Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Senshi no Unmei: Masayume

Gdzie ulice nie mają nazw.

Autor:Samuel
Gatunki:Cyberpunk
Dodany:2005-08-24 19:03:05
Aktualizowany:2005-08-24 19:03:05


Poprzedni rozdział

[date 22112060 11.30PM]

'Co dzieje się z Ami-chan?! Co zrobiłeś Hotaru?!', słowa wybuchają w umyśle jak burza, niszcząc tworzoną przez godziny osnowę medytacji. Oddycham głośno, próbując uspokoić się, zatopić w powstającej wizji. Przed moimi oczami faluje niewyraźny obraz... Widzę wysoką postać o włosach koloru morza. Michiru. Rozmawia z kimś. Wyczuwam potężną, duchową aurę i odruchowo wypowiadam rin pyou... Urywam jednak. Moc nie pochodzi od demona, brak w niej zimnych, błękitnych płomyków zła. Chcę podejść do Michiru, zapytać się. Może ona wie co się dzieje, kim jest ten duch. Lecz nie mogę wykonać najmniejszego ruchu. Krzyczę - Neptune nie słyszy mnie. Wyszeptuje kilka słów, zbyt cicho, bym mogła ją zrozumieć. Co się dzieje z Ami-chan... Nie wiem. Makoto poszła do niej, a później już się nie pojawiła. Chyba wyszły. Wydaje mi się, że słyszałam ich głosy przy bramie. Czy to przez niego zginęła Hotaru? Przez demona? Czego chce od Michiru? Przecież Michiru jest na Haiti, tymczasem jego moc czuję tutaj, w pobliżu. W Tokyo. Znów słyszę głos Neptune, niewyraźny i cichy. Ona paktuje z nim. Rozmawia jak równy z równym. Teraz widzę ją wyraźnie, chociaż słów nadal nie potrafię zrozumieć. Jej oczy błyszczą. Z podniesioną głową, stanowczym, choć łamiącym się głosem dyktuje duchowi swoje warunki. Ale co jest przyczyną tego paktu? I dlaczego w jej oczach migoczą łzy? A później powietrze rozbrzmiewa nieludzkim westchnieniem, które układa się w jedno słowo: 'Dziękuję.'

Sam U. Rai of SMD presents...

Senshi no Unmei: Masayume#4

- Gdzie ulice nie mają nazw. -

"...produkowane przemysłowo symulowane rozkosze podwójnie kuszą."

J.R.R.Tolkien, Mythopoeia.

[date 22112060 11.32PM]

Automat pluje błękitnym płomieniem i tęczowy pocisk przeszywa powietrze, ciągnąc za sobą smugę krwi. Zawodzi głosem swojej ofiary, a później uderza w pierś człowieka w jaskrawym garniturze i wykwita szkarłatną różą. On upada, powoli, jakby grawitacja nie mogla się zdecydować, czy przyjąć go w swoje objęcia. Tak jest ochydny, gdy demony wykrzywiają jego twarz. Wszystko jak na zwolnionym, starym filmie, w którym kolory pozamieniały się miejscami. Gdzieś obok mnie skórzana walizka upada ze szczękiem na ziemię. Spusty odskakują, otwiera się w ślimaczym tempie. Odwracam wzrok w samą porę, by dostrzec rewolwer w ręce demona i rzucić się w bok, unikając kuli. Wszystko wiruje. Przestrzeń jest płaska, a ściany nabierają głębi.

Co było w tej fiolce?

Lucas, ty cholerny sukinsynu, dałeś mi lewy towar! Unoszę broń i strzelam, a on wygina się nienaturalnie do tyłu, wydając z siebie cichy jęk. Nie żyje już, gdy jego ciało dotyka ziemi. Pozostało jeszcze dwóch, a ja nie mam już amunicji. Wstaję i rzucam się na niskiego bruneta z półautomatem w okrytej skórzaną rękawiczką dłoni. Wyciąga broń w moim kierunku, lecz wacha się. O ułamek za długo. Kolbą pistoletu uderzam go w brzuch. Potem drugi raz, z całej siły. Kasła krwią i zwija się z bólu, upuszczając pistolet wprost w moją rękę. Strzelam w jego skroń i czuję ciepłe krople krwi na twarzy. Wtedy słyszę krzyk - uważaj! Spoglądam przed siebie i widzę lufę rewolweru. Sześć komór, wszystkie załadowane. A później rozlega się wystrzał. Zaciskam oczy, lecz nie czuję bólu. A gdy otwieram je ponownie, wysoki mężczyzna z rewolwerem leży bez ruchu i wpatruje się we mnie martwymi oczami. Tuż za nim stoi Michiru

Nie, nie! To Saturn! Szukałyśmy jej tak długo. Mówiłam ci, że ona nie żyje, że nie, już nie warto... Myliłam się. Teraz stoi przede mną...

- Znalazłam ją, Michiru! - mówię, podchodząc bliżej. Łzy same napływają mi do oczu. - Teraz już wszystko będzie jak dawniej. Wszystko będzie dobrze.

Spogląda na mnie podejrzliwie, trzymając mnie na muszce. To nieważne, nieważne. Może straciła pamięć, tak jak podejrzewałyśmy, ale to Hotaru-chan.

- Zaopiekujemy się tobą, Hotaru. Ja i Michiru. Pamiętasz Michiru? - uśmiecham się. Ja pamiętam. Pamiętam jej oczy, jej włosy, jej zapach... Pamiętam rozmowę w barze, dawno, dawno temu.

'Haruka, jeśli nie powiesz sobie teraz zdecydowanie "nie", nigdy już nie odrzucisz narkotyków. Będziesz pogardzała sobą za brak silnej woli, aż w końcu, pewnego dnia, podetniesz sobie żyły, lub przedawkujesz... I nie uśmiechaj się w ten sposób, nie kręć głową. To prawda.'

I później.

'Dobrze... Obiecuję, że to już się nie powtórzy.'

