Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Z mugolem za pan brat!

"Cause the end of peace is the end of life..."

Autor:Pisces Miles
Korekta:IKa
Tłumacz:Villdeo
Serie:Harry Potter
Gatunki:Akcja, Dramat, Komedia, Romans
Dodany:2006-11-01 12:27:31
Aktualizowany:2008-02-14 14:07:29


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Zrzeczenie: Harry Potter i wszystkie jego części są własnością Jane Katherine Rowling oraz firmy Warner Brothers. Ja tylko pożyczam.

Oryginał: Muggle Year

Zamieszczone za zgodą autorki.


My home is in motion as darkness unfolds, *

the air overloaded, the sky stands in gold.


Draco patrzył w twarz Virginii całkowicie zszokowany. Ona też na niego patrzyła, otworzyła usta, ale nie była zdolna do wypowiedzenia czegokolwiek. I patrzyli tak na siebie, aż w końcu Dumbledore podszedł do Myry, biorąc ją za rękę. Blondyneczka była przerażona. Nie tylko samego upadku zbroi, ale także Virginii. W zieloniutkich oczach Myry widniały łzy.

- Poppy! - zawołał dyrektor.

- Tak, słucham...? - Madame Pomfrey wyszła naprzód i delikatnie zabrała Myrę od jej kuzyna. - Panno Kirkimburgh, chodźmy, zobaczymy, czy panience nic nie jest.

Na korytarzu zapanowała martwa cisza. Ron i Hermiona spojrzeli niedowierzająco na Weasleyównę, podczas gdy Harry z nienawiścią oglądał Mroczny Znak na ścianie.

Patrząc ze spokojem na Dracona i Virginię, Dumbledore zawołał McGonagall i Sprout. Jednak w jego oczach nie igrały już ciepłe ogniki - te zgasły.

- Minerwo, czy mogłybyście odesłać wszystkich uczniów do ich domów? Powiedzcie im, żeby czekali na dalsze wskazówki. Nikt nie powinien wychodzić z domu, chyba, że będzie musiał i otrzyma pozwolenie Głównego Prefekta - dyrektor surowo spojrzał na swych wychowanków. - Argusie, powiadom proszę profesora Moyet i profesor Perdrisat o zaistniałej sytuacji.

- Severusie! - poprosił Snape'a, kiedy uczniowie odeszli, pozostawiając na korytarzu dyrektora, Dracona i Virginię.

Mistrz Eliksirów wyłonił się z cienia.

- Tak, dyrektorze?

- Zbadaj tę różdżkę i zobacz, czy ten Mroczny Znak da się usunąć - polecił, po czym odwrócił się w stronę uczniów. - Powinienem poinformować Ministerstwo. Panie Malfoy, panno Weasley, czy mogliby państwo udać się do mojego gabinetu i poczekać chwilę?

But you in a way, you left me to stay,

we see us in heaven, I'm counting the days...


***


At the end of time, at the end of us,

at the end of everything we had,

only faith helps you, only grace can do,

only you can take the pain.

W komnacie dyrektora wcale nie było lepiej, a nawet wręcz odwrotnie. Draco zamknął oczy i oparł się o krzesło. Virginia siedziała obok niego, miętoląc w rękach swoja szatę. Nie mogła się skoncentrować, w uszach dzwoniło jej własne serce i miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje bądź zemdleje. Czas płynął straszliwie wolno.

„Chwila” trwała już dwie godziny. Dumbledore'a nadal nie było. Virginia co kilka chwil spoglądała na Malfoya, ale, przyłapawszy się na tym, natychmiast odwracała głowę. Czuła, że coś jest nie tak, bardzo nie tak. Czuła nienawiść, która rosła w nim z sekundy na sekundę.

To nie byłam ja...!

- Tędy, proszę... - powiedział ktoś za ścianą. Nareszcie przyszedł dyrektor, prowadząc ze sobą dwie osoby, z czego jedna była znana w całym świecie magii – był to Korneliusz Knot.

Drugiego mężczyzny Virginia nie znała. Miał on czarne włosy do ramion i nosił czarną szatę ze srebrną sprzączką pod szyją. Włosy zakrywały mu jedno oko. Uśmiechał się trochę kpiąco, z jednej strony jakby mówił: "Jestem ponad to", a z drugiej jakby szukał ofiary.

Knot nie wyglądał na szczęśliwego, tak po prawdzie, to wyglądał jakby zaraz miał wybuchnąć. Był czerwony na twarzy, jakby chwilę temu się z kimś kłócił. Mocno wbijał paznokcie w ręce, wiec nie byłoby zaskakujące, gdyby sobie zrobił dziurę w dłoni. Gdy wszedł do środka, od razu zwrócił na siebie uwagę Dracona.

- Dumbledore, już więcej kłopotów nie możesz spowodować?

Oczy dyrektora pociemniały jeszcze bardziej. Wyglądał, jakby w ciągu tych dwóch godziny zestarzał się dobre dziesięć lat. To był pierwszy raz, kiedy Virginia widziała go tak poważnego.

