Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Teoria Chaosu

13. Pierwsze wyjście z mroku

Autor:erravi
Serie:Slayers
Gatunki:Dramat, Fantasy, Mroczne, Przygodowe, Romans
Dodany:2017-02-19 01:14:26
Aktualizowany:2017-02-19 01:14:26


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Zabraniam kopiowania treści bez mojej wcześniejszej zgody.


Przeszywający chłód obudził Amelię i sprawił, że z jej ustwydobyły się kłęby białej pary. Podniosła się z twardej posadzki i otuliła ramionami przysuwając jednocześnie kolana do piersi. Cicho ziewnęła i powoli spojrzała na swoich towarzyszy. Lina spała twardym snem, co jakiś czas pochrapując i przekręcając się niespokojnie, natomiast biedny Gourry, pełnił rolę jej poduszki. Zelgadis leżał dalej od nich, zwrócony w kierunku ściany więc Amelia nie mogła zobaczyć jego twarzy. Tylko spokojny, regularny ruch klatki piersiowej potwierdzał, że Zel pogrążony jest we śnie. Dziewczyna nie wiedziała, która jest godzina, ani nawet ile dni minęło odkąd wyruszyli w drogę. Mieszkając w świątyni granice czasu ustalał zakres obowiązków, tu natomiast dzień i noc zlewał się w jedną, płynną całość. Wszystko dlatego, że niebo ciągle pokrywała ta sama, gęsta warstwa czarnych chmur. Na szlaku, którym podążali nigdy nie wschodziło słońce, pozostawała tylko nieustępująca ciemność. Korzystając z chwili prywatności Amelia postanowiła obejrzeć swoje nadgarstki. Delikatnie rozwiązała bandaże, które zdążyły już się przykleić do krwawiącej rany. Całość nie wyglądała zbyt dobrze. Dwie dość długie szramy, z których delikatnie sączyła się krew wymieszana z ropą. W dodatku każdy gwałtowniejszy ruch dłonią potęgował ból. Czarnowłosa westchnęła załamana. Ma te rany już od roku, a one za nic nie chcą się zagoić. Czyżby wykonała je jakimś magicznym ostrzem? A może miało to związek zupełnie z czymś innym? Amelia nie wiedziała i zdecydowała się zostawić ten temat do czasu, aż bezpiecznie dotrą do innego filaru. Odpędzając ponure myśli zaczęła szukać w swojej torbie nowych bandaży. Nawet nie zauważyła kiedy ktoś podsunął jej czysty opatrunek pod nos. Zdziwiona odskoczyła i natychmiast odwróciła się w kierunku obcej ręki.

- Zelgadis? - sapnęła zdziwiona - Myślałam, że śpisz - stwierdziła szeptem nie chcąc obudzić Liny i Gourry’ego.

- Jakoś nie mogłem spać - odpowiedział cicho, ponownie podając jej bandaże - Miałem je w swojej torbie - wyjaśnił. Oczywiście nie zamierzał mówić Amelii dlaczego źle spał. Nie zamierzał mówić, że dopiero co dowiedział się, że pochodzi z innego filaru, jest posiadaczem legendarnej broni, którą musi natychmiast zabrać jak najdalej stąd i że pierwsze pięć lat jego wspomnień zostało zafałszowanych. Poczuł się naprawdę żałosny, gdy o tym wszystkim pomyślał.

- Dziękuje - głos Amelii wyrwał go z rozmyślań. Dziewczyna wzięła bandaże i zaczęła opatrywać swoje rany. Ponieważ była praworęczna z lewym nadgarstkiem poszło dość sprawnie, gorzej miała się sytuacja przy drugim. Amelia nieporadnie próbowała zawiązać opatrunek, który co chwila wypadał jej z ręki.

- Mogę? - zapytał Zel uśmiechając się pobłażliwie nawidok kolejnych, nieudanych prób. Czarnowłosa tylko westchnęła i wystawiła posłusznie rękę pozwalając się opatrzyć.

- Co teraz? - zapytała Amelia, gdy Zelgadis kończył poprawiać opatrunek pierwszej ręki.

- Teraz dokończę opatrywać drugi nadgarstek - odpowiedział zdziwiony jej pytaniem.

- Nie, nie - roześmiała się Amelia - Miałam na myśli co teraz ogólnie. Będziemy szukać tej wiedźmy?

- Ach - mruknął zrozumiawszy wcześniejsze pytanie - Tak, myślę, że nie mamy dużego wyboru - stwierdził przypominając sobie słowa Nirali.

- A co z Kireiem, Mayą…? - zapytała, a jej twarz nagle posmutniała.

- Obawiam się Amelio, że w tej podróży możemy liczyć już tylko na siebie - odpowiedział i spojrzał jej głęboko w oczy. W końcu speszona jego spojrzeniem odwróciła wzrok. Coś jednak zostało ze starej Amelii…

- Tęsknie za nimi… - szepnęła po chwili, ale nie zdążyłanic więcej dodać, bo zza jej pleców zabrzmiało głośne ziewnięcie Gourry’ego.

- O, już nie śpicie? - odezwał się blondyn akurat w momencie, gdy Zelgadis uporał się ostatecznie z bandażami.

- Lepiej obudź Linę i wyruszajmy w drogę. Przez to całe zamieszanie w nocy i tak przespaliśmy pół dnia - stwierdził ostrym tonem i zaczął zbierać ich rzeczy. Amelia aż zadrżała na tak nagłą zmianę w jego głosie.

Obudzona przez Gourry’ego Lina z niezadowoleniem otworzyła oczy.

- W normalnych okolicznościach powiedziałabym, mamo jeszcze pięć minut, ale wcale nie mam ochoty zostawać tu dłużej niż to konieczne - zażartowała i bez zbędnego marudzenia ruda także zaczęła szykować się do dalszej podróży.

- Jaki mamy plan? - zapytał Gourry, gdy wszyscy byli już spakowani.

Zelgadis zastanowił się chwilę. Właściwie nie mieli żadnego planu. Sami nie wiedzą jak odnaleźć Acedie, jedyne co im pozostało to liczyć, że Nirali go nie wystawi i dotrzyma obietnicy. Będzie musiał uważnie wypatrywać wszystkich drogowskazów pozostawionych przez dziewczynę.

- Spokojnie, wiem co robić - powiedział z pewnością w głosie, choć to wcale nie była prawda. Nikt nie miał własnego planu to też nikt nie kwestionował słów Zelgadisa i powoli ruszyli do wyjścia.

Kiedy spojrzało się na okolicę można było doznać wrażenia, że piąty filar wciąż przeżywa ten sam dzień od nowa. Niezmieniająca się pogoda, niebo wiecznie osnute czarnym dymem. Zniszczone budowle, w których dawno umarło życie i wciąż tak samo podzwaniające łańcuchy, które okalały cały krajobraz.J edynie unoszące się przed oczyma drobiny kurzu świadczyły o zmienności otoczenia. Wszystko było niesamowicie przygnębiające. Gdy czwórka towarzyszy wyszła z ruin dawnego domu Zelgadis rozejrzał się uważnie w poszukiwaniu pierwszego znaku. Dostrzegł go niemal od razu i uśmiechnął się ironicznie sam do siebie. Spodziewał się czegoś bardziej wyszukanego, tymczasem na jednej ze ścian budynku po lewej przybite było kolejne zdjęcie jego rodziców. Nikt poza nim z pewnością nie zwrócił na nie nawet uwagi. Nie wyjaśniając nic pozostałym po prostu ruszył w tamtym kierunku. Postanowił nie mówić przyjaciołom o spotkaniu Nirali więc nie mógł też powiedzieć, że to ona zostawia mu wskazówki.