'To za mało.'

'Więc co mam zrobić?'

'Przysięgnij... Przysięgnij na nas.'

- Michiru? - opuszcza broń, lecz nadal widzę niepewność w jej oczach. - O kim mówisz?

Kryształ serca błyszczy na jej piersi. Taki jak nasze, Michiru. Taki jak nasze. Mieni się wszystkimi kolorami tęczy... Nie, to narkotyk. W tej fiolce... musiało być coś jeszcze, nie tylko metendorfina. Jakieś środki halucynogenne. Tak. To przez nie. Nie ma tęczy, nie ma kryształu, ne ma niebieskiego ognia i demonów, zniekształcających ludzkie twarze. Jej twarz jest piękna.

- Przepraszam, Michiru... - szepczę, wyciągając broń w jej kierunku. Nie widzę wyraźnie, wszystko jest zamazane, jak przez mgłę... Hotaru krzyczy coś i również podnosi swój pistolet, lecz odpycham ją. Tam, kilka metrów za nią,

przy wejściu, stoi jeszcze jeden yakuza. Ten, którego ścigała. W drżącej ręce trzyma rewolwer. Strzela. Ja również. Czuję falę bólu rozchodzącą się od obojczyka, krzyczę i strzelam po raz kolejny, już w biegu. Chwilę później wpadam na niego, uderzając pięścią w podbródek i powalając na ziemię.

[date 22112060 11.37PM]

Pocisk Arimi'ego właśnie trafił w ramię Haruki. Zdyszany Hiroshi wybiegł zza zakrętu i zatrzymał się przy trupach dwóch młodych yakuza. Po drugiej stronie świata Michiru rzucała się nieprzytomnie na łóżku, wyszeptując niewyraźnie francuskie sylaby. Jamsey spoglądał na nią przymrużonymi, błękitnymi oczyma, miarowo uderzając w bębenek. A w otchłaniach Sieci Mizuno Ami właśnie zaczynała krzyczeć z bólu.

A jeszcze kilka minut wcześniej nic nie wskazywało na tragiczny koniec - trwała zawieszona w bezruchu w nieznanym jej otoczeniu, spoglądając na symulację przedostawania się danych na jej neurochipy. Spowolniła swoje funkcje życiowe i wyłączyła wszystkie niepotrzebne programy, by zwiększyć prędkość zapisu. Obserwowała. wszystko zdawało się być takie doskonałe... Żadnych usterek, żadnych problemów. Nie czuła nawet bólu, gdy neurony jej mózgu zaczęły się zmieniać, jedynie miłe ciepło u podstawy czaszki. Zresztą, zmianie uległy tylko niektóre cześci kory mózgowej, gdzie Sieć musiała utworzyć organiczne połączenia między neurochipami. W tych miejscach neurony musiały nauczyć się reagować na nowe bodźce pochodzące od Sieci.

Uśmiechnęła się na tą myśl. Sieć. On. A przecież 'Sieć' jest rodzaju żeńskiego. Choć pojawił się przed nią w postaci niewyraźnego kształtu z drobinek piasku, Ami podświadomie nadała "mu" płeć. Piasek... Kiedyś, całe wieki temu czytała taką bajkę - był w niej mały, zagrzebany w piasku człowieczek. Spełniał życzenia dzieci, które go odnalazły. Wynikały z tego różne zabawne sytuacje, bo dzieci nie zastanawiały się nad swoimi życzeniami. I zwykle wynikało z tego więcej kłopotów, niż przyjemności.

Shhhk.

Przeskok. Słaby odczyt. Kolory rozmywają się, rozdzielczość siada. Znów skalna pustynia, lecz tym razem... Ami westchnęła ze zdziwienia. Tuż przed nią, w powietrzu, unosił się niewyraźny, wciąż zanikający i pojawiający się na nowo, obraz wojowniczki. Okolona lazurowymi włosami, smutna twarz, z błyszczącym morską zielenią znakiem Neptuna na czole. Michiru. Przez krótką chwilę spoglądała na Ami, a w jej oczach perliły się łzy. A później wszystko...

Shhhk.

I wtedy właśnie wszystkie wskaźniki, monitorujące zmiany w mózgu, zapłonęły czerwienią, a ona sama poczuła, jakby jej czaszka pękała od środka. Bez najmniejszego ostrzeżenia. Krzyknęła i złapała za tkwiący w porcie na skroni kabel. Lecz nie zdążyła go wyrwać - spazm bólu uderzył w jej nerwy. Uświadomiła sobie, że upada na podłogę i słyszy krzyk Makoto. Lecz ból zbyt przytępił zmysły, by mogła zrozumieć jej głos.

'Mizu no Ami, słyszysz mnie? Tego nie było w żadnej z symulacji. Tracimy łączność. Wytrzymaj jeszcze trochę, może uda mi się...'

- Zabierz to! Zabierz! Rozłącz się!

'Jesteś w szoku. Mizu no...'

Shhhk.

W odległym, bajkowym świecie, gdzie przedmioty mają swoje stałe i niezmienne kształty i gdzie nikt nie może zajrzeć do twoich myśli, Makoto Kino chwyciła przyjaciółkę za ramiona i przewróciła ją na plecy. Ami rzucała się i krzyczała niezrozumiale. Krew z przegryzionej wargi zabarwiła jej policzek i zaczęła zostawiać na brudnej posadzce szaro-purpurowe ślady. W pewnej chwili Mako poczuła, jak kolano Mercury wbija się w jej żołądek. Jęknęła, lecz nie zwolniła uścisku.

- Ami! Uspokój się!

Własnym kolanem zablokowała nogi Mercury i potrząsnęła nią. Po krótkiej chwili namysłu wyrwała kabel z gniazda na skroni przyjaciółki. To nie było bezpieczne, ale...

Shhhk.

Świat rozpadł się na tysiące kawałków, a każdy z nich utkwił w jej umyśle niczym odłamek szkła. Ami jęknęła z bólu.

