Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Ambasada

Rozdział 1.

Autor:Henry Springer
Korekta:Keii
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Akcja, Obyczajowy, Romans
Dodany:2007-05-05 13:54:12
Aktualizowany:2008-02-21 17:24:54


Następny rozdział

Muzyka grała bardzo głośno. Czerwony Ford pędził szosą ze sporą prędkością. Jego kierowca w zgiełku gitar wydobywającym się z głośników ledwo usłyszał dzwonek telefonu. Zerknął na wyświetlacz. Skręcił radio i zjechał na pobocze. Z takimi osobami nie można rozmawiać w biegu.

- Halo? Tak Panie Ministrze. Oczywiście, będę w Warszawie za jakieś dwadzieścia minut. Naturalnie, będę w godzinę. Do widzenia.

Grzegorz Derczak, bo tak nazywał się kierowca, był czterdziestoletnim pracownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zawsze był bezpartyjny, nigdy nie ujawniał swoich poglądów. Nie miał rodziny. Zawsze najlepszy. Był zimnym i wyrafinowanym graczem, całe życie piął się po szczeblach kariery, nie licząc się z ofiarami. Teraz czekał na kolejny awans. Kiedy dotarł już do budynku Ministerstwa był dość mocno podenerwowany. Co go czeka? Po cichu liczył na stołek koordynatora placówek dyplomatycznych - odpowiedzialna praca i ogromne korzyści. Wypowiedź Ministra bardzo go zaskoczyła.

- Panie Ministrze! Ale... to jakaś pomyłka!

- Żadna pomyłka Panie Grzegorzu! Został pan mianowany naszym

ambasadorem w Iwejcie. To bardzo ważna placówka!

- Przecież ja nie jestem dyplomatą terenowym! A zresztą czemu na bliski wschód?

- W końcu zna Pan arabski?

- Tak jak cztery inne języki.

- Proszę nie wybrzydzać. To nie będzie trudne zadanie. Będzie pan musiał kontrolować polskie inwestycje w tym kraju. Po rewolucji nie ma tam żadnych większych struktur przemysłowych, ale nowy prezydent jest nam bardzo przychylny.

- Ale tam jest podobno bardzo niebezpiecznie!

- Bzdura! Jeśli nie będzie Pan nikogo obrażał, to nic Panu nie grozi. Zresztą, dopiero tworzymy tam placówkę. Zapewnimy jej specjalną ochronę. No, ale jeśli pan nie chce, nie będę pana zmuszać, ale Prezydentowi się to nie spodoba.

- Co też Pan mówi? Jasne że się zgadzam!

- W takim razie gratuluję, ambasadorze. Jutro odbierze Pan nominacje w Pałacu Prezydenckim.

***

Samolot rządowy czasy swojej świetności dawno miał za sobą. Trząsł się niemiłosiernie. Siedzący w środku Derczak był bardzo zaniepokojony. Nie tylko tym, czy maszyna się nie rozpadnie. Co czeka go po wylądowaniu? Na pokładzie było prócz niego około dwudziestu osób - przyszłych pracowników polskiej ambasady w tym małym państewku nad Morzem Czerwonym. Było wśród nich czterech ochroniarzy z agencji założonej przez weteranów wojny w Iraku. Wszyscy jej pracownicy walczyli na bliskim wschodzie i znali zarówno język jak i realia. Dlatego była tak popularna wśród firm inwestujących w krajach arabskich. Teoretycznie Ambasador nie miał powodów do obaw, ale dręczyły go jakieś złe przeczucia. Najgorsze było jednak samo to zesłanie. Pewnie jakiś życzliwy kolega zadziałał przeciwko niemu i załatwił wysłanie go do tej dziury, gdzie diabeł mówi dobranoc i nie ma perspektyw rozwoju dla takiego ambitnego człowieka jak on. Miał już nawet kilku podejrzanych, którzy mogli go tak urządzić, ale nie zdążył rozpatrzyć całej tej sytuacji, gdyż samolot zniżył lot i podszedł do lądowania.

Na płycie nie najlepiej utrzymanego lotniska czekał komitet powitalny - szpaler złożony z Gwardii Prezydenckiej oraz głowa tego niewielkiego państwa. Prezydent Muhamed Hassale, ubrany po europejsku w garnitur, z szerokim uśmiechem podszedł do opuszczającego maszynę ambasadora i uścisnął mu rękę. Od razu zaprosił go do swojego pałacu, aby omówić wstępne warunki współpracy. Mieli spotkać się następnego dnia.

