Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

Słowiańska bajka

Rozdział 1

Autor:O. G. Readmore
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Fantasy, Horror, Mroczne
Dodany:2020-01-22 22:49:17
Aktualizowany:2020-02-02 20:08:17



Rozdział 1. Łowcy duchów

841 r. n.e.

Dom waćpana na Białej Rusi był ukryty gdzieś w lesie za Dnieprem. W jego progi prowadziła tylko jedna, niepozorna ścieżka zarośnięta przez wysokie chaszcze. Samą dróżkę nie było trudno odnaleźć, o wiele ciężej było się po niej poruszać, bo gdy człowiek szedł na północ wychodził z lasu od wschodniej strony, zaś jeśli kierował się na południe trafiał nad rzekę. Drogę chroniło zaklęcie, które na prośbę właściciela domostwa stworzył leśny demon, Boruta. Jednak, gdy komuś udało się pokonać zagmatwany szlak, znikąd wyrastała chałupa waćpana.

Na pierwszy rzut oka wydawała się skromna. Dach przykrywała szarawa strzecha, ale każdego poranka pierwsze promienie słońca odbijające się od niej zmieniały strzechę w złoto. Za sprawą tych samych promieni drewniane ściany zaczynały mienić się hebanową czernią, a drzwi błyszczały kamieniami szlachetnymi.

Widząc cel swojej podróży zrobiło mu się niedobrze. W żadnym wypadku nie zamierzał tchórzyć. Należało załatwić ostatnią sprawę z bratem, a potem niech wszyscy idą do diabła, gdzie ich miejsce. To dziwne, ale początkowe zdenerwowanie zaczęło przeistaczać się w rodzaj podniecenia.

Z bratem nie widział się około czterdziestu lat. Dla boskich istot, o ile same na to sobie nie pozwalają, czas nie miał tak ogromnego znaczenia jak dla ludzi. Z pewnością więc nie chodziło o radość spowodowaną spotkaniem krewniaka. Czterdzieści lat, na które odciął się od Gromady nie były straconym czasem. Cztery dziesięciolecia pozwoliły mu dostrzec kiełkujące od wieków pragnienie zmian, ale chcąc ich dokonać musiał powrócić. Tak, teraz rozumiał swoją ekscytację.

Z domu wyłonił się gospodarz. Już od kilku dni wyczuwał, że ścieżka prowadzi w jego progi jakiegoś wędrowca, ale nie od razu rozpoznał w nim brata.

Byli do siebie bardzo podobni fizycznie. Te same oczy, usta, kości policzkowe. Odróżniali się wyłącznie posturą; on był barczysty i silny dzięki pracy w gospodarstwie, zaś wędrowiec drobny i wychudzony po trudach długiej tułaczki.

- Witaj, bracie, w moich skromnych progach.

- Białobóg! - zawołał, pozdrawiając go z daleka.

- Prędzej spodziewałbym się tutaj człowieka niż ciebie - pozwolił sobie na kąśliwą uwagę wychodząc mu na przywitanie.

- Widać nie jestem gościem, którego chciałbyś otrzymać - skwitował.

- Bzdura! Żaden wędrowiec nie sprawiłby mi większej radości niż ty - powiedział, całując i ściskając go.

Czarnobóg nie wyczuwał szczerości w tych słowach. W milczeniu odwzajemnił uścisk i wszedł za Białobogiem do chaty. Gospodarz szybko sprzątnął ze stołu narzędzia, usadowił gościa na miejscu przy piecu, nalał sobie i jemu najlepszego trunku i sam zajął miejsce przy stole. Było tak wiele rzeczy, o które chciał zapytać. Ważne i mniej ważne pytania kłębiły się w jego głowie. Czterdzieści lat upłynęło mu inaczej niż bratu, bo nie zawsze chciał i kontrolował własny wiek, a więc liczył każdy dzień.

- Gdzie podziewałeś się przez tyle lat?

- Podróżowałem. Nie ma o czym mówić - uciął temat.

Wypił alkohol głośno uderzając kuflem o stół. Białobóg dolał mu trunku.

- Przepadłeś bez wieści - postanowił nieustępować. - Nie wyczuwałem twojej siły życiowej.

