Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

DB - Virus

Odcinek 9

Autor:Black Falcon
Gatunki:Przygodowe
Dodany:2005-11-22 22:03:25
Aktualizowany:2005-11-22 22:03:25


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Nieświadom niczego Yamcha oglądał telewizję, kiedy do domu wróciła jego żona. Natychmiast zerwał się z fotela i podbiegł ją przywitać:

- Witaj, kochanie! Jak tam zakupy? - zapytał, ale zrzedła mu mina, gdy zobaczył puste ręce Reveny. - A gdzie siatki?

- Nie mam - odparła. - Nie było nic ciekawego.

- Przykro mi - posmutniał Yamcha. - Chodź, usiądź, zrobię ci herbatę i zaraz poprawię ci humor!

Kiedy on przygotowywał w kuchni herbatę, Revena rozmyślała nad swoim zadaniem. Co prawda to nie miłość połączyła ją z Yamchą, ale po spędzeniu z nim większej ilości czasu zrozumiała, że to całkiem miły chłopak. Teraz czuła się dziwnie, wiedząc, że on musi zginąć i to z jej ręki. Będąc jednakże pod wpływem Khlorosian wiedziała, że musi to uczynić. Lepiej zrobić to od razu, niż zwlekać. Będzie jej potem jeszcze trudniej...

Yamcha właśnie wrócił z herbatą do pokoju. Podał jej szklankę i usiadł tuż obok niej na kanapie. Przysunął się bliżej niej i chciał przytulić, ale ona lekko się odsunęła.

- Kochanie, co się stało? - zaniepokoił się małżonek. - Czy zrobiłem coś nie tak? Jesteś jakaś... jakaś zimna...

- Yamcha?

- Co, skarbeczku? - znów próbował się przytulić, ale znowu go odsunęła.

- Czy ty mnie kochasz?

- Jasne, kocham cię jak słońce gorąco i jak...

- To mnie pocałuj! - zażądała.

Szczęśliwy mąż przysunął się do niej i pocałował ją gorąco. Słodki smak jego ust rozlał się jej na wargach, bo Yamcha włożył w ten pocałunek całą swoją miłość. Ale Revena nie tylko oddała mu pocałunek. W mgnieniu oka z prawego rekawa wysunęła sztylet i w najgorętszym momencie ugodziła Yamchę prosto w serce.

Przez ułamek sekundy na twarzy Yamchy odmalowało się niewyobrażalne zdumienie, ale już po chwili zastąpił je grymas bólu. Instynktownie chwycił za rękojeść sztyletu, jakby chciał go wyjąć, ale nie starczyło mu sił. Zdążył jedynie wyszeptać:

- Dlaczego...? - i po tym osunął się na kanapę.

Revena wykonała zadanie. Jakoś dziwnie spojrzała przez chwilę na ciało męża, a potem wyszła z mieszkania. Musiała ochłonąć, a poza tym chciała skontaktować się z Khlorosianami.

Krew skapywała na podłogę. W jedną z takich kałuż o mało nie wszedł Puar, który widział wszystko. Natychmiast po wyjściu Reveny przybiegł, chcąc jakoś pomóc swemu panu. Skoczył na jego piersi i próbował go ocucić ogonem, ale to na próżno. Nagle Yamcha otworzył na moment oczy:

- Zawiadom resztę... Zdradziła mnie... Ona coś knuje... - to były ostatnie słowa wojownika. Zmarł zaraz po nich.

Kunatemuszki wisiał tuż nad ziemią gdzieś na pustkowiu. Nadal ubrany był w brązową szatę z kapturem zakrywającym mu całe oblicze. Medytował i rozmyślał nad sposobami walki z wrogiem, kiedy poczuł w umyśle potężne szarpnięcie. Natychmiast otworzył oczy. Domyślał się, co oznacza ten znak...

- Oni znowu zaatakowali... Kto tym razem? Kogo zabili...? - próbował uspokoić uczucia i skupić się nieco. - Vegeta? Nie, on jeszcze żyje... Goku też wyczuwam... Jego rodzina jest w komplecie... Kuririn nie, Trunks jest za daleko, ale to chyba nie on, gdzieś mi migocze jego Ki... Ale gdzie jest Yamcha?! Czy to jego... czy to jego zabili Khlorosianie?