- Zel, skąd wiesz gdzie mamy iść? - zapytała nagle Lina czytając w jego myślach.

Zastanowił się chwilę zanim odpowiedział. Wciąż nie uważał żeby dobrym pomysłem było mówienie im o Nirali. Postanowił skłamać.

- Gdy wczoraj zniknąłem spotkałem grupę cywili, to od nich mam informację - wiedział, że Lina uwierzy, w końcu był perfekcyjnym kłamcą. Rudowłosa przyjrzała mu się chwilę i w odpowiedzi mruknęła coś niezrozumiale. To był koniec tematu, pomyślał i uśmiechnął się ironicznie.

Idąc, czwórka towarzyszy starała się trzymać blisko budynków, niezbyt bezpiecznie byłoby się wystawiać na widok, na samym środku drogi. W końcu nie wiadomo, co za zło czaiło się w mrokach gruzowisk. Zelgadis rozglądał się uważnie wyszukując kolejnych wskazówek od Nirali przy okazji miecz trzymał cały czas w pogotowiu. Na wszelki wypadek, jak powtarzał sam sobie. Nie było trudno, Nirali zostawiała bardzo wyraźne do odczytania wskazówki. Oczywiście nikt poza Zelgadisem nie zwracał na nie nawet uwagi.

- Szz! Słyszycie to? - Lina zatrzymała się gwałtownie i spojrzała w tył, w kierunku, z którego przyszli.

Kilkanaście metrów za nimi, w jednym z okiem budynku, poruszyła się właśnie jakaś postać. Wcześniej dało się słyszeć odgłos zbitej szyby. Niestety z tej odległości nie byli w stanie ocenić wyglądu tej osoby, o ile to wogóle była osoba. Postać stała w oknie patrząc w ich kierunku, a po chwili zniknęła za framugą. Odruchowo Zelgadis przyciągnął Amelię bliżej siebie. Czyżby ten ktoś zamierzał wyjść do nich i się przywitać? Gourry wyciągnął miecz pożyczony od Liny i stanął u boku rudowłosej.

- Lina, co teraz? Idziemy dalej? -zapytał blondyn wciąż trzymając broń w pogotowiu.

- Myślę,że to jest twoja odpowiedź - odpowiedziała i z napięciem wpatrywała się w stronę oddalonego budynku, z którego właśnie wyszła owa postać i lekkim krokiem zmierzała w ich kierunku.

Z każdym kolejnym metrem rysy były coraz wyraźniejsze. Był to młodzieniec, dwudziestokilkuletni, o przeraźliwie czerwonych oczach, które już z oddali zdawały się promieniować i włosach w kolorze smoły. Twarz miał wykrzywioną złośliwym uśmieszkiem. Zelgadis starał się pozostać opanowany. Czy to kolejny Nieumarły? Jego rozważania wyprzedził głos Gourry’ego.

- Ej, ty tam! - zawołał blondyn wymachując mieczem - Stój!

Na te słowa czarnowłosy zatrzymał się, był jakieś dziesięć metrów od nich. Przekrzywił lekko głowę i spojrzał na nich swoimi krwawymi oczami. Uśmiechnął się paskudnie i postąpił kolejny krok do przodu.

- Taki nędzny robal jak ty, nie będzie mi mówił, co mam robić - odpowiedział na tyle głośno, aby go usłyszeli. Jego głos był szorstki i pełen gniewu.

-Robal? - powtórzył Gourry z rozbawieniem - Wybacz kolego, ale jedyna osoba, która ma prawo się tak do mnie odzywać stoi obok i nie jesteś nią ty! - rzucił się biegiem w stronę przybysza z zamiarem zaatakowania. Kiedy jednak zamachnął się żeby zadać cios, czarnowłosy wystawił rękę i złapał ostrze miecza w połowie drogi. Zaskoczony Gourry zastygł w bezruchu, tymczasem nieznajomy ziewnął ostentacyjnie po czym z dużo siłą, kopnięciem odrzucił Gourry’ego od siebie.

- Gourry! - wrzasnęła Lina i zgrzytnęła zębami z wściekłości kiedy jej przyjaciel wylądował trzy metry od czarnowłosego nieznajomego - Kim jesteś, czego chcesz?! - wrzasnęła nie ruszając się z miejsca.

-Ja? - chłopak wydawał się naprawdę rozbawiony - Twój mały rozumek nie będzie w stanie nawet pojąć tego kim jestem -zaśmiał się diabolicznie, po czym nagle umilkł i spojrzał wprost na Amelię, zupełnie ignorując pozostałych - Szukałem cię. Kluczyku… - powiedział chłodno i ruszył powoli w stronę Amelii. Z każdym jego krokiem Lina, Amelia i Zel cofali się o krok do tyłu - Przez jakiś czas myśleliśmy, że nie żyjesz, a tu proszę! Nasi milusińscy informują nas, że ukrywasz się razem z resztą niedobitków. Zdziwiłabyś się kochanie, ilu spośród waszych szeregów pracuje dla nas. Niestety, ten cały wasz przywódca… - wypluł z obrzydzeniem ostatnie słowo - Dobrze cię chronił przez ostatni rok, nie ma co… - zacmokał z udawanym uznaniem - Potem otworzono przejście i zaczęło się robić ciekawie… - rzucił okiem na Zela i zamierzał kontynuować, gdy jak z podziemi za jego plecami pojawił się Gourry z zamiarem wbicia mu miecza w plecy. Czarnowłosy tylko pokręcił głową i przystanął krzyżując ramiona na piersi. Gdy Gourry zamachnął się, miecz odbił się niczym piłka i odrzucił blondyna w tył.

- Zaczynacie się robić nudni -pokręcił przecząco głową z rozbawieniem - Wy mnie nie interesujecie, przyszedłem po nią - znowu spojrzał na Amelię z ironicznym uśmiechem.

- Zapomnij bydlaku! - rzucił z wściekłością Zelgadis i stanął przed Amelią - Po moim trupie… - dodał chłodnym, nieugiętym tonem.

- Skoro sobie tego życzysz… - czarnowłosy uśmiechnął się sarkastycznie i rzucił w stronę Zela…

Czas nagle zwolnił, na moment zniknęły wszystkie dźwięki, a świat wydawał się niesamowicie ociężały. Tylko bicie serca zdawało się stale przyspieszać i dudniło głośno w uszach. Zelgadis miał wrażenie, że trwało to naprawdę bardzo długo zanim czarnowłosy ruszył się z miejsca. W rzeczywistości nie zajęło mu to dłużej niż dwa, trzy krótkie oddechy. Zel zdążył jedynie się odwrócić i jednym stanowczym ruchem odepchnął Amelię w tył, w stronę Liny.

- Jazda! Zabierz ją stąd! - wrzasnął przełamując dziwne otępienie, które jeszcze chwilę temu go otoczyło. Lina natychmiast chwyciła zszokowaną dziewczynę za rękę i pognała ciągnąc ją za sobą w stronę budynków na końcu ulicy.

