Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Dragon Ball - Saiyan Princess

67. Miasto zagrożone

Autor:Killall
Serie:Dragon Ball, saga: Kosmiczni przeciwnicy
Gatunki:Akcja, Fantasy, Fikcja, Przygodowe, Science-Fiction
Uwagi:Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość, Przemoc, Wulgaryzmy
Dodany:2015-07-07 23:58:38
Aktualizowany:2015-07-07 23:58:38


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Minął zaledwie rok od walki z Komórczakiem. Wciąż pamiętałam dzień, w którym pokonałam okrutnego Pheresa i jego żmiję Adris. Czasem jeszcze miewałam sny o Protektorach i cieniach, które formowane były, dzięki mandarkerom. Choć życie na Ziemi wydawało się być leniwe starałam się większość czasu poświęcać treningom. Vegeta, ten to dopiero wyciskał z siebie siódme poty. Za wszelką cenę chciał być silniejszym. Nie spodobał mu się fakt, iż dużo młodsze istoty są od niego mocniejsze. Póki, co wraz z Son Gohanem byliśmy najsilniejszymi wojownikami na Błękitnej planecie, póki, co.

Dnia, którego wróciłam do swoich czasów dostałam niesamowity opieprz od brata i Bulmy. Mieli zszargane nerwy przez moją wyprawę. Krzyczeli na przemian, jaka to jestem lekkomyślna i nieodpowiedzialna, że mogłam tam zginąć. Nie powiem, mieli rację. Mogłam zginąć aż dwa razy, ale wolałam się już nie odzywać. Nie omieszkali też wsiąść mi na ambicję. Gdybym nie wróciła Trunks mógłby już nigdy nie ujrzeć swojego świata, a co za tym idzie cyborgi mogłyby doszczętnie zmasakrować planetę. Kiedy już emocje opadły opowiedziałam im swoją historię i pokazałam, czego się w ciągu tych dwóch tygodni nauczyłam. Książę był dumny, ale i zazdrosny. Jego mała siostrzyczka okazała się silniejszym wojownikiem. Bulma uznała, że najsurowszą karą będzie posłanie mnie do szkoły, lecz nim się do niej wybiorę muszę nauczać się w domu z korepetytorem, by pojąć ogólne zasady tutejszej edukacji. Już nie wspominając o tym, że jestem dzieckiem, dzieci muszą się uczyć. Ku mojemu zdumieniu i rozczarowaniu Vegeta nie widział żadnych przeciwwskazań i w ten oto sposób zostałam przywitana w domu.

Było słoneczne popołudnie, kiedy siedziałam nad jeziorem i wrzucałam raz po raz weń kamieniami. Kryształowa tafla wody przepięknie mieniła się milionami kolorów w chwili mącenia jej spokoju. Wyczułam energię Son Gohana, a w chwilę później siedział już obok mnie.

- Cześć - Uśmiechnął się - Jak się wiewasz?

- Całkiem, całkiem - Rzuciłam posępnie podnosząc kolejny kamyk.

- Bulma powiedziała mi, że cię tutaj znajdę.

- Taa… - Westchnęłam - Głowa już mi pękała od tej nauki. Potworne mam zaległości, jak to określił mój osobisty nauczyciel.

- U was było łatwiej? - Zainteresował się.

- Oczywiście! - Poderwałam się - Pismo, język, ogólna wiedza o przestrzeni kosmicznej i dużo treningów!

Wolałam nie mówić, że to ostatnie było mi zabronione. Chłopak był bardzo miłym towarzyszem. Z nim mogłam porozmawiać o wszystkim. Czasem zwierzałam się mu ze snów, z dawnych dziejów, które zaprzątały moją głowę. Często wracałam do przykrych wspomnień z dzieciństwa. Nawet pomagał mi przy nauce, ta wtedy wydawała się dużo prostsza. Nie było krzyków i dziwnych obelg. Nie raz zdarzyło mi się źle potraktować nauczyciela przy użyciu siły. Nastraszony więcej się nie pojawiał, a wściekła Bulma musiała szukać kolejnego belfra.

- A co u was? - Spytałam.