- Korneliuszu, przyjacielu, to nie czas, aby zwalać na kogoś winę. Prasa ma milczeć, ale przecież szkoła się lada chwila o wszystkim dowie, razem z uczniami z Durmstrangu i Beauxbatons. Mamy porozmawiać o tym, jak to się stało, ze Mroczny Znak ukazał się na ścianie.

- Ha! - wypluł praktycznie Knot. - Mroczny Znak! Jak ty dbasz o swoją szkołę, Dumbledore, że pozwoliłeś, aby takie... to paskudztwo ukazało się w niej?

- Dumbledore ci powiedział, że to nie czas, aby rozmawiać o odpowiedzialności - powiedział cicho ten drugi człowiek. Ciągle trzymał ręce w kieszeni.

- Ja cię znam, ty jesteś Śmierciożercą - odezwał się nagle Draco, wstając. Virginia przytknęła ręce do ust, próbując nie westchnąć

Oczy mężczyzny penetrowały Draco na wylot. Chłopak zdążył zauważyć, że jedno z nich jest błękitne, za to lśniło czerwonym blaskiem.

- Jak i ty, młody Malfoyu - odrzekł spokojnie. Gwałtownie chwycił ramie blondyna i, zanim Draco mógł zaprotestować, zdarł mu rękaw od koszuli, odsłaniając Mroczy Znak na jego ramieniu. Korneliusz Knot cofnął się do tyłu, a na jego twarzy malowało się obrzydzenie. Dumbledore zachowywał się, jak gdyby nigdy nic, pozwalając nieznajomemu mężczyźnie robić to, co mu się żywnie podobało.

Brunet zaśmiał się drwiąco Malfoyowi w twarz.

- Jaki ojciec, taki syn.

Szare oczy Dracona wyglądały jak szparki. Nic nie mówiąc, przywalił tamtemu z całej siły. Mężczyzna cofnął się krok do tyłu. Blondyn nie zdziwiłby się, gdyby mu oddano.

- Nie masz prawa mówić tak o mnie - wysapał w tę jego roześmianą twarz.

- Dra-... - zaczęła Virginia.

- ZAMKNIJ SIĘ, WEASLEY!!! - krzyknął, nawet się nie odwracając.

Jeszcze nigdy nie słyszała takiej nienawiści w jego głosie. Cofnęła się, nie ośmielając się już nic więcej powiedzieć.

Cause the end of peace is the end of life,

and the end of any happiness,

only love helps you, only trust can do,

only you can take the pain off me...

- Dyrektorze, nareszcie wiem, jak.... - do komnaty wkroczył Snape, ale natychmiast się zatrzymał. - Sean?

Czarnowłosy człowiek posłał mu nieszczery uśmiech.

- Dawno się nie widzieliśmy, starszy bracie.

- Bracie? - powtórzyła wstrząśnięta Virginia.

Dumbledore westchnął głośno.

- To jest Sean Snape, młodszy brat Severusa i dawny Śmierciożerca.

- Nadal jestem temu przeciwny - wtrącił gorąco Knot.

- Byłeś Śmierciożercą? - zapytał podejrzliwie Draco. - Widziałem cię dwa lata temu w domu mego ojca. Co tu robisz teraz?

- To tajemnica, mój synu - odrzekł, siadając na kanapie.

- Proszę, kontynuuj, Severusie - poprosił Dumbledore. Korneliusz patrzył z niewiarą na wszystkich trzech Śmierciożerców przed sobą. Do komnaty weszła McGonagall, informując, że wszyscy uczniowie bezpiecznie wrócili do swoich domów.

- Jestem pewnie, że Mroczny Znak został wywołany za pomocą tej różdżki - zawiadomił z powagą Snape, patrząc na Virginię.

- Kto trzymał tę różdżkę? - zażądał minister Magii.

- Ale ja nie... - wtrąciła Virginia.

- To byłaś ty? - zapytał Kont, po czym uśmiechnął się we wstręcie. - Weasley. Nigdzie tego nie ukryjesz.

Dziewczyna przygryzła wargę. Minerwa spojrzała na Ministra Magii. Nigdy nie pałała zbytnią sympatią do tego człowieka i podejrzewała, że zaczęło się to, gdy wypuścił dwóch Śmierciożerców na wolność dwa lata temu.

- Tak to ona, Korneliuszu – potwierdził z dezaprobatą dyrektor. - Ale jestem pewien, że to nie ona jest odpowiedzialna za to wszystko, co się aktualnie dzieje w Hogwarcie.

- Tak, tak, w Ministerstwie "wspaniały" Hogwart przypomina mi się już od kilku miesięcy – wypluł z wściekłością Kont, patrząc na Dumbledore’a. - Dumbledore, ignorujesz polecenia, jakie wydał ci zarząd. Daliśmy ci szansę, abyś zrealizował ten beznadziejny Rok Mugola. Podejrzewam, że to wszystko, co się dzieje w Hogwarcie ma związek właśnie z tym i tym twoim nowym uczniem, Adrianem Bradleyem!

W gabinecie zapanowała cisza.