'Mizu no... łączność...'

Głos ucichł.

Shhhk.

[date 22112060 11.40PM]

Blok i kontratak. Bez wysiłku zmieniła kierunek ciosu i uderzyła prawą nogą, na wysokości jego nerek. W ostatniej chwili zablokował przedramieniem i poczuł falę bólu, pnącą się przez łokieć ku obojczykowi. Jęknął i spróbował zaciśniętą pięścią trafić ją w twarz. Amunicja skończyła się całą wieczność temu, a pistolety leżały w kurzu, bezużyteczne. Jej twarz wykrzywiał obłąkańczy uśmiech, gdy z zimną precyzją umknęła przed przed ciosem, zaledwie o parę milimerów. Spróbował jeszcze raz, znów bez efektu. Bawiła się nim. Przy trzecim uderzeniu Arimi przeniósł ciężar ciała za daleko do przodu i na ułamek sekundy stracił równowagę. To wystarczyło, by cios w przeponę nie pozwolił mu wziąć następnego oddechu.

TYGRYSIE, BŁYSKU W GĄSZCZACH MROKU

Runął na podłogę i odbił się w bok, próbując nabrać tchu. Usłyszał cichy śmiech - była tuż za nim. Opadł na dłonie i kopnął na ślepo, w tył. Syknęła z bólu, gdy niespodziewane uderzenie opadło na jej udo. Zachwiała się. Przeturlał się i podniósł, akurat na czas, by zablokować kolejny cios w brzuch. Kątem oka zauważył trupa ochroniarza Shinobi'ego. Obok jego ręki lśnił metalicznie rewolwer. Leżał zaledwie kilka metrów na prawo od Arimi'ego. Chłopak rzucił się w jego stronę, nurkując pod kolejnym kopniakiem Haruki, wyciągnął rękę i nagle poczuł jak ziemia ucieka mu spod nóg. Ból w lewej stopie poczuł dokładnie w tym momencie, w którym jego głowa po raz trzeci już tej nocy zderzyła się z podłogą. Mimo to zdołał zacisnąć palce na kolbie.

JAKIEMUŻ NIEZIEMSKIEMU OKU

Odwrócił się z krzykiem na ustach, mierząc w jej czoło. Znieruchomiała, przyklękając na jednym kolanie i obrzucając go szaleńczym spojrzeniem.

- Cofnij się, śmieciu! - wrzasnął.

Uśmiechnęła się ironicznie, mrużąc oczy.

- Lepiej spójrz w dół... śmieciu.

Poczuł lufę pistoletu wbijającą się w jego żołądek i głośno przełknął ślinę.

- Jest pusty. Skończyła ci się już amunicja. - powiedział niepewnie. Po raz kolejny błysnęła zębami. Oddech miała płytki i nieregularny, a w oczach wciąż tlił się narkotykowy odlot.

- Chcesz zaryzykować?

PRZYŚNIŁO SIĘ,

- Odpieprz się ode mnie! - nie wytrzymał. - Wszyscy się odpieprzcie! Ty i ta druga...

- Hotaru. - podniosła wzrok i rozejrzała się wokół, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, że Saturna nie ma w pobliżu. - Odeszła?... Przecież... Odnalazłam ją...

- Nie wiem, uciekła, olewam to! - jęknął przez ściśnięte gardło. - Patrz na mnie! Mogę cię zabić!

- Ja ciebie również.

Poczuł wilgoć na policzkach. Nie. Yakuza Tygrysów Ognia nie płaczą. Są silni i bezwzględni. Dbają o swój kraj i swoją rodzinę. Zrobią dla nich wszystko. Zabiją dla nich.

ŻE MROK ROZŚWIETLI

- Odpieprz się... - powtórzył ciszej. Uświadomił sobie, że jego pistolet drży, mimo iż trzymał go z całej siły w zaciśniętej kurczowo, pobielałej dłoni. Chciał nacisnąć spust i skończyć z tym, lecz ciągle czuł chłód metalu lufy, przenikający przez bluzę i rozchodzący się po tułowiu. Jęknął cicho. - Jesteś śmieciem. Wszyscy jesteście. Tak, jak mówił Shinobi-sensei... Okradacie uczciwych ludzi, ćpacie, zabijacie...

- A wy nie? - prychnęła.

SKUPIONA GROZA

- Tylko tych, którzy chcą zniszczyć naszą ojczyznę! Dealerów narkotyków, śmieci...

Roześmiała się głośno. Szaleńczy, naigrywający się z niego śmiech wypełnił pomieszczenie, przemknął po ciałach yakuza i Europejczyków, odbił się od ścian i powrócił do uszu Arimi'ego kakafonią dźwięków. 'Popatrz na nich, jacy są śmieszni.'

- Oczywiście masz w kieszeni listę ich nazwisk, oraz przestępstw, jakie popełnili. - mruknęła w końcu. - Jesteś głupi. Zabijasz na rozkaz, chodzisz na rozkaz, srasz na rozkaz. Niczym nie różnisz się od swoich ofiar, chłopcze.

- Jestem lepszy od ciebie! - ryknął, potrząsając bronią. Haruka skrzywiła się, gdy lufa pistoletu przemknęła tuż obok jej oka. - Pan Shinobi...

- Leży tam, za tobą! - krzyknęła, w obłąkańczym uśmiechu szczerząc zęby. - Martwy. Mózg wypływa mu przez rozwaloną czaszkę!... Chyba jesteś na większym haju niż ja, jeśli wierzysz w jego bzdury.

TWEJ

- To wszystko prawda! Pan Shinobi mówi... mówił... mówił, jak trzeba z wami postępować. Niszczyć każdego, wypędzać z Japonii, zabijać, aż tylko prawdziwi Japończycy będą mieszkali w swojej ojczyźnie!

Z wrzaskiem przystawił pistolet do jej czoła. Haruka nie próbowała się nawet uchylić.