- Nie jęcz - odmruknął w dość nieprzyjemny sposób. - Nikt nawet nie zauważył mojego zniknięcia.

- Czy ja jestem nikim?

Czarnobóg zagryzł wargę. Nie chciał rozpoczynać spotkania od kłótni, ale czuł, że Białobóg właśnie do niej dąży. Bezcelowo złapał go za słowo, które nie miało większego znaczenia. Ich rozmowa nie miała większego zaczenia, tak samo jak przeklęta Gromada.

- Wiesz dobrze, że nie chodziło mi o ciebie, a o Gromadę - spróbował uspokoić brata.

- Inni bogowie również niepokoili się twoim nagłym zniknięciem.

Czarnobóg uśmiechnął się lekceważąco.

Naiwność starszego brata była tak wielka jak jego nieufność. Nawet w panteonie słowiańskich bożków najwyższą rolę odgrywały więzy krwi, a bracia nie mieli już nikogo poza sobą. Po śmierci ojca, ich dotychczas wysoka, pozycja w Gromadzie spadła. Nie potrafił tego zaakceptować, nie godził się na świat, w którym hierarchię wartości obrazuje siła. Dziwił się tylko Białobogowi, że z takim spokojem akceptuje upadek ich dziedzictwa.

- Nie traktują nas jak równych sobie - Czarnobóg postanowił pociągnąć temat. - W ich oczach jesteśmy bogami gorszego siewu.

- To, że nie mamy tak wielkiej mocy jak Świętowit i Perun nie znaczy, że jesteśmy od nich gorsi.

- Ty po prostu nie chcesz tego dostrzec.

- A może to ty czegoś nie zauważasz? - odwrócił pytanie. - Jesteśmy bogami dobra i zła. Do do ciebie i mnie śmiertelni modlą się, gdy pragną cudu albo przeklinają swój los.

- To dlaczego składają nam ofiary z resztek i kości?

- Chodzi ci o skromność ofiar? - próbował rozszyfrować brata. - Liczy się intencja, a nie ich obfitość.

- Mniejsza o dary - westchnął. - Gdyby ojciec nie podzielił swojej mocy pomiędzy nas dwóch nadal należelibyśmy do elity Gromady.

- Ojciec konał! - odparł Białobóg z wyczuwalną w głosie złością. - Chciał być uczciwy wobec swoich synów. Mi oddał władzę nad dobrem, a tobie nad złem. Jeśli jeszcze raz zakwestionujesz jego decyzję to zapomnę, że jesteś moim gościem i wyrzucę cię za próg.

Zapadła cisza.

- Masz rację - przyznał po namyśle Czarnobóg. - Ty dostałeś moc czynienia dobra, a ja... Ja posiadłem moc czynienia zła.

- W rzeczy samej, bracie - przyznał, dolewając trunku sobie i jemu. - W rzeczy samej.

- Czy nie byłoby wspaniale, gdyby nasze siły na powrót zjednoczyły się w jednego Czarnoboga? - spytał niewinnie sięgając za pazuchę.

- O czym ty mówisz?

- Bracie, wróciłem, aby połączyć z tobą siły i ustalić nowy porządek rzeczy na słowiańskiej ziemi! Czarownica przepowiedziała nam, że do dnia ostatniej bitwy ostanie dziewięciu z nas i dziewięć królestw, a wszystkie przeznaczone są nam!

- Bluźnisz! - wrzasnął, podnosząc się z miejsca.

W tym samym momencie Czarnobóg wyjął nóż zza pazuchy. Jego rdzawo-srebrne ostrze mignęło przed oczyma zaskoczonego Białoboga. Cios zadany bez uprzedzenia bolał bardzo, ale jeszcze bardziej bolała świadomość, że zadał go brat. To nie była zwykła broń. Ostrze bez problemu przeszło przez dłoń i twardy stół. Mężczyzna zawył z bólu, zardzewniały metal palił, zaś krew z rany wolno spływała po ręce i spokojnie wsiąkała w drewniany blat. Białobóg czuł się dziwnie. Obraz przed jego oczyma zniekształcał się, dobiegający go głos brata zmienił się w rytmiczne dudnienie niczym uderzenia serca. Miał wrażenie, że poza Czarnobogiem i nim w domu jest jeszcze jedna osoba, ale nie potrafił jej rozpoznać. Stracił przytomność.