- Nie pozwolę mówić w ten sposób o moim uczniu. Adrian Bradley jest jednym z najlepszych w Hogwarcie i mieszanie go w to wszystko jest śmieszne.

- Przestań, Dumbledore! - ryknął Knot. - Bradley siedział w Azkabanie! Byłem głupcem, akceptując twoją propozycję, aby go przyjąć do Hogwartu i pozwolić żyć mu normalnym życiem. Wiesz, w jakie kłopoty mnie to wpakowało? Czy wiesz, ile Barty Crouch się nasiedział, zanim go złapał? To, co Adrian Bradley uczynił trzy lata temu, to dość, żeby od razu skazać go na Pocałunek Dementora!

- Dosyć! - przerwał ostro dyrektor. - Adrian Bradley jest uczniem Hogwartu i jest pod moją opieką. Nie obchodzi mnie, co pan o nim sądzi, ministrze, ale nie pozwolę go obrażać. Jedynym sposobem, aby poznać, co tak naprawdę się stało, Ginny musi wziąć Veritaserum.

Severus wyjął z poły szaty małą buteleczkę z przezroczystym eliksirem.

Draco usiadł. Zmuszał się go nie patrzenia na Virginię.

Policzki Knota zaróżowił się jeszcze bardziej. Nigdy nie zapomniał, co stało się dwa lata temu, podczas Turnieju Trójmagicznego. Ale nadal nie wierzył w to, że Lord Voldemort powrócił. Nie potrafił się do tego przekonać.

- Weasley - Severus podał Virginii eliksir. - Zażyj to.

Spojrzała na buteleczkę, zawierającą tylko kilka kropel cieczy. Nigdy by nie pomyślała, że będzie zmuszona to zażyć. Eliksir był strasznie silny. Bała się.

Powoli spojrzała na Dumbledore'a.

- Weź to - powiedział łagodnym głosem, kiwając głową.

Nie oddychając, odkręciła korek. Zamknęła oczy. Czuła, jakby płyn spalił jej gardło. Poczuła łzy.

Otworzyła swoje brązowe oczy, a raczej teraz czarne i puste.

- Sean - dyrektor skinął głową w stronę bruneta siedzącego na kanapie. Młodszy brat Severusa wstał.

- Panno Weasley, gdzie pani była, gdy Draco Malfoy przebywał na korytarzu wraz z Myrą Kirkemburgh?

- W skrzydle szpitalnym.

- Co pani tam robiła?

- Zadanie domowe z eliksirów - odpowiedziała nudnym głosem, przymykając lekko oczy.

- Czy ma pani na to dowód? - zapytał Sean, patrząc na nią uparcie.

- Ja...

- Co pani robiła na korytarzu przed Mrocznym Znakiem, trzymając w ręce różdżkę? - kontynuował brunet.

- Ale ja nie...

- Co pani robiła, kiedy zbroja upadła na posadzkę? - zażądał Sean.

Nie słuchaj go, Ginny... Nie musisz go słuchać, nie musisz mu odpowiadać...

- Odpowiedz mi!

Ginny... Chodź do mnie... Ja nie będę ci nigdy rozkazywał... Nie będę cię zmuszał cię do tego, czego nie chcesz robić... Ja nie będę ignorował twego istnienia... Nie ja...

- Panno Weasley!

Przyjdź tam, gdzie zostaniesz nareszcie doceniona...

- Nie! - krzyknęła cicho, łapiąc się za głowę i upadając na podłogę.

- Ginny! - zawołała McGonagall, klękając nad swoja wychowanką.

- Nie, nie, nie, nie...

Virginia zemdlała.


***


- To niemożliwe, Korneliuszu!

- Nie obchodzi mnie to, Ginny Weasley ma zostać usunięta z tego musicalu, albo ten cały muzyczny burdel zostanie odwołany!

- Jak śmiesz ty stary, nadęty...

- Ty...

- Spokojnie, Lesley.

- Ale Dumbledore...

- Ministrze, czemu pan chce usunąć to dziecko?

- To chyba jasne, że ona wywołała ten Mroczny Znak. Brak dowodów wskazuje na to, że musimy ja oskarżyć. Nie pozwolę, aby coś takiego znowu się wydarzyło, a z tej całej farsy wynika, że Ginny Weasley jest niebezpieczną osobą. Trzeba ją w takim razie odosobnić od reszty uczniów i ograniczyć jej stosunki z nimi do minimum!

Virginia słabo otworzyła oczy. Obudziły ją odgłosy kłótni. Zrozumiawszy, kto się kłóci i o co, zamknęła oczy i przykryła się kołdrą po nos, naciskając twarzą na poduszkę.

- Sprzeciwiam się temu, żeby Ginny przestała grać! - zapewnił gorąco Spencer, zaciskając ręce w pieści. - Jest najlepszą tancerką, jaką kiedykolwiek widziałem. To by było wyrzucanie talentu w błoto!

- A co ty możesz wiedzieć, mugolu! - warknął Knot.

- Jak śmiesz nas znieważać! - zawołała oburzona Lesley, poczerwieniała na twarzy. Słowa Knota oczywiście rodził się z jego strachu przed Śmierciożercami i Voldemortem.

