Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Czas bieli

Czas bieli 1

Autor:Rinsey
Korekta:Dida, Dida
Serie:Slayers
Gatunki:Akcja, Fantasy, Romans
Uwagi:Wulgaryzmy
Dodany:2011-01-09 00:09:30
Aktualizowany:2013-05-13 00:11:30


Następny rozdział

Kopiowanie całości lub fragmentów bez zgody autorki zabronione.


Zimowe święta dla każdego są niezwykle ważnym wydarzeniem. To taka chwila, kiedy spędza się czas z najbliższymi, kiedy można na moment zwolnić i docenić inną stronę życia. Jednak dla każdego, kto spędzał święta w małym miasteczku leżącym w przepięknej, lecz zapomnianej dolinie, ten okres był naprawdę wyjątkowy. W Lyventer istniała legenda głosząca, że w dzień wigilii, muskający policzki śnieg zyskiwał magiczną właściwość oczyszczania dusz. Podobno wtedy wszyscy zagubieni odnajdywali właściwą drogę… Tego dnia, zawsze o zmroku, zaczynał padać krystalicznie czysty puch. Dopiero wtedy rozpoczynano ceremonię odnowienia przymierza z Ayhayleen, legendarną kapłanką Ceiphieda, która kilkaset lat wcześniej uratowała miasteczko przed atakiem hordy demonów, otaczając teren Lyventer potężną barierą. Zawarcie nowego paktu zapewniało ciągłą ochronę osady. Zawsze straszono jednak dzieci, że jak nie będą grzeczne, Ayhayleen wpadnie w gniew i nie ześle swojego oczyszczającego daru. A w rezultacie demony zniszczą zapomnianą przez resztę kontynentu ostoję białej magii…


***


- Panno Lino, tutaj jest cudownie! - krzyczała rozentuzjazmowana Amelia Will Tesla Seyrun, rozglądając się jak szalona. Lyventer jako miejscowa stolica białej magii było miejscem bogatym we wszelkie świątynie i pomniejsze kościółki. Naturalnie, adeptki białej magii czuły się w takim mieście jak u siebie. Więc skoro w skład kompanii Liny Inverse wchodziły dwie czarodziejki parające się właśnie tym rodzajem mocy, mistrzyni czarnej magii nie mogła wybrać innego miejsca na postój w długiej podróży. Druga z użytkowniczek białej magii, Sylphiel Nels Rada, chociaż także wyglądała na uradowaną, zachowywała większy spokój niż jej koleżanka po fachu. Jej uwagę przykuł potężny budynek wykonany w marmurze wyglądający na okazałą bibliotekę.

- Biblioteka rodziny Anerian! Zawsze marzyłam, aby odwiedzić to miejsce. - Westchnęła cicho uzdrowicielka. Słysząc to zamaskowany szermierz, milczący dotychczas Zelgadis Greywords zdecydowanie się ożywił.

- Anerian? Z tych Anerianów? - mruknął, po czym bezceremonialnie odłączył się od grupy i ruszył w stronę biblioteki. Nie zdążył jednak odejść daleko, gdy zatrzymał go groźny głos rudowłosej przywódczyni.

- Zel! A ty dokąd?

- O ile nie zauważyłaś, idę do biblioteki. - odrzekł niezbyt przyjemnie, nieznacznie odwracając się w jej stronę.

- Teraz? Nie możesz poczekać, aż wybierzemy jakieś miejsce, gdzie się zatrzymamy? - spytała, mierząc go nieprzyjemnym spojrzeniem.

- Nie zamierzam marnować czasu. Później was znajdę. - odpowiedział mag, beznamiętnie mijając Linę i kierując się w stronę majestatycznego budynku.

Oburzona czarodziejka już miała pójść za nim, aby przekazać mu, co naprawdę o tym wszystkim myśli, kiedy poczuła na swoim ramieniu rękę Gourry’ego.

- Lina, daj mu spokój. Wiesz, że on potrafi być uparty prawie jak ty. - powiedział blondyn z nietypowym dla niego inteligentnym wyrazem twarzy.

Tęczówki Liny zwęziły się nieprzyjemnie.

- „Prawie uparty jak ja”? Co chcesz przez to powiedzieć? - zaczęła budzącym niepokój tonem.

