Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Promise

~~/1/~~

Autor:Saluchna
Korekta:Teukros
Serie:Slayers
Gatunki:Fantasy
Dodany:2005-10-10 22:43:53
Aktualizowany:2007-09-17 19:38:36


Następny rozdział

~~/Promise/~~

Dzień był ciężki - i to wyjątkowo. Niby to samo osiem godzin, ale czuła, że obsłużyła przynajmniej dwa razy więcej klientów niż zwykle. Cieszyłaby się, gdyby to był jej sklep - miałaby wtedy większy utarg. Ale pracując u kogoś nie ma różnicy, czy osiem godzin spędzisz na harówce czy gapieniu się przez okno. Płaci się za czas.

Z ulgą wyjęła z kieszeni klucz i zamknęła drzwi. Jaśnie pana właściciela oczywiście nie było - pewnie właśnie bawił się na jakiejś imprezie. W końcu to sobota. Bogaci się bawią, biedni wloką się zmęczeni po pracy do małych mieszkań. Tak było od lat i tak będzie jeszcze długo. Taki jest świat.

Wracała tą samą ścieżką co zwykle - na skróty przez zaniedbany park, potem na skrzyżowaniu w lewo, w prawo przy salonie fryzjerskim i już prawie była w domu. Prawie - bo musiała jeszcze wspiąć się na szóste piętro. Windy nie działały od zawsze. Taki już był urok starych bloków - starzały się tak jak ludzie. Z czasem stawały się coraz bardziej niedołężne, wysiadały windy, domofony, dzwonki przy drzwiach. I nikt nie kwapił się do naprawy - tak było, i już.

Ale i do tego można się przyzwyczaić. Po roku nabrała takiej kondycji, że wlatywała na to swoje szóste piętro. Oczywiście nie dosłownie - gdyby to zrobiła, oskarżono by ją o bycie kosmitką albo coś w tym stylu. Uroki nowoczesnego świata. Jeszcze kilka stuleci wstecz była powszechnie uznawana za czarownicę, raz nawet prawie że została spalona na stosie. Prawie - bo w środku "ceremonii" na miasteczko napadli Anglicy i nagle zainteresowanie ludności przeniosło się na najeźdźców. A ona stała tak, przywiązana do drewnianego pala na środku placu, aż nie uwolnił ją jakiś Anglik, przy okazji nie szczędząc sobie komentarza o głupich Amerykanach.

Stanęła w końcu pod drzwiami swojego mieszkania, a raczej wpadła na nie - potknęła się o leżącą pod nimi paczkę. Kiedy już odzyskała równowagę podniosła ją i obejrzała ze wszystkich stron. Niby zwykła przesyłka - szaro-brązowy papier, znaczki i stemple pocztowe. Coś jednak było w niej dziwnego - nazwisko. Jej nazwisko - jedno z bardzo wielu, których używała przez ostatnie stulecia. Tylko były w nim dwie małe pomyłki, literówki... Bardzo dziwne literówki. Powstawało wtedy słowo. Promise. Obietnica, w języku angielskim. Chociaż może to tylko jej wyobraźnia - pismo nadawcy było niewyraźne, równie dobrze mogło tam być wypisane jej nazwisko. Dziwaczejesz z wiekiem, pomyślała. Jeszcze trochę i wszędzie będziesz widzieć jakieś podejrzane znaki. Zaśmiała się w duchu. Jakbyś naprawdę była kosmitką albo czarownicą. Wsunęła paczkę do torebki i wreszcie weszła do środka.

Zwyczajowo rzuciła płaszcz i torebkę na wieszak, i zwyczajowo żadne z nich się tam nie utrzymało, spadły na dywan. Zwyczajowo podniesie jak będzie przechodziła. Miała coś ważniejszego do roboty - na przykład pokrzepiająca, ciepła wieczorna herbata.

Kiedy zalała wrzątkiem woreczek herbaty tajemnicza przesyłka zupełnie wyleciała jej z pamięci. Została zastąpiona obiadem na następny dzień i zaległym rachunkiem za mieszkanie, którego za żadne skarby nie zdąży zapłacić w terminie. A wtedy może być ciężko - nie wyrzucą jej od razu, ale z pewnością wyłączą prąd i ogrzewanie. A wizja grudniowej nocy bez ciepłego grzejnika za plecami była co najmniej dołująca. Westchnęła ciężko. Od kilkunastu lat ciągle miała problemy z finansami. Niby miała wystarczająco dużo czasu żeby się dorobić większego majątku, ale jakoś nigdy nie potrafiła. Zawsze kiedy już miała dość pieniędzy, żeby na przykład otworzyć sklep - wydawała na kolejną podróż. Uwielbiała podróże - postanowiła, że zwiedzi cały świat. Miała w końcu wystarczająco dużo czasu - a chęci jeszcze więcej.

Ale wszystko ma swoje konsekwencje w przyszłości - przepuściła chyba fortunę na podróże, a powinna choć trochę odłożyć na "czarną godzinę". Która właśnie nadeszła. Niestety. Cóż... Trzeba będzie sięgnąć po środek ostateczny, po który nigdy nie chciała sięgać.