- Nieźle - Odparł również wrzucając kamień w wodę - Matka już tak nie lamentuje odkąd urodziła Son Gotena. Ma dużo pracy, więc albo goni mnie do nauki, albo zostawia samemu sobie. Nawet już tak nie gani za treningi.

- Ona jest przewrażliwiona - Przewróciłam oczami - Chyba nawet mnie nie lubi.

- Ona tak zawsze marudzi - Wytłumaczył - Lubi cię, ale wydaje jej się, że masz na mnie zły wpływ, jeśli chodzi o walki. Woli, Kiedy widujemy się podczas nauki. Wiesz, że bijatyki źle jej się kojarzą.

- To nasze życie! - Broniłam swojej rasy - Nie pozwalając nam walczyć zamykają nas w klatce. Jesteśmy z wojowniczego ludu Saiyan, nie jakimiś tam podrzędnymi ziemianami.

Byłam pełna podziwu, co do zbieżności światów. Tutaj młodszy brat Son Gohana również miał to samo imię, ale czy miał być w przyszłości równie słaby jak ten, którego kiedyś poznałam? Nie raz powtarzałam sobie, że ten świat był inny. Nasz był o stokroć lepszy w postaci siły, ich miał lud Saiyański, który u nas był już na wymarciu.

W międzyczasie zawitał do nas Trunks z przyszłości i opowiedział o tym jak wyeliminował cyborgi siedemnaście i osiemnaście bez problemów, a także Komórczaka, który już zdążył wyjść na świat. Zaś androida o numerze 16 przeprogramował z pomocą matki na nieszkodliwego, a za razem uczynnego światu. U niego także panował spokój i harmonia. To było takie dziwne wiedząc, że w innych znanych mi światach ludzie mieli się dobrze. Jedno tylko wciąż mnie zastanawiało - Czy w przyszłości Trunksa nigdy nie dotarłam na Ziemię? Może zginęłam wraz z planetą i jego mieszkańcami? To pozostawało zagadką.

Przez kolejne dwa lata również nic specjalnego nie działo się na planecie. Co jakiś czas urządzałam sobie sparing z synem Goku w górach obłożonych śniegiem gdzieś na odludziu, jednak z czasem było to coraz rzadsze nasze wspólne zajęcie gdyż Chi-Chi pilnowałaby chłopak siedział nosem w książkach. Chciała zrobić z niego jakiegoś uczonego. Nie rozumiała, że to wojownik. Nie chciała mnie słuchać. Tego dnia również się nie pojawił. Porozwalałam samotnie parę szczytów, potem postanowiłam zrobić sobie rundkę po planecie i poobserwować, co się dzieje w miastach. W jednym z nich później miałam się uczyć. Całe szczęście, że zostały mi jeszcze dwa lata.

Przelatując nad jednym dostrzegłam dym i stłumione krzyki jego mieszkańców. Zdecydowałam, że przyjrzę się temu z bliska. Czyżby znowu jakiś patałach próbował obrabować bank czy coś w tym stylu? Wylądowałam w samym centrum rozglądając się czy wszystko jest w porządku. Wieżowiec płonął, a ekipa strażacka już zajmowała się ugaszeniem ognia.

- Nic nie widzę - Zmyśliłam się - Chyba nic poważnego.

Niespodziewanie nastąpił kolejny wybuch, a po nim jeszcze trzy następne. Zerwałam się do lotu szukając winowajcy. Czułam, że coś jest na rzeczy, ktoś zagrażał planecie! Dawno nie było u nas nieproszonych gości. Koncentrowałam się maksymalnie by odnaleźć źródło, jednak nie wyczuwałam winowajcy. Czyżby androidy ponownie grasowały w mieście? Znudziło się 18-nastce życie w spokoju? Chyba nie powinniśmy byli darować jej życia. Gdzie ten Kuririn miał oczy?

- Gdzie jesteś…? - Zniecierpliwiłam się - Gdzie się chowasz?

Nienawidziłam gier w ciemno. Od maleńkości doprowadzały mnie do szału.

- Tutaj! - Niespodziewanie usłyszałam za plecami.