- No jak to co? Sama jesteś uparta jak mało kto… - Szermierz nie zdążył dokończyć, gdyż na cały plac rozległ się głośny krzyk, poprzedzający wybuch.

- FIRE BALL!!!


***


Zelgadis wchodząc do biblioteki, usłyszał jeszcze znajomy wybuch z pewnością pochodzący od Fire Balla Liny. „Ona się chyba nigdy nie zmieni.” - westchnął i nacisnął klamkę wielkich, pięknie grawerowanych drzwi. Gdy przekroczył próg, jego oczom ukazał się ogromny dziedziniec, gdzie panował ożywiony ruch. Po środku okrągłego placu znajdywał się marmurowy chodnik prowadzący do właściwego wejścia do księgozbioru. Po obu jego stronach można znajdywały się stoiska, gdzie potencjalny czytelnik miał możliwość zaopatrzenia się w przeróżne eliksiry, broszurki a nawet, w momencie, gdy był wyjątkowo wygłodniały, smakowite gorące bułeczki. Zelgadis ruszył zdecydowanym krokiem w kierunku głównych wrót. Ani na chwilę nie zwolnił, gdy sklepikarze krzyczeli do niego, zachwalając swój towar. Nie zatrzymał również się, gdy usłyszał cichy, zachrypnięty głos.

- Uważaj dzisiaj młodzieńcze, bowiem dzisiaj możesz stracić to, co jest dla ciebie najważniejsze. - Gdy złowieszcza przepowiednia dobiegła końca, mężczyzna jednak stanął i się odwrócił. W odległości kilku kroków stała niska, zgarbiona staruszka z szaleńczym zezem, który bynajmniej nie nadawał jej powagi. Zelgadis zmierzył ją pogardliwym spojrzeniem, parsknął i poszedł dalej.


***


- Co za idiota. - mruczała pod nosem wkurzona czarodziejka pomiędzy jednym kęsem a drugim. Gourry tradycyjnie zamiatał jedzenie w ekspresowym tempie, wykorzystując nieuwagę pogrążonej w rozmyślaniach rudej przyjaciółki. Nieobecność duchowa Liny przykuła uwagę Sylphiel, która przypatrywała jej się z troską.

- Skończyłam! - krzyknęła Amelia, jak tylko przełknęła ostatni łyk soku. - Panno Lino, czy to prawda, że to miasteczko przez pół roku jest przykryte śniegiem? - zwróciła się do mistrzyni czarnej magii, wybudzając ją z zamyślenia. W czerwonych tęczówkach pojawił się błysk i czarodziejka zaczęła swój wykład.

- Tak. Z faktu, że Lyventer jest zlokalizowane w dolinie otoczonej górami, wynika występowanie w praktyce jedynie dwóch pór roku. Najciekawsze jest to, że śnieżna pora zawsze zaczyna się dokładnie w dniu wigilii świąt zimowych i trwa równiutko 183 dni. Wielu czarodziejów z przeróżnych gildii chciało to wyjaśnić w jakiś naukowy sposób, ale nigdy im się to nie udało. Jedynym wyjaśnieniem wciąż pozostaje legenda Lyventer.

- Legenda Lyventer? - spytała podekscytowana Amelia.

Chwilę później do rozmowy włączyła się Sylphiel.

- Czy ta legenda nie mówi przypadkiem o Ayhayleen?

Lina z uśmiechem pokiwała głową.

- No tak, to zrozumiałe, że o niej słyszałaś.

- Jak to? - spytała zdziwiona księżniczka.

- Ayhayleen była niegdyś niezwykle potężną kapłanką Ceiphieda. Chodziła po świecie i zakładała szkoły białej magii, z których wyszła cała plejada słynnych uzdrowicieli i kapłanek. Jedną z tych szkół założyła w Sairaag. - odpowiedziała Lina.

- Ale co ona ma wspólnego z legendą Lyventer? - dociekała dalej adeptka białej magii.

Lina złączyła dłonie, oparła na nich podbródek i kontynuowała.