Zelgadis popatrzył z nadzieją za uciekającą dwójką, ale nim zdążył ponownie spojrzeć na przeciwnika silny cios w plecy powalił go na kolana. Upadając przegryzł dolną wargę,metaliczny smak krwi rozlał mu się w ustach.

- Zelgadis! - Gourry wrzasnął gdzieś za jego plecami - Zostaw go gnoju!

Zel wypluł resztki krwi i ocierając usta rękawem szybko podniósł się z ziemi, jednocześnie sięgając po miecz. Chłopak o kruczych włosach stał przed nim zupełnie niewzruszony, a jego czerwone oczy z pewnością nie mogły należeć do człowieka. Gourry stał parę kroków za plecami owego nieznajomego - gotowy do walki.


***


Lina biegła najszybciej jak tylko mogła, jedyne co miała w głowie to ukryć Amelię w bezpiecznym miejscu. Ciągnęła dziewczynę za sobą nie zwracając nawet uwagi na jej protesty. Musiała jak najszybciej ją odstawić, żeby… wrócić. To oczywiste, że nie zostawi przyjaciół na pastwę losu. Gourry, przecież… nawet nie miał własnego miecza. Gdyby Amelia nie była w tej grze tak ważna, prawdopodobnie Lina w ogóle nie ruszyła by się z miejsca. Wzięła głęboki wdech i ze zdenerwowaniem stwierdziła, że są już wystarczająco daleko. Odgłosy walki i krzyki były praktycznie niesłyszalne z tej odległości.

- Lina! Nie możemy ich tak zostawić!- zaprotestowała Amelia za plecami rudowłosej, wciąż trzymana za rękę.

- Nie mam w planach nikogo zostawiać, muszę tylko gdzieś cię ukryć - odpowiedziała szybko i oparła dziewczynę o ścianę najbliższego domu - Wejdziesz do środka i zaczekasz tam na nas, jasne? - zapytała ściskając czarnowłosą za ramiona.

- Nie! Nie ma mowy! Nie myślisz chyba, że wszyscy pójdziecie walczyć za mnie, a ja będę tu bezczynnie czekać! - wrzasnęła Amelia próbując wyrwać się z uścisku Liny.

- Słuchaj no, księżniczko! - oczy Liny błysnęły groźnie - Poczekasz tutaj czy tego chcesz, czy nie! I nic mnie nie obchodzi co sobie myślisz! Zel kazał cię stamtąd zabrać więc to zrobiłam, swoje zadanie wykonałam. Poza tym, pomyśl… jakie ty możesz mieć szansę w walce? To nie jakaś pierdolona zabawa! Prędzej gościu cię zabije, czy zrobi z tobą to co chciał, a całe nasze poświęcenie pójdzie na marne. Poświęcenie wszystkich pójdzie na marne! Nie rozumiesz?! Taka osoba jak ty będzie dla nas tylko problemem! - Lina rzuciła Amelii ostatnie gniewne spojrzenie i pobiegła wzdłuż ulicy wracając na miejsce walki.

Amelia spojrzała za odbiegającą towarzyszką. Wciąż trawiła dopiero co wypowiedziane słowa, które wisiały teraz w przestrzeni wokół niej. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić jej nogi stały się ciężkie niczym z betonu, a gardło ścisnęła niewidzialna dłoń. Nie potrafiła ruszyć się z miejsca. Dopiero, gdy Lina zniknęła z pola widzenia, pierwsza łza spłynęła po policzku księżniczki, a za nią kilka kolejnych i kolejnych. Osunęła się po ścianie i skulona zakryła twarz dłońmi. Czy naprawdę jest dla nich tylko problemem? Czy tylko im przeszkadza? Fala poczucia winy ogarnęła umysł Amelii, tego wszystkiego było zbyt wiele. Od samego początku każdy starał się ją chronić za wszelką cenę. Rei… tak wiele dla niej poświęcił, podobnie jak teraz Lina, wszyscy pozostali. A ona sama? Przez ten cały czas bezpiecznie ukrywała się w ich cieniu. Amelia podniosła głowę i otarła załzawione oczy. Podjęła już decyzję. Sama odnajdzie wiedźmę nie narażając nikogo więcej na niebezpieczeństwo.


***


Kolejny pocisk energii rąbnął w betonowy mur, za którym ukryli się Zelgadis i Gourry. Była to pozostałość po jakimś budynku mieszkalnym. Huk był na tyle ogłuszający, że każdy z nich musiał zakryć uszy. Na domiar złego z każdym następnym uderzeniem odłamki ściany posypywały się na ulicę. To było tylko kwestią czasu kiedy ściana przestanie w ogóle istnieć. Czerwonooki oprawca najwyraźniej miał z całej tej sytuacji niezły ubaw, bo co chwilę dało się słyszeć jego szaleńczy śmiech.

- Nie mamy szans… - mruknął Gourry w krótkiej przerwie między uderzeniami i spojrzał na chimerę.

Faktycznie, nie mieli wielkich szans. Sami przeciwko psychopacie, który władał silną magią, a oni mieli w rękach tylko miecze. Zelgadis zmarszczył brwi, byli w potrzasku.

- Musimy spróbować - powiedział po chwili, przekonując sam siebie, że to jedyne wyjście jakie im zostało - Chyba, że… - miał już zaproponować ucieczkę, gdy jego słowa przerwał znajomy krzyk. Wszędzie by poznał ten głos - to Lina.

- Chyba mam waszą zgubę… Jeśli nie chcecie żebym poderżnął jej gardło, lepiej się pokażcie. Znudziła mi się już zabawa z wami - chłodny głos nie pozostawiał żadnych złudzeń, znaleźli się na straconej pozycji.

- Lina! - Gourry natychmiast zerwał się z miejsca i wybiegł z ich kryjówki. Zelgadis przeklął cicho, ale nie pozostało mu nic innego… Gdy wyszedł na ulicę miecz trzymał nisko, a jedną dłoń uniósł w górze w geście bezbronności. Czarnowłosy trzymał przed sobą Linę niczym tarczę, a jedną dłoń przyciskał do jej gardła.

-W końcu… gdzie jest dziewczyna?! - zabrzmiał nieznajomy i wzmocnił uścisk wokół Liny, na tyle mocno, że ta jęknęła z bólu.

- Jeśli jej coś zrobisz, to przysięgam… - Gourry ledwo stał w jednym miejscu, ściskał miecz tak mocno, jakby od tego zależało jego własne życie. Cóż, być może zależało…

- Mam dziś dobry humor. Puszczę was wolno w zamian za dziewczynę - czarnowłosy wzruszył leniwie ramionami - Oczywiście mogę was zabić, ale po co robić tyle brudu - dokończył w sposób, którym oznajmia się oczywiste fakty.

Zelgadis spojrzał w oczy Liny i przez chwilę mógłby przysiądz, że ta kiwnęła mu głową. Zupełnie, jakby chciała utwierdzić go w najgorszych obawach. Speszony spojrzał na Gourry’ego tylko po to, by napotkać wzrok przyjaciela oczekujący decyzji, którą blondyn sam już podjął. Lina była dla Gourry’ego znacznie ważniejsza niż Amelia, on, a nawet cały popierdolony świat jaki znali. W tej sytuacji był naprawdę bezradny. A teraz nawet nie wiedział gdzie ukryła się Amelia, choć gdyby wiedział i tak by to nic nie zmieniło. Nie zamierzał jej wydać.