- Więc na co czekasz? Ja już wybrałam.

Pociągnął za spust. Ona również.

SYMETRII

A później, siedząc chwiejnie na brudnej podłodze, pewny, że śmierć zaraz nadejdzie, drżącą, niepewną ręką odłożył broń i dotknął zakrwawionej koszuli. Drugą rękę wyciągnął w kierunku kałuży krwi, w której obok niego leżało martwe ciało dziewczyny. I podniósł zakrwawione dłonie do oczu. Obydwie pokrywała ta sama czerwień.

?

[date ? ?.? :...unknown]

'Wiem, jak trudna była dla Ciebie ta decyzja.'

- Ona sama wybrała... Ja tylko zgodziłam się z nią.

'Rozumiem to. I dziękuję.'

- Myślisz, że dobrze zrobiłam?

'Człowiek całe życie podejmuje decyzje. Od najmłodszych lat uczy się na własnych błędach i czyni lekcjami życia skutki swoich wyborów. Jeśli wyciągnie z nich wnioski, przy następnej decyzji będzie już bardziej ostrożny. Jeśli nie... Cóż. Nie dorośnie. Nie przygotuje się do życia. Każdy popełnia błędy, to część człowieczeństwa. Któregoś dnia przyjdzie mu dokonać najważniejszego wyboru, a wtedy nie pomoże mu nic, poza własnym doświadczeniem. Właściwy wybór będzie oznaczał, że świat stanie przed nim otworem. Niewłaściwy... w takim wypadku lepiej dla niego, aby zginął.'

- Mówisz o Haruce?...

'Mówię o każdym człowieku. O niej także. Wybrała źle i wyrzucałaby to sobie przez resztę życia. Z drugiej strony, jej ostatni wybór był tym właściwym.'

- Jesteś subiektywny.

'Jako istota myśląca mam ten przywilej.'

- Przywilej? Jesteś bogiem. Powinieneś być obiektywny.

'Nie jestem bogiem w tym sensie, w jakim zwykłaś postrzegać Boga. Tylko kamienie są obiektywne, Kaiou Michiru. Obiektywność oznacza brak celu, a co za tym idzie, brak możliwości wyboru.'

- A mój wybór?... Czy był właściwy?

'Na to pytanie musisz sama znaleźć odpowiedź. Wyciągnij lekcję dla siebie.'

- A więc po to przebyłam pół świata? To jest ta nauka?

'Jeśli tak chcesz to nazwać.'

- Wiesz... jest takie przysłowie: "Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni."

'Jesteś już bardzo silna, Służko Agwe.'

[date 24112060 4.20PM]

Dwudziestego czwartego listopada, o godzinie szóstej dwadzieścia rano, do intranetu Nakamura Industries dostał się maleńki, niewinnie wyglądający program. Połączenie z nadawcą zostało przerwane, zanim guard zdążył namierzyć jego konsolę i zrozumieć, jakim cudem cokolwiek mogło zostać przesłane do sieci wewnętrznej bez jego zgody. O godzinie trzeciej czterdzieści dwie po południu niewidzialny dla ochrony hacker przedarł się przez utworzoną w międzyczasie dziurę w lodzie systemu. Roześmiał się i pochwalił jeden z najlepszych lodołamaczy na świecie.

Dokładnie o czwartej do głównego holu Nakamury wkroczyło dwóch młodych yuppies w kolorowych płaszczach, z trudem okrywajacych kanciaste ramiona, i delikatnej błonie masek holograficznych na twarzach. Każdy z nich trzymał w ręce małą, czarną aktówkę. Równocześnie usiedli w poczekalni i spojrzeli na zegarki. Po pięciu minutach jeden z nich poszedł do toalety, zostawił teczkę za koszem na śmieci i przyspieszonym krokiem opuścił budynek. W tym czasie drugi skierował się do jednej z wind w bloku B i wystukał na klawiaturze numer 33. Gdy kabina znajdowała się pomiędzy trzydziestym pierwszym, a trzydziestym drugim piętrem, jej silniki stanęły, a tablice nad wejściami do windy na wszystkich piętrach bloku B ogłosiły awarię. Równocześnie system budynku został przekonany, że nic się nie stało i nie ma potrzeby wzywać grupy naprawczej.

Tymczasem na terminalu sekretarki, u której zdenerwowany klient zgłosił reklamację, pojawił się napis, głoszący że grupa naprawcza jest już w drodze. A trzynaście stacji metra dalej, podpięty do sieci zielonowłosy chłopak po omacku otworzył puszkę piwa.

O godzinie czwartej dziesięć ta sama sekretarka, oraz jej dwie koleżanki w blokach A i C otrzymały anonimowe telefony z informacją o podłożonej bombie. Cztery i pół minuty później pod Nakamura Industries podjechał pierwszy radiowóz i rozpoczęto ewakuację. W tym momencie w bloku B znów ruszyła winda i yuppie w kolorowym płaszczu wysiadł na trzydziestym trzecim piętrze, mijając się w przejściu z Hikawą Kumichou i jego gorylem. Nie miał już przy sobie aktówki.

Gdyby najważniejszy kandydat na schedę po zamordowanym szefie yakuza wiedział, co się wydarzy, prawdopodobnie zrezygnowałby z mało ważnego spotkania z mało ważnym dłużnikiem. I tak spędził je w całości w pustym pomieszczeniu, popijając herbatę. Oprócz niego i jego ochroniarza na całym piętrze były może trzy osoby, w tym dwie hostessy, a przerażony dłużnik na drżących nogach plątał się korytarzami bloku A, poszukując odpowiedniej windy. Prawdopodobnie więc odwołałby spotkanie. Chociaż może nie. Kumichou był znany jako człowiek interesu.