- No cóż… Wraz z powstaniem legendy Lyventer, kończy się legenda Ayhayleen. Kilkaset lat temu Lyventer zostało zaatakowane przez hordę potężnych demonów obawiających się wzrostu potęgi ludzkich kapłanów. Miasteczko zostałoby zniszczone, gdyby nie poświęcenie Ayhayleen, która stworzyła tak potężną barierę, że wszystkie Mazoku zginęły w jednej chwili. Niestety, użycie tak potężnego czaru kosztowało kapłankę życie. Stało się to dokładnie w wigilię świąt zimowych. Według legendy właśnie w tym dniu co roku tuż po zmroku zaczyna padać krystalicznie czysty śnieg, odnawiając barierę. W ramach wdzięczności, główne kapłanki tutejszej świątyni wykonują taniec…

- A czy kiedyś się zdarzyło, że śnieg nie zaczął padać? - pytała wciąż Amelia.

- Nie, nigdy. - wtrącił się do rozmowy zupełnie nowy głos. Cała trójka się odwróciła i spojrzała w stronę, z jakiej dochodził. Okazało się, że należał on do przysadzistej żony karczmarza z charakterystycznymi, intensywnymi zielonymi oczami i dołeczkami na policzkach.

- Nigdy? - dopytywała zdziwiona księżniczka.

- Proszę się do nas dosiąść. - zaproponowała uprzejmie uzdrowicielka z Sairaag.

Kobieta uśmiechnęła się i przysiadła się do grupy, stawiając na stole półmisek wypełniony smakowicie pachnącymi ciastkami.

- Właśnie niosłam wam deser. - Na te słowa Lina i Gourry, który nagle się obudził, z entuzjazmem rzucili się na ciastka.

- Dziękujemy. - powiedziała Sylphiel nieco zawstydzona zachowaniem swoich towarzyszów.

- Ależ nie ma za co, moi drodzy. - Uśmiechnęła się raz jeszcze ciepło, po czym spojrzała na Amelię i odpowiedziała na chwilę wcześniej zadane pytanie.

- Żyję w tym mieście od urodzenia i nie pamiętam, aby śnieg nie zaczął padać 24 grudnia.

- Hm… a co by się stało, jakby śnieg nie zaczął padać?

Słysząc to, gospodyni zmarszczyła brwi.

- Według legendy bariera nie zostanie odnowiona i tym samym upadnie. A w rezultacie Lyventer spotka swój koniec. - zakończyła mrocznym akcentem, ale chwilę później jej oblicze się rozchmurzyło. - Ale tę wersję przedstawiamy tylko niegrzecznym dzieciom. To niemożliwe, aby śnieg nie spadł.

- Więc zawsze zaczynacie świętować, gdy zacznie padać śnieg? - spytała Sylphiel.

- Dokładnie.

- Oby zaczął padać jak najszybciej, zrobiłem się głodny. - wtrącił Gourry.


***


Zelgadis przewrócił kolejną stronę i uśmiechnął się pod nosem. Chyba nareszcie trafił na właściwy trop. Co prawda parę godzin mu zajęło znalezienie tej informacji, ale bynajmniej nie żałował poświęconego czasu. Biblioteka Anerianów była jedynym miejscem, gdzie mógł natrafić na tę informację. Bardzo dobrze znał legendę Lyventer, lecz nie mógł pozbyć się wrażenia, że w tej opowieści coś zostało przemilczane. Coś, o czym mieszkańcy niechętnie mówili. W końcu piękna bajeczka zachęca podróżnych do wstąpienia do ich miasta o wiele bardziej, aniżeli jej brutalne szczegóły. Nikt nigdy nie zadawał pytania, dlaczego Ayhayleen pojawiła się w tych okolicach i dlaczego to właśnie Lyventer stało się celem ataku Mazoku. Mało kto wiedział, że tylko w bibliotece należącej do tego rodu można było znaleźć brakujące informacje. W końcu tylko w rodowych bibliotekach znajdywały się dokładnie opisane dzieje wszystkich ich członków. O tak, mało kto wiedział, że legendarna kapłanka pochodziła z rodziny Anerianów. Zelgadis wolał jednak nie myśleć, że ten fragment informacji zawdzięczał swojemu znienawidzonemu dziadkowi.