- Ja… - zaczął Zelgadis patrząc na nieznajomego, gdy nagle budynek obok wyleciał w powietrze z wielkim hukiem.

Zdezorientowany skulił się i zakrył dłońmi głowę. Kawałki gruzu spadały z nieba, a w powietrze uniosły się kłęby dławiącego dymu. Niespodziewanie ktoś chwycił go za ramie, spojrzał w górę i zobaczył przed sobą Mayę. Szarpnęła go z ziemi i poprowadziła dalej od miejsca wybuchu, ani na moment nie zwalniając uścisku. Gdy pył w końcu opadł, Zelgadis zobaczył Linę i Gourry’ego, przy których boku stał Daiki, na co odetchnął z ulgą. Najwyraźniej w całym tym zamieszaniu Lina musiała się wyrwać i uciec. Jednak za plecami Zela rozgrywała się znacznie ciekawsza scena. Czarnowłosy napastnik stał otoczony przez świetlisty krąg, który co najdziwniejsze, miał swój początek w dłoniach Kireia. Rei klęczał na ziemi przed czerwonookim, a krople potu co chwilę skapywały na uliczny bruk. Nieznajomy stojący w kręgu wił się i wrzeszczał, ale najwyraźniej nie mógł z niego wyjść. Tamaki stał tuż za plecami Kireia, a obok niego ta dziwna dziewczyna o czarnych włosach - Lillya. Zelgadis w milczeniu przyglądał się całej scenie. Po chwili Tamaki przytaknął na co Lillya zrobiła mały krok wprzód. Wyciągnęła swoje kościste dłonie i delikatnie dotknęła świetlistej powłoki. Przymknęła oczy i niespodziewanie powłoka zaczęła mętnieć, robiła się coraz czarniejsza i czarniejsza, a nieznajomy w środku wydawał się ledwo to wytrzymywać. W jego czerwonych oczach było prawdziwe przerażenie, choć Zelgadis nie wiedział, co takiego właśnie się z nim działo.

- To demon - burknęła Maya stojąca obok niego.

- Demon? Jak rozumiem jeden z kilku? - zapytał w odpowiedzi.

- Skąd wiesz? - zapytała zaskoczona i zmierzyła go przeszywającym spojrzeniem.

- O tym, że jest więcej niż jeden demon? - prychnął pogardliwie - Mam swoje źródła -dodał po chwili i wrócił wzrokiem do Lilly.

Demon wrzeszczał jak oszalały i za wszelką cenę starał się uwolnić. Po chwili stało się coś czego Zel nigdy by nawet nie oczekiwał. Z pleców chłopaka, a raczej demona, zaczęły wyrastać ogromne, czarne skrzydła. Gdy w końcu rozpostarł je w pełni bariera pękła niczym ze szkła, a trójka stojąca przy niej została gwałtownie odrzucona w tył. Demon zawył wściekle po czym uniósł się w powietrze i odleciał. Zelgadis zszokowany spojrzał na Mayę, jednak ta wydawała się być niewzruszona.

- Zawsze się to tak kończy - powiedziała w odpowiedzi na jego myśli - Choć teraz dzięki Lilly jesteśmy znacznie silniejsi - wyjaśniła cicho.

- Co ona mu zrobiła? - Zelgadis oczekiwał odpowiedzi jednak Maya najwyraźniej nie zamierzała nic więcej powiedzieć.

- Zel! - Lina podbiegła i rzuciła się chłopakowi na szyję, na co ten zdziwiony zamarł w bezruchu - Amelia! Musimy iść po Amelię! - krzyknęła ruda i odsunęła się od przyjaciela - My… pokłóciłyśmy się i ja… ja zostawiłam ją tam samą i o matko… Zel, a jeśli coś się jej stało?!

Kirei, gdy tylko usłyszał słowa Liny zrobił się blady jak papier. Podbiegł do rudej i złapał ją za ramiona.

- Gdzie… gdzie jest Amelia?! - krzyknął potrząsając brutalnie Liną, mimo że wyglądał na okropnie zmęczonego.

- Pobiegłyśmy na koniec ulicy, kazałam jej czekać w ostatnim domu przed zakrętem - wydusiła z siebie Lina i ledwie co skończyła, a Kirei biegł już we wskazanym kierunku. Zelgadis także miał pobiec za nim, jednak Maya złapałago za ramię i pokiwała przecząco głową.

- Zostaw, on wie co musi zrobić - powiedziała cicho - Obiecuję ci, że ją przyprowadzi - dodała widząc niespokojny wzrok Zelgadisa.

-A my musimy porozmawiać - wtrącił się Tamaki, który przytrzymywał Lillyę, ponieważ ta ledwie trzymała się na nogach.


***


Nie znała drogi, ale szczerze mówiąc, nieszczególnie jej to przeszkadzało. Krok miała zdecydowany i pewny, a głowę dumnie uniesioną. Po dawnych łzach nie było już nawet śladu. Teraz kierowała się na wschód, na skraj miasta, to była jedyna wskazówka, którą się z nią podzielono. W głębi duszy czuła, że postępuje właściwie i tylko tak może ochronić bliskich przed niebezpieczeństwem. W końcu to przez nią byli ścigani przez demony… Poza tym, głęboko wierzyła, że uda jej się dotrzeć do Silvy, a raczej Acedii - jak wyjaśnił wczoraj Zelgadis. Miała nadzieję, że wiedźma przywróci jej moc i nauczy magii, a do tego czasu poradzi sobie sama. Bądź co bądź przez ostatni rok Kirei prowadził z nią indywidualne treningi, dzięki temu całkiem nieźle opanowała szermierkę. Krótki nożyk, ukryty w cholewce wysokiego buta, dodawał poczucia bezpieczeństwa. Musi poradzić sobie sama. Amelia przytaknęła niezauważalnie na swoje własne myśli i poczuła rosnącą falę determinacji. Błagała tylko by jej towarzysze poradzili sobie z napastnikiem, który ich zaatakował.