O szesnastej siedemnaście kabina ponownie ugrzęzła między piętrami, więżąc w swym wnętrzu niedoszłego przywódcę Tygrysów Ognia. Przez krótką chwilę jego goryl bezskutecznie naciskał klawisze, a później obydwaj dostrzegli pozostawioną teczkę i zrozumieli, co się za chwilę stanie. Winda odczekała jeszcze dwie minuty, póki wszyscy klienci Nakamury nie opuścili strefy zagrożenia, a następnie eksplodowała. Paradoksalnie, dokładnie w momencie, gdy pewien młodociany policjant meldował swojemu przełożonemu o czarnej aktówce, pozostawionej za koszem w kiblu.

Podobno Hikawę zeskrobywano ze ścian szybu przez sześć godzin.

A po drugiej stronie miasta, w Minato-ku, Tokimi spokojnie wydmuchiwała z ust kółka dymu marijuany, uśmiechając się przy tym błogo. Znajdujące się za drug-store budki videofoniczne były już w całości pokryte wymyślnym graffiti. Nie wyłączając rozkręconych ekranów.

[date 25112060 4.55PM]

miarowy ruch białych skrzydeł zawieszonego pod sufitem wentylatora. cichy szum. ich cienie przesuwają się po ścianach koloru śniegu.

- Czy w dzieciństwie doświadczyła czegoś, co mogło wpłynąć na jej psychikę?

lekarka wygląda na jakieś trzydzieści lat. ma jasne włosy, upięte w koński ogon i niebieskie oczy. ubrana jest w sięgający kolan, dwuczęściowy kitel. ręce trzyma nonszalancko w kieszeniach. cień pada na wielką kieszeń na jej lewej piersi i zatrzymuje się na chwilę na złotym długopisie, zatkniętym za krawędź materiału.

- Nic mi o tym nie wiadomo.

hino rei. biologicznie, dwadzieścia jeden lat. kapłanka obecnie prawie już nie praktykowanej religii shinto. cień łagodnie głaszcze kontur jej twarzy. ma na sobie białą sukienkę i żakiet. jej oczy błyszczą. możliwe, że niedawno płakała. możliwe, że to tylko gra świateł.

- Mieszkacie razem, tak? W willi należącej do Mugen Gauken?... Od jak dawna?

kapłani niektórych afrykańskich religii przywdziewają białe szaty na znak czystości i oddania się bogom.

- Od kilku lat. Jesteśmy studentkami i przyjaciółkami prawnej właścicielki... Mamy pozwolenie.

teraz cień przesuwa się po twarzy ami. mizuno leży bez ruchu na szpitalnym łóżku, przykryta białą pościelą. jej oczy nieruchomo wpatrują się w sufit, w oś wentylatora. są całkowicie obojętne na ruch skrzydeł. tuż obok stoi kroplówka, przezroczysta rurka biegnie od zawieszonej na stojaku foliowej torby i ginie pod narzutą. szum nasila się. wyraźnie słychać łopot ramion wentylatora.

- Hmm... Z tego co tu widzę, w chwili obecnej majątkiem Mugen zarządza... syndykat prawny?

oczy ami błyszczą niebiańskim pięknem. a w czarnych źrenicach jarzą się dwie maleńkie gwiazdy. zdają się mówić. mimo, iż straciłem z nią kontakt, wiem co próbuje mi powiedzieć.

- Tak. Ale możemy zajmować willę tak długo, jak uznamy to za stosowne. Proszę pani, nie mam zamiaru rozmawiać o sprawach finansowych...

'nie-nienawidzę cię, jeśli o to chcesz się mnie zapytać. moje uczucia wykraczają poza miłość i nienawiść, tak jak mój obecny stan wykracza poza depresję i uniesienie. ja również ponoszę winę za to, co się stało.'

- Interesuje mnie jedynie, skąd weźmiecie pieniądze na opłacenie jej pobytu w szpitalu.

'wiem, jak bardzo słaba jestem, jak łatwo mnie złamać. wiem, jak samotna jestem, teraz, gdy nie ma już nikogo, a wszystko, czego doświadczyłam, zaczyna się rozmywać. wiem o bólu, wiem o radości, wiem o niszczeniu i wiem o twórczości. w tobie się tego nauczyłam. więcej, niż kiedykolwiek.'

- Po wszelkie dokumenty proszę zwrócić się do banku Kurotsuki. Pani doktor, jakie są wyniki badań? Co się dzieje z Ami?

'niech będą błogosławieni ludzie o wszechmocnych umysłach, albowiem ich uniosą wiatry'

- ...

lekarka przerzuca kartki dokumentu w brązowej aktówce. światło zachodzącego słońca wpada przez sterylnie czyste okno i oświetla przypiętą do kitla złotą linijkę. yayoi sannou.

- Proszę?

chwila ciszy. później, w tle, śmiech szaleńca. lecz ani rei, ani yayoi nie zwracają na niego uwagi. może to jakiś pacjent, który właśnie opuszcza świetlicę na wózku inwalidzkim, popychanym przez pielęgniarza. a może śmiech boga. a może coś jeszcze innego.

- W papierach pisze, że to katatonia. Tak orzekł lekarz, który ją badał. Ami zamknęła się w sobie, zbudowała mur między sobą, a światem i nie dostrzega tego, co dzieje się wokół niej...

urywa wpół słowa. rei podnosi na nią wzrok.

- Ale pani tak nie uważa.

znów ami. nic nie uległo zmianie. nadal leży wpatrzona w sufit. lecz jeden maleńki szczegół się nie zgadza.

- Nie... Tak, mam inną teorię. Obserwowałam ją, odkąd tu przybyła, i myślę, że to nie katatonia.

uśmiecha się.

- Więc co?

lekko. prawie niezauważalnie podniesione kąciki ust i mniej surowe spojrzenie. uśmiech trwa tylko chwilę. potem mizuno ami wraca do poprzedniego stanu.