Przyniosła z salonu małe, drewniane pudełko. Było piękne - ozdobione malutkimi drogimi kamieniami i misternymi wzorami. Po otwarciu jej oczom ukazało się kilkadziesiąt różnorodnych monet - złotych, srebrnych, miedzianych, kilka było współczesnych - aluminiowych. Każda z nich była pamiątką o odwiedzonym kiedyś w przeszłości miejscu. Poszukała chwilę, i wyciągnęła jedną - niepozorną, bo starą i brudną - ale tak na prawdę była ze szczerego złota.. Ale nie to wyznaczało jej wartość - wyznaczała ją data, wybita na rewersie. Była absurdalna, taka data jeszcze nie nastąpiła. Niewielu wiedziało, że były to lata liczone zupełnie innym kalendarzem. Pewnie tylko naukowcy znali ten stary, nieużywany od tysiącleci kalendarz. A raczej bardzo niewielu z nich. Na szczęście znała jednego z nich - i była pewna, że za tą małą monetę zapłaci jej bajeczną sumę. A mimo to nie chciała tego robić - ten mały kawałeczek metalu był ostatnią rzeczą, jaka widziała tamto życie, w tamtym świecie. Ale nie miała wyboru - mając za jedną z opcji śmierć z zimna we własnym mieszkaniu i pozbycie się ten monety z żalem w sercu musiała wybrać to drugie. Takie jest życie. Może kiedyś uda się ją odzyskać...? Na razie jednak włożyła ją z powrotem do pudełeczka i odstawiła je na miejsce. Trudno jest się rozstać z małym kawałkiem metalu... Cóż, chyba naprawdę z wiekiem się dziwaczeje.

Ranek po nieprzespanej nocy nie należy do miłych przeżyć. Do niemiłych też nie. Po prostu do okropnych. Z trudem zwlokła się z łóżka, popędzana krótkimi sygnałami telefonu. Ze też musiała sobie ustawić tak denerwujący dzwonek... Poszukała stopami kapci i wzięła z krzesła niedbale rzucony szlafrok. Narzuciła go na plecy i szybko podbiegła do telefonu - ten, kto chciał z nią rozmawiać na pewno już się niecierpliwi.

- Słucham...? - Powiedziała zaspanym głosem, zasłaniając słuchawkę kiedy ziewnęła.

- Pani Filia...? Dobrze, że już pani nie śpi - powiedział radosny głos jej szefa. - Mam prośbę.

Natychmiast straciła resztki dobrego humoru, jeżeli jakieś miała. Zwykle dzwonił tylko po to, żeby "poprosić" o przyjście do pracy w niedzielę. Ale nie była to prośba - gdyby powiedziała "nie" natychmiast wyleciałaby z pracy.

- Tak..? - Odpowiedziała, starając się nadać swojemu głosowi w miarę optymistyczne brzmienie - O co chodzi?

- Wie pani, to ostatnia niedziela przed świętami, i przydałoby się otworzyć chociaż na cztery godzinki... Zgodzi się pani?

- Tak, z chęcią - wywróciła oczami. To była zaleta telefonu - rozmówca nie widział co robisz.

- Jest pani kochana - powiedział - to ja przyjdę o czwartej, wezmę pieniądze.

Odłożyła słuchawkę i westchnęła. Kolejna niedziela w pracy. Niby nie miała nic do roboty, ale jakoś bardziej wolała siedzieć bez celu przed telewizorem niż za ladą.

Chcąc, nie chcąc musiała się ubrać i za piętnaście dziewiąta wyjść z domu. Była za pięć ósma. Mało czasu... Szybko wskoczyła pod prysznic. Jeżeli ma być przytomna, to tylko chłodny prysznic może jej pomóc.

Czas mija wyjątkowo szybko kiedy się ktoś spieszy - tak więc za piętnaście dziewiąta właśnie stała przed szafą i szukała jakiegoś czystego swetra. Było zimno - wyjście w czymś innym niż ciepły wełniany sweter było nie do pomyślenia. A jak na złość nie mogła znaleźć żadnego poza puchatym zielonym, który nijak nie pasował do jasnych dżinsów, które musiała ubrać - połowa jej garderoby właśnie suszyła się po sobotnim praniu w łazience, a druga połowa była przeznaczona na lato. Z przekleństwem na ustach ubrała tą koszmarną kombinację i narzuciła na to płaszcz. Sięgnęła jeszcze po torebkę, która jak zwykle leżała pod wieszakiem i wybiegła z domu szybkim truchtem.

W sklepie była pięć po - i zastała małą grupkę czekających na nią klientek. Szef wspaniałomyślnie wywiesił tabliczkę - 20.12 - otwarte od 9.00 do 18.00. Przeklęła jeszcze ciężej. Nie dość, że misi pracować w niedzielę, to jeszcze bez jej wiedzy wydłużono jej godziny pracy. Nie zważając na tłumek zaczynający już szeptać między sobą wyciągnęła z torebki marker i poprawiła 18.00 na 14.00. Miała serdecznie dość - a jeżeli zostanie wywalona - cóż, trudno się mówi. Nie jedyna praca na tym świecie.

Wpuściła wreszcie zniecierpliwiony tłumek do środka, sama usiadła za ladą i zdjęła płaszcz. Nie mogła go powiesić na zapleczu sklepu - a nuż ktoś coś ukradnie? Nie miała tyle pieniędzy, żeby płacić za skradziony towar - luksusowa biżuteria bywa droga. A nawet wyjątkowo droga.

Chwilę później sklep był pusty - oczywiście nikt nic nie kupił. Zwykle tak jest - przychodzą, oglądają... Ale nie kupują. Zresztą...

Sięgnęła do torebki i wyjęła małą paczkę. Natrafiła na nią kiedy wyjmowała marker. Korzystając z chwili przerwy otworzyła ją. Pod szaro - brązowym papierem ukazało się małe, czarne pudełko z papieru. Było lekkie, ale na pewno nie puste. Powoli podniosła wieczko. Otworzyła oczy ze zdziwienia.

Mała, złota kulka.

I mała karteczka.

A na niej jedno słowo.

Promise.

I numer telefonu.


____________________________________________________________________

Sal

s__a__l@wp.pl

www.sal.blog.pl

www.kazoku.prv.pl

_____________________________________________________________________

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.