Okolica, do której zdążyła zawędrować Amelia jawiła się niczym dzielnica grozy. Ruch po głównej utrudniały gruzy, na pozostałych drogach piętrzyły się barykady, a w oknach ocalałych domów nie było szyb. Miasto wydawało się być zamarłe i pogrążone w niesamowitej ciszy. Księżniczka była już jakieś dwadzieścia minut od miejsca, w którym rozstała się z Liną, a z każdym kolejnym metrem jej pewność siebie przechodziła poważną próbę. Dziwnie było wędrować samotnie, bez pokrzepiającej obecności Reia, Zelgadisa… Dziwnie było spoglądać na opuszczone ruiny i mieć świadomość, że w każdej chwili może zostać zaatakowana i nikt nie stanie w jej obronie. Właściwie, to pierwszy raz robiła coś bez Reia, a wręcz wbrew jego woli. Zanim Zelgadis, Lina i Gorry zjawili się w tym świecie Amelia była całkowicie uzależniona od swojego białowłosego przyjaciela. Nie żeby jej to przeszkadzało, w końcu to Rei opiekował się nią przez cały ten rok, dbał o jej samopoczucie i w końcu to jemu zawdzięczała życie. Sama nie pamiętała swojego pobytu na Dworze Śmierci. Gdy odzyskała przytomność była już w świątyni chaosu, obecnej siedzibie rebeliantów, a nad jej łóżkiem oczywiście czuwał Kirei. Natychmiast zaczął zadawać pytania, niestety, nie pamiętała zupełnie nic, nawet swojego imienia. Dla rebeliantów wróciła do życia jako Akama, a o Amelii nikt miał nigdy się nie dowiedzieć. Tak więc zaczęła nowe życie pod opiekuńczymi skrzydłami białowłosego. Tylko od czas do czasu budziła się w nocy z natrętnym wrażeniem, że zapomniała o czymś ważnym. Starała się sobie przypomnieć, miała to na końcu języka, a gdy już miała odgadnąć czym owo uczucie było, myśl znikała z jej głowy chowając się w zakamarkach pamięci. Czasem w jej snach pojawiał się przepiękny ogród i ogromny budynek wyglądający jak pałac z bajki, innym razem sceny przepełnione były krwią i przemocą. Widziała obrazy sytuacji, miejsca, twarze ludzi, których nigdy miała sobie nie przypomnieć. Starała się to wszystko poukładać w jedną całość, ale wszystko wydawało się mało logiczne i nie pasujące do otaczającej ją rzeczywistości. Nic dziwnego, przecież obrazy wcale nie pochodziły z tej rzeczywistości, ale tego dziewczyna wiedzieć nie mogła. Przynajmniej wtedy. Wszystko się zmieniło, gdy przybyła trójka przyjaciół. Razem z nimi powróciła do Amelii część jej życia, ale także uczucie, że czegoś wciąż brakuje. To wrażenie było szczególnie silne, gdy rozmawiała z Zelgadisem. Niestety, nie potrafiła tego wyjaśnić. Oby tylko wspomnienia okazały się możliwe do odzyskania. Bez nich nowe życie może okazać się bardzo trudne… Była jeszcze jedna kwestia, która nie dawała spokoju. Kłamstwo Kireia. Powiedzieli, że są kapłanami, ale czy to oznacza coś szczególnego? Skoro nie zamierzali zabrać ich do Acedii to gdzie ich prowadzili i właściwie dlaczego Rei zgodził się, aby brała udział w tej wyprawie? Cały czas na nią chuchał, a tu nagle bez zbędnych sprzeciwów, zgadza się na niebezpieczną wyprawę. Dlaczego? Amelia tak bardzo pogrążyła się w swoich myślach, że nie zauważyła grubego łańcucha leżącego na ziemi. Biedna przewróciła się wprost na obolałe nadgarstki po czym głośno zaklęła z bólu. Natychmiast zreflektowała się i zakryła usta dłonią, ale było już za późno. Tuż z budynku obok wyłoniła się postać dziewczyny o nieludzkim wyrazie twarzy. Jej czarne, poczochrane włosy przysłaniały zwierzęce oczy, ale samą posturą nie różniła się zbyt wiele od księżniczki. Nieumarła. Amelia rozejrzała się i natychmiast podniosła z ziemi, zdaje się, że na szczęście jest tylko jedna, pomyślała wyciągając z buta nóż. A dobrze wiedziała, że należy zachować ciszę! Trzymała ostrze wiedząc, że od niego może zależeć jej życie. Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, jak niebezpieczna może być samotna wyprawa. Tymczasem, Nieumarła ruszyła się z miejsca i szybkim krokiem zaczęła iść w stronę Amelii, która drżącą dłonią uniosła ostrze. Musi to zrobić, jeśli chce wykonać zadanie, powtórzyła dla samej siebie i pchnęła nożem nadbiegającą Nieumarłą. Trafiła prosto w serce. Ze strachem podniosła oczy i spojrzała w twarz nieznajomej dziewczyny. Nie, nie dziewczyny, ale tego co pozostało z jej ciała, gdy opuściła je dusza. Jej oczy przyćmiła mgła, ale usta wciąż wykrzywione były w grymasie żądzy krwi. Amelia z obrzydzeniem wyszarpnęła nóż i odsunęła się od truchła, które upadło bez życia na ziemię.

- Brawo dziewczyno! - za plecami Amelii zabrzmiał rozbawiony głos, a po nim krótkie oklaski. Księżniczka aż wzdrygnęła się ze strachu i zaskoczenia - Nie wiedziałam, że Zelgadis lubi takie ostre laski - dodała po chwili nieznajoma.

- Kim jesteś?! - Amelia spojrzała wtwarz dziewczyny - nie wyglądała na kolejnego demona - Skąd znasz Zelgadisa?

- Jestem Nirali i wybacz słoneczko, ale nie pozwolę ci dalej iść samotnie. Nie po to nadstawiam skórę dla twojego chłoptasia… - dodała z przekąsem białowłosa.

-To nie jest mój chłoptaś, a ty kimkolwiek jesteś, nie możesz mi rozkazywać! - odparła Amelia i już miała iść dalej, gdy na jej drodze zupełnie znikąd pojawiła się ściana ognia. Nirali ziewnęła ostentacyjnie.

- Słoneczko, myślałam, że wyraziłam się wystarczająco jasno. Jeśli natychmiast nie zawrócisz do Zelgadisa będę zmuszona cię zabić, a tego byśmy przecież nie chciały - przez oczy Nirali przebiegła złośliwa iskra. Amelia spojrzała z niedowierzaniem, czyżby ta cała Nirali była magiem? Jak w odpowiedzi na jej myśli ogień momentalnie zgasł - Więc jak będzie? - białowłosa była już wyraźnie pewna efektu jaki wywołała i uśmiechnęła się triumfalnie. Jednak nim zdążyła się doczekać upragnionej odpowiedzi…

- Zostaw ją żmijo! - Kirei pojawił się nie wiadomo skąd i natychmiast wskoczył pomiędzy Amelię i Nirali. Na białowłosą spojrzał z nieukrywaną nienawiścią - Tacy zdrajcy jak ty powinni dawno zdechnąć! - wypluł przez zaciśnięte zęby.

Nirali już otworzyła usta by rzucić jakąś obelgą, jednak po chwili ponownie je zamknęła. Bez słowa zmierzyła spojrzeniem stojącą przed nią dwójkę, zatrzymując wzrok na Amelii.

- Pamiętaj co masz zrobić, tylko jemu ufaj - dodała na odchodne po czym rozpłynęła się w powietrzu pozostawiając za sobą obłok białego pyłu.

-Ci przeklęci magowie! - zaklął Rei i ze złością uderzył pięścią we własne kolano - A ty! - zaczął zwracając się do Amelii - Ty zupełnie oszalałaś? Mogła cię zabić! Mogłaś zginąć Amelio, czy zdajesz sobie sprawę z tego na co wszystkich naraziłaś?!

Dziewczyna spojrzała w twarz przyjaciela. Wciąż jeszcze była w szoku, ale musiała przyznać, że Rei naprawdę był wściekły. I ta Nirali… Amelia doskonale wiedziała, że jej ostatnie słowa dotyczyły Zelgadisa. Tylko jemu może ufać. Ale dlaczego? Dlaczego jej pomogła, mogła ją bez problemu zabić, w końcu była magiem.

- Amelio! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - wrzasnął Rei tuż przy jej uchu, po czym spojrzał na nią gniewnie. Odpowiedziała mu tylko krótkim spojrzeniem w oczy i bez słowa odwróciła się w drugą stronę. Nie zdążyła jednak postawić dwóch kroków, gdy Rei złapał ją za rękę i zdecydowanym ruchem przyciągnął do siebie.

