Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Narodziny królów - recenzja książki

Autor:Nanami
Redakcja:IKa
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2019-07-31 10:36:07
Aktualizowany:2019-07-31 17:57:07



Ilustracja do artykułu





Tytuł: Narodziny Królów

Tytuł oryginalny: Kings rising

Autor: C.S. Pacat

Tłumaczenie: Małgorzata Kaczarowska

Ilustracja na obwolucie: Katarzyna "Ulvar" Bekus

Liczba stron: 387

Rok wydania: maj 2019

Wydawca: Wydawnictwo Studio JG

ISBN: 978-83-8001-436-7

Cena okładkowa: 39,90








I tak oto wraz z półmetkiem roku 2019 nadszedł czas na ostatni tom trylogii Zniewolonego księcia w Polsce, czyli na Narodziny królów. Po intrygująco-odpychającym tomie pierwszym, druga część wciągnęła mnie bezwarunkowo wartką akcją i barwnymi przygodami. Czy ostatni tom sprawi, że będę miło wspominać lekturę? Czy intrygi i spiski zostaną rozwiązane w satysfakcjonujący sposób? Już po lekturze mogę stwierdzić: tak.

Wróćmy na chwilę do tego, gdzie zostawił nas poprzedni tom. Laurent i Damen opuścili Aries, by udać się na granicę Vere i Akielos. Towarzyszyła im banda wojaków gorszego sortu, którzy stopniowo zaprawiali się w boju. Lwią część fabuły stanowiła więc podróż przez Vere, zwieńczona utarczkami na granicy i zdobyciem twierdzy Ravenel. Na poziomie personalnym pomiędzy książętami również sporo się działo - liczne przygody zmusiły Laurenta do dania Damenowi kredytu zaufania, przez co zaczęło między nimi kiełkować coś, co przybrało w pewnym momencie nawet bardziej cielesną formę. Tom drugi zostawia czytelnika pełnego nadziei, gdyż kończy się w momencie, gdy wszystko świetnie się układa. Zgodnie z przyjętym planem, Laurent pierwszy wyrusza z fortecy na pola pod Charcy, a Damen ma zaczekać na posiłki, by wraz z nimi wesprzeć oddziały księcia. Tylko... dlaczego posiłkami okazują się być akielońskie oddziały z przyjacielem Damena na czele, Nikandrosem?

Narodziny królów bez zbędnych ceregieli kontynuują fabułę dokładnie od tego momentu. Szybko jednak daje się czytelnikowi do zrozumienia, że koniec z beztroskimi przygodami i luźnymi relacjami. Gdy przeszłość wreszcie dopada Damena - czyli wraz z przybyciem akielońskich oddziałów, magiczny czar pryska, a nie tak dawni kompani ze zgrozą dowiadują się, iż przyjaźnili się z księciobójcą. I nieważne, co było wcześniej, bowiem Damianos, jako prawowity władca Akielos, musi się na nowo zmierzyć z następcą tronu Vere, Laurentem, w chłodnych politycznych kalkulacjach. To, plus inne okoliczności sprawiają, że początkowo lektura tomu jest zwyczajnie frustrująca. Zdawałoby się, że od teraz czekają nas już tylko oziębłość oraz wielka kampania wojskowa, wiodąca przez samo serce Akielos, lecz ku memu zaskoczeniu ten plan w pewnym momencie zostaje porzucony w mało logiczny sposób.

W porównaniu do poprzednich, ten tom wydał mi się bardzo nierówny pod względem tempa. Po części przyczyną jest właśnie to, o czym wspomniałam wyżej - przez wiele rozdziałów akcja skupia się na reperowaniu nieporozumień i zaskarbianiu sobie sojuszników, po czym w pewnym momencie ta wielka, potężna armia zostaje odsunięta fabularnie na bok. No cóż, coś za coś, bo jednocześnie sprawia to, że powracają barwne przygody, choć w trochę innym wydaniu. Teraz to Damianos kroczy przez dobrze sobie znany kraj i to na niego czyhają pułapki zastawione przez regenta. Nie oznacza to jednak bitwy za bitwą. By podnieść morale żołnierzy wyprawiane są choćby igrzyska - choć konia z rzędem temu, kto wytłumaczy mi jaki przebieg miał okton tak, by można sobie było go logicznie wytłumaczyć. A niedługo potem powracają dobrze nam znane przygody w trybie incognito podczas podróży do samego serca Akielos. I jest dobrze, akcja jest wartka, a kameralne towarzystwo wyborne. W pewnym momencie chyba jednak autorka zdała sobie sprawę, że docieramy do celu podróży i wszystko co dobre kiedyś się kończy, a nastrój gwałtownie się zmienia. Ostatni akt powieści trzyma w napięciu i powoduje, że czuje się niepokój oraz trzyma kciuki za bohaterów. Co więcej, oferuje on nam zaskakujące zwroty akcji i odpowiedzi na liczne pytania, w zgrabny sposób łącząc wszystkie wątki w całość.

