać?

Lalka prezentowała się przepięknie. Miała rumiane poliki i drobne usta, które w kącikach zdawały się uśmiechać. Wielkie oczy miały kolor błękitu z domieszką zieleni. Długie, kasztanowe włosy oplatała niebieska kokarda. Ubrana była w prostą, turkusową sukienkę, skórzane buciki i kapelusz z wielkim rondem.

- Ma na imię Sabrina - powiedziała dziewczynka - czy mogę ją zabrać?


***


Właściciel motelu wyszedł na ganek w chwili, gdy akurat Jenny zamykała za sobą metalową furtkę od podwórza. Był to człowiek starszy, około sześćdziesiątki. Rzadkie włosy zaczesywał do tyłu. Na garbatym nosie znajdowały się okulary. Mimo zgarbionej postury był wysoki. Ubrany był w koszule na guziki i zielone spodnie. Miał w sobie naturalną elegancję. Popatrzył na nią, a w końcu zawołał ostrożnie:

- Pani do mnie?

- Zarezerwowałam pokój na tydzień - odparła, podchodząc: - Hotel na Lawendowym Wzgórzu, to tutaj? - tym razem to jej głos wydawał się ostrożny.

Gospodarz z zakłopotaniem spojrzał na szyld oparty o krzak bzu. Napis: "Witamy w Hotelu na Lawendowym Wzgórzu" spadł ze spróchniałego słupka. Czas mijał, a on mimowolnie odkładał zawieszenie tablicy na nowym słupku. Zawsze wyskakiwało coś pilniejszego: naprawa rynny, sprzątanie ogrodu, malowanie. Kobieta z wielkiego miasta przyjechała do obskurnej, bezimiennej rudery. Nagle poczuł ogromny wstyd.

- To tutaj - odparł szybko wpuszczając ją do środka.

Byle tylko nie zauważyła szyldu opartego o krzak.

- Nie wiedziałem, o której dokładnie pani przyjedzie - mówił: - do nas ciężko trafić.

Tu się zgodziła. Lavender nie posiadało komunikacji miejskiej. Ostatni autobus wycofano w zeszłym roku.

- Przygotowałem pokój dwuosobowy, bo byłem przekonany, ze przyjadą dwie osoby. Chyba, że jeszcze ktoś do pani dołączy - napomknął, prowadząc ją do pokoju w głębi holu.

- Nie.

- Mamy mało turystów - oznajmił przepraszająco.

- Ale to ładna pora pod namiot - przyznała Jenny: - na pewno macie tutaj jakichś biwakowiczów.

Gospodarz nie podjął tematu. Bojaźliwie prezentował pokój, uczciwie punktując wszelakie mankamenty, jakby w obawie przed tym, że gość przeniesie się do konkurencji. Hotel na Lawendowym Wzgórzu był jedynym w Lavender.

- Śniadanie wydaję do godziny ósmej - kontynuował: - Kolacja jest zawsze o osiemnastej, zaraz po popołudniowej kawie. Oczywiście, jeśli jada pani w innych godzinach... Z kuchni można korzystać do woli. W razie czego mieszkam na końcu korytarza, w ósemce. Nazywam się Wilbur Fuji - zakończył przedstawiając się.

Gdy Jenny rozpakowała swoje rzeczy było już czterdzieści minut po północy. Księżyc w obłym i nienaturalnym kształcie mienił się bladą poświatą. Rozświetlał wieżę na cmentarzu oddalonym o kilka ulic od motelu. Z okna jej pokoju miała doskonały widok na nią. W tym samym czasie Rachel nie mogąc zasnąć zeszła do kuchni. Z okna przyglądała się tajemniczemu budynkowi. Dwie kobiety. Nigdy wcześniej się nie znały, a jednak robiły coś wspólnie - przyglądały się cmentarnej wieży.

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.