- Co robisz?! - zapytała oburzona i próbowała wyrwać się z uścisku, jednak nie było to proste.

-Czy to aż tak źle, że umierałem ze strachu o ciebie? - na te słowa zastygła w milczeniu. Spojrzała nieśmiało w jego szare oczy i poczuła wyrzuty sumienia. Faktycznie, zachowała się bezmyślnie, jednak…

- W takim razie dlaczego mnie okłamałeś? - w końcu wyrzuciła z siebie pytanie, które leżało jej na sercu od kiedy się rozłączyli.

- Chciałbym móc ci odpowiedzieć… - zaczął cicho - Jednak… to nie jest takie proste Amelio… Chciałem cię chronić - dodał jeszcze ciszej opuszczając głowę.

- Ochronić? - prychnęła oburzona -Ochroną nazywasz ciągnięcie mnie na samobójczą misję? Wcale nie chcieliście nas zabrać do tej wiedźmy, więc dlaczego w ogóle wyruszyliśmy?

- To nie tak! - zaprotestował natychmiast - Amelio ja… - przerwał patrząc jej głęboko w oczy - Ja cię kocham.

To prawda, spodziewała się tego, ale mimo wszystko wyznanie Kireia zupełnie odebrało jej mowę. Patrzyła w milczeniu na jego pełną oczekiwania twarz i naprawdę nie potrafiła określić swoich uczuć. Oczywiście wiedziała, co Rei chciałby usłyszeć, ale czy mogła to powiedzieć? Czy ona również go kocha? Był jej niezmiernie bliski, ale w końcu byli przyjaciółmi więc relacja między nimi chyba była typowa? Tak przynajmniej Amelia starała się sobie to wszystko wytłumaczyć. Teraz jednak została zmuszona do spojrzenia na całą sytuację z innej perspektywy. Co jeśli Rei nigdy nie uważał ich relacji za czysto przyjacielską?

- Akama… - zaczął nagle Rei, ale widząc zmieszanie na jej twarzy natychmiast się poprawił - Przepraszam, wciąż ciężko mi się przyzwyczaić do nowego imienia… - wyjaśnił cicho - Amelio… - zaczął ponownie - Wiem, że nie mam prawa prosić cię o takie rzeczy, ale mimo to chciałbym, abyś pozwoliła mi spróbować i dała nam szansę. Wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko, będę cię chronił tak jak to robiłem do tej pory. Więc proszę… - ostatnie słowa były wręcz błagalne.

Amelia spojrzała nieśmiało na jego twarz. Pełna była determinacji, ale w szarych oczach czaił się lęk i obawa przed odpowiedzią, na którą czekały. Poczuła, że serce jej się łamie na ten widok, ale wciąż nie potrafiła dobrać odpowiednich słów i ułożyć myśli w całość. Kirei musiał to zauważyć, bo w końcu ze smutkiem puścił jej dłoń.

- Nie rozumiem… - zaczął - Jesteśmy wspaniałymi przyjaciółmi, a mimo to… Powiedz Amelio czego mi brakuje? - zapytał z goryczą w głosie.

- Rei, jesteśmy p r z y j a c i ó ł m i - powtórzyła kładąc nacisk na ostatnie słowo - Nie umiałabym cię pokochać w sposób jaki pragniesz, przykro mi… - powiedziała odwracając wzrok i cofając się o krok - Poza tym, już nie wiem czy mogę ci ufać, okłamałeś mnie…

- To nie tak… - westchnął ze zrezygnowaniem - Zresztą… to nic, dobrze postępujesz, to ja jestem głupcem, że mimo wszystko proszę cię o coś takiego. Maya ostrzegała mnie, ale ja jak zwykle musiałem sam sprawdzić.

- Co masz na myśli? - spytała podejrzliwie.

Rei spuścił głowę i potrząsnął nią w milczeniu. Po chwili spojrzał na Amelię i bez słowa ponownie chwycił jej dłoń.

- Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz - powiedział całując wnętrze jej dłoni po czym lekko pociągnął ją w drogę powrotną, a ona nie miała już odwagi by się odezwać czy zaprotestować.


***


Zelgadis stał oparty plecami o ścianę jednego ze zniszczonych domów. Palcami nerwowo postukiwał o drewno za sobą, a spojrzeniem uważnie śledził każdy ruch w okolicy. Nasłuchiwał. Lina i Gourry przycupnęli po drugiej stronie ulicy i także w milczeniu czekali. Kiedy Zelgadis wsłuchiwał się tak w miasto zdał sobie sprawę, że wcale nie jest tak martwe jak mu się wydawało. Co chwilę dało się słyszeć podzwaniające łańcuchy i dźwięki, które przypominały ludzkie głosy choć wcale nimi nie były. Nigdzie jednak nie dało się słyszeć kroków, których tak wyczekiwał. Zdenerwowany westchnął głośno, co nie umknęło uwadze Mayi stojącej obok.

- Nie martw się, zaraz powinni tu być - powiedziała ze spokojem i powoli ruszyła w stronę barykady stojącej na środku drogi by po chwili usiąść na jednym z piaskowych worków.

Cała ulica nie miała więcej jak dziesięć metrów szerokości, a po obu jej stronach stały zniszczone budynki, większość drewnianych była prawie całkowicie spalona, a betonowe zamieniły się w góry gruzów. Tamaki podążył za Mayą i bez słowa stanął za jej plecami. Rudzielec nie spuszczał z niej wzroku ani na chwilę i jak sądził Zelgadis, wszystko za sprawą niesamowitej mocy dziewczyny. Skoro potrafiła z odległości rozróżniać Nieumarłych była bardzo cennym nabytkiem rebeliantów, a Tamaki zapewne miał ją ochraniać pod nieobecność Kireia. Jednak, co dziwniejsze, podobna rola ochroniarza dostała się także Daiki’emu, który wciąż nie odstępował od Lilly. Po tym jak Zelgadis zobaczył pokaz jej mocy mógł to zrozumieć. Sama Maya powiedziała, że z Lillyą są o wiele silniejsi, a przecież czarnowłosa dopiero co dołączyła do ich grupy i z pewnością nie pokazała jeszcze wszystkiego na co ją stać. Jak w odpowiedzi na myśli Zelgadisa Lillya uniosła głowę i spojrzała na niego swoimi dużymi, nienaturalnie ciemnymi oczami. Jej twarz pozostawała jednak niewzruszona, zupełnie tak jakby właśnie była słuchaczem bardzo nudnej opowieści. Speszony Zelgadis odwrócił wzrok, spojrzał w górę, w okna spalonego domu po drugiej stronie ulicy i mało co nie krzyknął. Nirali?! Białowłosa stała w cieniu i patrzyła wprost na niego, gdy zobaczyła, że ją dostrzegł uśmiechnęła się lekko, ale już po chwili uśmiech znikł z jej twarzy i skierowała wzrok na Mayę. Pokiwała przecząco głową i splunęła na ziemię. Spojrzała znowu na Zelgadisa i gestem zawołała go do siebie pokazując jednocześnie drugi koniec ulicy, na której byli. Zaraz potem zniknęła, a Zel domyślił się, że Nirali ma mu coś ważnego do przekazania.

- Zaraz wracam - powiedział Zelgadis i już ruszył, gdy zatrzymał go głos Mayi.

- Przecież mówiłam, że zaraz będą, nie ma potrzeby żebyś ich szukał Zelgadisie - powiedziała spokojnie jednak w jej głosie zadźwięczała nuta irytacji.