Powszechnie znana i uwielbiana Ayhayleen Anerian z Lyventer miała siostrę, Larissę. Jednakże młodsza córka Anerianów nie chciała iść w ślady ukochanej przez rodziców i otoczenie siostry. Wybrała zupełnie inną drogę, pomimo wrodzonego talentu do białej magii. Zwróciła się w stronę najciemniejszej dziedziny czarnej mocy. Zawarła pakt z demonem wysokiem rangi. Ona oferowała swoje ciało i moc, miała jednak zyskać w zamian coś, czego nie mogła sama osiągnąć - śmierć własnej siostry. Nie byłaby w stanie pokonać jej w bezpośredniej walce, jednak znała jej największą słabość, jaką była jej bezinteresowna miłość do ludzi. Kazała hordzie demonów zaatakować własne rodzinne miasto i jak przewidziała, Ayheyleen oddała swe życie, aby uratować Lyventer. Po tych wydarzeniach Larissę czekał straszny los. Skazała się na wieczną mękę w nieśmiertelnym ciele, nad którym nie miała kontroli. Jako hybryda człowieka i Mazoku snuła swój nędzny żywot, usiłując pokonać świętą barierę, dla której jej siostra poświęciła swoje życie. Zrozpaczeni rodzice, po utracie jedynych córek pomimo sprzeciwu miejscowej ludności pragnęli odzyskać chociaż jedną córkę i opuścili miasto, aby poświęcić się pracy nad cofnięciem paktu.

- „Droga do laboratorium Anerianów ma się ukazać każdemu 24 grudnia.” - Przeczytała na głos chimera. Bezlitosny szermierz zamknął książkę i uśmiechnął się do siebie.


***


- Amelio, pośpiesz się, albo cię tutaj zostawię! Chcę jeszcze zdążyć do biblioteki głównej, zanim ją zamkną! - krzyknęła zniecierpliwiona czarodziejka do księżniczki, która zachowywała się jak małe dziecko, latając w wielkiej ekscytacji od jednego straganu do drugiego. Lina z Amelią „przypadkiem” odłączyły się od Gourry’ego i Sylphiel na wskutek działań księżniczki, która postanowiła „pomóc” szermierzowi zakochać się w uroczej uzdrowicielce z Sairaag. Oczywiście całą akcję poprzedziło wypytywanie Liny o to, czy na pewno nic nie czuje do błędnego fechmistrza. Dopiero kiedy Lina zagroziła potraktowaniem Amelii Dragon Slave’m, księżniczka jej uwierzyła i uknuła ten niezwykle „sprytny” plan, w rezultacie czego mistrzyni czarnej magii wylądowała sam na sam z nadpobudliwą księżniczką, co było jej jedynym utrapieniem. Już dawno doszła do wniosku, że Gourry jest dla niej jak upierdliwy, przygłupi i podżerający jedzenie, ale na swój sposób poczciwy, brat. Była przekonana, że szermierz podobnie by zdefiniował swoje uczucia do niej.

- Już panno Lino! Mam już wszystko co chciałam! - Adeptka białej magii podbiegła do Liny, lecz nagle ktoś na nią wpadł i księżniczka siłą rozpędu przewróciła się na mistrzynię czarnej magii. Czarodziejka boleśnie uderzyła o ziemię.

- Do cholery Amelia, co ty wyprawiasz?!!! - warknęła na księżniczkę, spychając z siebie jej ciężar.

- Przepraszam, panno Lino, ale ktoś na mnie wpadł. - Broniła się, masując obolałe miejsca. Tuż obok niej leżał chłopiec wyglądający na 10 lat.

- Jabardzopanieprzepraszamjasiespieszyłeminiezauważyłem… - Przerażone dziecko zaczęło szybko bełkotać pod nosem. Amelię natychmiast ujęła skrucha chłopca i odrzekła z uśmiechem.

- Ależ nic się nie stało. Uważaj tylko następnym razem.

- Jak to nic?! ON NAS PRAWIE POZABIJAŁ!!! - wrzasnęła rozwścieczona Lina. Chłopiec jeszcze bardziej się przestraszył i schował się za Amelią. Księżniczka szybko zabrała się za udobruchanie rudowłosej czarodziejki.

- Panno Lino on nie chciał. Dzisiaj jest przecież wigilia… - mówiła najspokojniej jak tylko umiała.