***


Jeszcze osłabiony otworzył oczy. Leżał na podłodze, zaś jego prawa ręka nadal znajdowała się przybita nożem do stołu, z którego powoli ściekała krew. Mimo to nie czuł bólu. Nie czuł niczego. Nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Kątem oka zauważył postać poruszającą się po izbie.

- Cza... Czarn... obóg, czy... to... ty? - wymamrotał z wielkim trudem.

- Obudził się - zasygnalizował nieznajomy głos.

Czarnobóg uklęknął obok nogi od stołu i uśmiechnął się życzliwie.

- Dla... czeg... o... mi to... rob... isz?

- Oszczędzaj język - odparł troskliwie.

- Co... mi się... Co... ze mną... się... dzie... dzie... je?

- Jesteś pod działaniem silnego zaklęcia - wyjaśnił. - Nie martw się. Nie chcę cię zabić. Chcę jedynie połączyć siły, które ojciec przed laty rozdzielił między nas dwóch.

- Gro... mada... nie... prze...ba... czy... ci...

- Jakoś to zniosę - stwierdził z uśmiechem.

- Do...bij... mnie...

- Nie mogę - przyznał, sięgając mały nożyk do rzeźbienia w drewnie. - Wierz mi, bracie, chciałbym ulżyć ci w cierpieniu. Niestety obrządek zjednoczenia naszych sił jest bardzo długi i... bolesny. W każdą księżycową noc muszę posilić się funtem twojego ciała.

Powiedziawszy to wbił mu nożyk w udo. Białobóg wrzasnął. Chociaż zaklęcie paraliżowało jego ciało to nadal odczuwał zadawany ból.

Ludzie zamieszkujący wioskę nad Dnieprem jeszcze długo nasłuchiwali jęków dochodzących z lasu. Opowiadali o strzygach i złych duchach, które nawiedzały to miejsce. I z wielką pokorą składali syte ofiary przed ołtarzykami Białoboga w nadziei, że ten będzie chronił ich przed złem.


***


wrzesień, 2019 r.

Mijała druga godzina od nierozpoczęcia egzorcyzmu. Chodził od pomieszczenia do pomieszczenia, szepcząc modlitwę i rozlewając naokoło wodę święconą. Dom pogrążony w ciemnościach zdawał się mieć jego wysiłki gdzieś. Nic nie skrzypiało ani nie jęczało, a żadna nadprzyrodzona materia nie przesuwała przedmiotów. Najmniejszego sygnału obecności niechcianej istoty. Zupełnie, jakby budynek nie był nawiedzony.

O ile dla jego właścicieli była to dobra wiadomość, tak dla Jurjia, który trudnił się wypędzaniem duchów, niekoniecznie. Trzaskające okna, niedomykające się drzwi i szmery na strychu można było łatwo wyjaśnić. Jednak ludzie wzywający łowcę duchów, tak Jurij określił siebie w ulotce, nie chcieli słuchać przyziemnych wyjaśnień. Chcieli skutecznego egzorcyzmu, który oduczy straszenia ich wyimaginowane poltergeisty. Dlatego też brał pismo święte, butelkę kranówy i ruszał na obchód domu. Oczywiście, nie był, aż tak wielkim ignorantem. Do momentu, w którym upewniał się, że ducha nie ma (czyli zawsze), zachowywał pełen profesjonalizm. Dopiero potem zabierał się za "wypędzanie".

- Długo jeszcze? - zapytała asystentka Jurija.

- Skończone.

- Na pewno?

- Tak, na pewno - odparł nieco rozdrażniony ponownym pytaniem.

- Wybacz, wolę upewnić się, żeby nie było jak ostatnio.

Jurij nic nie odpowiedział.

Błędy podczas egzorcyzmów były co najmniej nie na miejscu, ale Wiki zdawała się nie pojmować powagi takich sytuacji. Asystentka przywodziła mu na myśl postać wyciągniętą z okładki płyty post-punkowego zespołu; niechlujnie ubrana, w babcinych okularach i długich, jasnych dredach, które spadały na plecy. Przy niej Jurij wyglądał na nader zadbanego krawaciarza z idealnie przystrzyżonymi baczkami. Mimo to nie wyobrażał sobie innej, ładniejszej, pomocnicy. Wiki, czy jak kto wolał, Wiktoria była częścią jego pracy, udziwnieniem i tak niezwyklej działalności jaką prowadził już trzeci rok.