Zel zatrzymał się plecami do Mayi i z ukosa spojrzał na Linę, która patrzyła na niego podejrzliwie. Chciałby powiedzieć przyjaciółce jaka jest prawda, ale póki co musi działać sam.

- Idę na stronę, chyba nie zabronisz królowo - powiedział z drwiną i nie czekając na odpowiedz Mayi ruszył szybko dalej.

- Kłamiesz - padło po chwili dobite stwierdzenie Mayi.

Zelgadis ponownie zatrzymał się i odwrócił, by spojrzeć na dziewczynę. Maya siedziała zupełnie niewzruszona i poprawiała swoją szatę.

- Widzę to po kolorze twojej aury - dodała od niechcenia wzruszając ramionami - Ale skoro musisz to idź, sam się przekonaj, że nic im nie jest.

Zelgadis odetchnął nieco z ulgą. Maya wykryła jego kłamstwo, ale na szczęście źle je zinterpretowała myśląc, że idzie szukać Amelii. Cóż, musi zapamiętać, że nie może kłamać w jej obecności. A to nie wydawało się być łatwe, zwłaszcza, że teraz jest w spisku z ich wrogiem.

Znalazł się dokładnie na końcu drogi, na skrzyżowaniu, gdy usłyszał wołający go głos.

- Tutaj! - syknęła Nirali stojąc w wejściu do jakiegoś domu, który co ciekawe zachował się w całkiem niezłym stanie. Zelgadis obejrzał się za siebie by sprawdzić czy nikt za nim nie poszedł, a gdy przekonał się, że jest sam szybko podszedł do białowłosej.

- Nie powinnaś się pojawiać tak bez zapowiedzi - powiedział wchodząc do budynku, po czym Nirali zamknęła za nimi drzwi - O mało się nie wydałem! - wyjaśnił, a myśl o tym, że nie można okłamać Mayi wydała mu się teraz sporym problemem.

- Wybacz, ale nie wiedziałam kiedy będę mieć kolejną okazję żeby z tobą porozmawiać - powiedziała i niespodziewanie rzuciła mu się na szyję mocno przytulając. Mimo że w uścisku tym nie było nic romantycznego Zelgadis odskoczył jak oparzony.

- Co ty wyprawiasz?! - wrzasnął nico głośniej niż zamierzał.

- Zamknij się lepiej, to było przywitanie! - powiedziała urażona i skrzyżowała ramiona na piersi - Zresztą nie ważne, musisz mnie wysłuchać!

Nirali była zniecierpliwiona i jak zauważył Zelgadis także zdenerwowana. Starała się to ukryć pod wymuszonym uśmieszkiem i na pokaz zrelaksowaną postawą, jednak jej wzrok ślizgał się po ścianach i oknach szukając potencjalnego niebezpieczeństwa, a ciało było zbyt spięte. Zelgadis podążył za jej spojrzeniem, jednak nie znalazł niczego niebezpiecznego czy choćby podejrzanego.

- Coś nie tak? - zapytał w końcu wciąż rozglądając się po pustym pomieszczeniu, by upewnić się, że niczego nie przeoczył.

- Pfff… - ostentacyjnie odrzuciła w tył swoje długie, białe włosy i dumnie uniosła głowę przymrużając jednocześnie błękitne i dziwnie znajome oczy - Nie mam pojęcia o czym mówisz. Chyba nie myślisz, że przestraszyłabym się kilku Nieumarłych? - odpowiedziała wyzywająco.

- Nie przyszedłem tutaj tylko po to, żeby się z tobą kłócić Nirali. - odpowiedział spokojnie Zelgadis i obrzucił dziewczynę chłodnym spojrzeniem - Ktoś taki jak ty z pewnością nie uciekałby przed Nieumarłymi, w końcu znasz się na magii, jednak najwyraźniej martwi cię coś innego… - urwał przypatrując się uważnie swojej rozmówczyni - Czyżby…?

Nirali przygryzła lekko dolną wargę, wzięła głęboki oddech by coś powiedzieć, ale po chwili tylko westchnęła z rezygnacją.

- Zdaje się, że masz rację. - przyznała od niechcenia i odwróciła wzrok - Nie czuję się zbyt pewnie, gdy gdzieś w pobliżu kręci się ta banda. - ostatnie słowo wypluła z wielką pogardą.

- Masz na myśli Mayę, Kireia i pozostałych? - dopytał Zelgadis choć właściwie nie musiał czekać na odpowiedź, wiedział, że chodziło o nich. Sam także nie pałał do nich sympatią.

- Taaa… - mruknęła - W końcu, dla tych zidiociałych hipokrytów jestem tak jakby zdrajczynią. - wyznała, a malutki cyniczny uśmieszek pojawił się na jej bladej twarzy - To dlatego cię wezwałam. Od czasu, gdy się rozstaliśmy obserwowałam cię i w miarę możliwości ułatwiałam wam drogę. Chodzi mi o to, że jeśli kilku Nieumarłych zniknie nie wzbudzi to żadnych podejrzeń… - wyznała, a Zelgadis pokiwał głową ze zrozumieniem.

- To wyjaśnia dlaczego nie widziałem żadnych Nieumarłych od naszego ostatniego spotkania. - stwierdził i pozwolił jej kontynuować.

- Cóż, do tej pory wszystko szło dobrze, nawet się odłączyliście od Kireia, a to akurat była świetna decyzja, ale… - urwała i spojrzała poważnie na Zelgadisa.

- Ale?

- Ale nie mogłam nic zrobić, gdy pojawił się Ira. - dokończyła szeptem - Wybacz, ale nie mogłam wam wtedy pomóc, bo natychmiast zostałabym zdemaskowana, a wtedy… - Zelgadis domyślił się, że Ira to demon, który dziś ich zaatakował. Drgnął lekko na wspomnienie tamtych krwistych oczu żądnych mordu.

- To w porządku. - stwierdził zanim Nirali zdołała opowiedzieć mu o okropnych konsekwencjach zdrady demonów, sam mógł sobie je wyobrazić - Nie winię cię, właściwie to jestem ci wdzięczny, że nam pomagasz. Poza tym, zdaje się, że nikomu nic się nie stało. Amelia gdzieś przepadła, ale Maya wydawała się być pewna, że Kirei ją przyprowadzi… - wyjaśnił i zmęczony usiadł na zniszczonej szafce stojącej przy drzwiach jednocześnie ocierając dłońmi twarz.

- Ta, z nią wszystko dobrze, musiałam ją tylko troszkę postraszyć magią. Twoja dziewczyna wymyśliła sobie, że pójdzie dalej sama. - prychnęła rozbawiona i pokręciła głową najwyraźniej wierząc, że taki wyczyn byłby kompletnie niemożliwy - Później zjawił się ten białowłosy debil i och, o mało nie zwymiotowałam kiedy wyznawał jej swoją miłość… - zszokowany Zelgadis spojrzał na nią, ale nie był w stanie nic z siebie wydusić. A więc stało się, pomyślał i poczuł jak nagle ogarnia go przygnębienie.

- Czy oni…? - zapytał w końcu siląc się na obojętny ton głosu. Nirali spojrzała na niego zaskoczona.