- To mój rozkaz, Dumbledore – powiedział zimno, patrząc w oczy dyrektorowi. - Weź to pod uwagę, albo pożałujesz, że kiedykolwiek zaproponowałeś mi ten program. Prasa byłaby bardzo zainteresowana tym, co się tu dzieje, a dla mnie byłoby to więcej niż nieszczęście, gdyby cokolwiek do niej przeciekło.

I kończący tymi słowami, Korneliusz Knot założył na głowę swój melonik i trzaskając drzwiami, wyszedł ze skrzydła szpitalnego.

- O mój Jezu... - westchnęła Lesley ciężko. - Cóż my poczniemy...?

- Nie trać nadziei, Lesley - odrzekł łagodnie Dumbledore.

Virginia poczuła tylko, jak ktoś łagodnie ją głaszcze po policzku. Po chwili zamknęły się drzwi. Chyba wyszli. Znowu otworzyła oczy, wpatrując się w sufit.

No fajnie, usunęli mnie...

Ignorując łzy, które napłynęły jej do oczu, odwróciła się twarzą do poduszki, zamykając się w ten sposób na świat zewnętrzny.


***


When thunder is calling I feel so alive,

the very first morning, can you see the light?

- Co ma znaczyć USUNIĘTA ?!!! - ryknął Draco na cała salę, wstając gwałtownie.

Lesley westchnęła i oparła się o Charliego, który przytulił ją do siebie mocno.

Yvette, zszokowana, pacnęła na kanapę. Adrian spojrzał na instruktorkę, przetwarzając informację.

Spencer przytaknął, ogarniając z czoła swoje czarne włosy.

- Najgłupsza decyzja, jaką można było podjąć. Korneliusz Knot odebrał Ginny główną rolę i zakazał jej występowania. Niech go cholera!!! Co on wie o tym, co zdążyliśmy już zrobić?!!! Wszystko poszło na marne!!!!

Charlie pokiwał powoli głową.

- Knota gówno obchodzi, co się dzieje w szkole, byle w jego ministerstwie panował porządek.

- Niech go wszyscy diabli - przeklął znowu Spencer. - Co mu odbija? Czy ten Mroczny Znak to znowu coś wielkiego? - zapytał, spoglądając na nich.

Na słowa "Mroczny Znak" Draco wzdrygnął się, marszcząc czoło. Wiedział, że nie zapomni, w jaki sposób patrzyła na niego Virginia, trzymająca w ręku różdżkę, a za nią widniejący ten przeklęty symbol. Była taka nierzeczywista, jak gdyby... Jak gdyby...

To naprawdę była ona?

Zamyślił się. To całe wydarzenie przypomniało mu o tym, co się działo w jego domu. O tym, że nienawidzi swojego ojca i za co go tak nienawidzi.

A to, co się zdarzyło w gabinecie Dumbledore'a było czymś naprawdę niezwykłym. Veritaserum nie zadziałało.

– Możliwe, że Weasley musi to zachować dla siebie, może musi to utrzymać w tajemnicy? Z drugiej strony Veritaserum takie rzeczy się nie dzieją... Dysponuję najbardziej stężonym eliksirem... To musiała być Weasley...

Dobrze pamiętał słowa Snape'a, kiedy ją odnieśli do szpitala.

Czy ona mogłaby go wywołać...?

Zamknął oczy. Nienawidził Mrocznego Znaku. A ta nienawiść od razu przenosiła się na wszystko, co tylko było z nim związane, włącznie z samym sobą...

Czemu on musiał go mieć? Czemu pozwolił wiedzieć o tym Virginii Weasley? Dlaczego się z nią zaprzyjaźnił...?

Dlaczego ją...

Spencer westchnął głośno, spoglądając na Lawrence’a, który przez cały czas był spokojny jak woda w jeziorze.

- Tak dużo już zrobiliśmy... Pracowaliśmy tak ciężko...

Reżyser potrząsnął głowa.

- Albo Ginny odejdzie, albo możemy się pożegnać ze wszystkim... - spuścił wzrok. - Sami zdecydujcie, co jest gorsze i wybierzcie...

Lesley odwróciła się, zarzucając Charliemu ręce za szyję. Przytulił ją jeszcze mocniej, szepcząc coś do ucha. Jego twarz była ukryta w cieniu.

- Ale kto w takim razie...

Yvette nie mogła mówić dalej - musiała przełknąć ślinę. Nie ukrywała tego, że płacze.

Adrian zamknął tylko mocno oczy, odwracając głowę.

Wręcz odwrotnie niż Draco.

Dosyć tego dobrego...


***


Było jej gorąco. Obudziła się. Było ciemno - musiała się przystosować, zanim cokolwiek dojrzała. Podniosła się powoli. Coś usiadło jej na ramieniu.

- Co...? - odwróciła gwałtownie głowę, spoglądając w złote oczy. Zamrugała kilka razy, zaśmiawszy się w końcu. - Ty też mnie chcesz nastraszyć? Nie masz pojęcia, co przeżywam...

To znowu był ten czarny sokół. Przytulił głowę do jej szyi. Jego pióra był miękkie i ciepłe, a jego oczy połyskiwały jak grudki złota w ciemnościach.

Virginia wyciągnęła rękę, a ptak na niej usiadł. Pogłaskała go, uśmiechając się lekko.

Nie śmiała się cały dzień i nie mogła uwierzyć, ze ulgę przyniosło jej głaskanie ptaka. Pięknego, przyjaźnie do niej nastawionego sokoła.

Nagle coś ją uderzyło.

Od dawna nie uśmiechnęła się prawdziwie.

Zamrugała, marszcząc czoło. Nie uśmiechnęła się tak naprawdę ani razu od czterech lat, od incydentu z Tomem Riddle. Zazwyczaj wszystko przyjmował obojętnie, z pozornym, wręcz wymuszonym uśmiechem.

Nigdy nie sprzeciwiała się losowi. Nigdy nie protestowała, kiedy coś było dla niej nie tak. Nigdy z nikim się nie pokłóciła, nawet jeśli miała rację i nigdy się nie obroniła, gdy ktoś chciał ją skrzywdzić.

Co sprawiło, że w tym roku się tak zmieniła?

Draco?

Pokręciła gwałtownie głową.

Nie, nie mogła zapomnieć wyrazu jego twarzy, tam, w gabinecie Dumbledore. Tej nienawiści w jego oczach. Nie znali się przed tym rokiem, może dlatego, że Draco bez przerwy wszystkich krytykował i kłócił się z jej bratem i jego przyjaciółmi - a ona właśnie wtedy tak bardzo się chciała ich uczepić.

Ale to właśnie on sprawił, że zaczęła się śmiać. To przez niego traciła swoje opanowanie.

To Draco Malfoy sprawił, że w Virginii Weasley dokonała się tak wielka przemiana. W tej samej Virginii, która do niedawna jeszcze myślała, że uczucia nie są wcale potrzebne, by żyć.

Ale co z tego?

Co z tego, co czuła ona. On nadal traktował ją jako gorszą, ponieważ była biedna, zaniedbana, była Weasleyówną i wreszcie była siostrą jego największego wroga.

Trzepot skrzydeł ptaka przywrócił ją do rzeczywistości. Wskazał głową na okno, jakby chciał, aby wyszli na zewnątrz.

Poczuła, że coś ją dusi od środka, że musi uciec i nigdy już nie wracać. .

Uśmiechnęła się lekko i pogłaskała sokoła po głowie.

- Będziemy łamali szkolny regulamin? Czemu nie, i tak mnie uważają za coś najgorszego, co za różnica?

Jak gdyby jej odpowiadając, ptak znowu usiadł jej na ramieniu, wtulając główkę w jej szyję.

Poszukała pod łóżkiem kapci i zarzuciła na swoja koszulę nocną szatę.

Zaskakujące - nikt nie sprawdzał korytarzy. Widocznie Filch i jego Pani Norris sobie gdzieś przysnęli. Tym lepiej dla Virginii. W zamku panował spokój, jak gdyby ktoś wyłączył głos.

Wyszła przed zamek. Trawa w ogrodzie była mokra. Widocznie zaczynał się roztopy. Najwyższa pora, kończył się już marzec.

Virginia westchnęła i spojrzała na księżyc, idąc przed siebie.

Dlaczego ja się stałam taka nienormalna w tym roku?

Zwróciła wzrok w gwiazdy, które świeciły dzisiejszej nocy jasno, jak nigdy dotąd. Nie miała smykałki do astronomii i astrologii, mało znała się na gwiazdach. Ale nie szkodzi. Zawsze za to zastanawiała się czy tam gdzieś, na innych gwiazdach jest taka sama osoba jak ona, jest taki sam świat jak ten tutaj i czy żyją tam podobni ludzie.

Gwiazdy wyglądały jak okruchy diamenty przyczepione do czarnego jedwabiu.

Zaśmiała się.

- Boże, zawsze zastanawiałam się, czemu jestem taka głupia.

- Ja też się nad tym wielokrotnie zastanawiałem - odrzekł jej ktoś z sarkazmem w głosie. Zanim odwróciła głowę, sokół rozłożył skrzydła i odleciał, zostawiając ją sama.

Virginia poczuła, jak mocno bije jej serce.

- Draco.


***


But you closed the door to what I adored,

we see us in heaven, I'm counting no more...

- Draco? Wcześniej, jeśli dobrze pamiętam, nazywałaś mnie per Malfoy.

Zamrugała, spoglądając w jego zimne, lecz płonące oczy. Zrobiło jej się zimno. Ta bliskość miedzy nimi zniknęła, zamiast tego pojawiła się odległość, wielki dystans. To ciepło, to coś w jego oczach, kiedy zawsze na nią patrzył, zniknęło, ustępując miejsca zimnu i...

I nienawiści...

Wstrzymała oddech.

Draco patrzył na nią jadowicie swoimi szarymi oczami, a połowa jego przystojnej twarzy ukryta była w cieniu. Wiatr igrał mu we włosach. Na sobie miał szkolną szatę. Stał nad brzegiem jeziora, właśnie tam, gdzie o brzeg uderzały nikłe fale.

- Draco, ja... - przygryzła wargę, zmuszając się do nie płakania. Spuściła głowę, nie ośmielając się patrzeć na niego.

- Co? Czyżby twój ostry języczek odmawiał ci posłuszeństwa, Weasley? - zapytał, szyderczo się uśmiechając.

Ogarnęła ja fala desperacji. Co mogła zrobić? Co jemu się stało? Ten chłód, promieniujący z jego oczu powodował, że czuła się jakby zamknięta w wielkiej mroźni. Przecież już od dawna nie nazywał jej Weasley.

Coś między nimi pękło, coś, czego już nigdy nie będzie można naprawić.

Wiedziała to. Czuła to.

I było to straszne.

Wzięła głęboki oddech, patrząc Draconowi prosto w jego zimne oczy.

- Draco, słuchaj, ja chcę tylko wyjaśnić, że...

- Nie musisz nic wyjaśniać, nie potrzebuję twoich usprawiedliwień - uciął, spoglądając na nią nienawistnie.

Zmarszczyła brwi.

- Ale...

- Nie musisz nic wyjaśniać, Weasley! - powtórzył. - Ani teraz, ani już nigdy.

Spojrzała na niego z niewiarą, próbując zrozumieć to, co przed chwilą powiedział.

Nie chciał wyjaśnienia? Dlaczego? Przecież to nie ona wyczarowała Mroczny Znak! Dlaczego nie chciał, aby mu to powiedziała?

Chyba nie myśli, że to ja... A może tak?

- Myślałam, że mnie zrozumiesz.... - wyszeptała cicho.

Draco parsknął.

- Powiedz mi, Weasley, odkąd między nami panuje tak wspaniałe zrozumienie? Ty NIGDY mnie nie zrozumiesz, nie jesteś do tego zdolna.

Nie potrzebował jej zrozumienia, bo wszystko, co między nimi było, to tylko iluzja, sen... To nie miało prawa istnieć!

- Dlaczego?

Zaśmiał się krótko.

- Dlaczego? - powtórzył.

Podszedł do niej, chwytając mocno za nadgarstki. Brutalnie przyciągnął ją do siebie, całując. Jego uścisk był tak mocny, że była pewna, że będzie miała siniaki. Otworzyła z niewiarą oczy, próbując go odepchnąć. Nie dawało rady - kiedy ona się wyrywała, on coraz mocniej ją ściskał. Był facetem. Był silniejszy. Nie było szans.

At the end of time, at the end of us,

at the end of everything we had,

only faith helps you, only grace can do,

only you can take the pain.

W końcu zamknęła oczy, a Draco pogłębił pocałunek, zmuszając ją do tego, by otworzyła usta. Wiedziała, że opór nie zda się na wiele. Jego uścisk bolał, ale wiedziała, że marzyła o tym, że chciała, aby ją pocałował, chciała czuć jego ciepło, chciała, aby rozpalił w niej uczucia...

Odepchnął ją tak gwałtownie, że cofnęła się kilka kroków do tyłu, nieomal upadając. Spojrzała na niego. Draco patrzył na nią, oddychając głęboko.

Dopiero teraz zauważyła, że pada deszcz. Pada to mało powiedziane - leje. Była cała mokra.

Blondyn patrzył na nią wściekle.

Chrzanić jej słodkie usta! Chrzanić ciepło jej ciała! Chrzanić jego nieumiejętność kontrolowania się! CHRZANIĆ WSZYSTKO

Nie chciał znowu się w niej zakochać, znowu tak samo cierpieć! Nienawidził jej za to, że tyle dla niej znaczył, nienawidził siebie za to, że ona tak wiele znaczyła dla niego.

Jeśli nie deszcz, nadal by ją całował, nie myśląc - jak wcześniej. A to teraz było niewybaczalne. Chciał jej nienawidzić! Skrzywdzić ją, zranić, dotknąć do żywego! Była tylko Weasleyówną, powinien jej nienawidzić!

Już nigdy nie zamierzał przywiązywać się do niej, lubić ją, w końcu ją...

- Zejdź mi z oczu, Weasley! - wyszeptał, wycierając usta ręką.

Zobaczył w jej oczach ból, lecz wmówił sobie, że jakoby nic dla niego nie znaczyła. Musiał ją zniszczyć. Inaczej ona zniszczyłaby jego.

- Mam gdzieś to, że się wcześniej „przyjaźniliśmy” - warknął po chwili. - Ale już nigdy nie pozwolę sobie zrobić czegoś tak śmiesznego! Wygrałaś gierkę, wiesz, że jestem Śmierciożercą, więc czego chcesz jeszcze? Może widzieć jak cierpię, jak umieram? Może wtedy byłabyś szczęśliwa?! - musiał ją zranić, przecież krzywdzenie jej sprawiało, że czuł się lepiej, prawda?

Virginia głośno wciągnęła powietrze.

- Jak możesz tak mówić?!!! Czemu myślisz, że ja...