Za moment już był pewien. Ukrył twarz w dłoniach i wisiał tak przez dłuższą chwilę, zrozpaczony. Tak bardzo chciał im pomóc, tak bardzo! A teraz znowu nie udało mu się kogoś uratować... Bał się, że nie zdąży przed atakiem Khlorosian, że jego plan się nie uda. Marzył o pomocy im wszystkim, ale najbardziej czuł się odpowiedzialny za Briefsów. To przecież dzięki jednemu z nich...

Lithos siedział na fotelu dowódcy, kiedy dotarł do niego meldunek o wykonanym zadaniu. Trucizna pozwalała obserwować świat oczami opanowanej istoty, trzeba było tylko odpowiednio ustawić czujniki statku. Dlatego wiedział, że Revena wykonała polecenie. Roześmiał się zadowolony. Oto spełnia się jego marzenie i zniszczy swojego największego wroga rękami jego rodziny i przyjaciół.

Vegeta zapadł w sen, ale nie był to odpoczynek dla jego umysłu. W zmęczonej świadomości wciąż rozgrywały się sceny z ostatnich dni. Szczególnie często powtarzała się scena, kiedy morduje własną żonę. Obudził się z krzykiem. Na jego nieszczęście pierwsza przybiegła Chi-chi :

- Czego się drzesz, morderco?! Mój mąż właśnie decyduje, co z tobą zrobić. Nie przeszkadzaj mu!

- Dlaczego wszyscy wierzą Trunksowi?! Dlaczego ciągnie się za mną opinia mordercy?! Przecież ja kochałem Bulmę!! - wykrzyczał ostatkami sił.

- Ona nawet nie była twoją żoną! Przecież nigdy się nie pobraliście! - powiedziała mu prosto w twarz Chi-chi i poszła. Ona mu na pewno nie uwierzyła!

Saiyanin zacisnął pięści pod kołdrą. Dokuczało mu i zranione ciało i zranione serce, ale krew wojownika i duma zaczęły brać górę. Na razie jego charakter wygrywał z trucizną Khlorosian. Desperacko starał się zebrać resztki sił, aż w końcu podniósł się nieco na łóżku.

- Dla Bulmy... - szepnął sam do siebie, a potem zsunął nogi z posłania. Ostrożnie, aby nie stanąć na złamanej nodze, posuwał się w kierunku okna. W głowie mu szumiało, opatrunki przemakały krwią, ale on parł dalej. Ręką trzymał się ściany i wreszcie dotarł do celu. Chi-chi przebrała go - podczas opatrunku - w niezniszczone ubranie, mógł więc teraz spróbować tego, co wymyślił przed chwilą. Lotu. Postanowił znaleźć Trunksa i raz na zawsze wyjaśnić z nim tę sprawę. Nie liczył na odzyskanie syna, ale chciał jeszcze raz spojrzeć mu w twarz i powiedzieć kolejny raz, jak było naprawdę. Otworzył okno i pozwolił, żeby rześki powiew owiał mu twarz. Zamknął oczy i skupił się. Wreszcie nadludzkim wysiłkiem wyleciał w przestworza.

Zmęczony i zziajany przez nieustanne ćwiczenia Trunks opadł ciężko na ziemię. Dyszał, ale w głowie wciąż miał pragnienie zemsty. Klęczał teraz na ziemi i zbierał siły do kolejnej symulowanej walki. Ubranie miał w strzępach, ale nie przejmował się tym wcale.

Odpoczywał tak dłuższą chwilę, gdy nagle poczuł, że coś dziwnego opadło mu na rękę. Bylo małe i zimne. Spojrzał na dłoń, a potem podniósł głowę do góry i popatrzył na niebo. Zdumiało go to, co zobaczył. Wyciągnął rękę i chwycił na nią to, co spadało z nieba. Śnieg. Białe płatki opadały na niego, a on stał, zaskoczony. Nie czuł zimna, chociaż zrobiło się nieco chłodniej. Coraz więcej płatków opadało na jego postać, miał je już na całym ubraniu, miał je też we włosach, póki nie stopniały. Zaczynało padać coraz bardziej, wiatr kręcił nimi w powietrzu.

Kuririn wyjrzał przez okno, bo coś za nim przyciągnęło jego uwagę. Wyjrzał i zamarł z otwartymi ustami, bo to było niesamowite. Padał śnieg. W środku lata. Tak po prostu cicho padał, jakby to była zima. Kuririn otworzył okno i wystawił za nie rękę. Podobnie jak Trunks, chwycił kilka śnieżynek i obejrzał je. Były najprawdziwsze.