- Nie sądziłam, że te teksty o twojej dziewczynie mają jakiekolwiek pokrycie w rzeczywistości, inaczej mówiąc, nie myślałam, że w ogóle się tym przejmiesz. - wyjaśniła wciąż dziwiąc się reakcją chłopaka.

Zelgadis spojrzał na nią i nagle dotarło do niego znaczenie usłyszanych właśnie słów. To oczywiste, jak piękna księżniczka mogłaby być z takim potworem jak on? Z chimerą, która nawet nie wygląda jak człowiek. Nigdy nie znajdzie lekarstwa na tą klątwę i zawsze będzie musiał być sam. Czas by wreszcie się z tym pogodził. Lepiej byłoby dla Amelii, gdyby mogła być z kimś na kogo zasługuje, przynajmniej z człowiekiem.

- Masz racje, to kompletne bzdury. - powiedział w końcu, a jego twarz przybrała wyraz nieprzeniknionej maski obojętności - Jednak nie po to mnie tu wezwałaś. - stwierdził podnosząc się z szafki i unosząc dumnie głowę w oczekiwaniu.

- Ta… - mruknęła białowłosa najwyraźniej nieco speszona własnym zachowaniem - Chodzi o to, że nie powinieneś ufać Kireiowi ani reszcie z jego grupy.

- Też mi nowość. - parsknął cynicznie i wzruszył ramionami - Wiem o tym od samego początku, gdy tylko przybyłem do tego świata!

- Kirei, a już tym bardziej Maya nie mogą się dowiedzieć, że jesteś dzierżycielem Bliźniaczego Ostrza, najlepiej będzie jeśli wcale nie będziesz używał przy nich miecza. - wyjaśniła spokojnie - Poza tym, myślę, że skoro posiadacie magiczny potencjał to Maya może zechcieć was wykorzystać jako pomoc w poszukiwaniach drugiej łzy Matki Koszmarów. Teraz kiedy odnaleźli piątą kapłankę…

- Piątą kapłankę? - Zelgadis uniósł lekko brew, czyżby miała na myśli…?

- Błagam cię Zelgadisie! Rusz trochę głową! A myślisz, że kim jest ta czarnowłosa dziewczyna, którą tu przyciągnęli? Nie chce mi się wierzyć, że pięciu boskich kapłanów po tym, gdy w końcu są w komplecie nie wykorzystają tego na jak najszybsze odnalezienie łzy. Dzięki temu mogliby scalić boskie cząstki, które Boski Władca w nich zapieczętował i ten mógłby odrodzić się na nowo kończąc jednocześnie wojnę w tym świecie!

A więc jednak Lillya była piątą kapłanką, pomyślał Zelgadis i w końcu w jego głowie wszystko zaczęło układać się w jakąś całość. Kiedy dziś miał okazję zobaczyć jej przerażającą, mroczą moc, gdy atakowała demona Irę w życiu by nie pomyślał, że może to być boską cząstką. Przez głowę przeszła mu legenda, którą usłyszał od Nirali, mówiąca o tym, że przed śmiercią Boski Władca zapieczętował kawałki siebie w ciałach pięciu śmiertelników. Kirei, Maya, Tamaki, Daiki i teraz Lillya - to daje pięć. Teraz kiedy są w komplecie to oczywiste, że zrobią wszystko, aby odnaleźć łzę i ponownie ożywić zapieczętowanego w nich boga. Z drugiej strony, co w tym złego? Nie miałby nic przeciwko, gdyby ludzie w tym świecie w końcu zaznali spokoju i wolności. Zelgadis zaczął intensywnie analizować całą sytuację, aż w końcu zaczęła do niego docierać brutalność owego położenia.

- Nie możliwe! - syknął w końcu, gdy zrozumiał dlaczego Maya nie może dowiedzieć się, że dzierży w swoich dłoniach Bliźniacze Ostrze.

- Już rozumiesz? - zapytała łagodnie Nirali i podeszła łapiąc go delikatnie za ramię - Jeśli oni się dowiedzą, nie pozwolą ci odejść. Miecza nikt nie może ci odebrać więc z pewnością znajdą jakiś sposób by zmusić cię, abyś był im posłuszny i używał dla nich miecza. - Zelgadis natychmiast pomyślał o Amelii i zrozumiał, że tylko tak byliby w stanie go zmusić do czegokolwiek. Z obawą spojrzał na Nirali, która stała przed nim z opuszczoną głową. - Dobrze myślisz, nie zawahają się poświęcić ani ciebie, ani tych, których kochasz, oczywiście wszystko by zakończyć wojnę… - wyszeptała i puszczając jego ramię podeszła do okna. Zelgadis poczuł prawie namacalnie smutek jaki od niej bił.

- Ciebie to spotkało, prawda? - zapytał stając za jej plecami. Powiedziała wcześniej, że jest zdrajczynią, ale zdaje się, że była tylko ofiarą.

- On wciąż żyje Zelgadisie. - w głosie Nirali zabrzmiała nagle odległa tęsknota, a ona sama stała się krucha i bezbronna. Z twarzą uniesioną w stronę czarnego nieba objęła swoje ramiona i cicho dodała - Nie chce żebyś skończył jak ja.

- To dlatego mi pomagasz? - zapytał cicho, a gdy ta odwróciła się znowu poczuł, że jej błękitne oczy są mu znane choć nie wiedział skąd, nie potrafił sobie przypomnieć. Jej twarz była poważna, gdy przyglądała mu się przez długą chwilę. W końcu wkradł się na nią smutny uśmiech, ale nie odpowiedziała na zadane pytanie.

- Widzisz Zelgadisie, mój ukochany nie jest nikim niezwykłym i ja też nie byłam, a przynajmniej jeszcze wtedy nie wiedziałam. Poznaliśmy się jako dzieci, aż pewnego dnia okazało się, że nasze uczucia dojrzały i stało się… - kolejny uśmiech wkradł się na jej twarz - Naprawdę to była niezwykła miłość. Mieszkałam wtedy w tej samej świątyni, w której ty teraz, a Kirei i Maya już wtedy dowodzili ocalałymi. To było jakieś trzy lata temu, Kirei miał wtedy szesnaście lat, był dzieciakiem, zresztą jak cała reszta. Jednak, jako boscy kapłani posiadali niezwykłe umiejętności, które sprawiały, że ludzie czuli się przy nich bezpiecznie. To właśnie Kirei zdolny jest to tworzenia barier, a jedna z takich barier ochrania świątynie. Dzięki temu Nieumarli nie mogą do niej wejść. Nie powiem, to całkiem praktyczna zdolność… - pokiwała lekko głową - Wszystko się zmieniło, gdy pewnego dnia grupa zbieraczy, w której byliśmy my, została zaatakowana przez Irę. Rozpoznał wtedy mój miecz… - dokończyła i przez długą chwilę milczała - Nie miałam wyboru. Oni go porwali, teraz trzymają w Dworze Śmierci i jak zapewne wiesz, żywy stamtąd nie wyjdzie jeśli sami go nie uwolnią. Musiałam go chronić. - Zel nagle dostrzegł przed sobą Nirali, ale zupełnie inną niż tą, którą poznał pierwszego spotkania. Ta Nirali była dobra, pragnęła chronić tych, których kocha, zupełnie jak on sam. - Po prostu obiecaj mi, że ty nie dasz się wciągnąć w to bagno i uciekniesz stąd zbierając przyjaciół.

- Masz moje słowo - powiedział, ale w myślach układał już plan.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.