Wyszli przed dom, gdzie czekał na nich zleceniodawca. Z wyrazem twarzy przerażonego dziecka, spoglądał na egzorcystę i w napięciu oczekiwał na werdykt.

- W porządku - powiedział Jurij. - Nic więcej nie powinno pana nie niepokoić. Gdyby jednak... - zrobił krótką pauzę - zostawiłem wizytówkę w kuchni.


***


Mały Volkswagen mknął niepostrzeżenie bocznymi uliczkami Brańskiej. Prowadziła Wiki, Jurij nie miał prawa jazdy. Pytany, dlaczego nie posiada tak przydatnego dokumentu odpowiadał:

- Jestem za nerwowy na kierowcę.

Dziwnie było słyszeć takie słowa z ust osoby zajmującej się przepędzaniem duchów, która wydawało się, musi posiadać stalowe nerwy. Prawo jazdy stanowiło jeszcze jeden plus posiadania asystentki, nawet tak roztrzepanej jak Wiki.

- Nie masz czasem wyrzutów sumienia? - spytała, nie odrywając wzroku od szosy.

- Dlaczego mam je mieć?

Miał świadomość, że odpowiedział w dość idiotyczny sposób, ale nie widział większego sensu rozmowy na ten temat. Tak samo bezcelowe jest pytanie rzeźnika, czy przed rozpoczęciem pracy modli się o przebaczenie. Z ta różnicą, że praca Jurija była bardziej finezyjna i mniej potrzebna.

- Bo... Oszukujemy ludzi - kontynuowała.

- Nikogo nie oszukujemy. Pomagamy im - wyprowadził ją z błędu.

- Przecież w tym domu nie było żadnego ducha. Zresztą w ostatnim też nie. W żadnym od kiedy dla ciebie pracuję - dopowiedziała bez wahania.

- I przez ciebie i twoje głupie gadanie prawie ostatnio wpadliśmy - zdenerwował się na wspomnienie asystentki uspokajającej poprzedniego klienta:

- W niektórych domach straszą jedynie urojenia.

Dziewczyna westchnęła lekceważąco.

- Możesz im powiedzieć, że nie ma żadnego ducha. I tak muszą zapłacić.

- To nie takie proste. Każdy mówi tym ludziom, że duchów nie ma. Jeśli przychodzą do mnie to oczekują innej odpowiedzi. Psychiatra, czy tam psycholog - na szybko rzucił przykładem. - Też nie mówi pacjentowi, że wygaduje głupoty.

Kobieta wzruszyła ramionami.

- Mój psychoterapeuta ostatnio stwierdził, że jestem nieuleczalnie szajbnięta.

- Chwila - zdziwił się żywo. - Stać cię na psychoterapeutę? Ostatnio mówiłaś, że całą kasę wywalasz na zespół swojego faceta.

- Nie rozpraszaj mnie jak prowadzę - mruknęła pośpiesznie.

- Zawsze możesz zrezygnować z pracy u mnie.

- Ta świetne mam perspektywy - mruknęła. - To albo praca w Tesco. Z dwojga złego wolę nabijać ludzi w butelkę.

- Też nie wyobrażam sobie pracy bez ciebie - przyznał i oboje się zaśmiali.


***


Do biura dotarli tuż po szesnastej. W poczekalni przed gabinetem Jurjiego siedzieli dwaj mężczyźni.

Starszy mógł mieć około pięćdziesięciu lat. Wyglądał schludnie i elegancko. Ciemna marynarka, spodnie na kant, lakierki oraz biała koszula z krawatem dodawały mu powagi i grozy. Właśnie słowo "groza" przyszło na myśl Jurijemu na jego widok. Mężczyzna wydawał się oschły i nieprzystępny, ale egzorcysta nie miał mu tego za złe. Każdy, kto przychodził do niego po pomoc starał się ukrywać swój strach pod maską chłodu.

Jego towarzysz od razu zainteresował Wiki. Nieco młodszy, ale równie elegancki. Miał jasne włosy, zarost w tym samym kolorze i ciemne okulary, za którymi ukrywał oczy. Dopiero po chwili kobieta zwróciła uwagę na ściskaną przez niego białą laskę przeznaczoną dla osób niewidomych.

Starszy z mężczyzn wstał z miejsca i spytał:

- Pan Hornalik?

Jurij przytaknął.

- Tak, ale chyba nie byliśmy umówieni na dzisiaj?

- Nie, ale przychodzę w pilnej sprawie - oznajmił, dodając po chwili: - Nazywam się Alan Petrowicz i chciałbym pana zatrudnić.

Jurij otworzył drzwi do gabinetu i przepuścił klienta przodem. Jego biuro było nieco większe od szkolnego kantorka.W powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Nie był intensywny, ale wyczuwalny. Na niewielkim, odrapanym z lakieru, stoliku mieścił się telefon stacjonarny oraz stary komputer, zaś przy oknie znajdował się niewielki regał, na którym leżały niechlujnie porozkładane teczki na dokumenty. Petrowicz spoglądał na pomieszczenie z dużym niepokojem. Rzadko bywał w tak odpychających miejscach.

- Przepraszam za bałagan - mruknął Jurij, który najwyraźniej zorientował się, że jego biuro nie robi dobrego wrażenia na gościu. - Szykujemy się do remontu i musiałem przenieść mój gabinet tutaj - skłamał intuicyjnie.

- W porządku.

Brzydota pomieszczenia tylko upewniała go, że rozmawia z amatorem, który z ledwością wiąże koniec z końcem.Wierzył, że jest dla Jurija wybawieniem i nie odmówi mu. W końcu spoczął na niewygodnym krześle naprzeciwko Hornalika.

- W tej trywialnej ulotce przeczytałem, że zajmuje się pan kontaktem - powiedział, wyciągając z kieszeni marynarki pomiętą kartkę.

- Trywialnej?

- Tak - odparł bez najmniejszego skrępowania. - Powiedziałbym obskurnej jak ten gabinet, ale to mogłoby pana urazić, a więc powiem trywialnej, bo jak można inaczej nazwać - zrobił pauzę, aby odczytać zinformacje z ulotki: - "Ezorcyzm, doradztwo duchowe, spirytualizm" i wszystko ładnie okraszone kolorowym wzrokiem z celtyckich run.

- Przepraszam, ale... - starał się zachować cierpliwość: - Czy pan przyszedł w konkretnej sprawie, czy marnować mój czas?

- Po prostu jestem sceptycznie nastawiony do takich działań.

- To normalne. Ludzie, nawet kiedy przychodzą tutaj są sceptycznie nastawieni do naszych działań. Wielu z nich nie wierzy w życie pozagrobowe.

- Nie, nie... - pokręcił głową. - Nie zrozumieliśmy się. Wierzę w duchy, szanuję je jako część naszego dziedzictwa. Po prostu nie wierzę w pana umiejętność porozumiewania się z nimi, ale to chyba nie ma większego znaczenia - uciął temat i nim Jurij zdążył cokolwiek odpowiedzieć, przeszedł do rzeczy: - Chodzi o mojego bratanka. Od pewnego czasu przejawia dziwne zachowania.

- Jakie zachowania?

- Majaczy, wymiotuje, przyzywa demony...

- Był pan u lekarza?

- Wiem do czego dąży ta rozmowa. Odpowiem, tak i uprzedzając kolejne pytanie: nie, niczego nie stwierdził.

- Ile ma lat pański bratanek?

Petrowicz westchnął ciężko:

- Około dziewięciu.

Hornalik zignorował dziwny przyimek około i odpowiedział:

- Niestety nie mogę się podjąć tego zlecenia. Nie mógłbym przeprowadzić egzorcyzmu na dziecku. Radzę zasięgnąć opinii innych lekarzy, a potem, jeśli zajdzie taka konieczność, kościelnego egzorcysty.

- Nie mieszajmy do tego Kościoła - przerwał mu. - Nie oczekuję od pana żadnych konkretnych działań. Wystarczy, że przyjedzie pan jutro do mojego domu i... Nie wiem... Popryska tu i ówdzie święconą wodą, czy wyrecytuje jakąś formułkę - mówił, a z każdą chwilą jego głos stawał się bardziej lekceważący w stosunku do Jurija. - To pańskie honorarium - zakończył swój wywód, kładąc na stole wypisany czek.