Polacy wsiedli do kilku samochodów i udali się do budynku ambasady. Ulice w Kassadar - stolicy państewka - miały bardzo orientalny klimat. Najwyżej trzykondygnacyjne domy mieszkalne z płaskimi dachami wyglądały na dosyć stare i były niezwykle zapuszczone. Na wielu było widać ślady kul - pamiątka po niedawnej rewolucji przeciw miejscowemu szejkowi. Mieszkańcy z niepokojem obserwowali kawalkadę pojazdów. Nie wiedzieli, co przyniesie przyszłość i czy obcokrajowcy nie będą chcieli ich okraść z jedynego bogactwa - ropy. Gdzieniegdzie widać było uzbrojonych mężczyzn, którzy budzili w pozostałych wielki respekt. Co kilka ulic znajdowały się większe i mniejsze bazary, na których kwitł handel, zapewne towarami pochodzącymi z przemytu.

W końcu dotarli do ambasady. Był to zaadaptowany dawny pałac wysokiego urzędnika na dworze szejka, otoczony wysokim i grubym betonowym murem. W środku znajdowały się dwa duże budynki. Jeden, większy, miał pełnić funkcje urzędowe, zaś drugi - mieszkalne. Na miejscu uwijali się arabscy robotnicy oraz zabezpieczający teren polscy żołnierze. Kontrolowali rozładunek rzeczy przywiezionych niewiele wcześniej z okrętu transportowego. Było tam dużo sprzętu biurowego i tajemniczych skrzyń. Prace już pod kierownictwem ambasadora trwały do późnego wieczora. Następnego dnia również trwały intensywne działania, dzięki którym koło południa to miejsce zaczęło wyglądać jak placówka dyplomatyczna. Przy akompaniamencie hymnu wciągnięto na maszt polską flagę, na posterunkach stanęli wartownicy, otwarto także biuro dla petentów. Koło siódmej wieczorem Derczak pojechał wraz z eskortą do pałacu Prezydenta.

***

Biuro Hassalego było urządzone z wielkim przepychem. Pełno marmurów, złoceń, kosztownych bibelotów? On sam siedział za ogromnym mahoniowym biurkiem i pozycją wyraźnie dominował nad gościem. Rozmawiali po angielsku.

- Cieszę się z Pańskiego przybycia!

- Ja zaś jestem dumny z tego, że mogę reprezentować mój kraj u tak zacnego człowieka jak Pan, Prezydencie. Mam nadzieję, że współpraca będzie przebiegała bardzo dobrze.

- Aby to Panu ułatwić, proponuję zatrudnienie kilku absolwentów naszego uniwersytetu. Mamy u nas wydział filologii polskiej, więc myślę, że mogą się przydać.

- Niezwykle się cieszę z tego powodu! Obawiałem się, że znalezienie personelu będzie dla nas wielkim problemem!

- Tak, Ambasadorze. Nasz kraj, jest gniazdem różnego typu uprzedzeń. Proszę więc uważać, jak zachowuje się Pan w towarzystwie zwykłych ludzi. Proszę też ostrzec swoich współpracowników. Ale ludzie, których wam przydzielam są głęboko wykształceni, światowi. Nie powinno być z nimi problemów.

- Postaram się zachowywać stosownie. Dobrze wiem, że za czasów szejka w Waszym kraju panowała oligarchia zagranicznych przedsiębiorców, jednak zapewniam, że polskie firmy i inwestorzy chcą współpracy, a nie łatwego zysku. Mój attache przemysłowy będzie nad tym czuwał. To bardzo doświadczony i taktowny człowiek - skłamał Derczak.

Józef Kwiatkowski był pochodzącym z prawicowych środowisk ultrakatolikiem i jednym z najbardziej interesownych ludzi jakich znał. Był pewien, że już wkrótce zacznie knuć jakieś intrygi, ale niestety - miał w Warszawie mocne plecy, więc był nie do ruszenia.

- Cieszę się. Nasi obywatele niestety są bardzo przywiązani do swoich tradycji i mało otwarci na świat. Dlatego proszę o ostrożne zachowanie. A jeśli chodzi o polskie inwestycje?

Rozmowa trwała jeszcze parę godzin. Prezydent był bardzo zainteresowany współpracą z przedsiębiorcami znad Wisły. Ustalili wstępnie kilka rejonów działalności gospodarczej gotowych do przyjęcia zagranicznej współpracy. W końcu Ambasador opuścił pałac i udał się do swojego biura.