- Jej źrenice rozszerzają się i zwężają, zależnie od nasilenia światła. Nie ma nagłych wybuchów autoagresji, jak u innych katatoników, a przynajmniej dotąd niczego takiego nie zaobserwowałam. Odczuwanie bólu nie jest zaburzone. Uważam, że ona doskonale zdaje sobie sprawę, co się dzieje dookoła. Ale jest jej to obojętne. Rozumie, do czego służy łyżka, dlaczego podajemy jej pożywienie, lecz... To tak jakby doszła do wniosku, że cały świat nie ma sensu. Dlatego właśnie podłączono ją do kroplówki.

bo świat nie ma sensu. czy potrzebna jest nieskończona wiedza, by to zrozumieć?

irytująco głośne kroki w głębi korytarza. rei spoglada ponad ramieniem yayoi, lecz zaraz na powrót wbija wzrok w podłogę.

- Tylko kamienie są obiektywne...

jestem jak kamień.

- Przepraszam?

proszę bardzo.

- Nic. Dziękuję, że poświeciła pani swój czas. Do widzenia.

do widzenia, rei.

[date 25112060 5.15PM]

- Shiro-sama...

Podniósł wzrok znad aktówki i znad sześciokątnych okularów spojrzał na stojacego przed nim niskiego bruneta w szarym prochowcu. Miał około pięćdziesiąt pięć lat i w czarnych, doskonale równo przyciętych włosach pojawiały się już białe linie. Tkanina płaszcza była misternie przeplatana granatowymi nitkami, ułożonymi w kształt rozet. Najnowszy projekt Elite. Meżczyzna skłonił się po raz kolejny i wyprostował na baczność. W rękach trzymał białą tekę z logo Kurotsuki - czarnym sierpem księżyca - na powierzchni.

- Satomo-kun... Witaj. - powiedział, odkładając aktówkę, mało ważne sprawozdanie z transakcji na tokijskiej giełdzie, na stojący obok stolik. Rozparł się w fotelu i ze znudzeniem wskazał na zsalę obrad. - Głosowanie za kilka minut. Przez ostatnie półtorej godziny nie doszli do niczego, poza odrzuceniem kilku poprawek. Każda firma upadłaby, gdyby tak funkcjonował jej zarząd.

Znajdowali się na balkonie, nad główną salą japońskiego parlamentu. Naprzeciw nich znajdowało się prezydium oraz ciekłokrystaliczna tablica, która w kanji, po angielsku i francusku informowała o przebiegu głosowań. Obecnie znajdował się na niej napis - 'Przemawia: Ikegi Saitou, Ruch Odbudowy Japonii'. A poniżej przewodniczący klubu parlamentarnego w swym łabędzim śpiewie próbował przekonać posłów do odrzucenia dokumentu porozumienia. Daremny wysiłek. Część parlamentarzystów została przekupiona, część liczyła na zyski i wysoki stołek w przyszłym rządzie. Niektórzy na prawdę wierzyli, że podpisanie M.A.I. przyniesie pożytek państwu.

- Shiro-sama, prosił pan o raporty Służb Porządkowych w sprawie ataku terrorystycznego w headquaters Nakamury i śmierci Aruji Shinobi'ego. Oto one. - kłaniając się po raz kolejny, Satomo podał mu teczkę. Kyo skinął głową.

- Zapoznał się pan z nimi?

- Oczywiście.

- Słucham.

Satomo niepewnie rozejrzał się dookoła, lecz na balkonie nie było nikogo więcej. Przełknął ślinę i ściszył głos.

- Zabici w starciu w magazynie przy Tou-Nan zostali zidentyfikowani, a następnie odesłani do policyjnego koronera. W dwóch przypadkach nie zarządzono sekcji zwłok, a ciała zostały oddane rodzinom. Zostały już poddane kremacji. Pozostałe znajdują się w policyjnej kostnicy. Są to członkowie Tygrysów Ognia, w tym Aruji Shinobi. Śledztwo w sprawie zamachu zostało przejęte przez Służby Porządkowe, lecz prawdopodobnie zostanie umorzone z powodu braku śladów. Pozwolę sobie zauważyć, że współpraca między policją państwową i prywatną przebiega niezwykle sprawnie.

- Haruka Ten'ou?

- Ten'ou?... Ach, tak. Śledztwo przejęte i umorzone. Nie rozumiem jednak...

Shiro przerwał mu machnięciem ręki.

- Satomo-kun, jesteś szefem public relations. Nie płacę ci za rozumienie spraw, które nie należą to twoich kompetencji. - mruknął. Brunet z trudem przełknął zniewagę. - Co z walizką?

- ...

- Satomo-kun?

- Z magazynu przy Tou-Nan zabrały ją Służby Porządkowe. Zgodnie z pańskim życzeniem została zniszczona.

Bardzo dobrze... Korporacja miała niesamowite szczęście, odzyskując ją z rąk państwowej policji. We wnętrzu walizki znajdowały się akta przekupionych przez Kurotsuki urzędników państwowych, zdjęcia z przemytu broni do Nowosybirska i samozwańczego Wolnego Państwa Kurdystanu, plany polityki finansowej, oraz projekty najnowszych neurochipów. Sposób w jaki yakuza weszli w ich posiadanie prawdopodobnie na zawsze pozostanie tajemnicą. Ochroniarz Shinobi'ego, wtyczka Kurotsuki, dowiedział się o nich dopiero w momencie, gdy odebrał je na lotnisku Haneda - na niecałe czterdzieści godzin przed przekazaniem ich europejskiemu pośrednikowi. Później zawartość walizki miała zostać przewieziona do Europy i tam opublikowana przez największego konkurenta Kurotsuki - S.U.N. Shiro zdecydował się odzyskać ją dopiero, gdy znajdzie się w rekach pośrednika. Jednak los chciał inaczej. W sumie wyszło na to samo.

- Dziękuję. Możesz odejść.

Satomo ukłonił się i odszedł bez słowa. Kyo spoglądał za nim z rozbawieniem, a później ponownie zwrócił uwagę na salę obrad.

Szef Tygrysów Ognia nie żyje. Jego prawa ręka i potencjalny następca także. Podobnie jak Tokugaki Kyozo, persona non grata w zarządzie Kurotsuki. Yakuza w pośpiechu zwijają swoją siatkę i wynoszą się z Tokyo. Policja nawet nie domyśla się, że Korporacja jest w cokolwiek zamieszanaA wszystko przy minimalnym nakładzie kosztów. Pozostało jedynie głosowanie nad podpisaniem porozumienia M.A.I., a ono...

'... dwieście osiemdziesiąt sześć głosów za, dwieście jeden przeciw. Od głosu wstrzymało się trzynaście osób.' rozległ się metaliczny głos konstruktu. 'Ogłaszam, że dokument o porozumieniu Multilateral Agreement on Investments został zatwierdzony absolutną większością głosów.'

Po lewej stronie sali rozległy się oklaski. Kilku posłów podniosło się z miejsc. Kilkunastu następnych poszło w ślad za nimi. Po chwili prawie trzysta osób stało na baczność i oklaskiwało wynik głosowania. W tym czasie kilkudziesięciu najbardziej radykalnych posłów z Ruchu Odbudowy Japonii z wściekłością wypisaną na twarzy skierowało się do wyjścia. Kyo uśmiechnął się mimowolnie.

[date 25112060 5.32PM]

"... Wczorajszy w szybie windy Nakamura Industries pochłonął dwie osoby - jedną z nich zidentyfikowano jako Hikawę Kumichou, drugą jako Yaki'ego Takeshi. Obydwaj należeli do yakuza Tygrysów Ognia. Poszlakowe śledztwo w tej sprawie prowadzi..."

Eee.

Click.

"Przykra wiadomość dla rosyjskich fanów Jeannie Blackthird. Jej koncert w Moskwie został odwołany ze względu na niepweną sytuację polityczną. Menadżerowie Jeannie w obawie przed zamachem postanowili zakończyć europejską część jej tournee na Warszawie, skąd Jeannie poleci wprost do Tokyo. Przypominamy, że wcześniej gwiazda wystąpi między innymi w swoim rodzinnym mieście, Dublinie, promując swoją najnowszą płytę 'Thus Spake'. Życzymy szczęścia i kolejnych platynowych płyt..." Obraz zmienił się, ukazując jakieś przepychanki na lotnisku. "Kolejny medialny skandal w USA. Wirtualna idolka, Ikuko Tenshi, nie zagra ani jednego koncertu w Stanach Zjednoczonych. Na lotnisku w Bostonie jej opiekunoweie zostali dosłownie zawróceni do samolotu. Następnie kazano im opuścić teren Stanów Zjednoczonych. Joseph Jones, senator i radykalny republikanin uzasadnił kontrowersyjną decyzję w ten sposób: 'Nie pozwolimy, by nasze dzieci były wystawione na wulgarne, erotyczne prowokacje, jakich ta rzecz dopuszcza się na swoich koncertach. Musimy chronić nasz naród przed moralnym zepsuciem. Pozwolenie na przylot grupy Ikuko Tenshi do Stanów Zjednoczonych był błędem.' Bez komentarza."

Minako nerwowo przełączyła kanał. Z głośników popłynęła muzyka, a zawieszony na ścianie ekran zapełnił się wielokolorowymi, ruchomymi plamami światła. "Come, we'll dance together...", zabrzmiał piskliwy wokal. Nic specjalnego. Jeden z wielu próbujących się wybić na powierzchnię boysbandów. Ich kasety pełne były mdłych piosenek o miłości i nudnych ballad. Oraz błędów gramatycznych na poziomie pierwszej klasy liceum. Tak to bywa gdy pisząc piosenki nie spogląda się do słownika.

"You and me, forever..."

Ale lepsze to niż kolejne wiadomości o podpaleniach, zamachach, wojnach gangów... Minako nerwowym krokiem przechadzała się po pokoju. Próbowała podśpiewywać wraz z zespołem, lecz dźwięki plątały się, a słowa z trudem układały w zdania. I za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć następnej zwrotki.

Pięć kolumn, niewielkich walcowatych figur pokrytych lustrzanymi kwadratami, ułożonych w stylu 'jest-wolne-miejsce-no-to-stawiamy', otaczało pokój gościnny. Razem dawały wspaniały, przestrzenny dźwięk... a raczej dawałyby, gdyby nie fakt, że autorzy utworu 'Together Forever' nagrali co najwyżej wersję stereo.

Makoto i Usagi były na dworze. Zabijały czas, huśtając się na przemian na oponie, przywiązanej do konaru rosnącego na podwórzu drzewa. Rei pojechała odwiedzić Ami... do szpitala na Azabu Juban. Mają tam jedną z najlepszych w kraju klinik. Będzie tam miała dobrą opiekę, dopóki lekarze nie dowiedzą się co jej jest i jak można to wyleczyć... Trzeba w to wierzyć. Ona wyzdrowieje. Musi.

"Don't wanna finish this feeling's fever..."

Aha, tak się zaczynała druga zwrotka. Rei powinna już wrócić. Musimy jechać na lotnisko, odebrać Michiru. Dzisiaj wraca. Pierwszym samolotem, na jaki udało jej się wykupić rezerwację. Minako dokładnie zapamiętała jej odpowiedź, gdy następnego dnia po śmierci Haruki zadzwoniły do niej telefonem satelitarnym. "Usagi... nie becz... Wracam w czwartek... Wszystkie loty do tego czasu są już zajęte". Opanowana, jak gdyby wiedziała już... Rany boskie, ale ta piosenka jest głupia.

Wyłączyła telewizor i usiadła na kanapie, zastanawiając się jak zareaguje Michiru podczas spotkania na lotnisku. Uwolni uczucia, czy może nadal będzie tak zamknięta w sobie...