Muzyka

Wzdrygnęłam się i odskoczyłam by z bezpieczniej odległości przyjrzeć się natrętowi. Jakże wielkie było moje zdumienie, gdy okazało się, że to nie była blond piękność, a chłopak w moim wieku, mniej więcej, o długich białych włosach, szerokim uśmiechu i srebrnym dwuczęściowym stroju. Póki, co nie wyczuwałam u niego specjalnej mocy. Jednego mogłam być pewna - nie był zwykłym człowiekiem, umiał latać.

- Kim jesteś? - Zawołałam pytająco - Czemu niszczysz to miasto?

- Bo mi się nie podoba - Odpowiedział melodyjnym głosem - Skoro już musisz wiedzieć zwą mnie Yonan.

- Czego chcesz? - Warknęłam - Szukasz guza? Jeśli chcesz skopię twój tyłek! Prosisz się o to.

Białowłosy się roześmiał, jak gdybym opowiedziała świetny dowcip. Mnie jakoś nie było do śmiechu. Choć nie mogłam ukrywać, że cząstka mnie cieszyła się, że trafia się okazja do walki. Chętnie bym ją wykorzystała. Dawno z nikim nie biłam się na poważnie. My Saiyanie byliśmy urodzonymi wojownikami. Walka to nasz żywioł. Nigdy nie rezygnowaliśmy z okazji.

- Myślisz, że jesteś taka straszna? - Odparł, gdy tylko się uspokoił - Widzę, że drzemią w tobie spore pokłady energii. Jest was więcej?

- A po cóż ci to wiedzieć? - Zdziwiłam się - Jestem tu tylko ja i w tej chwili nie powinieneś się skupiać na kimś innym.

- O, masz rację, ale gdzie się udam, kiedy już cię zabiję?

Wstrząsnęło mną na te słowa. Chłopak nie próżnował. Na pewno miał jakiś cel. Bezpodstawnie nie atakowałby miasta. Szukał kogoś.

- O to się nie martw, znajdą cię - Starałam się zachować spokój - Jest nas dużo więcej.

- Was? To znaczy, kogo?

Rozluźniłam uścisk ogona wokół pasa, tak by wyszedł spod białej bawełnianej bluzki. Pomyślałam, że może ogon podpowie mu, kim jestem. Spróbować nie szkodziło. Machnęłam nim parę razy jak zły kot. Yonan chwilę się jemu przyglądał.

- Ogon? - Zamyślił się na chwilę - Musisz być z tego świata, który wieki temu przepadł.

Coś mu świtało w głowie. Byłam pewna, że coś musiał słyszeć o Saiyanach.

- Taa… - Mruknęłam ni to od niechcenia - Coś jest na rzeczy.

- Jak was zwą? Ilu takich jak ty zamieszkuje tę planetę?

- Jesteśmy wojownikami z rasy Saiyańskiej - Odrzekłam dumnie się prostując - Jest nas paru, ale tylko mnie rozpoznasz w pierwszej chwili. Oni nie mają już ogonów.

- Słyszałem, że to potęga waszej mocy.

- Bynajmniej - Zachichotałam.

Wiedział dużo mniej niż mi się zdawało. Słyszał o Oozuaru, ale nie o Super Wojownikach. Miałam w takim razie asa w rękawie. Teraz wystarczyło dowiedzieć się czegoś więcej o przybyszu, a następnie zmieść go z powierzchni ziemi, by więcej nie terroryzował jego mieszkańców.

- A ty? Co mi powiesz o sobie? - Zadałam kolejne pytanie - Też chciałabym wiedzieć, z kim mam do czynienia.

Białowłosy rozejrzał się szybko po okolicy jakby czegoś szukał. Podleciał nieco bliżej, może nawet nazbyt. Uśmiechnął się pokazując lśniące, proste zęby. Nie wiedziałam, co w sobie miał, ale zrobiło mi się jakoś gorąco. Czyżby rzucał na mnie urok? Pospiesznie potrząsnęłam głową na boki, ściągnęłam brwi.

- Może porozmawiamy na spokojnie? - Zaproponował - Nie chce mi się tak wisieć w powietrzu, kiedy można gdzieś usiąść.

Szczęka gdyby mogła opadłaby mi do samej ziemi. Porozmawiać? Na spokojnie? Co on kombinował?! A może te wybuchy nie były groźbą, a prośbą w odnalezieniu kogoś z innego świata? Westchnęłam cicho i postanowiłam uczynić to, o co prosił, nie usypiając czujności.

- Dobrze. Zejdźmy na dół.

Yonan nie czekając na mnie wylądował jakby nigdy nic na chodniku w samym sercu miasta. Nie pozostało mi nic innego jak uczynić to samo. Spojrzenia mieszkańców planety były mieszane, od przerażenia do zainteresowania. Ponownie ukryłam swój ogon. Bulma nie pozwalała mi się z nim obchodzić tak jak mnie się podobało, to była część kary, jaką odbywałam po powrocie z przeszłości i przyszłości tejże przeszłości. Oboje spojrzeliśmy po sobie, jednak chłopak nie obnosił się agresją. Poprowadziłam go wzdłuż uliczek do jednego z parków, gdzie można było usiąść i na spokojnie porozmawiać. Tego chciał prawda? Co on kombinował? Kiedy znalazłam idealne miejsce - z dużą ilością drzew i krzewów z kwiatami oraz niewielką ilością ludzi stanęłam na wprost niego intensywnie się przyglądając. Ten nic sobie z tego nie zrobił. Usiadł na miękkiej trawie i spojrzał w niebo przysłonięte koronami drzew.

- Nie sądzisz, że tu pięknie? - Pierwszy przerwał milczenie

- Tak… - Mruknęłam.

Nie podobał mi się ten temat, nie chciałam rozmawiać o przyrodzie! Nie można było przejść od razu do rzeczy? Potrzebuję konkretów! To, z czym mogłabym się podzielić z innymi.

- Na twojej planecie nie było takich widoków, prawda?

- O co ci chodzi? - Warknęłam poirytowana - Nie przyszłam tu w tej sprawie!

Spojrzał na mnie przeszywającym wzrokiem. Ponownie zrobiło mi się gorąco…

- U mnie od lat wszystko było zamienione w technologie, nie było miejsca na drzewa i trawę - Powiedziałam jak w transie. Nie specjalnie chciałam o tym mówić.

- Czemu tak stoisz? - Był zdziwiony - Usiądź, nie zjem cię.

Akurat! To, po co się tutaj zjawiłeś przebiegły draniu! I te wszystkie sztuczki, które na mnie wyczyniasz… O co chodzi? Co się dzieje… Miałam mentlik w głowie. Niechętnie usiadłam w pobliżu Yonana i spojrzałam tempo w ziemię. Tak intensywnie się przyglądałam, że dostrzegłam maleńkie mrówki, które pracowały w pocie czoła.

- Jestem z Vitani, planety, która uległa zniszczeniu parę lat temu z rąk bestialskich stworzeni, które niszczyły wszystko na swojej drodze. Mówiono, że są podwładnymi straszliwego, ale to nie jest istotne - Kiedy opowiadał trząsł się jak osika - Zniszczyli wszystko i zasługują na te sam los. Szukałem ich wszędzie, kiedy wyrosłem na silnego, ale nie znalazłem ich. Była też wzmianka, że straszliwy się tutaj wybiera mając zatargi, ale słuch o nim zaginął. Postanowiłem sam sprawdzić, czy znajdę tu tych śmiałków.

- Mówisz o…

- O was, nikczemni Saiyanie - Warknął.

- Uspokój się - Przełknęłam ślinę - Są tu Saiyanie, którzy nie mogą być za to odpowiedzialni! Są ofiarami! Straszliwy nie żyje, został zabity przez nas. Już nikomu nie zagraża, a nazywał się Freezer.

- Nic nie rozumiesz?

- To ty nic nie rozumiesz chłopaczku! - Pisnęłam - Prawie wyginęliśmy z rąk tego potwora. Sam chciał mnie zabić wraz z planetą! Nie byliśmy jego przyjaciółmi a niewolnikami. Mój lud był wykorzystywany gdyż nie należał do słabszych. Mój lud był elitą!

- Twój lud był elitą… - Mruknął białowłosy - Jesteś dziedziczką?

- Jestem księżniczką Saiyan - Stanęłam dumnie wygłaszając swoje pochodzenie - I byłam tam, gdy grzebano nas żywcem. Gówno wiesz o nas!

- Ale się spinasz, księżniczko - Prychnął - Chciałaś wiedzieć, to masz.

Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, dało się wyczuć napiętą atmosferę. Zieleń drzew i trele ptaków, nie pomagały mi się rozluźnić. Ten, tu obrażał moją rasę. Nie mogłam mu tego od tak wybaczyć.

- Zatem przybyłeś nas zabić? - Ostrożnie zadałam pytanie - Bo ktoś zabił twój lud? Ktoś, kto prawdopodobnie teraz nie żyje?

- Nigdy nie zapomnę jego twarzy! - Poderwał się spoglądając głęboko w moje oczy - Gdy spotkam wszystkich będę wiedzieć, że nie ma tu tego, który wymordował. Póki, co, dla mnie ta osoba jest wśród was.

Po tych słowach przeszedł mnie zimny dreszcz. Tylko ja i Vegeta nie mieszkaliśmy tu większość swojego życia. Ja nie mogłam mieć z tym nic wspólnego. Nie kojarzyłam Vitani, nie byłam też specjalnie najeźdźcą, żyłam między Gyniu Force. Byle, czym ta grupa się nie zajmowała, a Vegeta? On mógłby się okazać tą osobą. Nie chciałam by do tego doszło. Nie chciałam ze względu na to, jaki był porywczy. Bałam się, że wyskoczy z motyką na słońce, wiele razy tak było. W głębi wierzyłam, że pomylił się, że to nie mógł być mój braciszek! Było tak wielu Saiyan, mógł to uczynić każdy. Każdy z polecenia… Sami od wieków nie pacyfikowaliśmy światów, nie były nam potrzebne.

- Poza mną nie ma nikogo z tych czasów - Przekonywała go - Jeden przybył tu mając parę miesięcy, inni to Saiyanie tylko w połowie. Nie byli w stanie ci zagrozić. Ja jestem tu od niedawna, ale byś już wiedział, że to ja gdyby tak było.

Yonan nie dawał się przekonać, choć starałam się za wszelką cenę. Tak bardzo nie chciałam rozpętać tej wojny. Chęć pojedynkowania się uleciała gdzieś w kosmos. Bałam się o brata. O jedyną istotę, która mi pozostała.

- Mam nadzieję, że mnie nie oszukujesz - Ostrzegał kiwając palcem - Bo jeśli tak, będziesz mieć nieprzyjemności.

- Nie boję się ciebie! - Prychnęłam - Jeśli będę musiała, zabije cię.

- Ciekaw jestem czy naprawdę jesteś tak silna, czy tylko się zgrywasz, księżniczko.

Długo staliśmy w milczeniu. To spoglądaliśmy na siebie, to na przechodniów czy roślinność. Nieopodal bawiły się dwie małe dziewczynki z psem, wesoło nawołując. Rzucały mu patykiem, a ten z uniesioną głową przynosił go im pod nogi.

- Tak tu spokojnie - Zabrał głos - Aż dziw, że nie są niczego świadomi.

- To miernoty - Westchnęłam - Myślą, że nie ma cywilizacji we wszechświecie, z wyjątkami.

- Huh? - Zainteresował się. Miałam chwilę do namysłu.

- No wiesz, uczyłam się ostatnio trochę o tej cywilizacji i nie mają pokaźnej wiedzy - Rozwinęłam temat mówiąc niedbale - Nie potrafią sami latać, nie mają pojęcia o KI. Jedynie gdzie lecą w kosmos to na księżyc, ich satelitę.

Chłopak się roześmiał, a wraz z nim ja, tyle, że raczej nerwowo. Wolałam nie tracić czujności, nie mogłam usnąć. Już raz zapłaciłam za nią sporą sumę, na szczęście bez ofiar. Kiedy Yonan się uspokoił poprawił włosy opadające na twarz i założył za ucho.

- Słuchaj - Zagaił obejmując mnie lewą ręką i delikatnie klepiąc po ramieniu.

Zszokowana powędrowałam wzrokiem do dłoni, a po chwili odskoczyłam niczym oparzona. Co on robił?! Cóż za bezczelna zuchwałość. Jakbym się jeszcze o to prosiła…

- Spokojnie księżniczko - Uniósł dłonie nad twarz w obronnym geście - Chciałem jedynie cię pocieszyć.

- Pocieszyć?! - Zdębiałam - Będę szczęśliwa kiedy swoje zacne dupsko zabierzesz z tej planety - Powoli dosięgała mnie furia - Albo jeszcze lepiej! Kiedy zmielę cię w papkę.

- Żebym to ja nie zmielił ciebie, księżniczko - Zadrwił.

Doprowadzał mnie do szału! Za każdym razem gdy wypowiadał mój tytuł przez ciało przechodziły mnie dreszcze. Chyba zdążyłam się przyzwyczaić do tego, że nikt mnie tak nie nazywał. Choć… Mimo wszystko zawsze w ten sposób przedstawiałam swoją osobę. Z podenerwowania nie potrafiłam kontrolować mocy więc moje KI znacznie wzrosło. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Albo teraz, albo nigdy. Uderzyłam szybkim ruchem białowłosego w twarz, lecz ten ku mojemu zaskoczeniu zablokował go. Przecież to on miał być zaskoczony! Zdradziła mnie energia… Skarciłam się w duchu.

- Koniec - Uśmiechnął się serdecznie - Lecę odszukać tego mordercę. Nie przeszkadzaj mi, dobrze ci radzę.

Odleciał tak nagle, zostawił mnie samą sobie. Stałam jak ten słup soli wpatrując się w miejsce w którym przed chwilą stał. Przetrawiłam jego słowa i w momencie doszło do mnie co zrobiłam, a raczej czego nie zrobiłam.

- Dokąd to - Warknęłam - Nie uciekniesz mi draniu…

Wystartowałam z zawrotną prędkością by dogonić uciekiniera. Gdy tylko go dostrzegłam wystrzeliłam pocisk by tylko się zatrzymał. Dostał w plecy. Odwrócił się gniewnie na mnie łypiąc. Cała ta słodka maska gdzieś przepadła.

- Chciałem cię oszczędzić, bo jesteś taka słodka, księżniczko - Westchnął - Ale nie dajesz mi wyboru, muszę i ciebie zabić.

- O niczym innym nie marzę - Fuknęłam - Walczmy!

Nie trzeba było mu tego dwa razy powtarzać. W sekundę ruszył na mnie z taką agresją! Nie spodziewałam się tak szybkiej reakcji. Nie zdążyłam się nawet przygotować do tego natarcia. Uderzył mnie całym sobą w brzuch, aż odleciałam na dobre parę metrów w tył zwracając przy tym śniadanie. Otarłam usta z wymiocin i śliny po czym ruszyłam do kontrataku. Nastąpiła szybka wymiana ciosów. Starałam się odparowywać i unikać ataki, lecz ten okazał się znacznie szybszy niż mogłam przypuszczać. Musiałam przejść na wyższy poziom. Uczyniłam to bardzo zgrabnie zaskakując tym samym przeciwnika. To było do przewidzenia. Aura złota, która mnie okalała wprawiła Yonana w ogromne zainteresowanie. Dlaczego się nie przestraszył? Wiadome było, że nie mógł słyszeć o złotowłosych żołnierzach, a jedynie o armii małp, które niszczą wszystko wokoło.

- No proszę, cóż za zmiana kreacji - Zakpił - Dla mnie się tak uszykowałaś, księżniczko?

- Przestań mnie drażnić! - Warknęłam.

Księżniczko, księżniczko, księżniczko… Z jego ust nienawidziłam swojego tytułu. Brzmiał tak odrażająco! Irytował mnie również fakt, że nie zrobiłam na nim specjalnego wrażenia. Nawet to, że moja moc stała się dużo wyższa… Dlaczego? Rzuciłam się na niego ze zdwojoną siłą. Teraz dużo szybsza. Nie miałam już problemów z unikami. Yonan w końcu był pod wrażeniem. Nie sądził, że baba może się tak bić i poruszać. Miałam jeszcze przecież asa w rękawie, ale wolałam zachować go na później. Że też nie miałam przy sobie mandarkery! Mogłabym go postraszyć formą cienia, bądź całkowicie zniknąć i szpiegować, ale było już za późno. Takie rzeczy powinnam nosić zawsze przy sobie. Bez względu na to czy panował pokój czy nie. Niestety parę lat ciszy osłabiło moją czujność i odstawiłam priorytety na dalszy plan. Nie spodziewać się ataku? Szczyt głupoty. Vegeta by mnie wyśmiał… Sama sobie plułam w twarz. Tyle dobrze, że nigdy nie zaprzestałam treningów i systematycznie po wysiłku umysłowym, który zadawała mi Bulma i jej opłaceni uczeni zabierałam się za ostry wysiłek fizyczny. Miałam z tego satysfakcję, że jestem silniejsza od brata. Teraz przynajmniej nie mógł mi zabronić walczyć ze złem. Byłam równie potrzebna.

Białowłosy wystrzelił potężną kulą energii w moją stronę. Krzyżując ręce przed twarzą chciałam zablokować pocisk. Oczywiście udało mi się to uczynić lecz sił uderzenia była tak wielka, że w pobliskim drapaczu chmur pękły wszystkie szyby i rozległ się paniczny krzyk mieszkańców miasta. Yonan zaczął ostrzeliwać mnie z taką zaciętością, że musiałam uciekać to w lewo, to w prawo. Czasem gubiłam się w rozeznaniu i przyjmowałam pociski na siebie. Te, które mnie nie dosięgały rozwalały budynki, w ogóle całą okolicę. Przerażenie ludzi było doskonale słyszalne. Denerwowało mnie to, że nie mogłam zabrać natręta poza miasto. Ilekroć próbowałam albo zagradzał mi drogę, albo zostawał w mieście czekając aż łaskawie wrócę, w tym czasie mordując nieszczęsnych ziemian. Dla niego było to idealne miejsce do walki. Że też nie pozwoliłam mu odlecieć kiedy była okazja. Nie! Oczywiście musiałam się tak napalić na walkę, że zapomniałam o bożym świecie. Tak, Saro zawiodłaś tych ludzi na dole, teraz słuchaj jak się panicznie boją.

- Marnujesz mój cenny czas - Mruknął przysuwając się bliżej mojej twarzy - Szkoda, że muszę cię zabić, jesteś taka urocza.

Zacisnęłam wściekle usta nie wypowiadając ani jednego słowa. Łapałam głębokie wdechy chcąc się odrobinę opanować. Musiałam szybko coś wymyślić. Gdyby tu byli inni…

- Jeśli cokolwiek mi się stanie wiedz, że zostanę pomszczona - Uśmiechnęłam się niechętnie - Nic nie ujdzie innym uwadze.

- Skoro tak uważasz… Jeżeli nigdy nie żałowałaś, że nie żyjesz, to dziś jest ten dzień - Warknął - Dałem ci szansę, księżniczko! Jednak niczym się nie różnisz od tamtych!

Tak naprawdę nie wiedziałam, co nim kierowało i gdzie nauczył się tak walczyć. Wiedziałam jedno, był pewien tego, co mówi, wierzył, że to, co robi jest słuszne. Determinacja, jaką pokazał przypominała mi, że nie tylko ja w obliczu zemsty potrafię wykazać się ponadprzeciętną siłą. Zastanawiające jednak było to, że nikt nie przyleciał do mnie. Nikt nie wyczuwał wroga? A może jego siła była zbyt niska by interweniować? Jednak tacy ludzie jak Kuririn, Yamcha czy Tenshin lubili obserwować dobre walki, nawet jeśli nie byli w stanie sami niczego wskórać.

Wzięłam głęboki wdech i skumulowałam sporą dawkę energii. Szkarłatna wiązka szybko powędrowała do przeciwnika. Zablokował cios krzyżując ręce. Nie przerywając pocisku nacierałam na Yonana chcąc go zepchnąć. Powoli osuwał się w tył aż w końcu wylądował w wieżowcu. Ten załamał się przysypując delikwenta. Nie czekając ani chwili posłałam jeszcze paręnaście mniejszych kul. Odsapnęłam, a kiedy opadł pył przyglądałam się uważnie zgliszczom. Wiedziałam, że żyje, czułam go wyraźnie, ale mimo to oszołomiona wpatrywałam się w niego kiedy wyskoczył z gruzów bez specjalnego zadrapania.

- Muszę przyznać, że jesteś dobry - Sapnęłam ocierając pot z czoła.

- A ja tobie, że jesteś twarda - Odrzekł otrzepując pył z kombinezonu - Brawo księżniczko.

- Sara - Jęknęłam - Mów mi po prostu Sara.

- A już myślałem, że nie masz imienia, księżniczko - Zaśmiał się.

Ściągnęłam usta ciskając w niego błyskawicami.

- A tak, Sara.

Popołudnie już minęło, zbierało się na wieczór. Powoli słońce przygasało momentami oślepiając promieniami odbitymi z okien. Walka trwała jakieś dwie godziny, a ja niczego nie wskórałam. Miasto powoli zamieniało się w ruinę, a po wojownikach nie było śladu. Żałowałam, że nie potrafię komunikować się za pomocą myśli. Ten, z którym walczyłam był piekielnie dobry, ale i ja nie pokazałam wszystkiego. Jednak nie chciałam przedwcześnie przechodzić na drugi poziom. Musiałam go przecież najpierw trochę zmęczyć!

- To teraz na serio - Zawołał Yonan - Trening był świetny, ale pora na prawdziwą walkę. Czas kończyć, śpieszę się!

Usłyszawszy to oniemiałam. Trening? Jak to?! Nie dostał nawet zadyszki, a ja owszem. Od czasu do czasu piekło mnie ramię i już zdążyłam je dobrze podrapać w chwilach wytchnienia. Czułam się nieco słabsza, dyszałam, a pot spływał ze mnie strugami. Czułam się jak w koszmarze! Miałam teraz tylko cichą nadzieję, że to wszystko zły sen i zaraz się obudzę.

Muzyka

Nie zdążyłam przygotować się na jego cios. Walnął mnie w twarz pięścią, następnie z kolana w brzuch. Zgięta w pół nie byłam w stanie uchylić się przed atakiem w głowę. Runęłam w dół i wpadłam do basenu przeciwpożarowego z taką siłą, że wgniotłam się dużo głębiej niż jego dno. Woda rozbryznęła się na wszystkie strony. W chwili, gdy brakowało mi powietrza wynurzyłam się spod resztek wody głośno nabierając powietrza. Rozkaszlałam się z ledwością wychodząc na brzeg. Z rozcięcia na głowie gęsto sączyła się krew. Dawno nikt mnie tak nie poturbował. Ostatni raz dostałam takie baty od Freezera na własne życzenie, gdy cofnęłam się w czasie. Musiałam przyznać, że była to piękna walka, dla takich warto żyć. Przecież nie mogłam jej przegrać! Wiedziałam, że za pomocą kryształowych kul wskrzesiliby mnie, jednak fakt śmierci mnie przerażał. Wygramoliłam się w końcu ze zbiornika, wyplułam resztki nabranej wody. Wyszukałam przeciwnika, a gdy go zobaczyłam przeraziłam się niemal, że na śmierć. Zbierał nad głową ogromną kulę mocy iskrzyła się niesamowicie. Nie zdążyłam nawet nic powiedzieć, kiedy wycelował ją we mnie. Przełknęłam głośno ślinę zasłaniając ciało przed atakiem. Poczułam ogromne szarpnięcie przeszywające moje ciało.

- Żegnaj, księżniczko Saro…

Krzyki i wybuch…

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.