Gdy wrócił do budynku ambasady, wszystko było już gotowe. Pojawiło się kilku petentów zainteresowanych jakąś formą współpracy z Polską. Pracował też miejscowy personel - od sprzątaczy począwszy na sekretarce kończąc. Derczak przekroczył próg gabinetu i zobaczył siedzącą za biurkiem młodą, arabską kobietę. Na jego widok wstała i podała mu rękę.

- Jestem Szeherezada Sachad - powiedziała poprawną polszczyzną - jestem pańską asystentką. Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie się dobrze układała.

- Miło mi, Grzegorz Derczak. - Nie mógł oderwać spojrzenia od dwojga brązowych oczu wyglądających sponad zasłony na twarz. W końcu otrząsnął się z osłupienia - Czy... były może jakieś telefony?

- Tak, pytał o pana ktoś z ambasady USA. Pan... James Grey.

- James? Tutaj? - zdziwił się - Proszę mnie z nim połączyć, to mój stary znajomy!

Umówili się w barze "Tony's place", knajpie, w której spotykała się większość pracowników dyplomatycznych na placówkach. Uścisnęli się serdecznie.

- Greg! - zaczął Amerykanin - Co ty robisz na tym odludziu? Kiedy się ostatnio widzieliśmy miałeś większe ambicje!

- Widzieliśmy się chyba ze trzy lata temu, na tej konferencji w ONZ, prawda?

- Rzeczywiście. A jak ci się tu wiedzie?

- Dopiero przyjechałem, ale nie wygląda to ciekawie. A ty, czym się tu zajmujesz?

- Jestem analitykiem "specjalnym", jeśli wiesz co mam na myśli?

- Nie mów! Pracujesz dla...

- Dokładnie, ale cicho o tym. Rozumiesz, że nie mogę ci powiedzieć, o co chodzi w tej sprawie.

- Jasna sprawa, tajemnica.

Rozmowa zeszła na inne tory. W końcu jednak Derczak wspomniał o swojej wizycie u prezydenta.

- On właściwie tylko zarządza tym krajem. Nikt tak naprawdę go nie słucha, nawet jego gwardia nie jest mu bezwzględnie lojalna.

- Myślałem, że jako wódz rewolucji jest uwielbiany.

- Wódz rewolucji? Nie rozśmieszaj mnie. Tą rewolucję zorganizowała nasza agencja, ale chyba się przeliczyliśmy - westchnął. - Chcieliśmy zastąpić ortodoksyjnego szacha liberalnym parlamentem, a tu wyszedł słaby dyktator, skory co prawda do współpracy z zachodem, ale praktycznie nie zapewniający bezpieczeństwa w tym kraju. Mamy tu rządy grupy imamów, alimów i innych ajatollahów. Oni właściwie czekają tylko na pretekst, żeby te ciemne masy rzucić do walki i budowy państwa islamskiego!

- Które zerwie z nami stosunki?

- Dokładnie. Dlatego musimy cholernie uważać, żeby nie wywołać jakiegoś incydentu. Jeśli ktokolwiek ich sprowokuje, będziemy tu mieli rewolucję. Prawdziwą rewolucję.

- Możeś mi stracha napędził. Pogadam z moimi ludźmi. - spojrzał na zegarek. - O kurde! Ale już późno! Muszę wracać.

Pożegnali się. Derczak poprawił krawat, założył ciemne okulary i wsiadł do niewielkiej, zdezelowanej, ale za to lekko opancerzonej limuzyny.

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu
  • Henry Springer : 2007-08-24 11:56:34
    Wykrakałem...

    No i wykrakałem... U każdego (oprócz prawdziwych mistrzów) da się doczepić do słownictwa! Dziękuję za uwagi, grunt to walczyć z błędami, których się samemu nie dostrzega! A akcja (moim skromnym zdaniem) trochę się jeszcze rozkręci... Dzięki za pierwszy komentarz do tego opowiadania, długo na niego czekałem!

  • Crystal Storm : 2007-08-24 08:44:34
    ach ta polityka

    Co znaczy "domy mieszkalne (...) były niezwykle zapuszczone"? No i sformułowanie "interesownych ludzi" dziwnie brzmi. Ale ogólnie słownictwo prezentuje się bardzo dobrze, dostosowane do tematyki utworu. Tylko dlaczego polityka? I tak ciągle słyszę w radiu czy telewizji o różnych przekrętach ze strony władz. Mam nadzieję, że w dalszych rozdziałach akcja trochę się rozkręci.

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu