Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Oklaski

Rozdział 1

Autor:Zegarmistrz
Korekta:IKa
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Fantasy, Komedia
Dodany:2006-02-23 12:26:26
Aktualizowany:2006-02-23 23:33:39


Następny rozdział

Istnieją – niestety w każdym ze światów – osoby, z którymi zdecydowanie nie należy rozmawiać. Pomijając naturalnie nieznajomych, prym w tej grupie wiodą akwizytorzy, świadkowie Jehowy oraz ich rozmaici duchowi bracia i siostry rozsiani po całym wszechświecie. W niedużej społeczności Warowni odpowiednik tych ostatnich tworzyła – pomimo rozlicznych zalet swej osoby – Roska. Wprawdzie nie sprzedawała niczego, lecz była tak żarliwej wiary i tak pełna ochoty do jej krzewienia, że świadomie można powiedzieć, iż w tym siedlisku ateuszy całkowicie się marnowała… Gdyby wysłać ją na misję do – dajmy na to – Afryki, pośród łowców głów i kanibali zapewne zostałaby bardziej doceniona, a jej talenty i zapał znalazłyby sobie większy posłuch.

Serina miała pecha zostać odkrytą przez Roskę pewnego ranka, gdy w odosobnieniu ćwiczyła walkę mieczem z użyciem świeżo odkrytej mocy. W prawdzie widywały się już wcześniej, lecz niestety nigdy nie rozmawiały ze sobą dłużej, tak, że kapłanka nie wiedziała nawet, czym jej rówieśnica się zajmuje… Przynajmniej do owego jesiennego dnia, gdy korzystając z ciepła spacerowała. Natrafiła podówczas – oddalając się znacznie od Warowni – na niedużą polanę. Nie byłoby w tym nic dziwnego – w okolicznych lasach było sporo podobnych miejsc, różniących się tylko tym, że w ich sercu nie sterczał duży, omszały pień od dawna martwego drzewa, dookoła którego ktoś powbijał ogromną ilość mniejszych palików.

Zastosowanie konstrukcji było jasne, bowiem wokół kłody, przeskakując z jednego palika na drugi uwijała się zręcznie dziewczyna okładająca drzewo mieczem. By dodatkowo utrudnić sobie zadanie zawiązała oczy. Tego rodzaju ćwiczenia, uporczywie i do znudzenia powtarzane – choć nie mogą zastąpić treningowej walki z partnerem – stają się niezbędne od pewnego poziomu treningu wojowników mocy. To akurat służyło głównie jako – dość wstępny zresztą – trening intuicji. Serina – bo tak miała na imię wojowniczka – wyczuła w pewnym momencie obecność intruza i – by się popisać – wbiła miecz w kłodę, tak, że ostrze wyszło z drugiej strony, a następnie roztrzaskała pień obracając broń w drewnie… Powietrze aż za wibrowało od nagłego wyładowania mana.

Oczywiście Roska nie była w stanie docenić nawet połowy kunsztu Seriny. Na upartego byłaby w stanie wyczuć użytą moc, rozumiała też, że przebicie metra drewna nie jest typowym wyczynem dla dowolnie wyszkolonego szermierza, a co dopiero dla siedemnastolatki, potrafiła jednak docenić ładną sztuczkę, bo tylko tym w jej oczach był ten popis. Zaklaskała więc w dłonie z zachwytu.

- Czy ciężko trzeba pracować, żeby zrobić coś takiego? – zapytała, widząc, że jej rozmówczyni odwiązuje oczy i ociera pot z czoła.

- Nie tak trudno… Rok, albo dwa całodziennego treningu sprawią, że każdy się tego nauczy. To dopiero wstęp do naprawdę potężnych technik – odpowiedziała wojowniczka z fałszywą skromnością. W rzeczywistości pewna była, że większości ludzi stulecie albo dwa zabrałoby dorównanie jej poziomowi, lecz nie obnosiła się z tym.

Kapłanka odpowiedziała coś na temat nagród, które bogowie wręczają cierpliwym, a co Serina jednak nie do końca zrozumiała (bowiem jej rodzimy system religijny był dość typowym, pogańskim politeizmem, w którym bogowie wynagradzali jedynie tych, którzy przynosili najwspanialsze ofiary), lecz uznała to za komplement. Rozmowa toczyła się czas jakiś, nawet w przyjemny sposób, Roska wypytywała, bowiem o szczegóły, które wzbudziły jej zainteresowanie (a było ich naprawdę dużo, bowiem była kompletną laiczką), a jej rozmówczyni ochoczo odpowiadała, zadowolona z tego, że ktoś zwrócił na nią uwagę, gdy padło sakramentalne pytanie.

- Ale czy to na pewno odpowiednie zajęcie dla dziewczyny?

Sęk w tym, że nie było, nawet w opinii Seriny… Nie mniej jednak świat, w którym się urodziła nie przewidywał wiele interesujących zajęć przeznaczonych dla kobiet. No... polowania z sokołem, jakimi bawiły się szlachcianki były ciekawe, lecz ona nie była szlachcianką, nie miała sokoła, a ponadto nie lubiła widoku krwi (co nawiasem mówiąc jest poważną wadą u wojowniczki), jeszcze różnego rodzaju bale były fajne… A raczej byłyby fajne, gdyby nie było na nich tyle szlachcianek patrzących na nią jak na przybysza z obcej planety… Typowe dla jej warstwy dziewczęce zajęcia i rozrywki – to znaczy szydełkowanie, przędzenie wełny i wyszywanie – zdecydowanie ustępowały okładaniu mieczem drzewa, nie mówiąc już o okazjonalnym tłuczeniu na kwaśne jabłko jakiegoś pyszałkowatego faceta. Podzieliła się, więc swą opinią z Roską. Ta przytaknęła, lecz natychmiast zadała nowe pytanie:

- A co sobie o tym pomyśli twój chłopak?

Serina tylko się roześmiała – nie, ktoś tak wspaniały, mądry, szlachetny i wyrozumiały jak Zern na pewno nie byłby tak małostkowy i nie przeszkadzałoby mu, że Serina zajmuje się, czym się zajmuje. Zresztą koniec w końcu sam był przecież wojownikiem… I to przecież on nauczył jej tej sztuczki z wbiciem miecza w metr drewna i rozszczepieniem go na tysiące drzazg...

Niestety Serina miała to do siebie, że często tworzyła problemy tam, gdzie ich nie było. Po prostu trochę za dobrze jej się wiodło i innych, niż wyimaginowane nie miała. Ziarno wątpliwości zostało, więc zasiane.