Nierówności dotyczą także warstwy emocjonalnej - do tej pory mogliśmy obserwować, jak Laurent bardzo powoli i ostrożnie, acz konsekwentnie zaczyna darzyć Damena zaufaniem i szacunkiem, lecz ten tom wprowadza solidny przełom w ich relacjach. Przyzwyczaiłam się i bardzo polubiłam bezwzględnego blond księcia, który ma umysł ostry jak brzytwa oraz posługuje się słowem jak ostrzami wbijanymi prosto w serce. Byłam więc początkowo dość skonsternowana, gdy... spotulniał, choć na szczęście nadal zachował swój charakterek. Wspominałam też, że Zniewolony książę trochę cierpiał na brak wyrazistych postaci kobiecych, więc ucieszyłam się, gdy na kartach powieści pojawiła się Jokasta we własnej osobie, choć odniosłam wrażenie, że jej rola była dość instrumentalna. A teraz pora na ciekawostkę… Tom pierwszy i drugi były publikowane rozdział za rozdziałem na blogu autorki, nie mogła się więc ona cofać do poprzednich, by je korygować, a mimo to wszystko działało. W momencie, gdy nadszedł czas na tom trzeci zapadła decyzja, by nie publikować jej w sieci tylko opublikować całościowo w formie książkowej. Dało to autorce wolną rękę co do napisania jej od A do Z, a potem możliwości skorygowania wszystkiego tak, by było na swoim miejscu. A jednak to właśnie Narodziny królów wydały mi się najmniej równym tomem, jakby pisanie „na raz” trochę przerosło autorkę… Pojawia się też jeszcze jedna różnica - mianowicie dwa rozdziały napisane są z punktu widzenia Laurenta, który do tej pory pozostawał enigmą, a niepodzielnie królującym narratorem był Damen. Zawsze intrygowało mnie co siedzi w głowie księcia, więc przyjęłam je z pozytywnym zaskoczeniem, lecz jednocześnie zastanowiło mnie: Czemu? Czy autorka starała się usprawiedliwić jego zachowanie, załagodzić gniew czytelników w obliczu „nielogicznych” decyzji poprzez ujawnienie tego, co go spotkało? Cóż, jestem w stanie przymknąć na to oko, bo dało to szansę na poznanie trochę bardziej tego, co właściwie myśli blond książę.

W ostatecznym rozrachunku dostajemy całkiem satysfakcjonujące zakończenie, choć zapewne niektórzy się ze mną nie zgodzą, bo książka pozostawia czytelników w dosyć niepokojącym, nierozstrzygniętym momencie. Osobiście miałam nadzieję, że polskie wydanie umieści zatem epilog stworzony przez C.S. Pacat jako osobne opowiadanie, a który koniecznie trzeba przeczytać, lecz niestety nie widzę, by (wraz z innymi opowiadaniami z tego uniwersum), był w planach wydawniczych. Ogromnym plusem trylogii jest to, że budzi emocje - tom pierwszy wprawdzie był odrzucający, lecz drugi już powodował, że pokochało się bohaterów, przez co w trzecim śledzi się z przejęciem ich losy. Jeśli chodzi o relacje między książętami, to muszę przyznać, że autorka rozpoczęła w bardzo trudny sposób, lecz cierpliwie budowała między nimi stopniowo wiarygodne relacje. Tom trzeci dodatkowo udowadnia, że jest świadoma, iż miłością nie da się wszystkiego uleczyć i poświęca odpowiednią ilość czasu na danie bohaterom możliwości na przepracowanie konfliktu z przeszłości od podstaw i pogodzenia się z tym, co było. To, plus postawienie na równi wątku przygodowego i akcji sprawia, że na szczęście to absolutnie nie jest tani harlekin z mało wiarygodnym męskim romansem w roli głównej. Pozwólcie jednak, że podkreślę jedną rzecz - to nie jest ambitna literatura z wysokiej półki. Całość przypomina wielorozdziałowy, starannie zbudowany fanfik, który był na tyle dobry, że się „sprzedał” jako książka (co zresztą jest zgodne z prawdą). Nie ma tu obszernych opisów, jest za to mnóstwo akcji, nakręcanych przez liczne intrygi, przez co lektura zwyczajnie wciąga. Zakończenie dopasowuje wszystkie fragmenty układanki i absolutnie nie rozczarowuje. Wręcz przeciwnie, po odsłonięciu wszystkich kart aż chce się przeczytać trylogię jeszcze raz, wiedząc o faktach które przedstawiają fabułę w nowym świetle.

Na koniec kilka słów o wydaniu polskim. Tak jak w poprzednich tomach, ostatni tom edycji limitowanej jest ubrany w dodatkową przecudowną obwolutę, która przedstawia Laurenta oraz Damena w iście królewskich pozach. Zaprawdę, te okładki spod ręki Katarzyny „Ulvar” Bekus są tak śliczne, że nic dziwnego, iż za granicą nam ich zazdroszczą. Tom trzeci jest odrobinę mniej obszerny niż poprzedni, a jakość wydania zachowana. Dotyczy to również obecności kilku drobnych literówek, które musiały umknąć korekcie. Polskie tłumaczenie nie zawodzi oraz trzyma do końca poziom, do którego nas przyzwyczaiło - stara się wiernie oddać ducha oryginału oraz raczy nas bogatym słownictwem, głównie dotyczącym architektury czy organizacji wojsk Akielos, wzorowanej wszak na antycznym Rzymie. Czy jednak udało się wiernie odtworzyć specyficzny styl autorki? Słyszałam głosy, że niezbyt. Jak wspominałam, tłumaczka według mnie wydobyła z tekstu to, co najlepsze - co powoduje, że dla niektórych nie będzie odpowiednio oddany duch oryginału. Według mnie jednak polskie wydanie to kawał dobrej roboty i do pełni szczęścia brakuje mi tylko jednego - wydania u nas opowieści wraz z epilogiem. Oby więc popularność Zniewolonego księcia skłoniła wydawcę, by również je wydać! Ja tymczasem odkładam moje trzy śliczne tomy na półkę, ale coś myślę, że za jakiś czas z chęcią do nich powrócę.

___________________

Ilustracja do artykułu


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.