Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Kawaii Scotland - recenzja książki

Autor:Marta001
Redakcja:Avellana
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2019-05-22 21:38:17
Aktualizowany:2019-05-22 21:39:17



Ilustracja do artykułu





Autor: Adrian Pskiet, Ilona Myszkowska, Janina Błaszkiewicz

Ilustracje: Stasiowska Katarzyna "Dranka"

Data wydania: kwiecień 2019

ISBN:978-83-8096-623-9

liczba stron: 268

Wydawca: Waneko






Kawaii Scotland w wersji light novel to prequel mangi o tym samym tytule, która swego czasu zdobyła przychylne komentarze w świecie internetu. Ja mangi niestety nie czytałam, choć nie ukrywam, że miałam na nią chęć. Chęć ta pozostała w moim sercu do tego stopnia, że gdy tylko dowiedziałam się o książce, nie mogłam się powstrzymać i jej sobie nie zamówić. Ostatecznie przyjemnie jest się zatopić w zabawny, momentami absurdalny świat z gatunku shoujo. Pytanie tylko, z jakim skutkiem.

Historia opowiada o Tonidosenseju - utalentowanym matematyku, który zdecydowanie wyróżnia się z tłumu i to nie ze względu na swoje delikatne owłosienie na brodzie czy rude włosy. Podczas gdy wszyscy jego znajomi znajdują sobie mężów (muszą sobie przecież jakoś radzić w świecie bez kobiet) już w liceum, ten matematyk-freelancer nie myśli o niczym innym, jak tylko o liczbach. Możliwe, że w ten sposób mógłby przeżyć spokojnie swoje lata jako odludek, ale jego żarliwą dyskusję z profesorem na temat liczb podsłuchuje sam władca Szkocji - Abraxas McFloy. Zaintrygowany butnym charakterem chłopca, postanawia zabrać go do swojego zamku, by zaproponować mu pracę - złamanie intelektualnej bariery, której żaden Szkot nie miał śmiałości, zdolności ani sprytu przebić. Główny bohater ma za zadanie znaleźć liczbę większą od stu.

Dlaczego? Odpowiedź jest na tyle absurdalna, że pozwolę sobie zostawić ją jako jeden z licznych smaczków, które czekają na czytelnika (choć cząstka wyjaśnienia znajduje się w opisie). Fabuła została osadzona na fundamentach surrealizmu, tak że z jednej strony zrozumienie świata przedstawionego należy do prostych zadań, ale z drugiej strony potrzeba ogromnej cierpliwości, by zagłębić się w utopijnym świecie, w którym istnieją tylko mężczyźni w kiltach, zachowujący się ni mniej, ni więcej jak bohaterki znanych mang shoujo. Zatem zapnijcie pasy, ponieważ czeka nas przejażdżka bez trzymanki - zdecydowanie dla tych, którym nie obce są schematy komiksów dla dziewcząt.

Przechodząc od ogółu do szczegółu, pozwolę sobie zacząć od tego, co niewątpliwie bardzo mi się spodobało w Kawaii Scotland, a jest to bez wątpienia wydanie. Według mnie Waneko naprawdę się postarało przy pracy nad tą light novel, dzięki czemu otrzymujemy graficznie przyjemny tomik o wielkości zbliżonej do powiększonego formatu mang, z białymi kartkami oraz licznymi zdobieniami w postaci liczb. Ilustracji na pełną stronę jest bodajże piętnaście, ale pojawia się masa listów czy kartek wyrwanych z pamiętnika, w którym nie zabrakło uroczych rysunków głównych postaci w swojej formie chibi, wychodzących spod ręki Dranki. Prezentuje się to naprawdę ładnie i wydaje się niczym nie ustępować japońskim light novel.