Rodzina Son też to widziała. Patrzyli jak urzeczeni. Goku przerwał ciszę :

- To może ja pójdę po choinkę?

- Po jaką choinkę przecież jest lato?! - wrzasnęła na niego Chi-chi.

Son Gohan gorączkowo myślał nad zmianami klimatu, porwał jakąś kartkę ze stołu i długopis i kreślił teraz skomplikowane wykresy.

- Może to przesunięcie prądu śródziemnego spowodowało wycofanie frontu lewoskrętnego i... - mruczał coś pod nosem. - Lepiej pójdę po książkę...

Nikt nie zwracał na niego uwagi, wszyscy byli całkowicie zaskoczeni. Być może dlatego niemiły dreszcz przebiegł po plecach wszystkim, kiedy usłyszeli przeraźliwy krzyk Gohana:

- Tato, Goten, chodźcie tu szybko! Vegeta uciekł!

Pobiegli wszyscy do opustoszałego pokoju. Goku rzucił tylko okiem na puste łózko i zarządził:

- Gohan, Goten, zostajecie z matką, ktoś musi jej strzec. Ja polecę go szukać... i znajdę! - wyrzekł złowieszczo.

Puar miał pewne trudności z dotarciem do domu rodziny Son, ale poprzysiągł w duszy, że tam dotrze. Musi opowiedzieć, co stało się z jego panem, musi ostrzec jego przyjaciół! Coraz mocniejszy wiatr kilka razy zakręcił nim w powietrzu, ale w końcu udało mu się upaść tuż przed drzwiami domu, do którego zmierzał. Zapukał kilkakrotnie łapami w drzwi, ale czynność tą musiał powtórzyć jeszcze kilka razy, zanim Son Gohan wyszedł sprawdzić, kto się do nich dobija.

- Puar? - zdziwił się starszy syn Goku. - Co ty tu robisz?

Istny teatr odegrał się przed oczami Gohana, ponieważ Puar za wszelką cenę starał się dać do zrozumienia przyjacielowi, o co mu chodzi. Zwabieni hałasem w przedpokoju Goten i jego matka również starali się odgadnąć, co pokazuje kot.

- Yamcha? - pierwszy zaskoczył Gohan. - Co z Yamchą? Zamienił się w kobietę? Zamienił się i przez to popełnił samobójstwo? - zniesmaczył się Gohan.

- Co ty bredzisz?! - zdziwiła się jego matka. - Czekaj, ja spróbuję, zawsze oglądam "Zakręcone kalamburki". Yamcha - to już wiemy. Spotkał kobietę i... co?!... ślub?

Puar gorączkowo pokiwał głową.

- Oszalał - mruknął cicho Goten.

Chi-chi kontynuowała zgadywankę.

- Puar, ty zboczeńcu, wiem, co robią małżonkowie, tego nie musisz mi pokazywać! Herbata? Herbata i nóż?

Kot co rusz przemieniał się w dany przedmiot, albo pokazywał go łapami.

- Pocałowali się i... co?! - wrzasnęła Chi-chi. - Co ona zrobiła? Gohan, Goten, Puar właśnie nam pokazał, że ta kobieta zabiła sztyletem Yamchę!

Zmartwieli. Najpierw historia z księciem, teraz morderstwo Yamchy.

- Musimy powiadomić ojca! - pierwszy odzyskał głos Gohan. - I Kuririna! Goten, ty leć do domku C18 i jej męża, ja poszukam taty! Puar, zostań z mamą. Mamo, opiekuj się nim, jest strasznie roztrzęsiony po śmierci Yamchy.

- Dobrze, synku. Lećcie, ale macie wrócić na kolację! Cali!!!!

Ten ostatni krzyk usłyszeli już, kiedy byli w powietrzu. Rozdzielili się i każdy z braci poleciał szukać przydzielonej mu osoby. Żaden z nich nie widział, jak ich matka ciężko siada na krześle i mówi do Puara:

- Dziwisz się, że ich nie zatrzymałam? I tak by się nie dało, a poza tym... nie byłabym w stanie... - skuliła się na krześle. - Od wczoraj okropnie boli mnie brzuch...

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.