- I co z tego?! - krzyknęła Lina z żądzą mordu w oczach. Jednak tym razem dokładniej przyjrzała się chłopakowi i uderzyło ją podobieństwo jego oczu do ciepłych zielonych tęczówek ich gospodyni.

-Zaraz, ty nie jesteś przypadkiem od pani Kievy?

- Tak, jestem jej synem… - wydukał.

Rudowłosa równo przez minutę wpatrywała się groźnie w małego winowajcę.

- No niech ci będzie. Twoja mama tak dobrze gotuje, że przez wzgląd na nią ci wybaczę. -powiedziała nagle.

- Panno Lino, jaka pani dzisiaj jest miłosierna! Zawsze wiedziałam, że jest w pani dobro! -krzyknęła Amelia, wykonując jedną ze swoich póz sprawiedliwości.

Lina skomentowała to jednym zwrotem:

- Fire Ball. - Po czym zwróciła się do chłopca. - A ty gdzie się tak śpieszyłeś?

- No, już do domu. Dzisiaj w końcu wróci mój brat! - powiedział uradowany chłopiec, starając się nie patrzeć na kupkę popiołu, jaką była chwilowo Amelia.

Lina zdziwiona spojrzała na chłopca. Karczmarka mówiła, że ma tylko jednego syna.

- A wiesz skąd wróci? - spytała dyskretnie.

- Nie wiem. Pół roku temu zaginął w górach. - Chłopiec na chwilę posmutniał, ale natychmiast powrócił mu uśmiech, gdy wypowiedział następne słowa. - Ale dzisiaj na pewno wróci. W wigilię pada śnieg cudów, więc jeżeli dzisiaj spadnie, to Ryuki na pewno wróci! -Mówił to z takim przejęciem, że chociaż Lina domyślała się prawdy, nie miała serca powiedzieć o tym chłopcu.

- To w takim razie musimy się przygotować na jego przybycie. Wracamy razem? A no i jak masz na imię? Ja jestem Lina. - Uśmiechnęła się ciepło do chłopca. Dziecko najpierw się zdziwiło, a potem odpowiedziało jej szczerym dziecięcym uśmiechem.

- Tak! Jestem Hyoji.

I ruszyli razem w stronę zajazdu zupełnie, zapominając o kupce popiołu.

- Panno Lino! Proszę mnie nie zostawiać…


***


Sylphiel była nieco zdziwiona zaistniałą sytuacją. Stało się coś, o czym wcześniej mogła tylko marzyć. Spacerowała z Gourry’m sam na sam romantyczną alejką. Kolorowe światełka zdobiły przeróżne stragany. Wokół nich kręciło się wiele zakochanych par, patrząc sobie czule w oczy. Co prawda dwójka przyjaciół rozmawiała przede wszystkim o jedzeniu, nie dało się tego nazwać równie nastrojowym tematem, ale uzdrowicielka i tak była zaskoczona, jak naturalnie im się rozmawiało. Zawsze obok była panna Lina, która zwykle absorbowała całą uwagę szermierza. Sylphiel starała się tego nie okazywać, lecz czasami było jej trudno zwalczyć małą zazdrość w kierunku do rudej czarodziejki, z jaką łatwością znajdywała kontakt z każdym z członków ich małej gromady. Zwróciła uwagę na mało wyszukaną wymówkę, pod którą Lina i Amelia się odłączyły od nich, ale była im naprawdę wdzięczna za tę chwilę szczęścia. Patrzyła właśnie jak Gourry pocieszał dziecko, któremu wypadł lód. Uśmiechnęła się do siebie i raz jeszcze się utwierdziła w swoim uczuciu do blondyna. To prawda, że mistrz miecza był nieco nierozgarnięty, ale miał w sobie tyle dobroci i bezinteresowności, że wynagradzało to jego niedomyślność. Użytkowniczka białej magii westchnęła cicho. Wszyscy wiedzieli o jej uczuciu poza obiektem jej wzdychań, lecz nie martwiło jej to. Wystarczyło jej, że blondyn był szczęśliwy. Na początku myślała, że szermierz odnalazł szczęście u boku panny Liny, jednak od tej wyprawy miała inne odczucia. Dwójka przyjaciół wciąż zachowywała się jak typowe rodzeństwo, a teraz nawet mistrzyni czarnej magii pozwoliła na ich samotną przechadzkę. Wcześniej miała wrażenie, że ruda czarodziejka robi po cichu wszystko, aby zminimalizować jej kontakt Gourry’m. A teraz było inaczej. I ten fakt pozwolił jej na nieśmiałe snucie drobnych marzeń, których nieodłącznym elementem był mistrz miecza. Nawet nie zauważyła, kiedy w swojej wędrówce doszli do dużej sceny, gdzie odbywała się jakaś głośna impreza.

- Zapraszamy wszystkie chętne pary do konkursu tańca! Naszą główną nagrodą jest… GŁÓWNY PRZYSMAK KUCHNI LYVENTER!!! - Na te słowa od razu ożywił się Gourry.

- Sylphiel MUSIMY to wygrać!!! - zwrócił się szermierz do swej towarzyszki.

- Aaale jak to? - spytała zmieszana uzdrowicielka.

- No chodź Sylphiel! Nie daj się prosić! - powiedział blondyn z uroczym uśmiechem, po czym wziął zarumienioną długowłosą dziewczynę za rękę.

- Ale ja nie umiem tańczyć… - wydukała.

-Nie martw się. Poradzimy sobie. - Uśmiechnął się do niej zapewniająco. Sylphiel spojrzała w jego pełne determinacji niebieskie oczy i nie miała po chwili żadnych wątpliwości.

- Dobrze. - odpowiedziała mu swoim najpiękniejszym uśmiechem. Była jednak zbyt zmieszana, aby zauważyć delikatny rumieniec na policzkach Gourry’ego.


***


Natychmiast jak Lina, Amelia i Hyoji wrócili do hotelu, wyszła im na spotkanie gospodyni.

- Hyoji, tutaj jesteś, już myślałam, że coś ci się stało. - Kobieta objęła swojego rzekomego jedynaka.

- Wszystko jest w porządku, spotkaliśmy się po drodze. - wtrąciła Lina.

- Och dziękuję wam bardzo. A właśnie przyszedł wasz przyjaciel, ale od razu zapłacił mi za pokój, bo powiedział, że dzisiaj wyjeżdża. - powiedziała kobieta.

Lina przez chwilę wyglądała na zszokowaną, jednak natychmiast się opanowała i spytała się już bez radosnej nuty w głosie.

- Ach no tak, czyli jeszcze jest w swoim pokoju, tak?

- Tak, miałam wrażenie, że ma coś jeszcze do zrobienia.

- Dziękuję. - powiedziała i poszła na górę szybkim krokiem.


***

Zelgadis siedział przy biurku w hotelowym pokoju i segregował zebrane wcześniej materiały. Właśnie kończył, kiedy rozległo się głośne pukanie.

- Proszę. - powiedział, doskonale wiedząc kogo zobaczy za drzwiami.

Zgodnie z jego oczekiwaniami do pokoju powoli weszła Lina. Nie uśmiechała się, a na jej twarzy dominowała powaga.

- Podobno już zapłaciłeś za pokój. - stwierdziła.

- Owszem. - odparł krótko.

- To zabawne, bo miałam wrażenie, że zazwyczaj płaci się po zakończeniu wizyty.

- No zazwyczaj tak właśnie jest. Dlatego też zapłaciłem już dzisiaj. - odrzekł z ironią widoczną w jego tonie.

- Chcesz mi powiedzieć, że naprawdę jesteś takim egoistą, że wyjeżdżasz dzisiaj, ponieważ trafiłeś na jakiś pieprzony ślad, nie licząc się z niczym i z nikim? - powiedziała zjadliwie.

- Pięknie to ujęłaś. Nic więcej nie mam do dodania poza tym, że przyłączyłem się do tej wyprawy w jakimś celu. W chwili obecnej nasze cele się oddalają, tak jak nasze drogi. -odpowiedział spokojnie.

- A więc dla ciebie to już wszystko? I masz oczywiście gdzieś fakt, że dzisiaj jest taki dzień, który być może chcielibyśmy spędzić z tobą. Wpadło ci może coś takiego do głowy?! -Czarodziejka, która na początku mówiła względnie spokojnie, zaczynała coraz mniej panować nad sobą.