Skoro już wychwaliłam wszystko, co było naokoło, warto przejść wreszcie do rzeczowej treści, ale z tym mam tak ogromny problem, że z przyjemnością odłożyłabym to jeszcze na później. Mianowicie choć uwielbiam wszelkiego rodzaje parodie (ostatecznie jednym z moich ulubionych anime jest Gekkan Shoujo Nozaki-kun) oraz mogę się pochwalić anielską cierpliwością do sztandarowych mang shoujo (oj, dużo ich w swoim życiu przeczytałam), nie bawiłam się przy Kawaii Scotland tak dobrze, jak sądziłam. Możliwe, że to forma graficznej powieści nie pozwoliła mi dostatecznie wejść w świat przedstawiony, bowiem nie wszystko wybrzmi tak dobrze w zdaniu, jak w komiksowym kadrze. Ostatecznie w mangach przymykanie oka na drobne nieścisłości jest rzeczą naturalną, natomiast gdy przychodzi do niektórych opisów… brzmi to momentami dziwnie i nie działa tak dobrze, jak w komiksie.

Trzech autorów (dwie autorki i jeden autor) naprawdę się starało, by zarówno postacie, jak i sama fabuła były strawne i zabawne, co w jakimś stopniu się udało. Niektóre zwroty po prostu zmuszały do histerycznego śmiechu albo przynajmniej zachęcały kąciki ust do lekkiego drgania. Szczerze się ubawiłam, czytając chociażby na stronie 32, że: „Jego brat bliźniak, Lucjusz, poza tym, że wyglądał tak samo, to wyglądał zupełnie inaczej” bądź na stronie 50, że: „początkowo była na tym zamku tylko główna brama, ale praprapradziadek najjaśniejszego pana Abraxasa kazał wybudować też tę, aby móc się szybciej dostawać na tyły swej twierdzy […]. Pozwolę sobie zacytować uzasadnienie jego decyzji: „Co mnie to obchodzi, że nam spadnie obronność zamku? Niby kto nas napadnie?”. Wiecie o co chodzi - to jest tak absurdalne, że po prostu aż śmieszne. Do tego wszystkiego autorzy pozwolili sobie na liczne przypisy, dzięki którym świat przedstawiony jest jeszcze barwniejszy. Z ręką na sercu muszę przyznać, że większość żartów działa.

Ale żarty żartami, ale przecież nie tylko nimi stoi Kawaii Scotland. Jak zatem prezentuje się całościowo? Powiedziałabym, że przeciętnie, a winna temu jest ilość tekstu. W mojej ocenie - z korzyścią dla utworu - wypadłoby o wiele lepiej, gdyby było o jedną trzecią krótsze. Bez licznych opisów wydarzeń, small talków bądź zbędnych wyjaśnień. Czytelnicy niektórych faktów mogliby domyśleć się sami, a akcja szłaby sprawniej do przodu - tak jak miałoby to pewnie miejsce w mandze.

A jak tam bohaterowie? Przyznam szczerze, że nie najgorzej, ponieważ można szczerze polubić wesołą gromadkę mężczyzn (mimo że trzeba sobie przypomnieć, że tak, to dorośli chłopcy). Głównych bohaterów jest czworo: mamy zapatrzonego w matematykę Tonidosenseja, który nie zna się na mężczyznach i często wpada w różne tarapaty spowodowane mniej lub bardziej świadomie przez książęta-bliźniaki: wrażliwego, uzdolnionego, słowem idealnego bishouena Armanda McFloya zakochanego w Tonidosenseju, oraz Lucjusza, który jest tym bardziej nieśmiałym (stąd częsty widok krwi z nosa). Przykładem ideału i spełnienia wszystkich marzeń jest jednak kamerdyner, który (a jakże by inaczej!) nazywa się Sebastian Alfred McWalterson III.

Podsumowując, uważam, że Kawaii Scotland jest ciekawą i oryginalną rozrywką. Widzę w tej lekturze ogromny potencjał i dużo uroku, o jaki bym nawet light novel nie podejrzewała. Dobrze się bawiłam, śmiałam, momentami jednak czasami czułam się zażenowana. Zatem wszystko w jednym. Dla fanów mangi oraz wszystkiego co inne - pozycja warta przeczytania! Gwarancja uśmiechu gwarantowana!


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.