- Bo jesteś Weasley! - ryknął, tracąc całkowicie swoja opanowanie. - Czy ty myślisz, że ja przyjaźniłbym się z jakąś tam Weasleyówną? Myśl logicznie! Bawiłem się tobą! Jesteś dla mnie nikim! Wiesz, co przeżywałem przez ostatnie dwa lata?! Wiesz, że mój ojciec jest tyranem, że się znęcał nade mną?!!! Moim marzeniem była śmierć!!!! A TO WSZYSTKO PRZEZ MROCZNY ZNAK!!!

Już nigdy nie pozwoli sobie zrobić czegoś tak głupiego, jak zakochać się w niej! Już nigdy!

- Ale to nie ja...

- NIE OBCHODZI MNIE TO! - krzyknął, odwracając się. - Zniknij tylko z mojego życia. Nie obchodzi mnie, czy to ty wywołałaś Mroczny Znak, czy nie, masz mi się więcej nie pokazywać na oczy, Weasley. Za dużo przecierpiałem, za dużo mój ojciec mnie torturował. Nie chcę wiedzieć co by się działo, gdyby wiedział, że w szkole jestem kojarzony z jakąś tam Weasleyówną – obejrzał się przez ramię, patrząc jej w oczy.

Odwrócił głowę. Wiedział, że tego spojrzenia nie zapomni do końca życia....

- Wycofuję się z projektu Snape'a i wszystkiego, co ma jakikolwiek z tobą związek.

Virginia padła na trawę, ukrywając twarz w dłoniach.

- Nie potrzebuję nikogo, Weasley - powiedział zimno.- A szczególnie kogoś, kto umie wywołać Mroczny Znak, który oznacza od lat moją niewidzialną bliznę.

I mówiąc to, przeszedł obok niej, idąc w stronę zamku.

Myślała, że zaraz umrze, że jej serce wykrwawi się na śmierć. Nieważne, że padał deszcz, że była całą mokra.

Bo zimno jej było w środku, tak bardzo zimno... wszystko nagle stało się takie obce, dziwne, nieznane...

Dlaczego musiało się to zdarzyć? To nie była przecież jej wina! Czy to z powodu Mrocznego Znaku? A może dlatego, że była tylko Weasleyówną?

Virginia przyczołgała się do jeziora, patrząc w czarnobłękitną taflę. Czerwone włosy... piegi... Czy to była ona?

- Dlaczego? - wyszeptała drżącym głosem. Czemu los płacił jej w taki sposób, gdy zrozumiała wreszcie, że ona też jest kimś, że też może być kimś. W życiu nie pomyślałaby, że potrafi wrzeszczeć jak wariatka...

Ani uśmiechać się z głębi serca...

Wiatr rozmył jej obraz. Wiedziała, że jest z nią źle. Choćby dlatego, że nie mogła zapomnieć o Draconie, którego jednak myślała, że zna.

- Draco... - szepnęła, wychylając się do przodu.

Wpadła do jeziora z wielkim pluskiem.

Co za różnica w tym, czy by żyła, czy nie? Była przecież tylko Weasleyówną...

Czuła się zmęczona, tak bardzo zmęczona...

Pragnęłam tylko kogoś, kto mnie zrozumie... Czy to źle...? pomyślała, zanim wszystko pociemniało.

Także jej własny świat...


***


- O Boże! Panie Bradley! Co też...!

Virginia słyszała głos Madame Pomfrey jakby miała w uszach zatyczki. Nie mogła skojarzyć, co się działo. Po twarzy coś jej spływało.

Łzy?

- Madame Pomfrey, ona wpadła do jeziora, zdążyłem ją wyciągnąć... Niech pani coś zrobi, Ginny jest cała mokra... - usłyszała odpowiedź Adriana.

- Niech ją pan zostawi! - krzyknęła pielęgniarka.

- Ależ ona jest mokra! - powtórzył chłopak.

- Poradzę sobie z nią! - poczuła, że jakieś zimne ręce dotykają jej czoła.- Na Merlina, przecież ona ma gorączkę! Szybko, Bradley, kładź ja tu! Muszę przygotować gorące i suche ręczniki, i eliksir, który obniży jej temperaturę.

Virginia została położona na zimnym łóżku. Zadrżała gwałtowni, czując, że ktoś kładzie jej rękę na czole, drugą chwytając mocno jej dłoń. Poczuła, jak ktoś skalda na jej czole pocałunek. Miała załzawione oczy, nie wiedziała, kto to jest, ale był to chyba Adrian. Pogłaskał ją po policzku.

Virginia poczuła łzy w oczach. Sama nie wiedziała, czemu.

- Wszystko będzie dobrze - wyszeptał jej do ucha. - Nic ci nie będzie... nic nie może ci się stać...

Znowu zamknęła oczy, pozwalając pochłonąć się ciemności.

Cause the end of peace is the end of life,

and the end of any happiness,

only love helps you, only trust can do,

only you can take the pain off me...