- Minako-chan. - usłyszała głos Rei i obróciła głowę. Przyjaciółka stała w drzwiach, w wyciągniętej dłoni trzymając kluczyki samochodu. - Jedziesz z nami?

- Noo... tak. - mruknęła wstając. - Pewnie, że jadę. Nie słyszałam, jak wchodzisz.

Rei uśmiechnęła się lekko.

- Puszczasz te bzdury na prawie cały regulator. Nawet przechodnie muszą ich wysłuchiwać. Wstyd nam przynosisz. -

pogroziła palcem i rzuciła jej klucze.

- Ty prowadzisz, koleżanko.

[date 25112060 6.20PM]

Chłopak miał włosy koloru blond, mundur linii lotniczych i przyklejony do twarzy firmowy uśmiech. Wystukał coś na klawiaturze terminalu, oddał jej torbę podróżną i ukłonił się.

- Dziękujemy za skorzystanie z usług West Coast Airlines. - powiedział. Odwzajemniła uśmiech, przewieszając bagaż przez ramię i ruszyła w stronę schodów. Pewnie czekają przy wejściu, pomyslała odgarniając z czoła niesforne, lazurowe kosmyki. Bezbarwna masa ludzi otwierała się przed nią i zamykała tuż za jej plecami. Dwójka piszczących z uciechy dzieciaków, ciągnących za poły płaszcza wracającego z podróży ojca. Różowowłosy, obwieszony kolczykami chłopak, okutymi w dżinsowe rękawice dłońmi obejmujący swą równie dziwnie wyglądającą dziewczynę. Opuściła wzrok, pozwalając oczom na bezmyślne śledzenie skomplikowanego układu rys pokrywających płyty chodnikowe. W końcu jej buty uderzyły o metal ruchomych schodów w zamyśleniu, jeszcze raz poprawiła włosy.

Haruka? Haruka nie żyje. Sama dokonała wyboru. Od samego początku, odkąd się poznały, brała pełną odpowiedzialność za swoje czyny. A narkotyki spotęgowały to, zakrzywiły rzeczywistość i przekonały Sailor Uranus, że Neptune nigdy nie wybaczy jej chwili słabości, a ich związek stanie się tylko wspomnieniem. Zgodziła się na śmierć w przekonaniu, że jej życie nic już nie jest warte.

Później znalazł ją Hiroshi i zawiadomił Inners, by zabrały jej ciało, zanim zjawi się policja.

Czy jesteś bezwzględna, Michiru?

Wybaczyłam jej.

Mimo to ona umarła.

A reszta, to tylko sen.

"Virage 410 linii British Airlines z Tokyo, Japonia, do Londynu, Wielka Brytania, odlatuje z toru numer 3 za piętnaście minut. Podróżni proszeni są o skierowanie się do stanowisk odprawy celnej w sektorze 3A, 3B i 3C."

Głos konstruktu ucichł. Metalowa powierzchnia schodów skończyła się nagle, pożarta przez posadzkę. Michiru westchnęła cicho i powoli rozejrzała się wokoło. Tak jak się spodziewała - stały przy wejściu. Minako, Usagi i Makoto, a za nimi zamyślona Rei. Czwórka dziewczyn, z którymi przeżyła ponad sześćdziesiąt lat i które myślały, że znają się już aż za dobrze. A teraz nie wiedziały co powiedzieć. Ona także nie wiedziała. Więc jedynie podniosła dłoń w geście powitania i zbliżyła się.

- Michiru-san... - Minako wystąpiła przed nie, ze wzrokiem utkwionym w czubkach własnych butów. Wachając się, przełknęła nerwowo ślinę.

Westchnęła ze zdziwieniem, gdy Michiru przytuliła ją. Po chwili jednak również objęła ją rękoma i położyła głowę na ramieniu Neptune.

- Nie mówmy o tym, Minako-chan. Nie teraz. - usłyszała szept. W odpowiedzi wtuliła twarz w jej kołnierzyk.

- Co z Ami-chan? - spytała Michiru, spoglądając smutno na Rei. Ich wzrok spotkał się na chwilę, a później Rei bez słowa skinęła głową. 'Ona wie. A przynajmniej czegoś się domyśla', pomyślała Neptune.

- Jest w szpitalu... Źle z nią. - odezwała się Makoto. - Byłam przy niej, gdy to się stało. Zawiozłam ją do jakiegoś magazynu na przedmieściach, jak chciała... Tam podpięła się do Sieci, a później...

Usagi pociągnęła nosem i zacisnęła dłonie w pięści, aż zaczęły drżeć. W jej oczach pojawiły się łzy. Jak u małego dziecka, które nie chce się pogodzić z rzeczywistością. Które właśnie dowiaduje się, że nie wystarczy ruch dłoni, lub spojrzenie, by wszystko zmienić.

- Usagi... - podniosła głowę i poprzez łzy spojrzała na Michiru. Zielonowłosa patrzyła na nią z łagodnym uśmiechem. - Chodź tutaj... Przecież nie jesteś już dzieckiem... No, wszystko będzie dobrze... Cii...

- Zostałyśmy tylko my. - odezwała się Rei. - My i Hotaru.

- Hotaru... Hotaru nie żyje, Rei. Wiesz o tym.

Mars pokręciła głową.

- Hiroshi powiedział, że widział kogoś, kto wyglądał jak Sailor Saturn. Wtedy, gdy zginęła Haruka.

- Sailor Saturn nie żyje, Rei-chan. - powiedziała Michiru, ponad ramieniem Minako spoglądając na otoczony przez tłum ludzi, odległy sektor numer 3.

Kruczowłosa dziewczyna o jasnej, prawie białej karnacji podchodziła właśnie do celnika. Zza szerokiego kołnierza jej dżinsowej kurtki wystawał pokryty hologramem kaptur, bardzo popularny wśród młodzieżowych gangów Tokyo.

The End. Probably.

----------------------------------------------------------------------------

Poprzedni rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.