Czas jednak płynął szybko, więc dziewczyny pożegnały się i każda z nich udała się w swoją stronę. Wojowniczka była umówiona na krótki, sparingowy trening ze swoim wspaniałym chłopakiem i już trochę spóźniona, a nie mogła przecież pojawić się tam tak, jak stała. Naturalnie takie rozwiązanie dyktowałyby względy praktyczne, lecz… Tam przecież będzie Zern! Należałoby się więc doprowadzić do porządku, by dobrze wypaść… Zrobić coś z włosami – żeby wyglądały dobrze (ale nie na tyle dobrze, by dało się znać, że specjalnie się szykuje), poprawić makijaż czy wreszcie odpowiednio się ubrać. Czas naturalnie naglił, zwłaszcza, że do Warowni był spory kawałek, ale to się nie liczyło... Jeśli nie mogła zadbać o siebie dla swojego chłopaka, to wyjątkowo źle to świadczyło o niej jako osobie, a ponadto nawet w dobrym tonie było, by kobieta delikatnie się spóźniła. Trzeba było też zastanowić się, co włożyć. Naturalnie najwygodniejsze byłyby jakiegoś rodzaju dresy lub takie specjalne kimono, do ćwiczenia karate, które sobie niedawno kupiła. W tych pierwszych wyglądała jednak głupio, a w drugim jednak nie dość dobrze. Trochę za zimno było też na wystrzałowe ciuchy, jakie nosiły dziewczęta z nowocześniejszych światów, ponadto nie nadawały się one do walki – za bardzo odsłaniały newralgiczne części ciała i były zbyt niewygodne. Pozostawały jeszcze tradycyjne sukienki... Pomysł kiepski do walki, chyba, że ktoś dużo czasu poświęcił – jak Serina - na opanowanie sposobu poruszania się w nich w każdych niemal warunkach. Za nimi przemawiało jednak głównie to, że najlepiej w nich wyglądała. Nie mniej jednak dojście do tak dalece posuniętych wniosków wymagało prawie godziny spędzonej przed lustrem.

Zern raczej nie należał do osób szczególnie cierpliwych – przeciwnie był człowiekiem emocjonalnym, działającym na gorąco i często bez namysłu. Co gorsza śmiało można powiedzieć, że tego dnia wstał z łóżka lewą nogą i cały poranek był dlań ciągiem irytujących wypadków. Zaczęło się od tego, że podczas śniadania oblał się kawą, a następnie (gdy już się przebrał) poplamił sobie ubranie dżemem, a później było już tylko gorzej. Apogeum irytacji dopełnił Narmis, który wyznaczył mu spotkanie w laboratoriach, przy jakichś nieczystych urządzeniach, bowiem Zern ponoć miał podobne struktury rifematyczne (cokolwiek by to nie było) co jakaś bogini - chwast i był niezbędny do badań porównawczych. Naturalnie absolutnie nie odpowiadało mu spędzenie połowy dnia w niewoli u tych maniaków igieł i strzykawek, czy robienie za królika doświadczalnego w ich chorych, pseudonaukowych eksperymentach… Czy ci sadyści nie mogli sobie znaleźć kogoś innego? On przecież miał, co innego do roboty… Załatwił parę biletów na film wyświetlany w jakimś kinie świata Strefy A i chętnie by się nań udał z Seriną, ale przez tych magów od siedmiu boleści musiał z tego zrezygnować.

Co do Seriny… Ta naturalnie musiała się spóźniać. Czasem jej się zdarzało, ale teraz – naturalnie akurat tego dnia, kiedy gonił go czas – przesadziła. Gdy wreszcie się pojawiła był już bardzo zły i na jej wesołe „cześć króliczku” zareagował bardzo oschle. Natychmiast przeszli też do treningu, podczas którego bez ogródek i wyjątkowo uszczypliwie komentował każdy błąd dziewczyny… W efekcie jej humor też prawie natychmiast skwaśniał i nie dość, że się paskudnie pokłócili, to niemal się na serio nie pobili treningowymi mieczami. Gdyby nie to, że naprawdę ograniczał go czas mogłoby to się skończyć bardzo nieprzyjemnie. Kilka ostatnich, wspartych mocą technik było stanowczo zbyt na serio i wykraczało poza ramy zwykłego sparingu… Salę ćwiczeń opuścił, więc wściekły, tak na dziewczynę, jak i na siebie, za to, że wdał się w kłótnie z tak w końcu cenną dla siebie osobą.

***

Monika spędzała ranek w książkach ku wściekłości osób mieszkających piętro niżej. Osoba ruchliwego kinestetyka zajętego tak statyczną czynnością jak czytanie jest – jak wiedzą wszyscy nauczyciele – źródłem niezwykłych doznań wzrokowych, słuchowych i często urazów ciała. Jak powszechnie wiadomo bowiem ludzie dzielą się na trzy kategorie – wzrokowców, którzy zapamiętując wydarzenia opierają się oczach, słuchowców, dla których liczy się dźwięk oraz właśnie kinestetyków – osiągających maksimum koncentracji podczas ruchu. W wypadku Moniki ruch był głównie huśtaniem się na krześle połączonym z głośnym stukaniem tym krzesłem o podłogę, oraz jeszcze bardziej hałaśliwymi wywrotkami podczas co większych przechyłów. W samym fakcie lektury nie byłoby niczego złego, gdyby nie to, że czytanym obiektem była księga z zaklęciami – ot dość porządny, choć chaotyczny zaklętnik, jakich w Warowni było pełno (a za kilka skserowanych stron z których, większość rektorów magicznych uczelni większości światów dałaby się wykastrować). Ta akurat książka była własnością Moniki, więc nie bała się w niej zamieszczać własnych komentarzy na marginesach odzwierciedlających jej opinie o danym czarze. Zwykle wyglądały one tak: „to zaklęcie jest głupie” lub „to zaklęcie jest naprawdę głupie” albo „to zaklęcie jest naprawdę tak głupie, że nawet skrzydlaty by go nie rzucił”.

Nawiasem mówiąc ostatni komentarz dotyczył dość podstawowej inwokacji przywołującej podrzędne demony, którą od jakiegoś kwadransu wkuwała na pamięć Samia.

Wkład merytoryczny Moniki w rozwój sztuki magicznej objął także wzbogacenie surowej szaty graficznej książki o kilkanaście rysunków lisów, z których jeden wykonany był kredkami świecowymi i zajmował dwie strony.

Od czasu do czasu jednak zdarzało się, że dziewczyna natrafiała na czar, któremu należało dać pozytywną recenzję. Zwykle miało to miejsce, gdy trafiała na coś, co tworzyło iluzje. Iluzje są śmiesznym rodzajem magii… Dziewięciu na dziesięciu potężnych magów uznaje bowiem, że to proste czary, nadające się jedynie dla uczniów. Dziewięciu na dziesięciu twierdzi, że złamałoby każdą z nich. Dziewieciu na dziesięciu nigdy nie słyszało o naprawdę zdolnym czarodzieju, który specjalizowałby się w takich zaklęciu. Dziewięciu na dziesięciu powie, że nie są one warte ich zachodu.

Ten dziesiąty, mający odmienne zdanie jest oczywiście iluzjonistą, prawdopodobnie nikt nigdy o nim nie słyszał (chyba, że występuje w cyrku, co jest częstym zjawiskiem wśród tego typu ludzi), nikt nie pytał się go o zdanie i najpewniej – jeśli jest zdolny – nikt nie będzie wiedział, jak potężnymi mocami włada. Miarą wartości iluzji nie jest, bowiem to, jak jest widowiskowa i jak wielkiego splendoru dostarcza, a jak długo pozostaje niewykryta. Ot choćby taki prosty, niemal podstawowy czar jak...

- „Maska iluzji” – przeczytała – jest prostym, acz pożytecznym i subtelnym zaklęciem. Rzucający je czarownik może zasłonić swe poczynania, sprawiając wrażenie, że jednocześnie robi coś innego. Przykładowo – szykujący się do walki mag może wydawać się zajęty czytaniem księgi. Co więcej – udane użycie tego czaru powoduje, że nie da się dojść, że rzucający w ogóle uciekł się do magii”.

Zaklęcie było dziwne… Połowa magów, lubująca się w siedzeniu w eksperymentach i akademickich dysputach – czy choćby nawykła do beztroskiego szastania magią – uznałaby je za ćwiczenie pozbawione praktycznego zastosowania. Większość z nich nie miała takich problemów jak Monika… A naczelnym problemem Moniki było jednak to, jak – zrobiwszy coś – sprawić wrażenie, że to nie była ona.

Czar nie był przesadnie skomplikowany i dziewczyna nauczyła się go wykonywać po jakimś kwadransie. Naturalnie należało przeprowadzić testy polowe, dorysowała więc ostatnio narysowanej rodzinie lisów oczy oraz pokolorowała tatę lisa i wyszła na korytarz szukać potencjalnych ofiar.

Pierwszym skrzydlatym, jaki się nawinął była Samia. Monika strasznie nie lubiła skrzydlatych, bo… Bo ich nie lubiła. Nie pamiętała, by zrobili jej coś złego (jak i ogólnie swego życiorysu wcześniejszego niż ostatni rok), ale budzili w niej instynktowną, irracjonalną niechęć. Samia dodatkowo była nadęta, dumna i miała całą gamę dziwnych nawyków, które czyniły z niej idealną ofiarę. Z jakichś powodów na przykład bała się pierwsza wchodzić do pokoju i okropnie nieswojo czuła się, gdy ktoś stał jej za plecami.

Co więcej nie była też specjalnie inteligentna. Nie zorientowała się na przykład do tej pory, kto rzucił tamtą książką...

Monika przeszła sobie spokojnie korytarzem i w chwili, gdy mijała księżniczkę ta się przewróciła i to wcale nie dlatego, że ktoś podstawił jej nogę.

Następną ofiarą był niejaki Ifiniel, barbarzyńca wyglądający jak jeden z tych aniołów z książki, którą dała jej Roska (a przynajmniej – wyglądający jak jeden z nich, zanim Monika dorysowała im wąsy, okulary i podbite oczy), osobnik, który miał sporo wspólnego z jej pojawieniem się tutaj. Jego lot był długi – w końcu po coś miał skrzydła - i zakończony bardzo efektownym lądowaniem. Niestety był sprytny i natychmiast spróbował wyczuć, czy na okolice nie rzucono jakiegoś poślizgowego zaklęcia. Pokazała mu, więc język i uciekła szybko, zanim cokolwiek znalazł. Czar zaczynał się jej podobać, do tego stopnia, że postanowiła wypróbować go na kimkolwiek innym… Nawet, jeśli nie miałby skrzydeł.

Odpowiednia ofiara pojawiła się wkrótce. Była ładną dziewczyną o długich, czarnych włosach przewiązanych wstążką. Szła energicznie korytarzem, a u boku zawiesiła miecz. Kiedyś Monika czuła się niepewnie w otoczeniu uzbrojonych osób, lecz szybko nauczyła się, że posiekanie jej na kawałki dla nadpobudliwego wojownika skończyłoby się czymś sto razy gorszym, niż szlaban i w związku z tym nie ma się czego obawiać...

Taki ktoś może nawet musiałby porozmawiać z panią Małgorzatą.

- Hej! Co robię? – zapytała się uśmiechając się uroczo i wysuwając uzbrojoną w marker dłoń w stronę twarzy dziewczyny.

- Puszczasz bańki mydlane – odpowiedziała Serina, jednocześnie wykonując podstawową technikę rozbrajania, dość skomplikowany rzut z podcięciem i stosunkowo łatwy chwyt unieruchamiający. Jej podstawowe zmysły dały się zmylić iluzji, lecz niedawno wyszkolony, oparty na mocy instynkt walki nie pozwalał się tak łatwo oszukać. Po to w końcu był. Dopiero po fakcie zauważyła leżący na ziemi flamaster... Wzięła go do wolnej ręki.

- Czy to jest twoje? – zapytała się delikatnie.

Monika zaprzeczyła energicznym ruchem głowy. Nie mniej jednak jej sława znacząco ją wyprzedzała... W Warowni pomału zaczynała pełnić rolę dyżurnego żydomasona, odpowiedzialnego za wszelkie zło. Gdy cokolwiek się psuło, to – przynajmniej wedle niektórych – niewątpliwie maczała w tym palce nastoletnia blondyneczka, o długich warkoczykach i głębokich, niebieskich oczach stanowiących wyraz najgłębszej niewinności. Serina wykręciła jej ramię w sposób o tyleż niedelikatny, co bolesny.

- Taaaak to mojeeeee! – przyznała się torturowana niemal natychmiast.

- I co chciałaś z tym zrobić? – jej oprawczyni miała jak najgorsze przeczucia.

- Ups – to była pierwsza myśl, która pojawiła się w myślach Moniki. Mogła powiedzieć prawdę, co skończy się dla niej niemiło, albo kłamać, narażając się na dalsze wykręcanie ręki, albo coś jeszcze gorszego... Łgać na torturach potrafią tylko nieliczni... A i w końcu oni się zawsze łamią. Rozsądniej chyba będzie powiedzieć prawdę.

- Chciałam porysować cię po twarzy! – powiedziała spodziewając się najgorszego.

- COOOOOOOOOO!!!!!!!!!!!!!!!!

- AŁAAAAAAAAAAA RĘKE MI ZŁAMIESZ!!!!!!!!!!!!!!!

Ten ostatni komunikat sprawił, że Serina zelżyła nieco uchwyt. Jej głównym problemem było to, że właściwie nie chciała nikogo skrzywdzić. Owszem, znała ze sto tysięcy śmiercionośnych chwytów, pchnięć, sztychów i cięć, bez problemu potrafiłaby pokonać większość mistrzów szermierki, ale najchętniej zrobiłaby to tak, żeby nie polała się krew i nikomu nie stała się krzywda... Na szczęście jednak kary można było wymierzać w sposób bardziej humanitarny.

- Wiesz co? A może ja porysuje po twarzy ciebie? – uśmiechnęła się delikatnie przesuwając marker ku twarzy jeńca. Jej ofiara zaczęła się niezbornie wyrywać. Dla Moniki było, bowiem jasne, że jeśli Eldarina znajdzie ją z twarzą umazaną wodoodpornym flamastrem natychmiast zacznie coś podejrzewać i na pewno ją ukarze...

- Nieeeee!!! Przestań!!!!

- Myśle, że do twarzy byłoby ci z wąsami... Takimi długimi i krzaczastymi!!!!

- Nieee!!! Puszczaj!!! – zaprotestowała Monika jednocześnie usiłując chwycić zębami swą dręczycielkę.

- Może, gdybym usłyszała magiczne zaklęcie, to bym posłuchała – stwierdziła od niechcenia Serina.

- Oj wypuść mnie, to znajdę dla ciebie takie zaklęcie, że nawet Noma go nie zdejmie – pomyślała Monika, ale na głos powiedziała tylko odgadując intencję swej oprawczyni – Prosze! Nie dorysowuj mi wąsów!

- A dlaczego miałabym spełnić tą prośbę? Zawsze chciałam zobaczyć kobietę z brodą… Nawet taką smarkatą!

To wymagało szybkiego przemyślenia sytuacji, oraz refleksu w ocenie sytuacji.

- Bo będę robić za ciebie wszystko, co zechcesz... - rzuciła zrozpaczona Monika, a bojąc się, że to nie zadziała podbiła stawkę – przez cały tydzień!

Serinie nieszczególnie zależało na takiej hojności, ale niewolnik mógł się przydać. Zaakceptowała więc tę propozycję. Zaciągnęła nowo pozyskaną służącą do swojego pokoju i wręczyła jej gruby, niedawno nabyty zeszyt. Miała zamiar spożytkować go wprawdzie na notatki z leżących na biurku traktów szermierczych, ale nie był jej aż tak bardzo potrzebny...

- Jeśli się nie mylę, to ty jesteś tą sławną Moniką, która nie lubi skrzydlatych. Twoje pierwsze zadanie będzie polegało na zapisaniu całego zeszytu następującym zdaniem: „Serina nie ma skrzydeł” – podyktowała swojemu jeńcowi, który niemal automatycznie pożałował przedwczesnej kapitulacji. Takiej samej kary mogłaby się spodziewać przecież po Eldarinie! Cóż, niekiedy bywają chwilę, gdy człowiek musi być sprytny.

- Drobnym maczkiem! –krzyknęła Serina widząc pierwsze litery wielkie na pół strony. Twarz Moniki wyraziła święte oburzenie, lecz dziewczyna nie odważyła się zaprotestować po tym, jak jej dręczycielka sugestywnie zapytała się, kto jest jej opiekunką...

Wojowniczka liczyła, że zajęcie to na dłuższy czas zajmie jej jeńca. Zmęczona i zła położyła się na łóżku pogrążona we własnych problemach. Zern jeszcze nigdy nie był na nią aż tak zły. Był wybuchowy i szybko się irytował, ale jeszcze ani razu nie naskoczyli na siebie tak bardzo. Możliwe, że to była tylko jedna z chwilowych, zmiennych emocji, typowych dla jej chłopaka... A może coś więcej. Może on już jej nie kocha?

Ta ostatnia myśl była straszna... Prawie tak straszna jak odgłos walnięcia czegoś ciężkiego o podłogę połączony jednocześnie z piskiem nieodpartej grozy... Serina natychmiast zerwała się na równe nogi, po to tylko, by ujrzeć gramolącą się z podłogi Monikę.

- Huśtałam się na krześle i trochę za mocno się przechyliłam – wyjaśniła blondynka widząc pytający wyraz jej twarzy.

- O rety! Ale mi strachu napędziłaś! Czy ty nie możesz wytrzymać dziesięciu minut w spokoju? – Jak się okazało nie mogła… Przeciętny okres koncentracji Moniki wynosił – jak zmierzyła Serina - 4 minuty i trzydzieści sekund. Później – zwykle zresztą nie odrywając się od swego zajęcia – dziewczyna zaczynała się wiercić. Najczęściej właśnie huśtać się na krześle, a jeśli jej to uniemożliwić znajdowała sobie inne zajęcie… Na ten przykład zaczynała gnieść jakiś papierek, albo bawić się długopisem... Po odebraniu ich znajdowała sobie inne drobne przedmioty, a – gdy w końcu Serina usunęła je wszystkie z jej zasięgu rąk - wyszukiwała sobie inne obiekty zainteresowania. Takie, jak na przykład zdjęcie Zerna stojące na szafce.

- Czy to twój chłopak? – padło nagłe pytanie.

- No... Formalnie nie jesteśmy zaręczeni, ale... - chciała powiedzieć Serina. Środowisko, z którego pochodziła przyjmowało duże znaczenie do formy i właściwego ceremoniału. Wiedziała, że tutaj nikt o tym nie myśli, ale pewne nawyki trudno wykorzenić. Nie mniej jednak Moniki to nie interesowało, a jej myśli biegły gdzieś z boku rozmowy.

- A czy on ciebie też kocha?

- Chciałabym wiedzieć, co on na ten temat myśli – szepnęła wojowniczka trochę zbyt głośno, bowiem Monika natychmiast pochwyciła jej słowa.

- „Co myśli twój chłopak”. Czytałam taki artykuł w gazecie. – pochwaliła się swym obyciem.

- Co? – mistrzyni miecza nagle się ożywiła. Gazety były czymś, co nie występowało w jej rodzinnym świecie, nie mniej jednak szybko po przybyciu tutaj zrozumiała ich rolę. Gazety były mądre... Musiały być mądre! Dla człowieka wyrwanego ze średniowiecza, zwłaszcza niezbyt jeszcze doświadczonego i obytego ze światem wszystko, co jest wypełnione tekstem było bardzo, ale to bardzo mądre. – W jakiej gazecie?

- Nazywała się – twarz nastolatki zmarszczyła się w wyrazie najgłębszej koncentracji – nazywała się chyba „Oklaski”… Albo jakoś tak!

- Czy to była dobra gazeta?

Monika nie miała pojęcia. Na jej usprawiedliwienie należy powiedzieć, że nie dość, że pochodziła z tego samego, średniowiecznego świata, co Serina, to, co gorsza, nie była nawet człowiekiem. Była zwierzakiem – potężną, magiczną bestią, drapieżnym strażnikiem lasów, obdarzonym mądrością i mocą. I to osobnikiem bardzo młodym, tak młodym, że ani mocy, ani mądrości jeszcze nie posiadł.

Naturalny bieg rzeczy nie zakładał też, by Zwierzaki ową mądrość zdobywały w skutek urozmaiconej lektury – przeciwnie, Monika, zagorzała fanka komiksów o Batmanie przekroczyła średnią czytelnictwa swej rasy w sposób niespotykany od całych tysiącleci.* Nie mniej jednak miło było, choć raz stać się autorytetem!

- Bardzo dobra! – odpowiedziała bez namysłu.


***


Poranek był chłodny i rześki, jak przystało na jesień. Tym chłodniejszy i tym bardziej rześki, że tej nocy przymrozek ściął trawę, powodując, że świat przybrał piękny, srebrzysty wystrój. Monika była tak podekscytowana, że obudziła się wcześnie rano, na grubo przed wschodem słońca i nie mogła zasnąć. Owszem, w światach A bywała już kilka razy, ostatnio dwa dni temu, ale każda wycieczka przyprawiała ją o dreszczyk emocji. Jako, że nie mogła zasnąć musiała znaleźć sobie zajęcie – w tym wypadku była to nauka czarów. Nie była zbyt pilną uczennicą, ale magia i dawane przez nią możliwości bardzo ją fascynowały, miała też doń wrodzony talent. Wychodziła też z założenia, że jeśli uczyć się zaklęć, to trzeba je przecież przetestować.

Zaklęcie, które wypróbowywała należało do trudnych i skomplikowanych. Noma, albo inny, potężny mag prawdopodobnie potrzebowałby do jego ciśnięcia, co najwyżej wysiłku woli, nie mniej jednak ona nie osiągnęła nigdy stopnia skupienia potrzebnego do połowy tej operacji. Podłogę zdobił, więc teraz potężny, narysowany z użyciem kredek świecowych krąg, w którym zakotwiczyła znaczną część potrzebnej do czaru mocy. Pozostała moc umieszczona była w niedużej, zapachowej świeczce koloru niebieskiego wydzielającej z siebie przyjemny aromat jaśminu (niestety tylko taką miała…).

Zaklęcie miało aż cztery stopnie. W pierwszym należało zaczerpnąć moc – Monika skupiła się na kręgu, powietrze zawibrowało i zabuczało niczym wiatraczek w starym PC. W drugim należało ją wstępnie ukształtować – wysiłkiem woli przelała czar w matrycę zawartą w świeczce, której knot natychmiast strzelił niebieskim płomieniem, przez co zaskoczona dziewczyna niemal nie straciła kontroli nad czarem. Teraz należało wysłać ją do celu. Monika wyjęła przygotowany zawczasu rekwizyt – pod postacią zdjęcia pokoju Samii – i myślą wysłała tam zaklęcie. Moc poruszała się leniwie, a z wysiłku pomału zaczynała boleć ją głowa. Teraz należało zwizualizować obraz tego, co chciało się pokazać... Zdjęła z półki jakiś bestiariusz i otworzyła go na losowej stronie, trafiając na ilustrację czegoś paskudnego i wyobraziła sobie, jakby wyglądało w ruchu, pachniało i jakie wydawałoby dźwięki. Tworzona właśnie iluzja obejmowała wszystkie zmysły i możliwe wrażenia. Do końca zdawało się jej, że zaklęcie wyrywa jej się z pod kontroli.

Nie mniej jednak wysoki, pełen lęku kobiecy wrzask dobiegający z pewnej odległości zaświadczył o tym, że się myliła. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku zamknęła książkę i zdmuchnęła świeczkę. Samia zapewniła pobudkę lepszą od wszystkich budzików całej Warowni... Mogła więc założyć, że Serina niedługo także wstanie i wyruszą w podróż… Czeka na nią wspaniały świat klasy A, wraz ze swymi supermarketami, salonami gier i hamburgerami...


***


Serina pojawiła się jakieś dwie godziny później, ubrana mniej więcej tak, jak mieszkanka świata, do którego się udawali. W prawdzie ani długie, sięgające stóp spódnice ani pozbawione dekoltów bluzki nie były w tym momencie szczególnie modne i często noszone, jednak jej strój mógł ujść. Także fryzura nie należała do szczytu popularności - końskich ogonów i wstążek raczej nie noszono, wyglądała więc dość oryginalnie, niemniej jednak nie na tyle, by rzucać się w oczy. Naturalnie w jej wypadku o zlaniu się z tłumem nigdy nie mogło być mowy, bowiem niestety była na to – co Monika przyznała z zazdrością – za ładna.

Wspólnie otworzyły przejście, bowiem żadna nie radziła sobie z tym dobrze i po chwili obydwie były w obcym świecie.

- Dziwnie pachnie tu powietrze – zauważyła Serina.

- Spaliny – wyjaśniła jej przewodniczka, a widząc niezrozumienie na twarzy swej rozmówczyni dodała – używają tu pojazdów, które wydychają z siebie rodzaj dymu... Wszystko jest nim przesączone.

Gdy pierwszy raz odwiedziła tego typu świat ledwie mogła oddychać, tak śmierdziało dla niej powietrze. Nie mniej jednak zdumiewająco szybko przyzwyczaiła się do tutejszej, niezwykle zresztą bogatej gamy zapachów. Naturalnie do niej docierały one silniej i intensywniej, niż do innych osób z Warowni, potrafiła też wyczuć takie, które dla innych pozostawały niedostrzegalne.

- Źle się tutaj czuje, kręci mi się w głowie – poskarżyła się wojowniczka.

- To ten świat wysysa z ciebie magię – wytłumaczyła Monika, ucieszona, że może uchodzić za autorytet – rozumiesz, tutaj w otoczeniu nie ma czarodziejskiej mocy, przez co nasza z nas wypływa...

- Czy to nie jest niebezpieczne...

- Nooo trochę jest... Gdybyśmy zostali tu zbyt długo stracilibyśmy nasze moce i nie moglibyśmy wrócić.

- Pośpieszmy się, więc może, dobrze? – zaproponowała Serina i Monika przyznała jej racje. Nie mogła stracić ani chwili czasu, zwłaszcza, że jej wzrok wypatrzył już supermarket, a węch pieściły zapachy dobywające się z barku z hamburgerami.


***


Nie można powiedzieć, by Serina miała złą kondycje... Może nie była najlepszą wojowniczką w Warowni, ale każda szermiercza reprezentacja narodowa odwiedzanego właśnie świata chciałaby ją widzieć w swych szeregach. Niemniej jednak ciągłe gonienie za Moniką musiało ją zmęczyć. Na jej szczęście w końcu dorwała ją w jakiejś kolejce i bezczelnie z niej wyciągnęła. Była znacznie silniejsza od swej koleżanki… Przynajmniej, póki ta była w ludzkiej postaci.

- Puść mnie! – zaprotestowała blondynka, energicznie się szarpiąc – Ja chce kupić hamburgera!

- Po co ci? Zjadłaś już sześć! – Serina nie zamierzała jej uwolnić, przeciwnie pociągnęła mocniej, cała czerwona ze wstydu, bo ludzie się na nią gapili.

- Jestem głodna!!! – oznajmiła Monika.

- Nie możesz być głodna! Zjadłaś sześć hamburgerów, dwie duże pizze, tabliczkę czekolady, paczkę chipsów i pięć litrów lodów! – wyliczyła. W Warowni widziała różne rzeczy, ale to przekraczało jej pojęcie, a co gorsza wzbudzało jej zazdrość. Jak ktoś mógł tyle jeść i przy okazji nie tyć ani trochę?

- Ale ja naprawdę jestem głodna!

- Nie jesteś!

- Jestem!

- Nie jesteś!!!

- JEEEESTEEEEM!!!!

- Nie jesteś!

- Ale naprawdę...

- Rety chodźmy już kupić tą gazetę! – powiedziała niemal błagalnie Serina. Od trzech godzin uganiała się za zapychającą brzuch Moniką.

- No dobrze... Ale potem kupisz mi chrupki?

- Nic już ci nie kupie do jedzenia! Nie możesz tyle jeść! To nie jest zdrowe!

Monika spuściła nos na kwintę. Niezdrowe... Co ta Serina może wiedzieć o jedzeniu? To nie jej prawdziwe ciało było wysokim na półtora metra lisem, który ciągle rośnie... Nie mniej jednak dała się bez większego oporu zaciągnąć do stoiska z gazetami. Czegoś, co nazywało się „Oklaski” nie mieli… Za to posiadali coś, co nazywało się „Brawo” i co – po dłuższych deliberacjach – uznały za wystarczający substytut.


***


Lektura „Brawo” – jak wszyscy zresztą wiedzą – nie jest może szczególnie inteligentna i sprowadza się głównie do oglądania zdjęć, niemniej jednak zawsze jest pełna humoru i pouczająca. Śmiało więc można powiedzieć, że Serina czytała gazetę z wypiekami na twarzy. Monika w prawdzie też ją przejrzała, ale szybko uznała – właściwie intuicyjnie – za nudną i głupią... Wolała zająć się rysowaniem kolejnego liska w swej książce zaklęć... Ten był naprawdę piękny, wykonany flamastrami, tak, że przebijał na drugą stronę. A Serina...

Nie chodzi o to, że była jakoś szczególnie nieuświadomiona w sprawach seksu. Swoje wiedziała, z tych samych źródeł z których młode dziewczęta i chłopcy wszystkich światów zdobywają odpowiednią wiedzę. Po prostu wedle standardów jej świata o niektórych rzeczach nie wypadało głośno mówić ani pisać… Czytała więc niemal zażenowana, a jednocześnie głęboko zafascynowana... Niewiele jednak rozumiała, gdyż współczesne teksty o seksie operują jednak dość specjalistycznym, medycznym słownictwem... Tymczasem słownik lekarzy jej rodzinnej planety ograniczał się do zwrotów „pijawki”, „puszczanie krwi” i „ups, on chyba umarł doktorze”.

- Co to znaczy „orgazm”?– zadała wreszcie pytanie czerwieniąc się jak mały, śliczny buraczek.

Jeśli chodzi o współczesne słownictwo medyczne, to Monika kojarzyła luźno Witaminę C – jako „małe, żółte cukierki”. Jej odpowiedź była, więc prosta:

- Nie wiem.

- Kto to mógłby wiedzieć? – Serina zadała sobie pytanie. Naturalnie Zern... Zern był taki mądry i przystojny... Ale jego się przecież nie będzie pytała o takie świństwa, bo co by sobie o niej pomyślał? – Kto jeszcze?

- A nie wiesz, kto może wiedzieć? – zadała pytanie?

- Eldarina może wiedzieć! – ochoczo odpowiedziała Monika. Dla niej Eldarina pełniła podobną rolę – taka mądra, piękna, wspaniała… Była w nią zapatrzona jak dziecko w matkę... - Ale ona gdzieś pojechała z jednym takim...

„Jeden taki” był czarnym elfem przypadkiem zainteresowanym historią wojskowości, którego Eldarina wzięła do pomocy we własnych badaniach historycznych i istotą, która zdeklasowała nawet skrzydlatych w prywatnej piramidzie nienawiści Moniki.

- Chodźmy się zapytać magów! – wpadła nagle na pomysł Monika. Jak daleko sięgała pamięcią (to znaczy – jakieś sześć miesięcy wstecz) magowie zawsze stanowili ostateczną krynice mądrości. – Oni są mądrzy...

- Wiesz, tu jest taki jeden, który wypił nieprzetestowany eliksir magiczny... To chyba nie jest zbyt mądre – zauważyła Serina. – A widziałaś jak zachowują się Kyle i Lansil, jak widzą się na korytarzu? Albo obydwaj Sidlanowie?

Rzeczywiście, zarówno niechęć obydwu braci, jak i wzajemne zachowanie obydwu Sidlanów pomału stawało się przysłowiowe. O ile bliźniaki zachowywały się jeszcze normalnie, to porzekadło „lubić się jak Kyle z Lansilem” stawało się popularne. Monika przytaknęła energicznym skinieniem głową.

- I Samia też jest czarownicą! – dodała. Samia była księżniczką skrzydlatych... W prywatnym kosmosie Moniki pełniła więc rolę podobną do Adolfa Hitlera, dodatkowo absolutnie nieposiadającego manier i dobrego wychowania. Ktokolwiek chciał się z kimś takim zadawać musiał być niespełna rozumu.


***


Nie mniej jednak Monika postanowiła jednak zlekceważyć opinię swej nowej przyjaciółki o magach i przy okazji przepytać ich o znaczenie owego tajemniczego słowa. Naturalnie nie udała się do byle jakich czarowników – Samia przecież na pewno by nie wiedziała - a do największego i najwspanialszego z nich wszystkich zgromadzonych na wyspie – samej Nomy. Okazja do tego nastąpiła dość szybko – czyli następnego dnia. Noma – pełniąca funkcję szkoleniowca czarnoksięskiej kadry – prowadziła z nią i Derninem, ciemnym elfem z samego Podmroku lekcje magii. Za oknem siąpił ponury, jesienny deszcz sprawiając, że świat poza pokojem, w którym odbywały się ćwiczenia przestał być nagle atrakcyjny. Myśli Moniki oscylowały więc tego dnia w bliżej niesprecyzowanych kierunkach, krążących głównie wokół tego, co zrobi, gdy już będzie wielką czarodziejką, taką jak Noma… I po prostu nagle jej się przypomniało, podniosła więc rękę.

- Tak Monika? – czarodziejka udzieliła jej głosu.

- Ciociu Nomo... - zaczęła – a co to znaczy orgazm?

Dernin – który poziewywał nad jakąś równie nudną, co skomplikowaną mapą mocy nagle oderwał się od niej i zaczął z większą uwagą śledzić rozmowę. Widocznie on też nie wiedział – doszła do wniosku Monika.

- Wiesz Monika na tym świecie są pszczółki i motylki... - Noma zaczęła tradycyjnie, siląc się na dobrą wolę. Postanowiła wytłumaczyć jej to w delikatny sposób, oszczędzając obrazowych opisów czy medycznego słownictwa nie, dlatego, by czuła się zażenowana czy skrępowana. Monika była po prostu bardzo młoda – tak na ludzkie standardy jak i na standardy swego gatunku. Jej nastoletnie ciało skrywało niewinny umysł, którego nie należało zbyt brutalnie wprowadzać w świat międzyludzkiej erotyki z tej przyczyny, że zwyczajnie NIC by nie zrozumiała.

Monika kiwnięciem głowy potwierdziła fakt istnienia pszczółek i motylków.

- I są jeszcze osy! I szerszenie! – dodała.

- Tak, są, ale skoncentrujmy się na pszczółkach i motylkach!

- I jeszcze trzmiele!

- Powiedziałam: skoncentrujmy się na pszczółkach i motylkach – Noma ostudziła jej entuzjazm. – Jak wiesz one siadają na kwiatkach...

Dernin słuchał z rosnącą uwagą, spodziewał się co teraz nastąpi.

- One piją nektar i robią z niego miód! Czy orgazm robi się z miodu? I czy jest smaczny? I jak wygląda? – Monika zaczęła bombardować swą mentorkę tysiącem nieprzemyślanych pytań.

- Nie, tego nie robi się z miodu!

- To może z owoców?

- Tego nie robi się też z owoców – odpowiedziała i – zanim zdążyła powiedzieć, że tego się nie je, musiała wyjaśniać, że nie robi się go z korzeni kwiatków, listków, nasionek, ani nawet z samych pszczółek i motylków, nie jest też rodzajem wianka, ani tym bardziej packi na muchy... Monika wśród ludzi spędziła niecały rok i sfera erotyczna ludzkiego życia była dla niej totalną białą plamą – nawet nie wiedziała, że coś takiego jest. Jej gatunek na tym stopniu rozwojowym, na jakim była nie myślał w ogóle o seksie...

Taki stan rzeczy powoli zaczynał natomiast wyprowadzać z równowagi Nomę, tym bardziej, że Dernin po prostu kulił się ze śmiechu na krześle. W pewnym momencie więc – zamiast odpowiadać na kolejne pytanie wstała i zdjęła z półki opasłe tomisko.

- Masz – wręczyła je dziewczynie – i doczytaj sobie. Na dzisiaj koniec lekcji – oznajmiła.

Monika wybiegła z sali i w te pędy pobiegła do Seriny.

- Pytałam Nomę, co to znaczy „orgazm”! – pochwaliła się na głos. Gdyby teraz ktoś widział jej koleżankę uznałby, że Małgorzata upadła na głowę i sprowadziła do Warowni czerwonoskórą Indiankę, tak intensywnych wypieków wstydu doznała Serina.

- I co? – zapytała się konspiracyjnym szeptem, drżąc, że ktoś usłyszy i coś sobie o niej pomyśli...

- Nie wiedziała – udzieliła odpowiedzi Monika – Ale dała mi książkę!

Serina wyrwała jej opasły tom z rąk i pognała do pokoju. Stanęła przed potężnym wyzwaniem, do którego trzeba było się odpowiednio przygotować. Zaparzyła więc dzbanek kawy i dopiero uzbrojona weń usiadła na łóżku i wzięła tom do rąk.

- „Słownik medyczny” – przeczytała tytuł i westchnęła. Księga liczyła – tak na oko – dobre tysiąc stron i wszystko to musiała przeczytać. Perspektywa ta była przerażająca, ale czegóż się nie robi dla miłości?

Wyjaśnić należy, że Serina widywała już wcześniej na oczy książki, a nawet kilka ich przeczytała jeszcze przed swym pojawieniem się w Warowni. W prawdzie jej średnia czytelnictwa była podobna do tej, jaką prezentuje statystyczny Polak, nie mniej jednak – zważywszy na odsetek analfabetyzmu jej świata utrzymujący się tak w okolicy 80% ludności – znaczyło to, że nie tylko czyta książki, ale też, że uzyskała bardzo dokładne wykształcenie... Po prawdzie przeczytane przez nią książki, co do jednej były traktatami szermierczymi, nie mniej jednak fakt pozostawał faktem.

Kłopot leżał w czymś innym... Otóż jej świat prezentował poziom techniczny mniej – więcej XIII wieku, a tymczasem takie ułatwienia, jak spis treści wymyślono dopiero w wieku XVI i o jego istnieniu nie miała zwyczajnie pojęcia. Przychodziło jej, więc do głowy tylko jedno wyjście – czytać od deski do deski.

Słowniki medyczne – gdyby ktoś nie wiedział – stanowią alfabetyczny zbiór chorób, ich opisów i metod leczenia. Jako takie są wręcz pasjonującą lekturą, także dla Seriny.

- Alergia – przeczytała na głos nagłówek i wczytała się dalej. Lektura była dość niefrasobliwa, dopóki z czystą, żywą grozą nie uświadomiła sobie, że zawsze kichała podczas okurzania. Po kilku minutach była już pewna – jest alergiczką, zawsze była... Na szczęście z tą chorobą da się żyć, choć nie jest to łatwe... Musi tylko ograniczyć kontakty z kurzem, kwitnącymi trawami i drzewami, zwierzętami i ludźmi do maksymalnego minimum. Musi też wyrzucić z diety mleko, jajka, ryby i właściwie wszystko, poza niewielką porcją chleba i niechlorowaną wodą, co znaczyło, że czeka ją straszne życie, ale zawsze życie… Z lękiem odwróciła kartkę, by odkryć nową, przerażającą chorobę – anoreksję... Tak, coś ostatnio nie miała apetytu… To straszne było być alergikiem – anorektykiem… A im dalej w las tym ciemniej! Późnym wieczorem, gdy kończyła lekturę wiedziała już, że nie są to jej jedyne przypadłości – cierpiała także na anemię, arytmie serca, astmę, astygmatyzm oraz aspołeczność. Straszna prawda dotarła do niej z pełną siłą – nie dożyje osiemnastych urodzin, przyjdzie jej umrzeć młodo… Przebrała się ubierając najgrubszą piżamę, z żalem patrząc na lustrzane odbicie swego młodego, kształtne ciało, które niedługo anoreksja ma zamienić w żywy szkielet i położyła się spać. Nim zasnęła owinęła się szczelnie kołdrą, nie zważając na to, że ta jest wykonana z pierza... Czuła się źle, bardzo źle i właśnie brała ją gorączka, ponadto była słaba, tak bardzo słaba.

W nocy miała koszmary, jak to w gorączce, dusiła się i chudła, straciła wzrok i cała wyblakła... Zewsząd atakowały ją pyłki i roztocza, broniła się przed nimi mieczem, ale było ich wiele, tak wiele, że musiała ulec ich przewadze.

Obudziła się nad ranem zlana potem. Gorączka nie ustępowała, mimo, że owinęła się w trzy kołdry… Była, więc cała mokra, spragniona i wyczerpana. Po głowie chodziła jej jednak pewna myśl… Do Warowni trafiali różni dziwni ludzie w dziwnym stanie – połamani, posiekani, pomiażdżeni – i jakoś udawało ich się zwykle uleczyć. Może i dla niej jest jeszcze jakaś nadzieja? Udała się, więc do uzdrowiciela.


***


Pomimo faktu, że osadzona na Czarnej Wyspie Warownia była zamieszkana przez istoty, na widok których profesor Tolkien rzuciłby pisanie, a Andersen popełniłby samobójstwo z powodu ubogiej wyobraźni, oraz stanowiła wszechświatowego potentata w dziedzinie medycyny niekonwencjonalnej, Chelidon nie zatraciła swego profesjonalizmu. W odróżnieniu od uzdrowicieli – nawet wybitniejszych od niej samej – którzy wymamrotali parę czarodziejskich formułek i w cudowny sposób leczyli dotykiem, albo nawet i bez dotyku nie wiedząc nawet, że pod nazwą rak może kryć się coś więcej niż słodkowodny skorupiak ona znała się na tym, co robi. Była w końcu weterynarzem… Stare nawyki jakoś nie chciały jej przejść i nie wyobrażała sobie pracy bez zbadania pacjenta, a to, że teraz leczyła ludzi ułatwiało sprawę... Zwierzaki w końcu nie gadają i nie potrafią opisać swych dolegliwości.

- Ok mała – powiedziała uśmiechając się przyjaźnie – co ci dolega?

Uśmiech jej zaraz zbladł, bowiem dziewczyna z błaganiem w głosie i całkiem na serio wyliczyła kilkanaście poważnych chorób zaskakując ją całkowicie. Na pierwszy rzut oka wyglądała przecież na silną i zdrową, Chelidon nie raz widziała ją, jak biega dookoła i wyczynia jakieś niebezpieczne rzeczy z mieczem. W prawdzie jej pacjentka miała wypieki na twarzy, ale pani weterynarz zrzuciła je na karb zbyt grubego ubrania.

- Żartujesz? – zapytała się z niedowierzanie.

- Niestety nie, proszę pani – powiedziała zwieszając głowę na kwintę, a uzdrowicielka nie miała serca łajać ją za tą „panią”.

- Zaraz coś poradzimy – powiedziała. W końcu nie z takimi rzeczami sobie radzili... Ostatnio trafił się przecież ten klient, który wyglądał, jakby wpadł do maszynki do mielenia mięsa… Bezpośrednie trafienie pociskiem odłamkowym, czy coś w tym stylu… - Na początku mi powiedz – kto zdiagnozował te choroby?

- Ja... Sama... - wydukała dziewczyna.

- To znaczy, że posiadasz wykształcenie medyczne? – zdziwiła się Chelidon. Zawsze mieli ręce pełne roboty, ktoś do pomocy mógłby się przydać, nawet, jeśli byłby tradycyjnym lekarzem od antybiotyków. Mógłby na przykład zaszczepić całe towarzystwo na grypę… Choć z drugiej strony mógłby to być nieszczęśliwy pomysł – przypomniała sobie, co się działo, gdy próbowała dać Mruczkowi zastrzyk przeciwko wściekliźnie. Kto by się spodziewał, że coś tak wielkiego potrafi się tak wysoko wspinać na drzewa?

- Nie proszę pani, ale mam książkę – Serina wyjęła opasłe tomisko, które przygotowała na wypadek konsultacji.

Chelidon wzięła je do rąk.

- Zmierzę ci teraz gorączkę dobrze? – powiedziała wpychając nie protestującej dziewczynie termometr do ust. Z przyrządem między zębami trudno gadać, więc będzie miała czas, by dowiedzieć się, co to za dzieło...

Dziesięć minut później wiedziała już, jaką należy zastosować terapię. Zabrała więc swej pacjentce knigę, zakazała jej do końca życia czytać książek medycznych i wywaliła za drzwi...

Mimo, że niezbyt kulturalna, metoda leczenia poskutkowała i do wieczora Serina wyzdrowiała ze schorzeń tak faktycznych jak i wyimaginowanych.


CDN

* Poprzednim rekordzistą była Gereneth, Rogata Wilczyca z Lodowców, która spotkawszy kiedyś na swej drodze bibliotekarza zmusiła go, by przed pożarciem zademonstrował, do czego służą dźwigane przezeń przedmioty.

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Akinoshi : 2006-10-02 18:23:32
    niemniej jednak...

    Opowiadanie strasznie mi się podobało! :D

    Zwróciłam uwagę na mnóstwo "niemniej jednak.." - po jakimś czasie (przy ósmym razie) zaczyna wpadać w oko, zwłaszcza, gdy następuje w dwóch sąsiadujących zdaniach.Nie lepiej używać wtedy "jednak", "jednakże" albo "ale" ?

  • Skomentuj