- Jakoś przeżyjecie. - Wzruszył ramionami. W tym momencie rudowłosa zupełnie straciła panowanie.

- „Jakoś przeżyjemy”?! Mógłbyś chociaż raz pomyśleć o tym, co myślą inni?! - powiedziała, uderzając rękami o jego biurko.

- Odezwała się osóbka zupełnie nie myśląca o sobie. - parsknął. - Wybacz Lino, że nie będę tańczyć, tak jak mi zagrasz. To cię chyba najbardziej denerwuje w moim postępowaniu, czyż nie?

- Nie, najbardziej mnie wkurza, że jesteś niewrażliwym, zapatrzonym w siebie idiotą. -wycedziła przez zęby.

- Ja przynajmniej nikogo do niczego nie zmuszam. - odrzekł równie nieprzyjemnie. Lina chciała już mu odszczeknąć, lecz się powstrzymała. Odczekała w milczeniu, jak Zelgadis zbierał swoje rzeczy i gdy kierował się w stronę wyjścia, spytała cicho:

- My naprawdę jesteśmy dla ciebie tak nieistotni? - Zadała pytanie w liczbie mnogiej, ale prawda była taka, że chciała je sformułować zupełnie inaczej. Nie patrzyła się na niego. Jednak usłyszała, że to pytanie go zatrzymało.

- Nie oto chodzi. Mamy po prostu inne priorytety. - odpowiedział nieco delikatniejszym tonem.

- Pieprz się ze swoimi priorytetami. - odpowiedziała cicho. Zelgadis już nic nie powiedział. Nacisnął klamkę i zamknął drzwi głośnym trzaśnięciem. Nie wiedział, że czarodziejka powoli osunęła się na podłogę. Ogarnęła ją dziwna mieszanina wściekłości i smutku z powodu, który dopiero zaczął do niej docierać.


***


Amelia patrzyła przez okno swojego pokoju. Obserwowała przepiękne dekoracje przygotowane na wielkie święto. Na ulicy jednak nie widziała nikogo. Wszyscy, podobnie jak księżniczka, siedzieli w domu, wykańczając swoje dzieła kulinarne lub patrzyli z wytęsknieniem w niebo. Czarodziejka słyszała podniesione głosy dobiegające z pokoju obok. Oczywiście była to kłótnia Liny i Zelgadisa. Na chwilę nieprzyjemne dźwięki ucichły, a moment później usłyszała głośne trzaśnięcie drzwiami.

- Panie Zelgadisie, co się z panem ostatnio dzieje? - szepnęła do samej siebie. Nie była ślepa. Zauważyła, że ostatnio chimera stała się jeszcze bardziej zamknięta w sobie niż zazwyczaj. Chęć odnalezienia sposobu do powrócenia do poprzedniej postaci przesłaniała mistrzowi szamanizmu wszystko pozostałe. A przecież nikomu nie przeszkadzał jego wygląd. Postronni ludzie przestawali mu się dziwnie przyglądać. Był inny, wyjątkowy. Przynajmniej dla adeptki białej magii. Dziewczyna westchnęła ciężko - „Czemu świat uczuć nie może być równie prosty jak sprawa sprawiedliwości?”. Księżniczka raz jeszcze przyjrzała się widokowi za oknem i jej uwagę przykuł jeden fakt. Zapadł już zmierzch, a nie spadł jeszcze ani jeden płatek śniegu.

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Socki : 2011-01-19 18:43:08
    super

    Może to głupio zabrzmi z moich ust ale już dosyć mam tradycyjnych parringów( w ogóle parringów też) dlatego cieszę się, że trafił się "Czas bieli" - wreszcie coś co nie spełnia tradycyjnych, oklepanych programów (puk... puk...KTOOO TAM??? OOO cześć! Dawno się nie widzieliśmy? Wypijecie herbatkę? Nie, nie... przygodę mamy...AHA). Poza tym język jest fajny i dobrze się czyta i fabuła na prawdę wciąga. Na razie nic więcej nie mogę powiedzieć, no chyba, że trzymam kciuki i powodzenia :)

  • Skomentuj