Egzorcysta miał zamiar wyprosić pana Petrowicza, ale mimowolnie zawiesił oko na czeku na trzydzieści tysięcy rubli.

- To zdecydowanie za dużo za jedną wizytę - rzucił. - Gdzie jest haczyk? Dlaczego przychodzi pan z tym do mnie? Za taką sumę z pewnością mógłby pan wynająć kogoś bardziej prestiżowego.

- Możliwe, ale mi i mojej rodzinie zależy na anonimowości. Znany egzorcysta jak ten facet z telewizji... - szukał nazwiska w pamięci. - Jak mu tam?

- Sardarow?

- O, właśnie, Sardarow! Ktoś taki odpada. Chcę to załatwić bez zbędnego szumu - powiedział, wstając z miejsca. - Mój asystent zostawi pańskiej sekretarce adres. Spodziewam się pana w sobotę między szóstą, a ósmą wieczorem.

Nie miał zamiaru negocjować z łowcą duchów. Nie podpisali nawet umowy. Powiedział, czego chce i po prostu wyszedł.


***


O świcie strażacy zdołali ugasić pożar kościoła pod wezwaniem Jana Chrzciciela. Jest to trzeci taki wypadek w tym roku. W marcu spłonęła cerkiew prawosławna, a jeszcze wcześniej kościół prowadzony przez dominikanów. Władze kościelne mówią wprost:

- Jest to celowe działanie antykościelnych organizacji.

Po tym komunikacie Jurij wyłączył telewizor. Nie lubił słuchać wiadomości, które na przemian mówiły o katastrofach i politycznych walkach.

- Odbierzesz nas jutro od mamy? - spytała dla pewności żona Jurija.

- Chyba nie dam rady - odparł.- Dzisiaj do biura przyszedł pewien facet i umówił się ze mną na spotkanie jutro.

- Myślałam, że nie pracujesz w soboty - zdziwiła się.

Od kiedy otworzył swoją nietypową działalność zarzekł się, że nigdy nie będzie pracował w sobotę. Nie chciał jednak wdawać się w szczegóły swojej dziwacznej rozmowy z panem Petrowiczem. Wyjaśnił, tylko że jest to wyjątkowa sprawa i dotyczy dziecka.

Maja nie przejęła się tym specjalnie. Opętania, egzorcyzmy, nawiedzone miejsca. Z początku wszystko wydawało jej się niebezpieczne i złe. Z czasem praca męża przestała robić na niej jakiekolwiek wrażenie I spowszedniała jak poranna kawa albo zakupy w spożywczym. Chyba nawet wcześniej niż Jurij, przeszła, z tym do porządku dziennego. Nie była osobą wierzącą, a pytania o wiarę powtarzała, mam otwarty umysł, i chyba tylko z powodu tej otwartości zachowała spokój, gdy po ukończeniu teologii Jurij ogłosił, że zostanie pogromcą duchów. A zresztą, skoro on mógł ganiać za siłami nadprzyrodzonymi to ona mogła być jak Sigourney Weaver.

Do pokoju wszedł ich syn. Osowiały, wyrwany ze snu, przeszedł kilka kroków i usiadł na brzegu kanapy.

- Obudziłeś się? - zapytała Maja, odruchowo głaszcząc chłopca po głowie.

Przytaknął.

- Zły sen? - wtrącił się Jurij.

- Ehe... A tata boi się duchów? - spytał przez matkę.

Matka wzruszyła ramionami:

- Nie wiem... Zapytaj go.

- Duchy nie istnieją - odparł na uspokojenie.

- Ale... - czterolatek zrobił pauzę, jakby analizując informacje. - Przecież ty walczysz z duchami, prawda?

- To nie są prawdziwe duchy.

- Czemu?

- Do biura taty bardzo często przychodzą ludzie, którzy boją się duchów, tak jak ty. Wtedy ja im mówię, że nie ma czego się bać.

- Czy to znaczy, że będę musiał ci zapłacić, jeśli znowu się przestraszę? - spytał Piotruś.

- Nie - zaśmiał się, wziął syna na plecy i zaniósł do sypialni.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.