***


- Leży tu już trzy dni, nie je, nie pije, nie załatwia się, nie budzi! I ledwo oddycha, do diabła!!! - głos Rona spowodował, że Virginia nareszcie otworzyła oczy. Zamrugała, próbując dostosować oczy do świecącego słońca, które wpadało przez okno.

- Uspokój się, Ron! Zaufaj Madame Pomfrey! Ginny miała bardzo wysoką gorączkę, musi odpoczywać! – krzyknęła Hermiona.

Rudowłosa leżała plecami do brata i jego przyjaciół. Nie mogli więc zauważyć, że się obudziła.

- Hermiona ma rację. Na gorączkę się nie umiera - powiedział sucho Harry, poklepując przyjaciela po plecach.

Ron westchnął.

- Nie wiem, co się dzieje i nie rozumiem. Ale dobrze, niech wam będzie.

Otworzyły się drzwi. Weszli Charlie, Lesley i Adrian.

Hermiona posłała im promienny uśmiech.

- Też przyszliście ją odwiedzić?

Virginia miał tylko jedno marzenie - żeby wszyscy natychmiast wyszli. Zacisnęła ręce w pięści.

Ron podszedł do Adriana, wyciągając do niego rękę.

- Nie wiem, jak ci dziękować, Adrian, gdyby nie ty, pewnie by się utopiła. Naprawdę, nie wiem, jak ci się odwdzięczyć.

Brunet uśmiechnął się życzliwie, ściskając jego dłoń.

- Przecież nikt nie chciałby, żeby umarła, prawda? Dobrze, że byłem w pobliżu.

- A czemu tam byłeś... - Charlie mrugnął okiem. - Nie chcę wiedzieć.

Zaśmiali się wszyscy, irytując ją. Zamknęła mocno oczy, naciskając głową na poduszkę.

- Co zrobicie, Lesley? - zapytała nagle Hermiona łagodnym tonem.

Blondynka spojrzała przez okno, kręcąc głową.

- Nici ze wszystkiego. Knot jest uparty jak osioł.

Ran zacisnął pieści.

- Jak on mógł? Przecież Ginny nie mogła tego zrobić, po prostu nie mogła.

Jego brat odetchnął głęboko.

- Nie wiadomo. Prawdę mówiąc, to cud, że Ginny nie zareagowała na Veritaserum. Knot jest przekonany, że ona to zrobiła i nie chce, aby brała w czymkolwiek udziału, to ma być niby kara. Poza tym tłumaczy się bezpieczeństwem mugoli i czarodziejów.

Lesley parsknęła.

- On chce zachować ciepła posadkę ministra, a nie nas ratować. Przeklęty drań!

Charlie przytknął jej palce do ust.

- Język, kochanie.

Zmarszczyła brwi.

- Ale to prawda! Zmusza nas, żebyśmy robili tak, jak on chce! Czemu mamy usunąć Ginny, skoro jest najlepsza, no czemu? Bo on ma takie wymysły?

- Lesley...

- Zachowuje się, jakbyśmy żyli w epoce kamienia łupanego! - powiedziała, a kąciki jej ust zadrżały. - Czy ty masz pojęcie, jak ona ćwiczyła przez te kilka lat?! Widziałam, jak idzie jej coraz lepiej. W życiu nie widziałam jej tak szczęśliwej jak w ciągu ostatniego półrocza! Wcześniej była taka zagubiona, samotna, niezauważona! Pragnęłam, by poczuła się chciana, doceniona, żeby uwierzyła, że ona także coś znaczy! Dałam jej szansę, którą ona wykorzystała w najwyższej mierze! Chciałam, aby jeszcze raz się uśmiechnęła tak szczęśliwie. A teraz ten palant uważa, że to wszystko powinno zostać jej odebrane! Jak oni mogę dawać jej nadzieję i teraz odbierać ją w tak brutalny sposób?

- Lesley... - odetchnęła Hermiona, próbując się nie rozpłakać.

To była prawda. Tak naprawdę nigdy nie poświęcali jej uwagi. Miała tak wielu starszych braci, kto by zauważył małą dziewczynkę, która umie o wiele więcej od nich wszystkich razem wziętych?

Adrian spuścił wzrok.

- Dziękuję, Lesley - wyszeptała Virginia cicho. Spojrzeli na nią. Obróciła się do nich, podnosząc się na ręce. - Dzięki za to, że dałaś mi szanse. Ale nie zwalaj na nikogo winy. Ja sama ją zniszczyłam… wybacz mi... - upadła, nie mogąc się utrzymać.

- Ginny... - zaszlochała blondynka.

- Nie chce wam utrudniać życia - mówiła dalej jej przyszła szwagierka. - Oddam rolę, wycofam się z przedstawienia, jeśli tylko tego chcą.

- Ginny... jesteś pewna? - zapytał Charlie.

Kiwnęła lekko głową.

- Tak.

Nacisnęła twarzą na poduszkę. Nikt nie wiedział, co powiedzieć.

Ale przecież... po co ronić łzy, skoro było tak, jak dawniej?

Rozpaczać i tak miała skończyć prędzej, niż się spodziewała...

PS: * "The end" Groove Coverage.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.